poniedziałek, 30 grudnia 2013

Bourjois, Effect 3D Max Gloss, 11

   Duże, jędrne, gładkie, miękkie i przyciągające wzrok. Usta idealne. Niestety mało kto może się pochwalić takimi wargami. Sięgamy po pomadki, tinty i błyszczyki by osiągnąć taki właśnie efekt. Czy Bourjois 3D Max Gloss jest błyszczykiem, który sprawi, że to właśnie nasze usta będą wyglądały jak z reklamy?


   Błyszczyk jest gęsty, jednak całkiem przyzwoicie sunie po wargach. Trzeba uważać, aby nie nałożyć go zbyt grubą warstwą, ponieważ wygląda w danym miejscu mało estetycznie. Błyszczyk trzyma się cały czas tam, gdzie go nałożyliśmy (co widać po zdjęciach).

   Nie jest to produkt dla osób, które nie lubią czuć, że mają pomalowane usta. Choć produkt się nie lepi, daje uczucie ciężkości. Usta wyglądają na większe, a oprócz tego chwalę sobie właściwości nawilżające.  Drobinki, które są wyraźne w opakowaniu, optycznie powiększają usta, jednak nie są wyczuwalne.


    Producent obiecuje 8 godzin trwałości. Jest to trochę zbyt górnolotnie obietnica, co nie zmienia faktu, ze błyszczyk należy jednak do tych trwalszych

   O jakich ustach marzycie?

czwartek, 26 grudnia 2013

Yankee Candle, Be Jolly

   Już prawie po świętach. Ospała i ociężała leżę na kanapie i mówię, że następnym razem tyle nie zjem. Uczucie ciężkości nie jest w stanie mnie powstrzymać przed poszukiwaniem "czegoś dobrego". Zjeść już nie dam rady nic. Przejrzałam jeszcze raz lodówkę, szafki i wciąż nie znajduję tego czego szukam. Zaglądam do zamrażarki. Od razu wpadają mi w ręce mrożone owoce czarnej porzeczki. Tak, to jest to na co mam ochotę po 2 dniach obżarstwa. Jeszcze zamrożone wrzucam do garnka, dodaję tylko odrobinę cukru. I pozostawiam je samym sobie. Po domu roztacza się przyjemny  czarnej porzeczki. Nalewam wszystkim do lampek do wina i oglądając razem film delektujemy się tym małym, orzeźwiającym wspomnieniem lata.


   Zapach jest piękny, nasycony i zupełnie inny od tego, którego się spodziewałam. Z pewnością jest to miła odmiana od słodkich czy przyprawowych zapachów. Be Jolly przynosi orzeźwienie. Zapach ma ogromną moc i dobrą trwałość. Nadaje się do palenia na dużych i otwartych przestrzeniach. To jedno z najładniejszych owocowych wydań od Yankee.

   Jak spędzacie ten ostatni świąteczny dzień? A może dla was Święta skończyły się już wczoraj?

czwartek, 19 grudnia 2013

Yankee Candle, Christmas Cookie

    Wróciłam dziś wcześniej do domu. Zmęczona i przemarznięta. Pomyślałam, że to wystarczający powód by odłożyć wszystko co mam do zrobienia na jutro i zaszczyć się z książką. Wyciągnęłam koc, sięgnęłam po książkę, zrobiłam herbatę. Oddałam się lekturze. Czegoś mi jednak brakowało. Ciasteczek. Kruchych, maślanych... Spojrzałam na lodówkę, następne na piekarnik i już byłam prawie gotowa do biegu. Nie- pomyślałam. To chwila dla mnie, żadnego pieczenia. Spojrzałam na mój świeczkowy zbiór i odpaliłam świecę. Książka mnie pochłonęła bezgranicznie. Uciekła godzina, a po niej następna. Rozległo się pukanie do drzwi. Lekko oderwana od rzeczywistości poszłam je otworzyć. Nie było żadnych czułości, żadnego "Cześć! Jak się masz? Jak ci minął ten zimny dzień?" Usłyszałam zaś:

-Oooo, upiekłaś ciasteczka! Gdzie sa?
-Eee, no tak... Ekhm..- powróciłam na ziemię- Nie, nie. To tylko świeca!


    Smutek w oczach powiedział mi wszystko. Zawiodłam go. Myślał, że przywitam go jak wzorowa pani domu- ze świeżo upieczonymi ciasteczkami. Ciasteczek nie było, był tylko ich zapach. Maślanych, kruchych ciastek, z odrobiną cukru wanilinowego.

-Wiesz co? Ciasteczek nie ma, ale zrobię jutro. Dziś może zrobię budyń? Zrobiliśmy budyń. Taką namiastkę. Następnego dnia były ciastka.

    Christmas Cookie poznałam w formie wosku. Zapach był ładny, ale zbyt delikatny i trochę zbyt płaski. Mimo wszystko skusiłam się na słój. Muszę przyznać, że zapach świecy jest głębszy, bardziej realistyczny. Świeca rozpala się dobrze, nie ubywa jej zbyt szybko. Z pewnością będę do niej wracać w chłodne dni. Wszak zima dopiero przed nami.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Yves Rocher, Hydra Vegetal, Żel pod oczy usuwający opuchliznę

    Nawet nie wiem kiedy ten czas mija. Była wiosna, a teraz już mamy za oknem śnieg. Ja dziś myślami powrócę do ciepłych dni i kremu pod oczy zmniejszającego opuchliznę Yves Rocher, którym się wspomagałam w cieplejsze dni. Zbierałam się by o nim napisać i jakoś tak nie było okazji. Dobiegająca końca kolejna tubka innego kremu pod oczy tej samej firmy zmotywowała mnie do podzielenia się opinią o tym żelu pod oczy.

   Zacznę tradycyjnie od opakowania. Klasyczna tubka przez którą dobrze widać zawartość. Niebieski kolor jest dość przyjemny dla oczu i doskonale pasuje do żelowej, konsystencji kremu. Już patrząc na niego czujemy obietnicę ulgi, która przynieść może zmęczonym okolicom oczu. 


   Bardzo lubię sięgać po żelowe w konsystencji produkty do twarzy, działają one pobudzająco i dają uczucie świeżości. Tak tez było i tym razem. Aplikacja jest łatwa, krem dobrze się wchłania, chociaż czuć lekką żelową warstwę w miejscu nałożenia kremu. Sięgałam po niego przeważnie rano by móc szerzej otworzyć oczy i zamaskować niedobór snu (wspomagałam się jeszcze korektorem). Z działania pobudzającego i odejmującego zmęczenie byłam zadowolona. Po nałożeniu zimnego kremu czułam ulgę. Opuchlizna malała, a skóra stawała się świetlista. Może nie wyglądałam od razu jak gwiazda kina, ale zdecydowanie było lepiej. Jeżeli zaś chodzi o walory pielęgnacyjne- czegoś mi brakowało. Widziałam, że moja skóra pod oczami wymaga użycia czegoś bardziej konkretnego. Kolejną jego zaletą jest możliwość nakładania go na makijaż- nie raz używałam go w ten sposób by poprawić źle nałożony korektor pod oczy. 


   Podsumowując- jest to fajny produkt, ale do stosowania raczej na dzień. Na noc polecam sięgnąć po coś bardziej konkretnego. A wy jak walczycie z oznakami niewyspania?

piątek, 29 listopada 2013

Yankee Candle, Q3 2013, Salted Carmel

   Karmel niejedno ma imię. Dla niektórych to karmelizowany cukier. Po zastygnięciu twardy jak lizak, słodki. Dla innych to kajmak- doskonały do ciast (zwłaszcza z kruchym maślanym spodem). O, jeszcze krówki można tu przywołać. Dość karmelowe. Albo meksykańskie słodycze, gdzie słodycz przeplata się z ostrością i kwaśną przyprawą. A ja dziś mam skojarzenia z amerykańskimi cukierkami toffi. Miękkimi, słodkimi ale z nutą burbonu. Właśnie takim zapachem uraczył mnie Salted Carmel. Soli, podkreślającej słodycz nie wyczuwam, jest za to burbon, który przełamuje słodycz. Zapach jest intensywny, dobrze rozchodzący się po pomieszczeniu, otulający.


   Jednak gdybym pisała tę recenzję jeszcze kilka tygodni temu wyglądałaby ona całkiem inaczej. Skarżyłabym się na to, że zapach mnie obezwładnił, rzucił na podłogę i sprawił iż zaczęłam szukać tlenu. Wszędobylska słodycz w cieplejsze dni nie przypadła mi do gustu (opisując to delikatnymi słowami). Jednak w zimny wieczór, odpalona na dużej powierzchni spodobała mi się. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Yves Rocher, Collection Cacao, Krem do rąk Czekolada i Pistacja

   Czekoladę uwielbiam. Mleczną, gorzką, z nadzieniem, białą. Do serca wzięłam sobie słowa taty, który kiedyś mi powiedział, że w każdym kraju należy spróbować piwa, jakie serwują i właśnie ich czekolady. Tak właśnie robię. Z Hiszpanią kojarzy mi się wiele smakołyków, jednym z nich jest gorąca czekolada podawana z churros. Z krajem tym kojarzy mi się także Yves Rocher, bo to właśnie tam pierwszy raz kupiłam ich produkty (owocowe mgiełki do ciała, z których najbardziej upodobałam sobie kokosową). Teraz, po kilku latach od pierwszego zderzenia z marką Yves Rocher, firma przyszykowała mi podróż w czasie. Kremując ręce przenoszę się kilka lat wstecz i wspominam świąteczne kramy wystawione na placu w Madrycie i kupowaną tam gorącą czekoladę.


   Zamiast churros dostaję do niej pistacje. Solone i jeszcze w skorupce. Doskonałe połączenie smaków (tfu! zapachów!). Każda kucharka wie, że to właśnie sól najlepiej podkreśla słodycz. Jest słodko, ale nie mdląco. Relaksująco.


Krem noszę w torebce- jednak najbardziej lubię używać go przed snem lub w pracy. To takie moje 30 sekund dla samej siebie, czas na zebranie myśli i powrócenie do swoich zadań. Krem wchłania się na tyle szybko, że po szybkim wmasowaniu go mogę powrócić do pisania na klawiaturze czy przewracania kartek papieru, bez obaw, że pozostawię tłuste ślady.


   Czy poza ładnym zapachem ma także inne właściwości? Tak, oprócz perfumowania rąk pozostawia je gładkie. Gładkość ta utrzymuje się do 2 może 3 myć rąk. Dogłębnego nawilżenia nie ma. Co nie zmienia faktu, że to fajny umilacz dnia. Dobry do stosowania na dzień, gdy na noc kładziemy coś mocniejszego lub gdy nie mamy wymagającej skóry dłoni.

niedziela, 24 listopada 2013

Moje zdobycze (Rossman, Hebe i TkMaxx)

   Paskudny tydzień, weekend tylko dla samej siebie i 40% zniżki w drogeriach wróżyły tylko jedno- zakupy. Nie miałam konkretnej listy, bo w zasadzie nic nie potrzebowałam. Nastawiona byłam na walkę z dzikimi tłumami, jednak w Krakowskim M1 o godzinie 10 rano tłumów nie było. Mogłam swobodnie popatrzeć na szafy, poprosić miłą panią z obsługi o wyciągnięcie z szuflad kosmetyków, które chciałam kupić.

   Zdecydowałam się na tusz L'oreal False Lash Wings, który od dawna chciałam wypróbować, bo lubię tusze tej firmy, do tego nabyłam kolejną pomadkę z serii Caresse. Podczas poprzedniej promocji w Rossmanie kupiłam dwa inne odcienie z tej serii i na tyle mnie zachwyciły, że kupiłam następną- 300 Juliet (a pewnie z czasem dokupię jeszcze inne kolory). Do koszyka wpadła też pomadka Maybelline 220 Lust for Blush. Bardzo spodobała mi się jej lekka konsystencja i naturalny odcień różu, doskonały do pracy. Mam też słabość do pomarańczowych pomadek, jednakże aby dobrze je nałożyć trzeba mieć czas. Z tego powodu chwyciłam kolejną pomadkę Maybelline- 440 Orange Attitiude, ją dam radę nałożyć także w biegu. Do koszyka wpadła także i świeczka, tym razem Glade- o zapachu drzewa sandałowego i wanilli. Zobaczymy czy spełni moje wymagania. W Hebe kupiłam pomadki Baby Lips w wersji hydrate i intensne (patrząc na skład mam wątpliwości czy czymś oprócz opakowania będą się różnić).

   Powędrowałam także do TkMaxx, gdzie trafiłam na dwie przecenione świece WoodWick. Bardzo lubię świece tej firmy (tak, tak- nie tylko Yankee ukradło moje serce), dzięki temu nie tylko dają zapach, ale także i dźwięk.

   A wy co upolowałyście? A może przechodzicie koło takich promocji obojętnie?

środa, 20 listopada 2013

Yves Rocher, Collection Cacao, Mleczko do ciała Czekolada & Malina

   Maliny nie kojarzą mi się z zimą. No chyba, że sok malinowy domowej roboty, po który sięgam gdy łapie mnie przeziębienie. Jednak muszę przyznać, że gdy tylko robi się zimniej, częściej mam ochotę na coś słodkiego, zwłaszcza na czekoladę. A skoro już jesteśmy przy słodkich tematach pora na prezentację malinowo-czekoladowego balsamu do ciała Yves Rocher.


   Delikatnie różowe opakowanie zawiera balsam o dość lekkiej konsystencji. Bardzo szybko się wchłania w moją suchą skórę dzięki czemu mogę używać go także rano, gdy każda minuta jest na wagę złota. Nawilżenie określiłabym jako dobre, ale nie rewelacyjne. Jest to raczej balsam do potrzymania nawilżenia.


   Jednak najbardziej lubię ten balsam za zapach. Jak dla mnie jest to guma Mamba zagryziona połową kostki dobrej, gorzkiej czekolady. Ewentualnie samo nadzienie czekolady, gdzie delikatny malinowy zapach przeplata się ze wspomnieniem malinowego okrycia. Zapach na skórze utrzymuje się kilka godzin, a na ubraniach dobę. Muszę przyznać, że jest uzależniający i uwielbiam czuć go zasypiając.


   Spodobał mi się. Może nie nazwę go produktem roku, ale skutecznie ukoił moje pragnienia posiadania malinowego balsamu. Tylko znów mi żal, że to edycja limitowana. Lubicie zapach malin?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Yves Rocher, Collection Cacao, Musujący żel pod prysznic z drobinkami Czekolada & Pomarańcza

   Od razu rzuciła mi się w oczy. Pozostała zawartość przesyłki nie miała znaczenia. Patrzyłam się na nią jak zahipnotyzowana. Wyciągnęłam ku niej dłonie, dotknęłam. Już wtedy wiedziałam, że się polubimy. Wyciągnęłam dłonie ku światłu i zauroczona wpatrywałam się w grę świateł.. Pękata kulka, z brązowym korkiem. Przezroczysta, dzięki czemu wpatrywałam się w nią jak sroka. A może raczej jak mała dziewczynka? Tak, zdecydowanie jak mała dziewczynka. Od razu do głowy przyszło mi wspomnienie mikołajek dwadzieścia lat temu. Tamtego dnia otrzymałam różowy woreczek, gdy go otworzyłam- zobaczyłam zestaw kosmetyków dla dziewczynek. Byłam wtedy taka szczęśliwa i podekscytowana! Patrzyłam więc na tę kulkę i wspominałam dzieciństwo. Mały drobiazg a tyle wrażeń! Od razu pomyślałam, że gdybym ponownie była tą małą dziewczynką i w różowym woreczku znalazła ten żel- byłabym równie zachwycona.

 
   Przydługi wstęp odnosił się już do wyglądu tego żelu. Opakowanie w kształcie świątecznej bombki zawiera pomarańczowy żel z milionem brokatowych drobinek. Wygląda tak pięknie, że od razu staje się ozdobą łazienki. Ale przecież żel nie służy do podziwiania a do używania. Czy nadal tak zachwyca? 


   Wszystko zaczyna się w momencie odkręcenia brązowego koreczka. Czuję delicje, pomarańczowe. Wylewam żel na dłoń i mam ochotę go polizać. Zapach jest bardzo realny, z doskonale wyważonymi proporcjami między pomarańczową galaretką, biszkoptem a cienką (bardzo!) warstewką czekolady. Rozprowadzam żel po ciele, widzę migoczące drobinki i chciałabym, aby tak już zostało. Abym pachniała delicjami i miała na sobie mikro drobinki brokatu. 

   Niestety, każdą ucztę trzeba zakończyć. Odkręcam więc kran i spłukuję ciało. Po brokacie nie ma śladu zarówno na moim ciele jak i na wannie. Zapach pozostaje ze mną jednak jeszcze kilka minut i znika. Paczka ciasteczek się skończyła. Nie jestem zawiedziona, jednak już tęsknię za następnym myciem.


   Na koniec dodam trochę opisu technicznego: żel jest gęsty, wydajny. Nie pieni się, ale dobrze rozprowadza, myje i spłukuje. Nie przesusza skóry, ale tez jej nie nawilża. Jednak nie oczekuję po żelu nawilżenia. Jestem zachwycona tym żelem. Chciałabym, aby wszedł do oferty Yves Rocher na zawsze. Wiem, ze kupię jeszcze kilka sztuk i za każdym razem będę żałować zbliżając się do dna. Wydaje mi się, że będzie też dobrym drobiazgiem, który można podarować komuś bliskiemu (zwłaszcza dziewczynce, dla której może się on stać klejnotem). Od kilku tygodni dostępny jest w sklepie internetowym <klik>, jednak od dziś powinien być dostępny także stacjonarnie. Ale w której z nas nie tkwi coś z małej dziewczynki? Myślicie już o prezentach świątecznych?

wtorek, 12 listopada 2013

Yankee Candle, Vanilla Chai

   Zmarznięta wbiegam do domu. Zdejmuję płaszcz, torebkę rzucam na krzesło. Chcę się rozgrzać, otulić ciepłem. Mam już dość kawy, gorzkiej kawy. Postanawiam więc zrobić herbatę. Gorącą, korzenną, przepełnioną słodyczą. W pośpiechu wyciągam z szuflady mały garnuszek. Wsypuję brązowy cukier. Nie mam czasu by sięgnąć po łyżkę, sypię więc prosto ze szklanego pojemnika. Dorzucam przyprawy-w zasadzie nie patrzę jakie- cynamon, goździki, cukier waniliowy. Gdy cukier się karmelizuje, idę "na chwilę" do pokoju, aby włączyć komputer. Przysiadam niby tylko na chwilkę, ale otchłań internetu wciąga mnie na dłużej. Dobiega do mnie zapach przypalonego cukru. Biegnę więc do kuchni i próbuję ratować moją herbatę. Dolewam wodę, wrzucam herbatę. Chwilę zostawiam. Próbuję- ależ to słodkie! Smakuje tak jak pachnie- trochę przypalonym cukrem i przyprawami. Herbatę też czuć. Dodałam drobinę mleka, jednak nie poprawiło to wrażenia, iż całość trochę przypaliłam.


   Jakościowo nie mam mu nic do zarzucenia. Jest on ogromnie intensywny i trwały. Wosk bardzo szybko wypełnia zapachem duże przestrzenie. Ciężko go wywietrzyć. Jest słodki, przyprawowy z nutą herbaty, czarnej liściastej. Nie jest to mój typ. A jak wam się podoba?

źródło: yankecandle.com

sobota, 9 listopada 2013

Garnier, krem przeciwzmarszczkowy, gama dopasowana do wieku, Youth Radiance 25+, krem na dzień

   Dziś bohaterem będzie krem przeciwzmarszczkowy 25+, "ale to już było"- powiecie. No cóż, tym razem rozprawię się z jego wersją na dzień. Czy rozczarowała mnie tak samo jak wersja na noc? A może to moje odkrycie roku w dziedzinie pielęgnacji twarzy? Ciekawi? Zapraszam do lektury!


   Jeżeli chodzi o opakowanie- od wersji na nic odróżniają go szczegóły- np. inny kolor paska z opisem wersji. Niby niewiele, ale dzięki temu nie miałam problemów z odróżnieniem kremów. Jeżeli zaś chodzi o sam krem, pierwszą różnicę widać już po odkręceniu wieczka. Kremu było więcej i gołym okiem widać, że jest to inny krem. Jego konsystencja jest mniej zbita, lżejsza.


   Doceniam jego konsystencję i zachowanie na skórze. Mogę rozprowadzić go z zamkniętymi oczami (co niejednokrotnie robię zaspana rano). Krem wchłania się natychmiast. Skóra jest błyskawicznie gotowa na przyjęcie podkładu (przeważenie mineralnego, ale ostatnio też i podkładów drogeryjnych).


  Od kremu na dzień nie oczekuję wiele. Dla mnie podstawą pielęgnacji jest dbanie o skórę podczas wieczornych zabiegów. W odróżnieniu od wersji kremu na noc, z tego kremu jestem zadowolona- ładnie się wchłania, trzyma nawilżenie, makijaż na nim można wykonać prawie od razu po rozprowadzeniu go (a rano każda minuta jest na wagę złota). Po zmianie kremu na noc i dalszym stosowaniu tego kremu moja skóra wróciła do formy. Samego działania, chociaż napinającego, nie zauważyłam. Co nie zmienia faktu, że uważam ten krem za przyjemny kosmetyk, skończę go, ale raczej do niego nie wrócę.


   Jakie jest wasze podejście do porannej pielęgnacji? Miałyście ten krem przeciwzmarszczkowy?

wtorek, 5 listopada 2013

Loreal, Elseve, Eliksir odżywczy do włosów

   Włosy są ozdobą. O ile są zadbane i lśniące. Niestety, często pielęgnacja włosów nie jest wystarczająca by wydobyć z nich blask. Czy trzeba wtedy tracić nadzieję? Może warto sięgnąć po środki, które wydobędą z naszych włosów to co najlepsze? Niejednokrotnie sama marzyłam o tym, aby moje włosy miały o wiele większy blask- sięgałam po nabłyszczające kosmetyki do włosów, jedwabie. Za każdym razem, po kilku zastosowaniach odstawiałam preparat- szkoda mi było włosów lub nie byłam zadowolona z jego działania. Gdy na blogach zaczęły się pojawiać pieśni pochwalne ku czci olejku od L'oreal- zapragnęłam przetestować go także na sobie. Z jakim skutkiem? Czy był to kolejny kosmetyk, który po kilku użyciach poszedł w odstawkę?


   Tradycyjnie swój opis zacznę od opakowania. Jest ono bardzo ładne. Grube, bursztynowe szkło wygląda ładnie. Dość drogo. Jest ono szklane, co potęguje jego urodę, jednak za każdym razem wzbudza we mnie obawy, czy wypadając mi z rąk nie potłucze się i przysporzy masę sprzątania. Na szczęście, moje wysiłki nie idą na marne (a niezdara ze mnie) i jeszcze ani razu mi nie wypadł.

   Pompka (tak, mam pewną obsesję na tym punkcie) działa niezawodnie. Ma możliwość także zablokowania wylotu, co przydaje się podczas transportu olejku. Podoba mi się, iż dozuje małą ilość. Wolę wycisnąć dwie pompki niż jedną i ją zmarnować.


   Olejek ma bardzo ciekawą konsystencję. Nie jest tłusty i to jest jego wielką zaletą. Aplikując go na włosy (czy to suche czy mokre), mam wrażenie że moje natychmiast go wchłaniają. Nigdy nie udało mi się zaaplikować go na tyle dużo, aby moje włosy wyglądały nieświeżo, co często zdarzało mi się stosując inne produkty. Chwała mu za to, bo nie ma nic gorszego niż efekt nieświeżych włosów zaraz po umyciu ich.

   Jak wpłyną na moje włosy? Po pierwszych kilku użyciach nie było zachwytów i trochę się dziwiłam jak tyle blogerek może zachwycać się tym produktem. Może nie spowodował, że moje włosy wyglądają jak z reklamy, ale z pewnością zwiększa ich blask. Do tego są one bardzo przyjemne w dotyku. Wciąż naturalne, sypkie, ale gładsze, bardziej miękkie, nie plączą się.


   Jest to jeden z lepszych produktów tego typu. Przede wszystkim dlatego, że nie obciąża i nie sprawia, że włosy wyglądają nieświeżo. Może mógłby bardziej nabłyszczać, jednakże nie wiem, czy wtedy włosy nie wyglądałyby na przetłuszczone. 

   Znacie ten produkt? Lubicie? A inne produkty Elseve? Stosujecie produkty mające spotęgować blask waszych włosów?

poniedziałek, 4 listopada 2013

L'oreal, Ideal Soft, Oczyszczający płyn micelarny, skóra sucha i wrażliwa

   Gdy jakiś czas temu recenzowałam na blogu mleczko do demakijażu L'oreal, większość z was pisała, że woli płyn micelarny. Skoro z mleczkiem się już rozprawiłam, to dziś napiszę co myślę o płynie micelarnym z tej samej serii. Jeżeli chcecie przypomnieć sobie mój post o mleczku- zapraszam <klik>. Czy ten płyn micelarny twarzy stała się przyjemniejsza?


   Opakowanie- w tym przypadku wygrywa micel. Wygodny kształt opakowania został utrzymany. W przypadku mleczka, wadziło mi, że nie widzę ile produktu jeszcze zostało. W przypadku micela doskonale widać ubytek, co jest dla mnie dużą zaletą.

   Zapach- o wiele przyjemniejszy niż zapach mleczka! Nie czuję w nim już alkoholu. Cytrusów też nie. Dosłownie- nie czuję nic. Producent z obietnicy wywiązał się więc wzorowo. Jeżeli chodzi o konsystencję to chyba najlepiej określa go hasło "woda". Nie jest lepki, gęsty czy tłusty. Bardzo przyjemny. Wystarczy przyłożyć wacik do wylotu butelki, lekko przechylić i przystąpić do demakijażu. Prosto. Do zdjęć przygotowałam mu trudnych przeciwników- Benetint, czarny eyeliner Maybelline, cień w kremie Yves Rocher i kredkę long-lasting Essence. Jak sobie poradził? Oto zdjęcia:

Wacik przyłożyłam i przetarłam nim dłoń. Na drugim zdjęciu po przetarciu dwa razy.

   Jest wydajny. Delikatny. Zmywał makijaż bez pieczenia. Miałam wrażenie, że to faktycznie pielęgnacja twarzy, a nie podrażnianie, drapanie czy inny koszmar. Jednak nie zawsze sobie radził z domyciem tuszu do końca (tu skuteczniejsze było mleczko, jednak porównując go z innymi preparatami i tak oceniam go bardzo dobrze. Jest nie tyle delikatny, że nie raz przecierałam nim także czystą twarz w celu odświeżenia. Jego zaletą jest, że nie czuć go na twarzy. Nie pozostawia  żadnej warstwy na skórze, więc sięganie po żel do mycia twarzy jest już zbędne. Także od razu mogę nakładać krem na noc lub serum co mnie bardzo cieszy.


   Podsumowując, ten micel do cery suchej i wrażliwej bardziej mi służy. Rozważam sięgnięcie po żel- krem oczyszczający lub peeling do twarzy (z serii rozświetlającej). Miałyście któryś z tych produktów?

piątek, 1 listopada 2013

Garnier, krem przeciwzmarszczkowy, gama dopasowana do wieku, Youth Radiance 25+, krem na noc

   Pielęgnacja ma dla mnie duże znaczenie. Moja sucha skóra jest wymagająca. Nie lubię kiedy po skórze mojej twarzy widać przemęczenie.  Krem do twarzy ma ogromne znaczenie. Zwłaszcza ten na noc. Demakijaż i porcja kremu przed snem to podstawa, taka sama jak umycie zębów. Nawet gdy jestem bardzo zmęczona pamiętam, aby chociaż niedokładnie, ale jednak, nałożyć porcję kremu. Dziś rozprawię się z kolejnym produktem Garnier, tym razem będzie to krem przeciwzmarszczkowym 25+. Czy spełnił on moje oczekiwania?


   Lubię kosmetyki solidnie zapakowane. Nie musi być to opakowanie pancerne, ale gwarantujące mi to, że nikt nie grzebał w moim kremie. Tu otrzymujemy krem zapakowany w zafoliowany kartonik. Kartonik jest zbędny, ale folia mile widziana. Na opakowaniu widnieje obietnica wygładzenia pierwszych zmarszczek, ujednolicenia i nawilżenia. Widnieje też popularne ostatnio hasło "komórki macierzyste" i moja ukochana kofeina. O spełnieniu (lub nie) obietnic piszę w dalszej części tekstu. Wracając do opakowania, w kartoniku znajdujemy plastikowy (i dobrze, nie stłucze się) słoiczek. Ma ciekawy kształt i mdły kolor, ale to kwestia gustu.


   Po odkręceniu widzimy gęsty krem. Dobrze się nabiera, jednak aby rozprowadzić do na całej twarzy, muszę kilkukrotnie go dokładać. Do wchłonięcia się potrzebuje ok. 5 minut. Po czym na twarzy zostaje kaszmirowa w dotyku warstewka. Krem rano wymaga zmycia. I doskonale wtedy czuć, że zmywa się krem z twarzy.


   A jak z działaniem? Po ponad miesiącu codziennego stosowania muszę go odstawić. Moja skóra owszem, jest ujednolicona, nie jest przesuszona, jednak pojawiły się na niej rozszerzone pory. Wygląda smutno, źle, na zmęczoną. Taki efekt mnie nie zadowala.

   Na koniec wspomnę jeszcze o zapachu- jest on ładny. Przypomina mi odrobinę zapach kwiaciarni. Nie jest on mocny, ale jednak go czuć nie tylko podczas aplikacji. Mi się bardzo podoba.

   Sięgacie po kremy przeciwzmarszczkowe?

czwartek, 31 października 2013

Yankee Candle, Candy Corn

   Czy woski Yankee mogą rozczarować? I nie mam na myśli samego zapachu, bo jest to kwestia bardzo indywidualna, ale myślę o ich jakości. Pewnie, może się zdarzyć tak, że trafi się felerny wosk, źle rozmieszany czy źle przetrzymywany. Ale taki, który pachnie bardzo, bardzo słabo?


   Uwielbiam kolor pomarańczowy. Uwielbiam też święcę Witches Brew (mam już drugi słój i z pewnością nie jest on ostatnim słojem tego zapachu), bardzo lubię ozdoby na Halloween. W ubiegłym roku nie było możliwości zakupu wosków z tej serii. Polowałam więc na Candy Corn trochę obsesyjnie. Kupiłam i nie odpaliłam. Gdy w tym roku pojawiły się i u nas mniejsze formy niż średnie słoje, domówiłam jeszcze kilka wosków. A gdy miałam już ich kilka, ochoczo przystąpiłam do testów.


   Znając możliwości wosków yankee wrzuciłam do kominka 1/4 tarty. I nic. Myślałam, że może nie czuję zapachu, bo pomieszczenie jest dla niego zbyt duże. Wyniosłam go do łazienki. Zamykałam drzwi i biegałam co kilka minut by go wreszcie poczuć. Dalej nic. Dołożyłam kolejną ćwiartkę, później kolejną i wciąż nic. Podgrzewacz podniosłam wyżej, aby zwiększyć temperaturę, więc i intensywność. Zapach mogłam poczuć jedynie nachylając się bardzo nisko nad kominkiem. A i on nie był satysfakcjonujący. Z kolejną tartą (z innej serii) było tak samo. Opisu zapachu więc nie będzie, bo najzwyczajniej go nie czuję. A szkoda.

   A może ktoś z was jest zadowolony z tego zapachu? Może w świecy jest o wiele bardziej intensywny?


poniedziałek, 28 października 2013

Sernik z dyni i serków homogenizowanych

   Dawno na blogu nie było nowych przepisów. Gotować (i piec!) nadal uwielbiam, jednak nie pozwala mi na to czas. Z przykrością muszę przyznać, iż teraz o wiele częściej sięgam po gotowe produkty lub jeszcze prościej- zamawiam jedzenie przez internet. Od czasu do czasu, udaje mi się znaleźć chwilę by przygotować coś dobrego dla moich najbliższych. W ubiegłym roku zachwycił ich sernik z dynią, więc i w tym roku chciałam ich ugościć czymś podobnym, jednak trochę innym. Tak powstała druga wersja dyniowego sernika.

  
 Potrzebujemy:

800 g serka homogenizowanego waniliowego
800 g puree z dyni
5 łyżek mąki
4 łyżki cukru (mój sernik nie był mocno słodki)
2 jajka
1 budyń waniliowy
1 mały słoik dowolnego dżemu (u mnie z czarnej porzeczki oraz powidła śliwkowe)
 na spód- ciastka

   Formę wykładamy ciastkami. Serek, puree, mąkę, cukier, jajka i budyń mieszamy delikatnie tylko do połączenia składników. Wylewamy na ciastka. Dżemem smarujemy wierzch ciasta (można stworzyć wzorki). Sernik pieczemy w kąpieli wodnej (formy wstawiamy do blaszki z wodą). Formy otulamy od góry folią. Pieczemy ok. 40 minut w 160 C na grzaniu górnym i dolnym. Studzimy przy otwartych drzwiach piekarnika. Najlepiej smakuje następnego dnia. 

   Niestety sernik nie doczekał się zdjęć, to chyba najlepsza rekomendacja. 

niedziela, 27 października 2013

Garnier, fructis, Szampon Goodbye Damage, szampon wzmacniający

   Od amli zaczęła się moja przygoda z włosomaniactwem i olejowaniem włosów. W okresach ogólnego osłabienia organizmu posiłkuję się zdrowym dżemikiem zawierającym ten owoc. Gdy na rynku pojawił się szampon zawierający amlę- musiałam go spróbować. Zwłaszcza, że od dłuższego czasu moje włosy nie są w najlepszej kondycji. Czy ten szampon wzmacniający włosy mnie zachwycił?


   Nie ukrywam, że mam słabość do koloru pomarańczowego. Solidne opakowanie szamponu w tym kolorze bardzo mi więc przypadło do gustu. Jest wygodne i ładne. Szkoda tylko, że nie widać, ile produktu w nim jeszcze zostało.


   Szampon dobrze się rozprowadza, dobrze pieni, jego konsystencja faktycznie jest przyjemna. Bardzo dobrze oczyszcza włosy. Jednak mimo wszystko nie jestem z niego zadowolona. Moje suche włosy są po nim bez życia, sztywne, sianowate. Nawet odżywka do włosów użyta po jego zastosowaniu nie do końca niweluje ten problem. Z pewnością nie zauważyłam poprawy wyglądu włosów, aby większego ich blasku.


   Wspomnę też, iż kilkukrotne użycie tego szamponu pod rząd powoduje u mnie swędzenie skalpu. Po jednorazowym użyciu problem ten nie występuje.

   Używacie kosmetyków zawierających Amlę? Czytacie składy (w tym szamponie amla jest bardziej chwytem marketingowym, niż faktycznie działającym) czy kierujecie się opisem producenta?

środa, 23 października 2013

Yankee Candle, Whoopie Pie

   Mam takie szczęście, że dane mi było mieszkać w mieście, w którym powietrze czasami pachniało piernikami. Teraz mieszkam w innym mieście, w którym powietrze nie pachnie najlepiej. Jednak czasami, gdy wiatr zawieje z odpowiedniego kierunku- powietrze pachnie paloną czekoladą. Lubię taki powrót do domu- dobra muzyka, ciepły jesienny wieczór i delikatny zapach czekolady.


   Brzmi wspaniale, prawda? Ale fabryka słodkości ma też swoje wady. Pewnego ciepłego dnia wybraliśmy się na długi spacer. Zawędrowaliśmy aż pod fabrykę. I nie powiem- powietrze pachniało. Intensywnie, zbyt intensywnie. Zapach przypalonej czekolady nie był zapachem przyjemnym czy relaksującym, lecz okropnym. Miałam wrażenie, że zapach ten próbuje mnie obezwładnić, obrzydzić czekoladę do końca życia.

źródło: yankecandle.com

   Jakże się zdziwiłam, gdy sama sprawiłam, że mój dom tak pachniał. Mały kawałek tarty mnie obezwładnił. Powalił i przydeptał. Czułam się źle. Nigdy więcej nie sięgnęłam po kolejny kawałek tego wosku. Przypalona, przerażająco słodka, czekolada nie jest tym, co lubię. Liczyłam na zapach brownies, o którym wiele osób w recenzjach wspomina. Może i mogę się zgodzić, z tym, musiałabym dodać słowo "spalone".  Podejrzewam, że amatorom wyjątkowo słodkich, czekoladowych zapachów może się on Nadmienię, iż nie jest to zapach dostępny w Europie. Wprowadzony został w stanach jako zapach na jesień 2012 i nadal jest dostępny w sprzedaży.


Lubicie czekoladę? A jej zapach?

poniedziałek, 21 października 2013

Yves Rocher, Jardins du Monde, żel pod prysznic, orzechy makadamia

   Jeszcze rok temu na kosmetyki Yves Rocher <klik> reagowałam obojętnością. Teraz w mojej łazience jest ich sporo, zwłaszcza żeli pod prysznic. Gdy pojawiły się doniesienia o nowym żelu, byłam zaciekawiona. A ciekawość ta była podsycona pierwszymi opiniami na jego temat. Musiałam więc spróbować! Czy i ja w nim czuję ciasteczka?


   Opakowanie, jak już wiele razy podkreślałam, nie należy do moich ulubionych. Jednak przyznaję, że jest estetyczne i zgrabne. Kolor ciemniejszego plastiku dobrze komponuje się z zapachem oraz z zawartością. Tym razem, dzięki jego konsystencji, obyło się bez przelewania zawartości do opakowania z pompką. Konsystencja nie jest żelowa, lecz bardziej kremowa, dość płynna. Bez walki można wycisnąć żel na dłoń podczas prysznica (a czasem nawet zbyt dużą jego ilość).

   Zapach? Chciałabym napisać, że prysznic z nim jest ucztą podczas której mam wrażenie, że wcieram w siebie kruche ciastko z białą czekoladą i orzechami makadamia. Nic z tego. Żel pachnie ładnie, orzechy makadamia są wyczuwalne, jednak nie jest to bardzo wyraźny zapach. Wiem, że inne żele tej firmy mają o wiele większą moc. A ja uwielbiam otaczać się mocnymi zapachami. Nadmienię jeszcze, że zapach ten na mojej skórze się nie utrzymuje dłużej nich kilka minut.


   Nie oczekuję od żelu pod prysznic nawilżenia. Oczekuje tylko, aby nie przesuszał mojej już suchej skóry. I tak jest w tym przypadku, żel delikatnie myje (ale myje!), rozprowadza się bardzo przyjemnie, ale nie nie wysusza, ale też nie nawilża.

   Po wykończeniu pierwszego opakowania kupiłam drugie. Niby nie zachwyca, ale jego używanie jest przyjemne.

poniedziałek, 14 października 2013

Colour Alike, GDN, 480 Gdański blues

   Nadeszła jesień. Czasem deszczowa, a czasem piękna- złocista. Wracając do domu zachwycam się jej kolorami. Jednak budzi się we mnie też tęsknota za morzem. Głębokim, ciemnym, trochę wzburzonym. Jak osłabić tę tęsknotę? Można odpalić odpowiedni wosk, ale można też przywołać morską głębię na paznokciach. Dziś więc na blogu pojawi się przepiękny lakier, głęboki i granatowy, który właśnie z taką morską głębią mi się kojarzy.

   Kolor jest zachwycający. Patrząc na niego mam wrażenie, że gdzieś w tej głębi jest ukryty skarb. Pomalowane nim paznokcie przykuwają wzrok. Można w niego się wpatrywać, wnikać w jego głębię i marzyć. Nie znam drugiego takiego lakieru, który wzbudzałby we mnie tyle nostalgii i tak pobudzał wyobraźnię. Jego głębia wciąga. A wszystko to za sprawą wielowymiarowych drobin (mikro). Jego kompozycja jest mistrzowska. Marzę o takiej zieleni, która przywodziłaby na myśl głęboki, ciemny las. Ależ byłaby to para!

   Lakier pochodzi z kolekcji GDN. Nakłada się bardzo dobrze (co jest dla mnie istotne zwłaszcza przy ciemnych lakierach) bez obaw, że malując nim paznokcie pomaluję także skórki. Do głębokiego koloru potrzebne są dwie cienkie warstwy, chociaż jedna grubsza też by wystarczyła. Lakier po zaschnięciu jest satynowy, trochę matowy. Całą głębię można z niego wydobyć nakładając bezbarwny top. A wtedy nie można oderwać od niego oczu! 


   Trwałość też jest zadowalająca- 4 dni bez uszczerbku na moich bardzo rozdwojonych paznokciach przy tak ciemnym lakierze jak dla mnie to sporo. Nie ma też problemu by małe ubytki po tym czasie uzupełnić bez śladu. Co ciekawe- po wyschnięciu lakier pachnie- ananasem. Nie soczystym, ale takim trochę niedojrzałym, cierpkim.

   Muszę stwierdzić, że to chyba najpiękniejszy lakier w mojej kolekcji, chociaż nie mam zbyt wielu okazji by cieszyć nim oczy. A szkoda. 

sobota, 12 października 2013

Yves Rocher, Hydra Vegetal, Krem intensywnie nawilżający, skóra normalna i mieszana

   Niejednokrotnie pisałam o tym, że stawiam na dobre nawilżenie skóry. Zwłaszcza tej na twarzy. Moja skóra ma tendencje do przesuszania, jednak właściwa pielęgnacja pozwala mi zapominać o tym problemie. Staram się, aby moja skóra nie pokazywała, że jestem niewyspana czy nie mam zbyt dużo czasu by o nią zadbać. Mogę padać ze zmęczenia, ale zawsze wykonuję demakijaż i nakładam krem (lub olej) przed snem. Dziś opowiem o moim romansie z kremem intensywnie nawilżającym Yves Rocher z serii Hydra Vegetal <klik>.

   Zacznę od opakowania. Bardzo lubię jak Yves Rocher pakuje swoje kremy. Dla niektórych zafoliowany kartonik z kremem może być zbędny, ja jednak otrzymując produkt w takim opakowaniu mam pewność, że nikt nieproszony nie zaglądał do niego. Szklany słoiczek z plastikową zakrętką prezentuje się ładnie. Jest starannie wykonany. Jednakże szklane opakowanie jest też ogromną wadą- gdy krem mi spadł, roztrzaskał się i tak skończyła się nasza przygoda. 

   Przy stosowaniu kremu najbardziej zadziwiała mnie jego konsystencja. Krem wyglądał normalnie, jednak przy nabieraniu okazywało się, że jest trochę ciągnący. Nie jak guma czy plastelina, ale wciąż jak krem. 

   Pozostawia na twarzy warstwę, która trochę kojarzy mi się z lekką baza pod makijaż. Krem wchłania się dobrze, nie powoduje nadmiernego błyszczenia się twarzy, ale sprawia, że wygląda promienniej. Krem stosowałam głównie na noc i zadziwiało mnie to, że rano, przy kontakcie z wodą czułam, że krem z niej zmywa. Aczkolwiek zaznaczę, że warstwa ta nie była klejąca, ale za to skóra była gładsza. Jednak gdy używałam krem rano, doskonale współgrał on z makijażem. I chwilę po nałożeniu mogłam przystępować do nałożenia makijażu. 


   Podczas stosowania tego kremu, rzadziej sięgałam po maseczki czy peelingi. Pojawiało się mniej suchych skórek, a rano mogłam obejść się bez żadnego kremu.

   Kręcicie kremy samodzielnie czy sięgacie po gotowce? Jaki krem jest waszym ulubieńcem?

środa, 2 października 2013

Korres, Liquid Lipstick, 54 Fuschia

   Uwielbiam wszelkiego rodzaju mazidła do ust. Balsamy, pomadki, błyszczyki, lip tinty. Ustawa matowe i lśniące. A gdy mają jeszcze właściwości pielęgnacyjne- bajka. Kuszona przez Dymka i promocję postanowiłam dać szansę produktom firmy Korres, które swoją drogą ostatnio mnie bardziej zainteresowały. Weszłam w posiadanie 3 płynnych pomadek do ust. Na pierwszy ogień idzie fuksjowa.


   Zgadzam się w pełni z producentem, że jest to pomadka w płynie. Konsystencja jest bardzo płynna, jednak nie ścieka z ust. Barwi usta mocno, tworząc piękne, lustrzane wręcz wykończenie. Dzięki zgrabnemu aplikatorowi łatwo ją precyzyjne nałożyć, co jest ważne przy tak intensywnym kolorze.


   Pomadka ma jednak wady- przy spotkaniu ze szklanką, mocno na nim osiada. Od razu widać kto z niego pił! Sama pomadka na ustach trzyma się do 3 godzin (często sięgania po kubek). Schodzi z ust estetycznie. Najpierw schodzi błysk, a później kolor. Nie ma obaw, iż wytrze się tylko na środku.


   Czy pielęgnuje? Lekko nawilża usta, a spierzchniętym daje ukojenie poprawiając ich wygląd. Zaznaczę też, że pomadka się nie klei, oraz że nie czuć, iż usta są pomalowane.

   Podsumowując- jestem z niej zadowolona, jednak wolałabym, aby tak mocno nie osiadała na szklankach. Znacie produkty tej greckiej marki?