13:34

Indigo Femme Fatale krem do rak

Indigo Femme Fatale krem do rak
Indigo skradło moje serce jeżeli mowa o lakierach hybrydowych. Ich wykończenie oraz kolory trafiają w mój gust tak bardzo, że najęchętniej miałabym je prawie wszystkie. Postanowiałam więc dać też szansę ich pielęgnacji. w ten oto sposób skusiłam się na krem do rąk Femme Fatale.




Bardzo spodobało mi się opakowanie, ponieważ jest zgrabne. Może jednak naklejke bym zmieniła, ale nie ma co marudzić. Z racji jego niewielkich gabarytów i foremności jest świetnym produktem do torebki. Małe i dyskretne, które w każdej chwilii można użyć. Do tego z pompką!

Krem bardzo instensywnie i specyficznie pachnie. Może być to jego zaletą jak i wadą, w zależności od tego, czy zapach przypadnie do gustu. Wchłania się równie błyskawicznie. W zasadzie już po nałożeniu go można dotkać komputera czy dokumentów bez obawy o ślady. Jednakże sam krem nie robi wiele. Wchałania się tak szybko, że znów ma się ochotę pokremować ręce, bo nie są one wystarczająco nawilżone.

Niestety, ale nie wrócę do niego. Nie nazwałabym go kremem do rąk, a raczej perfumami do rąk w kremie. Moja sucha skóra potrzebuje o wiele więcej. Kolejnym minsuem bbyło to, że widzę jak dużo produktu zostało w opakowaniu, ale nie da się już go używać. Jestem na nie.

Znacie kremy Indigo? Może inne warianty działają lepiej?

15:22

Rituals Yogi Flow Foaming Shower Gel

Rituals Yogi Flow Foaming Shower Gel
Ostatnio zarówno o kosmetykach marki Rituals jak o żelach pod prysznic w piankach głośno. I choć do marki podchodziłam z duża rezerwą, tak pianki do mycia mnie kusiły. I powiem wam, że choć w sklepie rituals byłam wielokrotnie, nigdy nic tam nie kupiłam. Dopiero promocja na zestaw w Discover Ayurveda przekonała mnie do zakupu. Tak więc zapach był dla mnie absolutną ciekawostką. Szczerze mówiąc, zazwyczaj od zakupów w sklepie tej marki zniechęcały mnie zapachy, żaden nie był 'mój'. Czy szaleństwo wyprzedaży było opłacalne?



Po pierwsze zaskoczyło mnie opakownie- solidne w pięknym odcieniu czerwieni. Do tego nie zabierające dużo miejsca pod prysznicem. Początkowo myślałam, że po tygodniu się skończy, jednak bardzo miło się zaskoczyłam, bo żel był bardzo wydajny. Już mała ilość wystarczyła by dać ogrom gęstej, ale zarazem delikatnej piany. Może to głupio zabrzmi, ale ta piana była taka luksusowa. Żaden drogeryjny żel nie dawał aż tak przyjemnej piany. Za każdym razem doceniałam jej jakość. Do tego jego zapach określiłabym tez jako przyjemny zarówno dla kobiet jak i mężczyzn- odpręzający, ale nie rozleniwiający. Uwielbiałam po niego sięgać zarówno rano jak i wieczorem.

Na fali zachwytu formą, kupiłam kilka pianek marki Balea, jednakże to już nie jest to samo. Nie ta jakość. Nie taka przyjemna forma piany. No cóż, wiem że będę do niej wracać, zwłaszcza, że słyszę w domu 'tamta pianka była taka fajna, szkoda że już jej nie ma', więc zachwyciła nie tylko mnie. Myślę, że jest cudownym umilaczem codziennej higieny.

12:02

Clarins Creme Eclat du Jour [Daily Energizer Cream], Krem energetyzujący na dzień

Clarins Creme Eclat du Jour [Daily Energizer Cream], Krem energetyzujący na dzień
Mam czasami tak, że jakaś marka, którą nawet znam od dawna, chodzi mi po głowie. I chodzi na tyle skutecznie, że zazwyczaj kończy się to pewnego rodzaju romansem. Z początku jest przyjemnie, zaczynam się przywiązywać, brnę w to dalej powiększając kolekcję do czasu aż się sparzę lub marka się znudzi. Jak prawdziwy romans. Z początkiem tego roku miałam tak z NARS i Clarins. I o tym ostatnim dziś chciałabym opowiedzieć trochę więcej.



Romans zaczął się pewnego zimowego poranka. Sobota rano, pusta Sephora i dużo produktów otagowanych czerownymi naklejkami. No cóż, wiedziałam, że lubię kupować kosmetyki w zestawie, że niektóre miniaturki bywają urocze i że to chyba ten czas byśmy się z marką trochę zbliżyli do siebie. Błyszczyk, miniaturowa maskara i pełnowymiarowy krem wróciły ze mną do domu. Dziś jednak skupię się na tym ostatnim- kremie energetyzującym. Przyznam się też szczerze, że jego nazwa przemówiła do mnie skutecznie- byłam w tym czasie przepracowana, wymęczona i marzyłam by chociaż trochę to ukryć. By jednak mimo wszystko wyglądać promienie. 



Nie, nie powiem, że jest to cudotwórca i od razu macie biec do sklepu tudzież opróżniać magazyny sklepów internetowych. Ale lubię go. Lubię go szczerze i będę wracać. Będę wracać bo przyniósł mojej suchej skórze ukojenie, bo jej widok nie budził wyrzutów sumienia. Cera była dobrze nawilżona (a mam suchą), brdziej promienna i gładka. Świetnie sprawdzał się pod makijażem. Całość uprzyjemniał energetyzujący zapach. 

Przyznaję, że w pewnym momencie zauważyłam i jakoś szybciej zaczęło go ubywać. No cóż, złodziejaszek postanowił, iż krem ma być u nas w domu częstym gościem. I tak też się stanie. 

Też przeżywasz takie romanse? Jaka marka ostatnio u Ciebie króluje? 

11:07

Indigo Strawberry Milk, Natalia Siwiec lato 2017

Indigo Strawberry Milk, Natalia Siwiec lato 2017
Truskawki to zdecydowany symbol lata. Pięknie czerwone, lśniące i kuszące. Ja je najbardziej lubię ze śmietaną i cukrem lub z mieszane z mlekiem w formie koktajlu. I tę właśnie ostatnią pozycję Indigo wraz z Natalią Siwiec wykorzystało jako inspirację do lakieru Strawberry Milk. Z jakim skutkiem?



Kusząca nazwa i bardzo delikatny lakier. Taki prosty i kolejny uniwercjalny kolor. Jednak mimo całej zwykłości zbiera komplementy. Zebrałam za niego dużo komplementów. A i dobrze się czułam mając nim pomalowane paznokcie podczas ważnego spotkania. Jak dla mnie to kolejny lakier, który zawsze i wszędzie pasuje- ślub, rozmowa o prace, spotkanie z szefem czy kawa z przyjaciółką. Jest to bardzo jasny delikatny róż. Na moich zdjęciah widzieć dwie warstwy, chociaż jednak polecam nałożenie trzech by jednak zyskać lepsze krycie.



19:00

Lush Rosy Cheeks

Lush Rosy Cheeks
Wiecie, maseczki to podstawa mojej pielęgnacji. Opowiadałam Wam, że już jako kilkuletnie dziecko chciałam ich używać. Ah ta glinka nałożona w cichej tajemnicy przed wszystkimi w wieku kilku lat ;) wtedy trochę mnie popiekła, a dziś glinki kocham szczerą, kosmetyczną miłością. I mam nawet taką jedną, do której wciąż wracam. I dziś chcę Wam powiedzieć o niej kilka słów. Moi Drodzy- oto Rosy Cheek od Lush. Już chyba stały gość mojej łazienki. Mój mały sekret i wybawca.



Uwielbiam to jak przyjemna jest moja skóra po jej uzyciu- gładka, czysta i w idealnej kondycji. Wszystkie podrażnienia znikają jak za dotknięcem magicznej różdżki. Wszystkie zaczerwienienia są złagodzone.  Do tego jej różany zapach jest idealie wyważony- ani za cięzki, ani zbyt mocny.


Ja wiem, że maski można robić samemu, zmieszać glinkę z wodą różaną i tak też kiedyś robiłam. Teraz jednak doceniam wygodne i szybkie rozwiązania. Nic nie trzeba mieszać, maska a zawsze idealną konsystencję, świetnie się nakłada.



Polecam!


12:35

Lush T'eo

Lush T'eo
Jakiś czas temu zaprezentowałam wam pierwszy z dezodorantów Lush Aromaco <link tutaj> już wtedy zaznaczyłam, że opowiem wam o drugim gagatku tej firmy, który polubiłam bardziej. I dziś nadszedł ten dzień.


Pierwsza różnica jest w konsystencji. Jest to natyerspirant w twardej kostce, która mimo wszystko dobrze rozprowadza produkt tam gdzie trzeba. Chociaż i tu trzeba być uważnym. Najlepiej rozprowadzać produkt zaraz po umyciu i osuszeniu skóry. By nie była ona ani zbyt mokra, ani zbyt sucha.

Dla ozdoby producent dodał suszone kwiatki. Owszem, ładnie to wygląda, ale jest bardzo nie praktyczne. Polecam zaraz po zakupie pozbyć się ich i cieszyć się gładką kostką.

Bardzo polubiłam jego zapach. Mieszanka cytryn i olejku herbacianego pachnie bardzo ładnie i świeżo. Co doceniam w tego typu produtach.

Soda ma za zadanie wchłaniać pot (a nie blokować) i neutralizować jego zapach. I działanie było dobre, choć nie używałam go w bardzo upalnie czy aktywniejsze dni.

Produkt zdobył moją sympatię, był szalenie wydajny, jednak chyba wolę mieć pewność świeżości zawsze, więc raczej już do niego nie wrócę. Aczkolwiek uważam, że dla osób szukających bardziej naturalnych produktów  tej kategorii, niż te sprzedawane w drogeriach, jest o produkt godny polecenia.

11:00

INDIGO PIJAMA PARTY, NATALIA SIWIEC LATO 2017

INDIGO PIJAMA PARTY, NATALIA SIWIEC LATO 2017
Czy wypada przyjść w pidżamie na ważne spotkanie? I do tego miec jeszcze party? Z kolorem pijama party z kolekcji lato 2017 od Natalii Siwiec i owszem! To jest jeden z najbardziej uniwersalnych kolorów w mojej kolekcji i jestem pewna, że ta buteleczka dobije dna!



I choć po nazwie spodziewałam się mocniejszego różu, dość majtkowego, jestem zadowolona, że ten lakier taki nie jest. Określiłbym jako beż, który jest złagodzony koktajlem mleczno-brzoskwiniowym.

Lakier kryje bardzo dobrze, dwie warstwy dają pełne krycie bez prześwitów. Na jednym z blogów czytałam, że potrzeba aż czterech warstw, absolutnie nie moge się z tym zgodzić. Myślę, że powyższe zdjęcie dobrze pokazuje, że dwie warstwy są absolutnie w stanie wystarczyć.

Śmiało mogę go określić ulubionym nudziakiem.  A jaki jest Twój?

10:24

Jak dbać o stopy?

Jak dbać o stopy?
Uwielbiam chodzić boso. Kapcie, skarpety to moja zmora. Gdy tylko mogę chodzę boso. Może jest to też spowodowane tym, iż moje stopy są bardzo wrażliwe. Czasami nawet myślę, że mam na skórze ślady prawie wszystkich moich butów. Mam z nimi problem w zasadzie od lat. Czasami tak jest- widzisz zadbaną kobietę, w pięknej sukience, ze świetną torebką, paznokcie i makijaż jak po wyjściu od kosmetyczki. Wzrok idzie w dol a tam tragedia! Stopy jak u słonia. Przez całe lata szukałam sposobu by nie być jedną z takich kobiet. By nie rujnować ogólnego wrażenia tym 'małym' szczegółem.  Doskonale wiem jakie to trudne by znaleźć coś co w końcu zadziała. Nie lubię recenzji kremów do stóp, które wychwalają je pod niebiosa, a jak się na końcu okazuje osoba pisząca recenzję w zasadzie nie ma z nimi problemów. Jeżeli więc szukasz czegoś co w końcu Ci może pomóc, gdy wydaje Ci się, że próbowałaś już wszystkiego, zapraszam dalej.




Myślę, że przełomem w mojej pielęgnacji stóp był zakup elektrycznego pilnika. W końcu po raz pierwszy przekonałam się, że i ja mogę mieć stopy jak z reklamy. I to bez zamykania się w łazience z tarką (choć miałam dobrą, marki Scholl), to efekt bardziej czułam w rozrastających się mięśniach ręki niż w długotrwałej poprawie kondycji stóp. Chciałam kupić elektryczną tarkę Scholl, jednak wpadł mi w oko tańszy zamiennik Fushwoll w Rossmanie. A że nie do końca wierzyłam w jego skuteczność, wybór by prosty- nie chciałam przepłacać. I nigdy tego wyboru nie żałowałam. I powiem wam, że gdy tylko mój staruszek skończył swój żywot specjalnie urządziłam wyprawę do Rossmana (bo tego nie ma w kraju, w którym mieszkam), by kupić następny. Tym razem wybór padł na wersję ładowaną. Myślę, że powinnam przyszykować wpis na ich temat, podobnie jak na temat rolek do nich. Bo zdecydowanie warto porównać oba, tak samo jak i opisać różne gradacje.


Jednak nie samym ścieraniem człowiek żyje. Stopy trzeba nawilżać, regenerować i ratować zbolałą otarciami skórę. W sierpniu 2012 podzieliłam się z wami moim odkryciem. I do dziś tak samo, o ile nie mocniej, uwielbiam maść marki Gehwol <link do starego wpisu z 2012 roku!>. Mam go zawsze w swojej łazience i nie ma wyjazdu, na który go nie zabrałam. Nic tak dobrze nie ratuje mnie, gdy moje stopy przegrają starcie z butami czy też wysuszą się na wiór. I tu waża uwaga, to musi być maść tej firmy, nie krem. Krem nie daje aż tak dobrych efektów.

Kilka miesięcy temu Hexxana skusiła mnie produktami polskiej marki Podopharm. Złożyłam dość spore zamówienie i już teraz muszę przyznać, że będę je ponawiać. Z pewnością produkty te nie wypchnęły maści Gehwol z mojej łazienki, ale bardzo mi służą w codziennej pielęgnacji.


Od czasu do czasu stopy smaruję masłem kakaowym lub maścią z witaminą A.

I oprócz noszenia dobrych i wygodnych butów, więcej sekretów nie mam. Sumienna i regularna pielęgnacja, połączona ze ścieraniem dobrym pilnikiem elektrycznym zdziałała u mnie cuda. Nic innego, żadne inne produkty nie sprawiły, że moje stopy aż tak dobrze.


09:21

Burt's Bees Hand Salve, maść do suchych i szorstkich dłoni

Burt's Bees Hand Salve, maść do suchych i szorstkich dłoni
Szorstkie i suche dłonie z pewnością nie są dobrą wizytówką. Nawet najpiękniejszy manicure nie jest w stanie ich wybronić. Z pewnością, o skórę trzeba dbać, ale to właśnie nasze ręce są najczęściej narażone na działanie detergenów, częste mycie i drobne skaleczenia. Czasem zwykły krem już nie wystarcza. A gdy przychodzi taki czas dla mnie sięgam po cięższą broń- maść do suchych i szorstkich dłoni Burt's Bees. Produkt kultowy i co ciekawe, w 100% naturalny. Jeżeli zaś problem masz tylko ze skórkami, polecam zapoznanie się z masełkim do skórek zrecenzowanym tutaj klik.
Opowieść rozpocznę od opakowania. Ponieważ jest ono dość pancerne i broni dostępu do tych dobroci natury, które mają nam pomóc. Owszem jest ładne, odporne na zniszcznia (metalowa puszka), ale jego otwarcie czasami bywa uciążliwe. Puszka się zasysa i trzeba użyć siły by ją otworzyć. Do tego najepiej jest mieć bardzo suche dłonie. 

Gdy już dostaniesz się do zawartości puszki możesz zostać powalona przez zapach. Bardzo intensywny, ziołowy. Można się do niego przyzwyczaić a nawet polubić. 
Ale żadna z wyrzej wspomnianych cech nie jest kluczowa. Należy sobie zadać tutaj pytanie czy natura- olejki eteryczne, zioła i wosk pszczeli są w stanie sie uporać z bardzo suchą skórą. Owszem, są. Mam zasadę by wszystkie kremy i balsamy używa tylko na mokrą skórę. Tak też robiłam w tym przypadku. Maść jak to maść jest tłusta i zostawia warstwę. Więc jak dla mnie to produkt do użycia na noc lub jako pewnego rodzaju maska na dłonie. taka, która działa bardzo dobrze. Nawilża, regenruję i przynosi ukojenie. Do tego świetnie działa na skórki.
Jestem zadowolona, aczkolwiek jest to podukt, po który sięgam w kryzysowych sytuacjach.

Podsumowując, jeżeli masz zadbane dłonie i obiektywnie mówiąc, nie są one w opłakanym stanie- odpuść sobie ten produkt, bo nie jest on dla Ciebie. Rozczarujesz się. Jednak jeżeli już nie wiesz po co sięgać i najchętniej smarowałabyś ręce oliwą- to jest właśnie to czego szukasz. 

10:18

Tony Moly Appletox, Smooth Massage Peeling Cream (Krem intensywnie peelingująco - masujący)

Tony Moly Appletox, Smooth Massage Peeling Cream (Krem intensywnie peelingująco - masujący)
Tak, tak, wiem. Azjatycka pielęgnacja jest modna. No cóż, ja chyba jestem odporna na milion kroków pielęgnacji i różne wynalazki. Pielęgnacje wybieram instynktownie. Ale pewnego razu w Sephorze przyszła chęć by zmierzyć się z legendą. Tony Moly, peeling enzymatyczny, pieśni pochwalne na blogach, cudowne opakowanie i promocyjna cena całego zestawu sprawiły, że nie zastanawiałam się nad zakupem, lecz błyskawicznie dołożyłam kolejny produkt do koszyczka. W domu przyszła pora na zachwyty nad infantylnym opakowaniem i pierwsze testy. Po pierwszych były następne, aż dobiłam dna (tzn. Produkt się skończył, nie że ja się stoczyłam). I o tych wrażeniach chciałabym wam dziś opowiedzieć.

18:55

Świecowe denko 2

Świecowe denko 2
Jakiś czas temu zapowiedziałam wam, że ci jakiś czas będę chciała umieszczać na blogu denko, w którym będę podsumowywać ostatnio wypalone świece. I dziś dotezymam słowa, choć szczerze przyznaję, że chyba jakieś wypalone świeczki pomiędzy ostatnim postem, a tym dzisiejszym też były. Poprzedni post tutaj.

Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger