wtorek, 30 kwietnia 2013

27. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & spa

   Nie jestem kosmetyczką, nie jestem makijażystką, masażystką też nie. Ale lubię czerpać wiedzę. Nie ukrywam też, że interesuję się tematyką pielęgnacji ciała czy upiększania go makijażem. Z tego właśnie powodu wybieram się na 27. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & spa, który odbędzie się w sobotę (11 maja) i niedzielę (12 maja) w Nowohuckim Centrum Kultury (al. Jana Pawła II 232). Nawet mimo tego, że podróż na Nową Hutę to dla mnie wyprawa. Miałam okazję być już na 24 Konkresie i Targach i wiele z niego wyniosłam (nie, tym razem nie piszę o kosmetykach, chociaż targi są świetnym miejscem do zakupów kosmetycznych). Mam nadzieję, iż uda mi się dotrzeć na wykłady dotyczące:



-zdrowia i urody, bo która z nas nie marzy o ideale?
  • Jak uzyskać wymarzoną figurę dzięki odkwaszaniu? Tajemnica pięknej skóry (dr h.c.Peter Jentschura)
  • Panel: Oczyszczanie drogą do zdrowia i urody (dr Szymon Woronko, Ludmiła Petrenko, dr Grażyna Duszkiewicz)
  • Likwidacja niedoskonałości sylwetki – połączenie technologii zimnego lasera, kawitacji ultradźwiękowej, endomasażu próżniowego i RF (dr Andrzej Kępa)
  • ForSpa: CACI. Niechirurgiczny lifting twarzy
  • Kosmetyczna alternatywa dla medycyny estetycznej (Małgorzata Zyskowska)
  • Zdrowy nawyk, zdrowe piersi (Magda Steczkowska, Joanna Kostrzewska)
-masażu
  • Kunye – masaż tybetański (Maria Kalita)
  • Cavitti uzhiccil – masaż stopami (Sankar Lal Sivasankaran Nair)
  • Chiński masaż gua sha (Fatima Bilgen)
-kwasów, które są dla mnie wciąż całkiem obcym tematem
  • Bandi: Eksfoliacja kwasem pirogronowym, salicylowym i azelainowym.
  
   A to nie wszystko! Znany z TVN dr Marek Szczyt zaprezentuje najnowsze trendy i osiągnięcia chirurgii plastycznej. I oczywiście jeszcze zostaje cała atmosfera i wystawcy targów. Jeżeli jesteście ciekawi, co jeszcze się będzie działo, na stronie targów znajdziecie więcej informacji <klik>.

   Które z wykładów was ciekawią? Wybieracie się? A może będziecie wypatrywać relacji z tego wydarzenia?


Revitacell, stem cells face set,bioaktywna rewitalizująco-rozświetlająca maska do twarzy

   O pierwszej części zestawu pisałam już jakiś czas temu. Dziś będzie o maseczce, bo na jej przetestowanie potrzebowałam o wiele więcej czasu. A maseczki do twarzy to coś co bardzo lubię. Przez ostatnich kilka lat byłam uzależniona od czystych glinek. Ale ileż to można bawić się z błockiem? Maseczka Revitacell była miłym urozmaiceniem. Jednak czy był to tylko miły gadżet, a może i dobry kosmetyk?


   O opakowaniu pisałam już podczas recenzji peelingu z zestawu <klik>. Opakowanie różni się zawartością, cyferką oraz oczywiście opisem. Opakowanie dobrze się sprawdza przy tej konsystencji produktu. A konsystencję ma lekkiego kremu. Bardzo przyjemnie rozprowadza się po skórze, szybko wchłania (nigdy mi się nie zdarzyło, aby skóra nie wchłonęła jej do końca). Po rozprowadzeniu twarz jest gładka i zgodnie z obietnicą producenta rozświetlona. Ale dlaczego rozświetlają ją drobiny? To chyba nie o to chodzi w maseczkach? Nie jest to może efekt kuli dyskotekowej czy brokatowego rozświetlacza, ale nie takiego rozświetlenia spodziewałam się po maseczce. Swoją drogą, lubię po nią sięgać przed makijażem, bo oprócz delikatnego rozświetlenia skóry powoduje, że staje się ona taka przyjemna w dotyku i gładka.

Przed roztarciem.
   Samą maskę stosowałam na wiele sposobów- rano, wieczorem, bardzo grubą i mniej grubą warstwą. Nie widząc efektów większych niż powyżej opisane, zaczęłam stosować ją jako krem na noc. W tej roli nie radziła sobie, moja skóra rano wręcz wołała o krem do twarzy, pojawiły się przesuszone partie skóry zaledwie po kilku takich próbach.

Po wchłonięciu się maski. Można dojrzeć drobinki.
   Nie mogę jej odmówić wydajności. Myślałam, ze ta mała tubka i lekka konsystencja spowodują, że wystarczy mi na kilka użyć,a  tymczasem ona nie chce się skończyć. Szkoda tylko, że nie widzę wpływu komórek macierzystych na moją skórę. Liczyłam na rewolucję, a mam lekki krem dodający doraźnie blasku. 

   Lubicie kremy dodające waszej skórze blasku?

niedziela, 28 kwietnia 2013

Essie, Navigate Her, 210A Orange, It's obvious

   Nie darzę miłością Essie. Często czytam zachwyty nad nimi, widzę na listach marzeń i się zastanawiam czy tylko ja jestem taka na nie odporna czy może źle trafiam? Dzisiaj będzie o lakierze, który jak dla mnie jest wyjątkiem. Wyjątkiem takim, że jest to lakier Essie i go lubię. Dlaczego?


   Po pierwsze z powodu koloru. Uwielbiam pomarańczowy kolor. Dodaje mi energii i sięgam po niego przez cały rok. Zastępuje czerwień w duecie z czernią. Podkreśla brąz. Biały ożywia. A z pewnością dodaje optymizmu i energii. Ten też taki jest. Mając go na paznokciach uwielbiam sięgać po pomarańczowe pomadki.


   Po drugie pędzelek. W tym lakierze jest idealny. Szeroki, ale dobrze skrojony. Nie mam problemu z tym, że malując paznokcie muszę 5 razy przeciągać pędzelkiem po jednym paznokciu. Ale nie jest też zbyt szeroki- nie maluję nim całych skórek i połowy palca. Lekko zaokrąglony czubek pozwala mi nie zamalować całych skórek. A i konsystencja z nim dobrze współgra. Nie jest gęsty, ale też nie jest tak mokry, że zalewa całe paznokcie i palce.

   Po trzecie,  nie zdejmuje koloru. A tego w lakierach nie lubię. Jedna warstwa dobrze i równomiernie pokrywa paznokieć. Jednak druga warstwa jest potrzebna, aby dodać mu głębi.

Pomadka to MAC Morange

   Minusem jest trwałość- w miejscach gdzie mam najbardziej rozdwojone paznokcie pojawiają się pierwsze mikro odpryski. Drugiego dnia stają się już ogromne i lakier muszę zmyć. Jednakże stosowanie top coatu poprawia jego trwałość, więc nie narzekam (mogę wtedy nosić 3-4 dni).

   Podsumowując, jak dla mnie jest to idealny odcień tego koloru, na dodatek nie zawiera drobinek. W moim przypadku konieczne jest sięgnięcie po lakier nawierzchniowy, ale nie jest to uciążliwe.Z moich  Essiaków ten jest najłatwiejszy w obsłudze, jeżeli chodzi o samą aplikację.

   Podobają wam się pomarańczowe paznokcie?

piątek, 26 kwietnia 2013

Decubal, face wash, nawilżająca pianka do mycia twarzy

   Oczyszczać buzię za pomocą wody czy nie? Obie teorie mają wiele zwolenników i przeciwników. Moim zdaniem, warto obserwować co nam pasuje. Zazwyczaj rano myję twarz hydrolatem, a wieczorem myję wodą i jakimś środkiem myjącym. Ostatnio sięgałam po piankę Decubal, i to ona będzie przedmiotem dzisiejszego postu.

   Zaskoczyła mnie jej wydajność. Pianki używam od pierwszych dni lutego, a ona dopiero teraz się skończyła. Nadmienię jeszcze, że w jej używaniu miałam pomocnika (i wcale się z tym nie krył!). Ale wydajność nie jest jej jedyną zaletą. Zaskakująca jest też jej konsystencja. Jest to mus, ale z taką głębokością. Treściwa pianka to chyba najlepsze określenie, ale polecam i tak doświadczyć go na własnej skórze. Łatwą jest też ją wydobyć z opakowania, bo pompka (uwielbiam, gdy opakowania ją zawierają, a gdy jej nie mają to i tak staram się dopasować pompkę do opakowania lub produkt przelewam do opakowania posiadającego pompkę) działa sprawnie- dobrze spienia i się nie zacina. Czasem wystarczała mi jedna pompka, ale gdy na oczach miałam mocniejszy tusz lub eyeliner musiałam użyć już dwóch. Kilka sekund i po makijażu nie było śladu (nawet pod dolnymi rzęsami, gdzie często mam problem z domyciem, mimo tego,że się tam zazwyczaj nie maluję...). 


   Piankę producent określa jako nawilżającą. Ja przy mojej bardzo suchej skórze tego tak bym nie ujęła. Owszem, nie wysuszała, a to już duży plus. Jednak w moim przypadku nałożenie kremu do twarzy i tak było konieczne. Ale przyznam też, że nie czułam ściągnięcia skóry po myciu i osuszeniu. 

   Podsumowując: piankę bardzo polecam, z pewnością sama do niej wrócę nie raz. Szybki i przyjemny demakijaż jest czymś co lubię. Bajeczna konsystencja, opakowanie z pompką i wielka wydajność. Nie mam się do czego przyczepić...

   Skład: Składniki (INCI): Glycerin, Aqua, Sodium Cocoamphoacetate, PeG-60 Hydrogenated Castor Oil, Niacinamide, Sucrose Cocoate, Allantoin, Caprylyl Glycol, Bisabolol, Sodium Gluconate, Citric Acid.
nie zawiera substancji lipidowych

   A jak wy myjecie twarz? Unikacie wody?

środa, 24 kwietnia 2013

Yankee Candle, Black coconut

   Budzę się rano. Kładę rękę na głowie i myślę. Ogarniam włosy z twarzy i zaczynam się rozbudzać. Przypominam sobie wczorajszy dzień. Słońce, dużo słońca. Leżak w niebieskie paski. Piasek. Morza nie pamiętam. Może był to leżak nad hotelowym basenem? Smarowałam się olejkiem, gdy pojawił się on. Mimo upału ubrany był w białą koszulę, miał lekko potargane włosy. Zaprosił mnie na wieczornego drinka. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się. Nie wiem kiedy minęła cała noc. Pamiętam tylko drinki na bazie rumu podawane w skorupie kokosa. Były smaczne, lekkie. Rum był gdzieś w tle. Były lekko słodkie. I była też kolorowa palemka.. I nic więcej nie pamiętam.


   Zapach, który mnie zaskoczył. Miałam nadzieję, na mocno kokosowy, trochę obezwładniający zapach. Po zapoznaniu się z nutami, myślałam że będzie to kolejne wcielenie męskich perfum. Tymczasem nie określiłabym go ani jako męski, ani jako owocowy. Jest lekko kokosowy, kojarzy mi się z drinkiem o słabej mocy, na bazie rumu, mleka i może odrobiny wanilii.

   Ciekawostka: nie przez przypadek w opisie zapachu napisałam, że budzę się rano. Własnie tak mam z tym zapachem. Wyraźnie go czuję dopiero kilka godzin po paleniu. Najczęściej palę go wieczorem, przed snem, wstając rano wita mnie w pełnej krasie. W zasadzie to dopiero wtedy się delektuję nim. Podobnie jak myślą o pysznym drinku w powyżej opowieści. Sam zapach podoba mi się. Jest elegancki i przyjemny.


niedziela, 21 kwietnia 2013

Koktajl czekoladowy z imbirem

   Czy śniadanie musi być nudne? Kanapki, owsianka, omlet... A może koktajl? Sycący. Pełen dobroci. Kakao, imbir i śliwki tworzą ciekawe połączenie. Słodkość, ale piekąca w język. W przyjemny sposób. Jeżeli poszukujecie nowych doznań- polecam. :)



   Potrzebujemy:

2 banany
2 łyżeczki otrąb żytnich
2 łyżeczki otrąb owsianych
2 łyżeczki zarodków pszennych
4 łyżeczki kakao
4 suszone śliwki kalifornijskie
300 ml mleka
brązowy cukier do smaku
1 cm imbiru


Wszystkie składniki za wyjątkiem mleka dodajemy do blendera. Miksujemy. Dolewamy mleko i mieszamy. Gotowe!

Imbir, śliwki, kakao- odważycie się spróbować?

czwartek, 18 kwietnia 2013

Calcium pantothenicum i jego negatywne skutki uboczne.

   W krótkich włosach czułam się bardzo dobrze. Jednak po pewnym czasie chciałam zmian. Pooglądałam swoje dawne zdjęcia,  do tego znalazłam w sieci wiele fajnych fryzur z długich włosów, do tego doszły głosy bliskich mi osób, więc stwierdziłam, że zapuszczę. Jednak chyba każda kobieta wie, jak trudnym okresem jest zapuszczanie włosów. Chodziłam do fryzjera regularnie, aby nadal ludzi nie straszyć, ale chciałam uzyskać szybciej wymarzoną długość. Akurat w tym czasie zaczęła się moda na Calcium pantothenicum, czyli pantotenian wapnia (witamina B5). Kuracja nie była droga, a jej wpływ na organizm miał być bardzo dobry. Poczytałam i przystąpiłam do działania. Jaki był efekt?


   Przyjmowałam różne dawki w zależności od okresu. Mimo mojego braku systematyczności w zażywaniu tego typu produktów byłam tym razem raczej systematyczna. Przyrost włosów wydawał mi się większy, ale nie mierzyłam konkretnych przyrostów.

   Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam był jego wpływ na sen. Nie byłam w stanie się podnieść z łóżka jeżeli nie przespałam minimum 8 godzin. Budzik mógł dzwonić, kawa mogła stać obok, a ja nie byłam w stanie podnieść głowy. Zaczęły też się pojawiać wypryski, zawsze w jednym miejscu (na linii włosów nad skronią) i były to bolące gule. No cóż, normalny etap przy tego typu suplementach.

   Ogólnie z efektów byłam zadowolona, gdyby nie wymiana spostrzeżeń na temat tego suplementu na jednym z forów internetowych. Wtedy zorientowałam się, że fatalny stan paznokci może być skutkiem zażywania tego suplementu. Z początku nie wierzyłam, ale po odstawieniu przekonałam się, że pękające paznokcie ok. 3 mm od ich krawędzi to nie jest kolejny wybryk moich suchych i rozdwajających się paznokci. Same paznokcie były twardsze, ale pęknięcia paznokci w takim miejscu to nie był efekt, którego oczekiwałam. Odstawiłam suplement, nawilżam paznokcie i muszę czekać, aż odrosną. Jak dla mnie jest to zbyt duże poświęcenie.

   Wy także zostałyście skuszone wizją szybszego przyrostu włosów? Jeżeli tak, to czy zauważyłyście u siebie podobne skutki uboczne? A może byłyście zadowolone z efektów?

wtorek, 16 kwietnia 2013

Decubal, face cream, odżywczy i intensywnie nawilżający krem do twarzy

   Moja sucha skóra potrzebuje solidnego nawilżenia, o czym zapewne już wiecie. Jakiś czas temu pisałam wam o kremie wypełniającym i rewitalizującym z serii Intensive, z którego byłam zadowolona <klik>. Jednakże dziś napiszę kilka słów o kremie z serii Decubal Basic. Czy jestem z niego tak samo zadowolona?


   W tym przypadku nie jestem zadowolona z opakowania. Jest duże, toporne, wygląda tanio. Jednak dobrze znosi upadki. Jednak to przeciętnej urody pudełeczko kryje w sobie krem o ciekawej konsystencji. Wygląda jak białe masło, jednak ma ciekawą w dotyku konsystencje. Przy pierwszym kontakcie miałam wrażenie, że to masełko, jednak na twarzy zmienia swoją konsystencję w bardzo delikatną. Rozprowadza się więc bardzo dobrze. 

   Producent deklaruje, że krem nadaje się świetnie pod makijaż. I tu się do końca zgodzić nie mogę. Pod mineralny owszem, ale przykładowo żelowy Rimmel wyglądał na nim okropnie. Nakładał się rewelacyjnie, ale po godzinie byłam cała w kropki (podkład się zbierał). 


   Twarz była nawilżona, nie miałam problemu suchych skórek i dobrze zabezpieczał przed wiatrem czy mrozem. Skóra była miękka. Przyjemna w dotyku. Jednak brakowało mi tego faktora X- sama właściwie nie wiem czego, ale wiem, ze moja skóra może wyglądać jeszcze lepiej. 

   Podsumowując, dla mnie jest to fajny krem pod minerały lub do likwidacji przesuszonych obszarów. Jednak używam go zamiennie z innymi produktami, bo używając stale przez dłuższy okres widzę, że czegoś mi brakuje. 

Skład: Składniki (INCI): Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Cetyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Glyceryl 
Stearate, Citric Acid, lanolin, Polysorbate 60, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Carbomer, Tocopherol, 
ethylhexylglycerin, Sodium Gluconate, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate.
Zawartość substancji lipidowych: 18%.

   Jaki jest wasz ulubiony krem do twarzy?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Joanna, Naturia, peeling myjący z kiwi, wygładzający

   O peelingach Joanny czytałam wiele. Że takie cudowne, pięknie pachnące, kolorowe i ogólnie cuda wianki. Przez wiele miesięcy (a może nawet lat) byłam oporna. Bo małe, pewnie na jedno użycie, ogólnie mało opłacalny interes. Nad zakupem zaczynałam się zastanawiać gdy Biedronka pokazała je w swojej ofercie reklamowej. Ale i tak nie pobiegłam na zakupy. Jakiś czas później, w całkiem innym mieście zobaczyłam malutką zieloną buteleczkę. A że zielony kolor lubię, kiwi też i nie zabrałam ze sobą na wyjazd peelingu postanowiłam kupić ten produkt zamiast 2 batonów. I kto tu miał rację? Mój instynkt? A może ten produkt stał się ulubieńcem i będę pisać peany pochwalne na jego cześć?


   Opakowanie produktu jest malutkie. W sam raz na wyjazdy. Przezroczyste, więc można też kontrolować ubytek. Czarne drobinki zawieszone w zielonej bazie wyglądają bardzo ładnie. Sama buteleczka jest dość giętka. Problem pojawia się, gdy chcemy wydobyć to co jest poniżej 1/3 opakowania. Trzeba cierpliwości, o którą trudno w połowie masażu pod prysznicem. Na dodatek nie można postawić buteleczki na zakrętce.

   O zapachu w zasadzie pisać nie będę, bo go nie ma. Może jakiś tam jest, ale z pewnością nie zapada w pamięć i nie jest to kiwi. Czyli na tym polu zachwytów też nie będzie. Ale przecież tu nie o zapach chodzi, a o działanie.


   Nie jest mocny peeling. A w zasadzie to jest to słaby peeling. Bez obaw mogę nim masować biust przez kilka minut, bo działanie peelingujące jest malutkie. Nawet po solidny masażu skóra nie jest nawet zarumieniona. Producent w nazwie zawarł słowo myjący i to słowo klucz. Bo produkt jest bardziej myjący niż wygładzający. A w dziedzinie żeli pod prysznic znam lepsze produkty.

    Podsumowując, jak dla mnie jest to żel pod prysznic. Dobry do zabrania na basen czy kilkudniowy wyjazd. Wbrew pozorom jest dość wydajny, ale jednak działania nie widzę. A może ja taka gruboskórna jestem? Po licznych pozytywnych recenzjach liczyłam na coś więcej. Znany jest wam ten peeling? Co o nim myślicie?

piątek, 12 kwietnia 2013

Jak palić woski zapachowe? Jak usunąć wosk z kominka bez mrożenia i wylewania wosku.

   Ostatnio na jednym z blogów zobaczyłam instrukcję jak palić woski. Pomyślałam, że ja pokażę mój sposób, który jest atypowy, ale moim zdaniem lepszy. Pokażę go na przykładzie wosków Yankee Candle, bo tych palę najwięcej, jednak mam także w swojej kolekcji urocze seruszka Aromabotanical, które także w ten sposób wykorzystuję..Chyba nikt z nas nie lubi marnować czasu. Wiele z nas lubi często zmieniać zapachy perfum, świec czy wosków, które mu towarzyszą. Są osoby, które chciałyby zacząć przygodę z woskami zapachowymi, jednak nie mają zamrażarki, a boją się, że wylewając wosk ubrudzą wszystko co ich otacza. Jest na to sposób! Sposób umożliwiający błyskawiczną zmianę palącego się zapachu.


   Pewnego dnia, jedna z forumowych koleżanek napisała, że pali woski w ceramicznych foremkach, dzięki czemu częściej zmienia zapachy. Pozwalało to na odłożenie zapachu na inną porę czy zmianę zanim się znudzi.  Jednak aby wosk usunąć nadal trzeba było go chłodzić. Rozejrzałam się po kuchni i mój wzrok zatrzymał się na silikonowych formach do pieczenia muffinek. Przymierzyłam- idealnie pasowały do mojego kominka. Zaczęłam palenie. I to było to!

   Przygotuj:

  • kominek zapachowy (z płaskim lub lekko wklęsłym dnem)
  • podgrzewacz (tea-light najlepiej bezzapachowy)
  • wosk w wybranym zapachu
  • zapalnicznikę/zapałki/ zapalarkę (chyba, że posługujecie się kominkiem elektrycznym)
  • silikonową foremkę do pieczenia muffinek
  • woreczek strunowy (dilerka)

   Jak palić wosk?

   Do miseczki kominka wkładamy silikonową formę. Pod kominkiem odpalamy podgrzewaczt. Odklejamy naklejkę z nazwą zapachu, jeżeli taka jest. Naklejamy ją na woreczek strunowy, aby później nie zastanawiać się jaki to zapach.. Lekko naddzieramy folię chroniącą wosk, o ile jest w taką zapakowany. Wosk wkładamy do dilerki i w niej odłamujemy kawałek (najczęściej 1/4 tarty w przypadku YC). Taki sposób pozwala nam zachować czystość otoczenia, a wosk się nie marnuje.

   Odłamany kawałek wkładamy do foremki silikonowej. Czekamy chwilę, aż wosk się rozpuści i zapach rozejdzie się po pomieszczeniu.

   Jeszcze w tym punkcie wspomnę, iż można mieszać kawałki różnych wosków (polecam zwłaszcza okruchy) by uzyskać całkiem nowy zapach. Podobnie można wypalić zapach, który nie przypadł nam do gustu.

   Jak długo palić?

   Palisz, palisz a wosku nie ubywa. I nie ubędzie. W woskach zawarte są olejki eteryczne, które pod wpływem temperatury uwalniają się wydzielając zapach. Palimy więc do momentu, gdy przestanie pachnieć. Zazwyczaj jest to 8 godzin paleni. Nie musi być one ciągłe. Można gasić i odpalać, nie ma to wpływu na olejki w nim zawarte. Generalnie długość palenia jest zależna od danego zapachu. 

   Jak sprawdzić czy wosk jeszcze pachnie?

   W takich przypadkach zaleca się postawienie kominka w malutkim pomieszczeniu. Najlepiej z szybą, aby kontrolować ogień. Wrócić po kilku minutach i jeżeli czujemy zapach palić dalej, jeżeli nie to usuwamy. Jeżeli nie chcecie sprawdzać w ten sposób, polecam wyciągnąć wosk, na jego miejsce wsadzić formę z innym. Odpalić za jakiś czas. Nos też przyzwyczaja się do zapachów. Ja wosku, który chcę odpalić później nie wyciągam z foremki. Mam ich kilka, więc zostawiam woski w nich do następnego odpalenia. Gdy nie mam już foremek przekładam taki wosk do worka strunowego, w którym trzymam resztę tarty.

   Woski, które nie pachną zostawiam, bo są dobrą bazą dla olejków eterycznych- nie trzeba pilnować czy woda wyparowała.

   Jak usunąć wosk?

   To jest chyba największa zmora woskomaniaków. Wosk można wymrozić (po kilku minutach odejdzie lekko podważony np. nożem), jednak aby zapalić kolejny wosk trzeba poczekać aż kominek się ogrzeje.

   Jeżeli nie macie miejsca w zamrażarce to można posłużyć się także kostkami lodu. Kładziemy je na zastygnięty wosk. Po kilku minutach będzie on schłodzony i łatwo odejdzie od kominka. Należy kominek przetrzeć, aby nie było na nim wody. Należy też pamiętać, że kominek podobnie jak przy mrożeniu, nie może być ciepły, bo istnieje ryzyko, iż popęka.

   Wosk także można lekko podgrzać. Wtedy odchodzi od kominka. Kominek należy przetrzeć papierowym ręcznikiem. Wadą tego sposobu jest czas, którego potrzebujemy na wystudzenie wosku i ponowne podgrzanie. Trzeba także wyczuć moment, kiedy wosk dobrze będzie odchodził.

   Można wosk też wylać, ale istnieje ryzyko, że się rozleje. Następnie dobrze wycieramy kominek, aby nic na nim nie pozostało. Taki wylany wosk nie będzie miał ładnego kształtu, więc raczej nie odłożymy go na później.


   Jeżeli paliliśmy wosk z użyciem silikonowej foremki nie ma żadnego problemu. Nie musimy studzić kominka. Wystarczy wyciągnąć foremkę i postawić ją na ręczniku papierowym, a w jej miejsce wstawić foremkę z innych zapachem. Gdy wosk zastygnie wystarczy lekko odgiąć silikon i wosk sam wyskakuje w kształcie zbliżonym do firmowej tarty Yankee Candle. Kominek polecam co jakiś czas przecierać ręcznikiem papierowym, aby go dobrze oczyścić. Foremki silikonowe myję i używam do różnych zapachów. Foremki nie przechodzą zapachem..

   Którą metodę stosujecie? A może palicie woski jeszcze inaczej?


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Curry z krewetkami i szpinakiem

    Lubicie kuchnie indyjską? A curry? Ja kocham ostre jedzenie. Uwielbiam curry, szpinak nadal rządzi w mojej kuchni a i krewetki uwielbiam. Czyli dziś będzie o daniu, które łączy smaki, które lubię. Obawiałam się, że smak krewetek mi zaginie, ale mimo wszystko były one dobrze wyczuwalne. Jak dla mnie danie idealne. Smaki się dobrze równoważą. Proporcje przypraw polecam dobrać pod swój gust, nie każdy lubi jeść ostro.



   Potrzebujemy:

250 g krewetek
250 g szpinaku
1 spora cebula
1 puszka mleka kokosowego
2 łyżki oleju
2 łyżeczki czubate imbiru
2 łyżeczki gorczycy w ziarnach
2 malutkie suszone papryczki bird eyes (można pominąć i dodać więcej ostrej mielonej papryki)
3 łyżeczki ostrej papryki (ilość proszę zredukować pod rodzaj ostrej papryki, którą dajemy i pod własne preferencje poziomu ostrości)
4 łyżeczki czubate kurkumy
4 ząbki czosnku
pieprz czarny do smaku

   Siekamy cebulę i czosnek. Nie musi być równo. Na rozgrzany olej wrzucamy ostre papryczki i gorczycę. Dorzucamy cebulę i czosnek i po połowie porcji przypraw. Gdy zmięknie cebula wrzucamy krewetki. Mieszamy, dodajemy resztę przypraw. Gdy krewetki się trochę podduszą dolewamy mleko kokosowe. Mieszamy. Doprawiamy. Dodajemy szpinak i czekamy aż się zmniejszy. 

   Polecam podawać z ryżem. A także ostrożność w dodawaniu przypraw, jeżeli nie jecie bardzo ostro. Lepiej dodać mniej i dołożyć niż przesadzić. 

   Krewetki, szpinak, curry- co myślicie o takim połączeniu smaków?

sobota, 6 kwietnia 2013

Revitacell, stem cells, regenerating face balm for men

   Są mężczyźni, których do stosowania kosmetyków nie trzeba zachęcać. A są też tacy, którzy po nie sięgają dopiero gdy muszą. Jedni uważają to za mało męskie, inni nie widzą takiej potrzeby. Są mężczyźni, dla których ważne jest, aby produkt miał na opakowaniu napisane "men", ale także są tacy dla których nie ma to znaczenia. Jednak chyba wszyscy się ze mną zgodzicie, że mało jest w sieci recenzji kosmetyków dla mężczyzn wystawionych przez innych mężczyzn. Z tego powodu udało mi się nakłonić mojego partnera, aby od czasu do czasu podzielił się swoimi wrażeniami. W dziale męskim okiem pierwsza recenzja dotyczyć będzie kremu do twarzy. Zaczynajmy!


Ja: Dziwnie z Tobą przeprowadzać wywiad. No ale dobra, skoro sam nie chcesz nic napisać, to jakoś z Ciebie wyduszę więcej niż "no fajny był".

<Tu wystąpił śmiech mojego mężczyzny. Czyżby z obawy przed torurami?>

-To może zaczniemy od początku. Pamiętasz dzień, w którym otrzymaliśmy przesyłkę od Revitacell?
- Nie bardzo.
- Ale opakowanie pamiętasz?
- Oczywiście! Zaskoczony byłem rewelacyjnie wykonanym opakowaniem. Porządne. Aż chce się używać. To taki pudełkowy Apple.



- Opakowanie opakowaniem, ale co skłaniało Cię do sięgania po niego codziennie?
- To, że mi kazałaś?!
- Ehh, ale co powiesz nam o samym kremie? Podobał Ci zapach?
- Tak.  ładny, nieskomplikowany i nie psuje zapachu perfum. Nie gryzie się z nimi.
- A aplikacja?
-  Bardzo dobra aczkolwiek na twarz trzeba było zużyć 1,5 pompki. Sama pompka działała tak sprawnie, że krem zużył się w mgnieniu oka. Krem wystarczył mi na miesiąc stosowania. Dwa razy dziennie.
- A jak działał?
- Twarz była gładsza, delikatniejsza, nie pojawiały się żadne zmiany skórne. Dobrze zabezpieczał przed mrozem. Czuć było, że działa dłużej niż tylko od nałożenia do zmycia.


    A teraz ja wtrącę swoje trzy grosze. Przede wszystkim nie musiałam przypominać o tym, że twarz należy kremować częściej niż raz na jakiś czas, najlepiej regularnie i to dwa razy dziennie. Co więcej, widziałam efekty. Twarz P. jest mieszana. Podczas stosowania tego kremu była nawilżona, a tłuste partie nie błyszczały się. Skóra była gładka, jędrna i przyjemna w dotyku. I co najważniejsze dla mojego partnera- nie było widać, że cokolwiek ma na twarzy. Wszystkie obietnice producenta zostały spełnione. Szkoda tylko, że krem skończył się tak niespodziewanie szybko (zwłaszcza, że dzięki opakowaniu airless nie było widać ubytku, a sam krem został zużyty co do kropelki).

   Podsumowując, wydajność do poprawienia a sam krem do polecenia. Zwłaszcza, że jest to produkt polski.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Inglot, Colour play, 98

   Jakiś czas temu pokazywałam wam swatche na dłoni wszystkich pomadek Inglot z serii Colour play <kilk>. Pisałam wtedy, że do mojej kolekcji mazideł do ust (która jest zdecydowanie zbyt duża) weszły 3 z nich. Obiecałam też, że pokażę jak wyglądają na ustach. Dziś nie tylko pokażę, ale też zrecenzuję pierwszą z pomadek. I tym razem już na wstępie napiszę, że ta w kolorze 98 zdobyła moje serce.


   Bardzo lubię opakowania firmy Inglot. System freedom jest genialny. Samą pomadkę kupuje się jako wkład do paletki. A paletki można komponować dowolnie- od takiej z miejscem na jeden wkład do dużo większych. Ja wybrałam paletę 3 kwadratów. Uważam, że ten format jest fajny, bo nie zabiera dużo miejsca w kosmetyczce, a zarazem pozwala nam włożyć do niej pomadkę, cień i wosk do brwi czyli zestaw, który wystarczy na krótki wyjazd. Jednakże zazwyczaj noszę w niej 3 pomadki z serii Colour play. Magnes w paletce trzyma dobrze, więc nie ma obaw, że sam się otworzy. Wygląda też bardzo estetycznie.


   Pomadka ma bardzo intensywny kolor. Owszem, można nałożyć ją palcem, wklepać delikatnie w celu uzyskania delikatnego koloru, jednak ja wolę, gdy kolor jest dobrze widoczny. W domu nakładam pomadkę pędzlem Maestro 720 dzięki czemu uzyskuję precyzyjny kontur, co jest bardzo ważne przy takim kolorze. Poza domem aplikuję ją rozsuwanym pędzelkiem Catrice z serii Revoltaire, który doskonale z Inglotem współpracuje. Nakłada go równomiernie i bez smug. A smugi mogą się pojawić, gdy nakłada się pomadkę nieodpowiednim pędzlem.

Dopiero po złożeniu zdjęć zauważyłam, że na zdjęciu po lewej stronie pomadka jest trochę zbyt jasna. 

   Tak jak pisałam pomadka ma bardzo wyrazisty kolor. Uwielbiam się nią malować gdy mam zmęczone oczy. Dlaczego? Bo przykuwa wzrok, więc mogę oczy pomalować bardzo delikatnie lub w ogóle. Twarz jest ożywiona.

   Jej wadą jest fakt, że nie zasycha. Dlatego zaraz po pomalowaniu odbija się na wszystkim z czym się zetknie- szklanka, policzek, inne usta czy nawet szalik. Jednak zębów nie brudzi ;). Na samych ustach zostaje dość długo. Stopniowo wtapia się w nie, staje się bardziej matowa, ale nadal wygląda dobrze. Po jedzeniu jednak trzeba skontrolować jej stan.

   Od prawie miesiąca noszę ją bardzo często. Ubytek jest widoczny, ale sądzę, że wystarczy mi na długo. Malujecie usta takimi intensywnymi kolorami?