23:28

Semilac 094 Pink Gold

Semilac 094 Pink Gold
Lakiery hybrydowe to moje wielkie odkrycie. I choć częściej sięgam po lakiery Indigo ze względu na paletę kolorów, mam w swojej hybrydowej kolekcji także kilka tych od Semilac. I muszę przyznać, że uwielbiam ich kolory. Już jakiś czas temu chwaliłam 034 Mardi Grass, 098 Elegant Cherry  oraz 144 Diamond Ring wiele z nich nie doczekało się jeszcze publikacji na łamach bloga. Może dlatego, że fotografowanie paznokci nie jest moją mocną stroną? A może dlatego, że odkładałam to na wieczne nigdy. Dziś nadeszła chwila na kolejny piękny lakier, już dobrze znany, ale chyba i odrobinę zapomniany poprzez zasypanie zdjęciami nowości, 094 Pink Gold



Często jest on używany tylko jako dodatego do innych kolorów, ja jednak uwielbiam nosić go na wszystkich paznokciach zwłaszcza u stóp. Jest t lakier, który zdobi moje paznokcie jesienią, poniewąż pięknie zgrywa się z kolorami jesieni, zimą ponieważ pięknie odbija światła choinkowe oraz rozprasza ciemności zimowych dni, a także latem, gdy pięknie mieni się w słońcu. 



Jeżeli chodzi o sam kolor, to z niego trochę kameleon. Przez pierwszych kilka dni jest cimeniejszy, w kolorze mocnego różowego złota, by póżniej trochę stonować i wybijać bardziej złote tony. To zjawisko uwidacznia się zwłaszcza latem.  I to w nim lubię. Ten brak nudy oraz to, że świetnie zastępuje biżuterię i nawet nie czuję się z nim źle w pracy. 



A Ty, po jakie kolory sięgasz?

09:49

O tym jak pojechałam z Anwen na wakacje. SummerProtect, Mgiełka do włosów z filtrami UV

O tym jak pojechałam z Anwen na wakacje. SummerProtect, Mgiełka do włosów z filtrami UV
Pojechałam z Anwen na wakacje. Szczerze mówiąc długo zastanawiałam się czy ją zabrać. Wiesz, martwiłam się czy się dogadamy, czy będzie nam ze sobą dobrze i czy warto jej odstąpić trochę miejsca w bagażu. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana- odwiedziła mnie więc najpierw w domu by jednak się trochę poznać przed wyjazdem. Opowiem więc dziś jak na było razem zarówno w mieście jak i na plaży i basenie. Ciekawi?



Gdy tylko do mnie doleciała, trochę się zdenerwowłam. Troszeczkę się zmoczyła w podróży, ale ubytek nie był duży. Później namocnowałam się z pierwszym użyciem. Myślałam, że jest popsuta, ponieważ źle się rozpylała. Mój bład, trzeba było się dokładniej przyjrzeć zabezpieczeniu by ocenić, że źle ustawiłam spryskiwacz. Do końca naszej wspólnej podróży już nie marudziłam i nawet zastanawiałam się czy nie zostawić sobie buteleczki, właśnie ze względu na sprey. Lekka mgiełka, idealnie rozproszona. Niestety nie często się to widzi w innych opakowaniach tego typu.

W warunkach miejskich trzeba nakładać ją ostrożnie. Leciutko rozproszyć mgiełkę i w nią wejść lub spryskać dłonie i w ten sposób stopniować nałożenie produktu. Inaczej może włosy usztywnić i miejscami zbyt mocno przetłuścić.



Inaczej sprawa wygląda na wakacjach. Lekką i zgrabną buteleczkę zabierałam wszędzie- na basen, plażę, statek a także na safari. Odpuściłam olejowanie włosów na ten czas, bo taki był zamysł kupując ten produkt. Kupił mnie właśnie olejami w składzie.

Co do jego działania, czułam że robie dobrze. A lekka mgiełka o miłym dla nosa zapachu (chwalonym nawet przez osoby okupujące sąsiednie leżaki) była czymś miłym w użyciu.
Miły produkt o dobrym działaniu- po moich włosach nie widać oznak urlopu (chociaż one zazwyczaj wracają z niego w dobrym stanie).

Myślę, że jeszcze kiedyś zaproszę ja do mnie, możne znów pojedziey razem na wakacje. Jedynie muszę uważać by jej nie nadużywać. Znasz Anwen?

11:05

Czytam książki o Afryce

Czytam książki o Afryce
Afryka  fascynowala mnie od zawsze. Od zawsze chciałam ją zwiedzić, poznać, poczuć. Przeczytałam wiele książek, które chyba właśnie mogę obwinić za tę fascynację. Obejrzałam kilka filmów, które tylko podsyciły ciekawość. Moja lista państw i miejsc, które chciałabym zobaczyć jest bardzo długa. W tym roku spełniłam swoje marzenie, po 10 lat wróciłam, poznałam  nowy kraj. Jednak jeszcze przed wyjazdem, postanowiłam sięgnąc do literatury.




Anna Nieckula- Roberts, Zapiski z Afryki. Kenia- Tanzania- Zanzibar

Trzy kraje połączone bardzo blisko siebie, więc jeżeli jedziecie do jednego dnia tak jak ja, zwłaszcza gdy wybiercie się na safarii warto po nią sięgnąc. Książka napisana niezwykle przyjemne i można z niej się wiele dowiedzieć odnośnie zwierząt. Nie przeczytałam wcześniej jej opisu, ale sprawdzając go teraz muszę przyznać, że nie ma w nim ziarnka przesady. Wiele opisów przyrody, zwyczajów czy też wcześniej wspomnianych zwierząt. Jest to przewodnik inny niż wszystkie, mocna pozycja, która moim zdaniem jest obowiązkowa przed wyjazdem! Ewentualnie podczas pobytu.



Beata Pawlikowska, Blondynka na Czarnym Lądzie

Jest to pozycja lekka, do przeczytania w jeden dzień. Wiem, że to nie jest książka dla każdego. Opisana z perspektywy jednej osoby i pełna osobistych opini, ocen i bez obiektywizmu.  Szczerze mówiąc, myślę że w wielu miejsca pokoloryzowana. Ale jeżeli szukasz książki lekkiej, przygodowej to dlaczego nie? Aczkolwiek i z tej książki wyniosłam trochę wiedzy odnośnie zwyczajów, roślin i zwierząt.



Beata Lewandowska-Kaftan, Afryka jest kobietą.

Do tej książki zwabił mnie już sam tytuł. Od pierwszych stron pochłonęła, że czytając ją w piątkowy wieczór tylko całotygodniowe zmęczenie mnie od niej oderwało i pochłonął sen. Od razu po przebudzeniu chciałam czytać ją dalej. Książka to obowiązkowa pozycja, nie można się od niej oderwać.

Wszystkie książki są dostępne w aplikacji legimi.

Dzisiejszy pot ozdobiły zdjęcia z moich wakacji w Kenii. Więcej znajdziecie na moim instagramie.

Na dziś to wszystko. Idę czytać dalej.









10:15

Australian Gold SPF 30 Spray Gel Sunscreen with Instant Bronzer. Kosmetyk idealny!

Australian Gold SPF 30 Spray Gel Sunscreen with Instant Bronzer. Kosmetyk idealny!
Ochrona przeciwłoneczna jest ważna. Zwłaszcza gdy wiemy, że podczas urlopu będziemy się przez jakiś czas wylegiwać na słońcu i odpoczywać. Dobre kosmetyki do i po opalaniu to dla mnie podstawa. Aczkolwiek słońce w każdym miejscu na świecie opala inaczej, z inna intensywnością. Przygotowując się na tegoroczny urlop próbowałam znaleźć trochę informacji o opalaniu w Kenii, jednak internet nie był łaskawy. Jednakże w oko mi wpadły kosmetyki Australian Gold. Zaryzykowałam i tak właśnie znalazłam mój kosmetyk idealny. Już wiem, że ma on mocną pozycję w mojej letniej kosmetyczce. Drodzy Państwo, oto hymn pochwalny na jego cześć.



Zapewne wielu z was zadało sobie pytanie dlaczego postawiłam na aż tak niski filtr jeżeli chodzi o Afrykę. Miałam ze sobą też suchy olejek biodermy 50+ jednakże już po pierwszym dniu wiedziałam, że słońce nie jest aż tak mocne i mogę zejść na niższy filtr. Zdecydownie na Dominikanie potrzebowałam wyższej ochrony niż na kenijskim wybrzeżu. Szybko więc przeszłam do stosowania Australian Gold. 

Zaczęło się od sympatii. Produkt jest w sprayu i ma bardzo lekką kosystencję. Wystarczy się poprsykać, rozsmarować na ciale i można śmiało założyć ubrania bez żadnych obaw o ich zniszczenie. Produkt na ciele jest niewyczuwalny. Skóra jest gładka, błyszcząca, ale nie jest tłusta. Do tego zapach nie jest typowy dla produktów przeciwsłonecznych. jest miły i owocowy. Ale nie przytłaczający. 

A teraz uwaga, pierwszy raz w życiu nie czułam żadnych, ale to absolutnie żadnych dolegliwości po opalaniu. Nie swędziała mnie skóra, nie bolała, nie była nawet czerwona (jedynie w miejscu gdzie nie rozprowadziłam preparatu). Moja opalenizna budowała się stopniowo, a skóra była na tyle w dobrym stanie, że śmiało mogłam używać dość mocnego peelingu. Wróciłam pięknie opalona. Sam odcień opalenizny też mi się podoba, jest naturalny (choć ściemniałam o kilka tonów), złoty i wyraźny. 

Produkt stosowałam też na twarz. I tu też się świetnie spisał. A do tego nie pogoryszł stanu mojej skóry. 

A i plusem jest, że nie widać go na zdjęciach, a jak pewnie cześć z was wie, często kosmetyki przeciwsłoneczne strasnie bielą skóre i fatalnie wychodzą na zdjęciach. 

To jest mój kosmetyk idealny. A marka kupiła moje serce. A jaki jest wasz idealny kosmetyk w tej kategorii? Znacie Australian Gold?


11:42

Podopharm, Krem do stóp z lipidami

Podopharm, Krem do stóp z lipidami
Jakiś czas temu opisałam swoją pielęgnację problematycznych sto <Jak dbać o stopy-klik> . Wspomniałam wtedy, że od jakiegoś czasu chętnie sięgam po produkty marki Podpopharm, polecone przez Hexxanę <jej recenzje tutaj>. Po jej pozytywnej recenzji nie czekałam długo, szybko złożyłam zamówienie by jak najszybciej przekonać się, czy i ja będę pisać mu pieśni pochwalne. I moi drodzy, oto post, ktory będzie całkowicie pozytywny!



Trochę ryzykowałam zamawiając od razy 500 ml kremu, ale to był dobry wybór. Opakowanie jest estetyczne i nie rzucza się w oczy. Dzięki temu, że nie muszę pamiętać o wyciąganiu go z szafki, sięgam po nieg nawet po porannym prysznicu, gdy każda minuta jest na wagę złota. A i sam krem, dzięki temu że wchłania się błyskawicznie sprawił, że to chyba pierwszy krem, po który sięgam z przyjemnością i to nie tylko podczas wieczornej pielęgnacj.
Do tego dochodzi zapach- nie ma nic wspólnego z innymi produktami do stóp- żadnych mięt, żadych mocnych zapachów, lawend. I o to chodzi, jest neutralny!


Sama pielęgnacja zajmuję chwilę i jest przyjemna (co jest dość unikalne w pilęgnacji stóp), ale za to działa! I to jak! Stpy są gładkie, dobrze nwilżone i ukojone. Miękkie. Skóra o wiele wolniej się rogowaci i podrażnienia się szybciej goją.

Dla mnie ideał. Jak tylko skończy mi się opakowanie od razu zamówię następne. Chociaż ze względu na wydajność nie musze się tym martwić. Używam go już od 4 miesięcy i jeszcze daleko do denka! Polecam całym sercem! Na samo zakończenie dodam, żekrem ten jest polecany dla diabetyków.

13:34

Indigo Femme Fatale krem do rak

Indigo Femme Fatale krem do rak
Indigo skradło moje serce jeżeli mowa o lakierach hybrydowych. Ich wykończenie oraz kolory trafiają w mój gust tak bardzo, że najęchętniej miałabym je prawie wszystkie. Postanowiałam więc dać też szansę ich pielęgnacji. w ten oto sposób skusiłam się na krem do rąk Femme Fatale.




Bardzo spodobało mi się opakowanie, ponieważ jest zgrabne. Może jednak naklejke bym zmieniła, ale nie ma co marudzić. Z racji jego niewielkich gabarytów i foremności jest świetnym produktem do torebki. Małe i dyskretne, które w każdej chwilii można użyć. Do tego z pompką!

Krem bardzo instensywnie i specyficznie pachnie. Może być to jego zaletą jak i wadą, w zależności od tego, czy zapach przypadnie do gustu. Wchłania się równie błyskawicznie. W zasadzie już po nałożeniu go można dotkać komputera czy dokumentów bez obawy o ślady. Jednakże sam krem nie robi wiele. Wchałania się tak szybko, że znów ma się ochotę pokremować ręce, bo nie są one wystarczająco nawilżone.

Niestety, ale nie wrócę do niego. Nie nazwałabym go kremem do rąk, a raczej perfumami do rąk w kremie. Moja sucha skóra potrzebuje o wiele więcej. Kolejnym minsuem bbyło to, że widzę jak dużo produktu zostało w opakowaniu, ale nie da się już go używać. Jestem na nie.

Znacie kremy Indigo? Może inne warianty działają lepiej?

15:22

Rituals Yogi Flow Foaming Shower Gel

Rituals Yogi Flow Foaming Shower Gel
Ostatnio zarówno o kosmetykach marki Rituals jak o żelach pod prysznic w piankach głośno. I choć do marki podchodziłam z duża rezerwą, tak pianki do mycia mnie kusiły. I powiem wam, że choć w sklepie rituals byłam wielokrotnie, nigdy nic tam nie kupiłam. Dopiero promocja na zestaw w Discover Ayurveda przekonała mnie do zakupu. Tak więc zapach był dla mnie absolutną ciekawostką. Szczerze mówiąc, zazwyczaj od zakupów w sklepie tej marki zniechęcały mnie zapachy, żaden nie był 'mój'. Czy szaleństwo wyprzedaży było opłacalne?



Po pierwsze zaskoczyło mnie opakownie- solidne w pięknym odcieniu czerwieni. Do tego nie zabierające dużo miejsca pod prysznicem. Początkowo myślałam, że po tygodniu się skończy, jednak bardzo miło się zaskoczyłam, bo żel był bardzo wydajny. Już mała ilość wystarczyła by dać ogrom gęstej, ale zarazem delikatnej piany. Może to głupio zabrzmi, ale ta piana była taka luksusowa. Żaden drogeryjny żel nie dawał aż tak przyjemnej piany. Za każdym razem doceniałam jej jakość. Do tego jego zapach określiłabym tez jako przyjemny zarówno dla kobiet jak i mężczyzn- odpręzający, ale nie rozleniwiający. Uwielbiałam po niego sięgać zarówno rano jak i wieczorem.

Na fali zachwytu formą, kupiłam kilka pianek marki Balea, jednakże to już nie jest to samo. Nie ta jakość. Nie taka przyjemna forma piany. No cóż, wiem że będę do niej wracać, zwłaszcza, że słyszę w domu 'tamta pianka była taka fajna, szkoda że już jej nie ma', więc zachwyciła nie tylko mnie. Myślę, że jest cudownym umilaczem codziennej higieny.

12:02

Clarins Creme Eclat du Jour [Daily Energizer Cream], Krem energetyzujący na dzień

Clarins Creme Eclat du Jour [Daily Energizer Cream], Krem energetyzujący na dzień
Mam czasami tak, że jakaś marka, którą nawet znam od dawna, chodzi mi po głowie. I chodzi na tyle skutecznie, że zazwyczaj kończy się to pewnego rodzaju romansem. Z początku jest przyjemnie, zaczynam się przywiązywać, brnę w to dalej powiększając kolekcję do czasu aż się sparzę lub marka się znudzi. Jak prawdziwy romans. Z początkiem tego roku miałam tak z NARS i Clarins. I o tym ostatnim dziś chciałabym opowiedzieć trochę więcej.



Romans zaczął się pewnego zimowego poranka. Sobota rano, pusta Sephora i dużo produktów otagowanych czerownymi naklejkami. No cóż, wiedziałam, że lubię kupować kosmetyki w zestawie, że niektóre miniaturki bywają urocze i że to chyba ten czas byśmy się z marką trochę zbliżyli do siebie. Błyszczyk, miniaturowa maskara i pełnowymiarowy krem wróciły ze mną do domu. Dziś jednak skupię się na tym ostatnim- kremie energetyzującym. Przyznam się też szczerze, że jego nazwa przemówiła do mnie skutecznie- byłam w tym czasie przepracowana, wymęczona i marzyłam by chociaż trochę to ukryć. By jednak mimo wszystko wyglądać promienie. 



Nie, nie powiem, że jest to cudotwórca i od razu macie biec do sklepu tudzież opróżniać magazyny sklepów internetowych. Ale lubię go. Lubię go szczerze i będę wracać. Będę wracać bo przyniósł mojej suchej skórze ukojenie, bo jej widok nie budził wyrzutów sumienia. Cera była dobrze nawilżona (a mam suchą), brdziej promienna i gładka. Świetnie sprawdzał się pod makijażem. Całość uprzyjemniał energetyzujący zapach. 

Przyznaję, że w pewnym momencie zauważyłam i jakoś szybciej zaczęło go ubywać. No cóż, złodziejaszek postanowił, iż krem ma być u nas w domu częstym gościem. I tak też się stanie. 

Też przeżywasz takie romanse? Jaka marka ostatnio u Ciebie króluje? 

11:07

Indigo Strawberry Milk, Natalia Siwiec lato 2017

Indigo Strawberry Milk, Natalia Siwiec lato 2017
Truskawki to zdecydowany symbol lata. Pięknie czerwone, lśniące i kuszące. Ja je najbardziej lubię ze śmietaną i cukrem lub z mieszane z mlekiem w formie koktajlu. I tę właśnie ostatnią pozycję Indigo wraz z Natalią Siwiec wykorzystało jako inspirację do lakieru Strawberry Milk. Z jakim skutkiem?



Kusząca nazwa i bardzo delikatny lakier. Taki prosty i kolejny uniwercjalny kolor. Jednak mimo całej zwykłości zbiera komplementy. Zebrałam za niego dużo komplementów. A i dobrze się czułam mając nim pomalowane paznokcie podczas ważnego spotkania. Jak dla mnie to kolejny lakier, który zawsze i wszędzie pasuje- ślub, rozmowa o prace, spotkanie z szefem czy kawa z przyjaciółką. Jest to bardzo jasny delikatny róż. Na moich zdjęciah widzieć dwie warstwy, chociaż jednak polecam nałożenie trzech by jednak zyskać lepsze krycie.



19:00

Lush Rosy Cheeks

Lush Rosy Cheeks
Wiecie, maseczki to podstawa mojej pielęgnacji. Opowiadałam Wam, że już jako kilkuletnie dziecko chciałam ich używać. Ah ta glinka nałożona w cichej tajemnicy przed wszystkimi w wieku kilku lat ;) wtedy trochę mnie popiekła, a dziś glinki kocham szczerą, kosmetyczną miłością. I mam nawet taką jedną, do której wciąż wracam. I dziś chcę Wam powiedzieć o niej kilka słów. Moi Drodzy- oto Rosy Cheek od Lush. Już chyba stały gość mojej łazienki. Mój mały sekret i wybawca.



Uwielbiam to jak przyjemna jest moja skóra po jej uzyciu- gładka, czysta i w idealnej kondycji. Wszystkie podrażnienia znikają jak za dotknięcem magicznej różdżki. Wszystkie zaczerwienienia są złagodzone.  Do tego jej różany zapach jest idealie wyważony- ani za cięzki, ani zbyt mocny.


Ja wiem, że maski można robić samemu, zmieszać glinkę z wodą różaną i tak też kiedyś robiłam. Teraz jednak doceniam wygodne i szybkie rozwiązania. Nic nie trzeba mieszać, maska a zawsze idealną konsystencję, świetnie się nakłada.



Polecam!


12:35

Lush T'eo

Lush T'eo
Jakiś czas temu zaprezentowałam wam pierwszy z dezodorantów Lush Aromaco <link tutaj> już wtedy zaznaczyłam, że opowiem wam o drugim gagatku tej firmy, który polubiłam bardziej. I dziś nadszedł ten dzień.


Pierwsza różnica jest w konsystencji. Jest to natyerspirant w twardej kostce, która mimo wszystko dobrze rozprowadza produkt tam gdzie trzeba. Chociaż i tu trzeba być uważnym. Najlepiej rozprowadzać produkt zaraz po umyciu i osuszeniu skóry. By nie była ona ani zbyt mokra, ani zbyt sucha.

Dla ozdoby producent dodał suszone kwiatki. Owszem, ładnie to wygląda, ale jest bardzo nie praktyczne. Polecam zaraz po zakupie pozbyć się ich i cieszyć się gładką kostką.

Bardzo polubiłam jego zapach. Mieszanka cytryn i olejku herbacianego pachnie bardzo ładnie i świeżo. Co doceniam w tego typu produtach.

Soda ma za zadanie wchłaniać pot (a nie blokować) i neutralizować jego zapach. I działanie było dobre, choć nie używałam go w bardzo upalnie czy aktywniejsze dni.

Produkt zdobył moją sympatię, był szalenie wydajny, jednak chyba wolę mieć pewność świeżości zawsze, więc raczej już do niego nie wrócę. Aczkolwiek uważam, że dla osób szukających bardziej naturalnych produktów  tej kategorii, niż te sprzedawane w drogeriach, jest o produkt godny polecenia.
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger