środa, 26 września 2012

Yankee Candle, Nature's paintbrush

   Jesień przyszła przedwcześnie. A może tylko sobie z nami igra?  Gdzie się podziała ta piękna, polska, złota jesień? Wiem- w moim pokoju. Ale nie jest ona ciepła. Zacznijmy może od początku.

   Wracam do domu. Dziś dzień nie był ciężki, a może nawet taki był, ale krótki spacer odesłał go w niepamięć. Świeci słońce, nawet trochę razi. Kolejny raz przeklinam, że nie zabrałam okularów. No trudno, nie ma co marnować tego pięknego dnia. Zapewne niewiele ich już zostało tego roku. Poprawiam mój długi puchaty szalik, naciągam go pod nos. Robię to dość niechlujnie. Zastanawiam się przez chwilę, którymi perfumami on pachnie. Tak czysto, elegancko. Dochodzę do wniosku, że to mieszanka płynu do płukania i którejś z licznych próbeczek, które przy sobie noszę. Nieważne. Ważne, że pachnie ładnie. Spaceruję bez pośpiechu. Nie zwracam uwagi na innych ludzi. Jest droga, ale nie ma na niej żadnego samochodu. Jestem tylko ja i jesień. Ostatnie dni złotej jesieni. Zimne, wibrujące ale niezwykle przyjemne. 

   Nazwa doskonale oddaje zapach. Ja jestem zauroczona tym widokiem. 

   Jeżeli chodzi o właściwości techniczne, to właśnie wypalam piąty podgrzewacz z Ikea i ciągle zapach jest intensywny. Warto jeszcze wspomnieć, że wypełnia on bardzo dobrze cały duży pokój i część przedpokoju. Kominek rozpalam wieczorami, jednak niezapalony stoi na stoliku cały czas. Pokój  wypełniony jest zapachem od pierwszego rozpalenia. Już wiem, że będzie to jeden ze stałych zapachów goszczących w naszym domu. 

   Tęsknicie za złotą jesienią?

poniedziałek, 24 września 2012

Alcina, Royal, odżywka

   O szamponie Alcina Royal pisałam jakiś czas temu(klik). Z racji tego, że szampon był używany z innymi odżywkami, odżywkę skończyłam dopiero teraz. W zasadzie już po pierwszym użyciu wiedziałam mniej więcej, co o niej myślę, jednak z recenzją czekałam do momentu zużycia całego opakowania. 


   Gdy już o opakowaniu mowa- jest ono identyczne jak w przypadku szamponu. Czyli solidne białe, dość eleganckie jak na odżywkę, opakowanie. Po zużyciu całego opakowania wciąż wygląda jak nowe.

   Producent na opakowaniu, podobnie jak w przypadku szamponu, sugeruje ile pompek wycisnąć przy danej długości włosów. I tutaj także jest to dobrze wykalkulowane.

Producent obiecuje: " W trzecim kroku pielęgnacji Royal zostaje zintensyfikowane i wspomagane działanie wcześniej zastosowanych produktów Royal. Pielęgnująca odżywka Royal czyni włosy odporniejszymi na negatywne wpływy środowiska. Otula ochronnie włos i wzmacnia połysk, elastyczność i odporność włosów. Dla równomiernej struktury i łatwiejszego czesania."


   I nie skłamał. Pierwszym etapem jest szampon, drugim serum. Ja serum nie posiadam i faktycznie przy stosowaniu tej odżywki czegoś mi brakowało. Dlatego bardzo lubiłam używać jej po olejowaniu włosów. Włosy były odżywione, ale nie przekarmione. Samej odżywce jednak czegoś brakowało. Włosy były elastyczne i uniesione. Tu muszę wspomnieć, że włosów mam dużo i przy każdej wizycie mam je tak ścinane, aby pozbyć się objętości, dlatego do tej pory nie przepadałam za produktami dającymi efekt push-up. Gdy pierwszy raz poznałam kosmetyki z  serii Alcina Royal zaczęłam inaczej patrzeć na taki efekt. Włosy były uniesione od nasady, ale bez efektu nieposkromionych włosów. Szampon ich z pewnością nie obciążał, ale nie puszyły się. Miały za to ładny, zdrowy błysk. Włosy były także bardzo przyjemne w dotyku. Nie były śliskie jak jedwab, ale bliżej im było do cienkiego, gładkiego, kaszmirowego sweterka. Czułam, że nałożyłam na włosy preparat luksusowy. Zapach eleganckich perfum wspomagał to odczucie.

INCI: AQUA, CETYL ALCOHOL, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, SODIUM COCOAMPHOPROPIONATE, HYDROXYPROPYL STARCH PHOSPHATE, CETYL ESTERS, ISOPROPYL ALCOHOL, PHENOXYETHANOL, GLYCERIN, PARFUM, MICA, AMODIMETHICONE, DIMETHICONE, HYDROLYZED KERATIN, ETHYLHEXYLGLYCERIN, HYDROLYZED PEARL, MARIS SAL, LINALOOL, CETRIMONIUM CHLORIDE, TRIDECETH-12, BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL, SODIUM ACETATE, SODIUM BENZOATE, SORBIC ACID, TOCOPHEROL, CI 77891.

 Jeżeli poszukujecie produktu, który uniesie włosy bez efektu napuszenia sięgnijcie po ten produkt. Zwłaszcza gdy wasze włosy są delikatne i nie chcecie ich nadmiernie obciążyć. Polecam. 


czwartek, 20 września 2012

Cukinia nadziewana fetą i warzywami

   Mamy właśnie sezon na cukinie, więc trzeba wykorzystać ten czas. Danie proste i szybkie, ale bardzo smaczne. Zapewne znakomicie smakowałoby przyrządzone także na grillu. Gorąco polecam!

 
   Potrzebujemy:

4 małe cukinie
200 g fety
1 duża papryka czerwona
1 duży pomidor lub 2 małe
4 łyżeczki oliwy z suszonych pomidorów
opcjonalnie kilka plastrów sera żółtego
przyprawy: pieprz, chilli, habanero, przyprawa grillowa

   Cukinię przecinamy na pół i wydrążamy środek. Pomidora i paprykę drobno kroimy, mieszamy z fetą i przyprawami. Cukinię smarujemy oliwą i posypujemy przyprawami. Następnie nadziewamy farszem. Zawijamy w folie do pieczenia i wkładamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy ok. 15 minut w 180C. Można odkryć folię, położyć ser i zapiec, aż do rozpuszczenia.

   Lubicie połączenie warzyw i fety?

niedziela, 16 września 2012

Catrice, Absolute Eye Colour, 280 Heidi Plum

    Catrice podobnie jak Essence, co jakiś czas wymienia kolekcje, które ma w sprzedaży. Podobnie jest z tym cieniem. W zasadzie gdyby nie wiadomość o wycofaniu go, to bym się nim nie zainteresowała. A tak stał się ulubieńcem ostatnich dni.


   Cień nie jest mocno napigmentowany, ale można nim budować kolor. Jedna warstwa daje delikatny kolor bardziej bury niż fioletowy, w sam raz do dziennego makijażu. Dobrze wygląda połączony z różowym cieniem, który rozświetla ten trochę bury fiolet. Jednak sam na powiece, nałożony w większej ilości wygląda genialnie. Zaznaczę też, że nałożenie większej ilości nie jest równoznaczne ze zbieraniem się go w jednym miejscu lub grubą warstwą. Oprócz intensywności koloru nie zauważyłam innych zmian.


   Gdy użyjemy cień na czarną bazę (u mnie kredka jumbo NYX Black Bean) zyskuje całkiem innego charakteru. Staje się o wiele bardziej błyszczący. Jest to ciemna śliwka. Brak w nim niebieskich tonów. Piękny czysty fiolet.


   Co do jakości. Nie jest ona rewelacyjna. Jednak na bazie wytrzymuje cały dzień. Nie jest to cień, który bezproblemowo się rozciera- trochę wtedy ginie i wymaga dołożenia go. Jak dla mnie nie jest to problemem.


   Wyczytałam w sieci, że były dwie wersje tego produktu. Moja wypowiedź dotyczy wersji nowszej.

   Ogólnie cień polecam ze względu na kolor. Zwłaszcza dla posiadaczek zielonych oczu. Jeżeli jesteście zainteresowane- spieszcie się, bo produkt jest wycofywany ze sprzedaży.

sobota, 15 września 2012

Krem z papryki

   Krem z papryki. Wiele razy słyszałam, nigdy nie jadłam. Aż zdecydowałam, że nadeszła pora, aby zmierzyć się z tym wyzwaniem. Przygotowując ten krem, obawiałam się, czy nie będzie to tylko lepsza wersja pomidorówki. Miło się zaskoczyłam, gdy smak papryki był jednak wyraźny. Zupa jest sycąca i rozgrzewająca.

 
 Potrzebujemy:

4 duże papryki
650 g pomidorów (zmiksowanych)
1 łyżka masła
1 łyżkę oliwy z oliwek
1,5 litra rosołu
przyprawy: papryka chilli, pieprz, pieprz ziołowy, zioła prowansalskie
cukier do smaku

   Opcjonalnie:

400 g kiełbasy
250 g makaronu

   Wydrążoną paprykę kroimy, układamy środkiem w stronę blachy. Pieczemy 20 minut w 220C. Gdy przestygnie wkładamy do blendera i siekamy najdrobniej jak się da. W garnku rozgrzewamy łyżkę masła. Wsypujemy dużo ostrej papryki. Po chwili dodajemy paprykę i pomidory. Po chwili dodajemy rosół. Doprawiamy do smaku.

   My zjedliśmy z makaronem i podsmażoną kiełbasę.

piątek, 7 września 2012

Balea, Cellulite duschgel


   O kosmetykach niemieckiej firmy Balea jest na polskich blogach głośno. Po części pewnie ze względu, że nie są one dostępne w Polsce, a po drugie ze względu na ich bajecznie niską cenę. Także można usłyszeć pochwały na temat ich jakości. Gdy miałam więc okazję przejeżdżać w pobliżu drogerii DM zabrałam mamę i zrobiłyśmy zapasy. Wybór był duży, ceny niskie więc najchętniej zabrałybyśmy ze sobą całą drogerię. Spośród całej tej masy kosmetyków, najbardziej zaciekawił mnie żel z masażerem, bo po żelu pod prysznic nie oczekuję redukcji cellulitu. I jakie są moje wrażenia po wykończeniu całego opakowania?


   Po pierwsze opakowanie- tubka, którą można podstawić. Żel spływa, więc nie ma problemu z wyciśnięciem go. Tuba jest idealna- nie jest zbyt twarda, ale nie jest też zbyt cienka. Problem miałam z zakrętką. Mokrymi dłońmi ciężko było ją równo zakręcić.

  Po drugie masażer, czyli to, co mnie najbardziej ciekawiło. Po pierwszym prysznicu wiedziałam już, że nie polubimy się. Przecież to takie twarde, ostre i drapiące. Zgoda, syrena też jest ostra i mocno drapie, ale w przyjemny sposób, a tutaj miałam wrażenie, jakbym zabrała kilka małych ostrych widelców. Uwierzcie mi, że to nie było nic przyjemnego. Szybko porzuciłam pomysł masowania się tym wytworem. Zastanawiała mnie też kwstia higieny. Bo jak takie "coś" umyć, gdy nie ma jak zablokować wlotu do pojemnika? Marny pomysł, oj marny.


  Sam żel jest bardzo fajny. Ma malutkie granulki, które delikatnie masowały skórę, ale z pewnością nie peelingowały. Żel mył dobrze, nie przesuszał. Jednak nie tylko granulki uprzyjemniały mi mycie, ale i zapach (uwielbiam pięknie pachnące żele/ mydła). Zapach kojarzył mi się z kwiaciarnią i przywodził na myśl wodę toaletową Oriflame In tune. Zapach jak idealny na miły poranek, ale i na wieczorny relaks. Zapach nie radził sobie z zamaskowaniem wizyty na basenie. Nie utrzymywał się też długo na skórze. Ale wystarczała mi ta chwila pod prysznicem.


  Polecam żel, ale z pewnością nie masażer. Może któraś z was go miała? Jaka jest wasza opinia? Lubicie zapach kwiaciarni?

sobota, 1 września 2012

Michałkowy deser jogurtowy

   Miała być Panna Cotta a wyszedł Pan Michałek. Robiąc listę zakupów zamiast śmietany zapisałam jogurt naturalny. A że sam jogurt naturalny i żelatyna to na deser trochę mało, chciałam dosłodzić ten duet białą czekoladą. W najbliższym sklepie takiej nie mieli (bo przecież jak można lubić białą czekoladę), więc została kupiona Michałkowa (miała być w białej czekoladzie, ale tez nie było; była tylko wersja różowa/ czerwona). I tak powstał ten deser. Nie jest on zbyt słodki, ma ładny kolor (jak truskawki!) i można go pochrupać. Przy tym wszystkim jest bajecznie prosty w wykonaniu.

Potrzebujemy:

400 g jogurtu naturalnego
100 g czekolady michałkowej lub "Michałków"
12 łyżek wody
2 łyżki żelatyny


    Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. W między czasie rozpuszczamy 2 łyżki żelatyny w 12 łyżkach gorącej wody. Do rozpuszczonej czekolady (nie będzie gładka, bo ma orzeszki) dodajemy jogurt i mieszamy zbierając czekoladę ze ścianek. Gdy już połączymy dobrze te składniki dodajemy wodę z żelatyną. Mieszamy dokładnie. Rozlewamy do pojemniczków. Trzymamy w lodówce do stężenia.

Lubicie Michałki?


P.S. Zdjęcie deseru mi zaginęło, gdy się odnajdzie aktualizuję post.
Zdjęcie pochodzi z :http://www.nowoscifmcg.pl/sklep,view,wawel_dla_kibicow_