Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty

11:55

Too Faced Chocolate Gold Eyeshadow Palette

Too Faced Chocolate Gold Eyeshadow Palette
To była miłość od pierwszego zwiastuna reklamowego. Gdy tylko go zobaczyłam wiedziałam, że to będzie hit. Radość oczekiwania podsycały swatche na amerykańskich stronach. Gdy tylko pojawiła się przedpremierowa możliwość zamówienia jej w mojej sephorze- byłam chyba pierwszą chętną. I choć zazwyczaj podchodze do palet cieni raczej rozsądnie, czyli lubię wpierw dotknąć tester, poczytać recenzje, tak tym razem nie było mowy bym poczekała chociaż jeden dzień. Czy fatycznie było warto? A może  kolejny raz zdjęcia w internecie były zbyt mocno podkręcone?



Oh warto! Opakowanie, choć zazwyczaj wolę mniej udziwnione podoba mi się. Jest to nawiązanie do całej czekoladowej serii palet Too Faced (na żadną z wcześniejszych się nie skusiłam). Ale doceniem połaczenie brązowej czekolady oblanej złotem. Jest bardzo ładne, chociąz widać na nim każde dotknięcie palcem. Nie jest to dla mnie kłopot, bo paletę i tak trzymam zamkniętą w szafce ;).



Ale jej zawartość! Cienie są nawet lepsze niż myślałam, przepiękne metaliki i kilka matów, akurat tyle ile potrzeba. Jasne i ciemnie, Do konturowania reszty oka przy już tak mocnym makijażu cieniami metaliznymi. Metaliki najlepiej nakładać palcem, wtedy wyglądają jeszcze lepiej niż pędzlem. Przeważnie nakładam główne akcenty palcem, a resztę rozcieram lub dokładam pędzlem. Lub po pędzel sięgam gdy chce mniejszy błysk. Muszę przyznać, że paletka sama w sobie jest samowystarczalna, ale też np. zdarzyło mieszać mi się ją z cieniami Hudy i byłam zaskoczona jak dobrze ze sobą współpracują.



Jeszcze zanim zostawię was ze zdjęciami, powiem, że cienie w stanie nienaruszonym trwają do zmycia- nie zbierają się w załamaniu, nie blakną. Do tego długo pachną czekoladą. Jak dla mnie, jest to pozycja obowiązkowa dla fanek metalicznych makijaży.



Masz jakiegoś swojego ulubieńca Too Faced? Lubisz takie metaliczne wykończenie cieni?

11:17

Benefit Hoola, Contour Stick, Brązujący kremowo-pudrowy sztyft do konturowania

Benefit Hoola, Contour Stick, Brązujący kremowo-pudrowy sztyft do konturowania
Szybko przejrzałam archiwum bloga i dostrzegałam, że jeszcze żadnego postu nie poświęciłam marce Benefit. Zaskoczyło to mnie samą, ponieważ używałam wielu ich produktów. Może jest to spowodowane tym, że jeszcze żadnego z ich produktów nie kupiłam ponownie? A może dlatego, że nie zachwyciły mnie aż tak bardzo by występować na łamach bloga 'wszystko co mnie zachwyca', bo przecież nazwa powinna zobowiązywać? Jest jednak taki jeden produkt, który chętnie dziś opiszę. Kosmetyk, który użyłam tylko dlatego, że dostałam jako gratis do zakupów, a bardzo mi się spodobał. Hoola Contour Stick. Brązujący kremowo-pudrowy sztyft.



Mam prasowaną wersję Hooli, dość lubię, ale nie zastąpiła mi ulubionej Bahama Mamy The Balm. Jeżeli zaś chodzi o produkty w kremie, jedynie Becca mnie do siebie przekonała, a reszta raczej nie miała ze mną zbyt ciepłych relacji. Ale skoro miałam to użyłam. I tu było moje pierwsze zaskoczenie. Dzięki temu, że produkt mam w wersji miniaturowej idealne spisywał się do modelowania twarzy. Kilka ruchów sztyftem po twarzy, szybkie roztarcie palcami i gotowe. Twarz wymodelowana. Wyglądam ładniej, a nikt nie widzi granic. Cudownie!



Aczkolwiek nie może być tak pięknie, od samego początku czułam, że produkt mółby być ciemniejszy. A po powrocie z urlopu całkowicie musiałam z niego zrezygnować, bo nie był na mnnie widoczny. Powiem zaś szczerze, że dla osób o jasnej karnacji polecam, a gdyby Benefit wypuścił wersję ciemniejszą- kupiłabym. Za naturalny wygląd i wygodę stosowania. Bo rano każa minuta jest cenna.



Lubisz kosmetyki marki Benefit?

11:00

NARS Orgasm & NARS Laguna

NARS Orgasm & NARS Laguna
NARS od lat rozgrzewa. Chyba każdy kto czasem wędruje w kosmetyczne strony internetu słyszał o Orgasmie i Lagunie. Przez lata byłam oporna, a kilka miesięcy temu kilka ich produktów wróciło z Sephory ze mną do domu. Dziś na łamach bloga rozprawię się z ikonami- różem Orgasm i bronzerem Laguna.



Oprócz legendy do marki przywiodło mnie opakowanie- małe i praktycznie poprzez posiądanie uniwersalnego błyszczącego różu i bronzera. Całość oprawiona w typowe dla marki czarne, lekko gumowe opakowanie. Same produkty są malutkie.



Z racji tego, że produkty są twarde, nie każdy pędzel daje sobie z nimi radę. Może przy jaśniejszej karnacji jest to porządany efekt, ale ja muszę się dość mocno postarać by tymi dwoma kosmetykami uzyskać ładne konturowanie. Zwłaszcza gdy chodzi o część brązującą.



Same kolory są ładne. Zwłaszcza orgasmu- piękny brzoskwiniowo-różowy odcień ze złotymi drobinkami. Wygląda naturalnie i daje efekt zdrowej cery. To lubię. Ze względu na jego rozświetlające właściwości, pomijam już rozświetlacze.



Laguna do konturowania się nadaje. Jednaże nie jest całkowicie matowa, co mi się osobiście podoba, ponieważ dzięki temu wygląda moim zdaniem naturalniej i zdrowiej. Nie tworzy plam. Ma ładny kolor. Jednakże dla mnie odrobinę zbyt jasny.


Szczerze mówiąc liczyłam, iż zestaw ten zastąpi mi produkty The Balm- Bahama Mama i Hot Mama. No cóż, nie udało się. Jest to z pewnością zestaw dobry, jednak mi osobiście bardziej pasują kosmetyki The Blam, które są moim numerem jeden w tej dziedzinie. Przykro mi NARS, powtórki (raczej) nie będzie!

13:30

Urban Decay Little Liquid Vice- Crimson, Blacktalk, Amulet, Purgatory

Urban Decay Little Liquid Vice- Crimson, Blacktalk, Amulet, Purgatory
Wraz z przyjściem jesieni i zimy powróciła moja miłość do mocny kolorów na ustach. I choć przez wiele miesięcy opierałam się matowym pomadkom, tak Sephora skusiła mnie zestaw 4 miniaturek płynnych pomadek Urban Decay. A że markę bardzo lubię, miałam ich już błyszczyki i pomadki wiedziałam, że to będzie dobry wybór! Czy i tym razem marka mnie nie zawiodła?



Po pierwsze z racji na wielkość pomadek, które sam producent określa samplami, to nie było wielkie ryzyko. Do tego doceniam ich funkcjonalność, z racji na mini format można je zmieścić wszędzie. A opakowania wyglądają niezwykle uroczo- chciałabym by każda pomadka UD (i innych firm też) była właśnie w takim formacie i opakowaniu. Jest ono solidne (o wiele bardziej od pełnowymiarowych pomadek w płynie Dior) i piękne. Srebrna zakrętka, złota taśma na plastikowej części oraz gruby plastik, który od razu zdradza nam jaki kolor skrywa.



Urban Decay obiecuje nam, że jest to wodoodporna i długotrwała szminka, bardzo napigmentowana i przyjemna w noszeniu. I muszę przyznać, że nie kłamie! No z małym wyjątkiem, o którym napiszę  za chwilę.

Crimson- piękna czerwień, idealny odcień- nie jest ani rażący ani zbyt ciemny. Zbiera same komplementy i ciężko przejść obok niej obojętnie. Jest super wytrzymała. Nie rozmazuje się, a sama aplikacja jest przyjemna.  Jest to faktycznie 'Comfort matte'. Mój numer jeden. Myślę, że jak miniatura mi się skończy nabędę pełnowymiarową.

Blacktalk- bardzo naturalny i codzienny kolor, nie mam jej nic do zarzucenia. Daje wrażenie naturalnych, lepszych ust. Kolejna ulubienica, która nosi się komfortowo i dobrze.

Amulet- bardzo podoba mi się jej wykończenie, chociaż producent określa ją jako matową, ma ona w sobie błysk. Wykończenie jest piękne! Również świetna. A i kolor ponownie uniwersalny

Purgatory- najpierw kolor w opakowaniu mnie przeraził, bordo czy też śliwka, napakowana drobinami. Nie wydawało mi się, że to może dobrze wyglądać. No cóż, sam kolor na ustach wygląda dość dobrze, ale jakość jest okropna. Nierównomiernie się nakłada, wchodzi w każde załamanie na ustach a pigment układa się jak mu się podoba. Wielkie nie!



Ogólnie z zestawu jestem bardzo zadowolona. Noszą się dobrze, wręcz wgryzają w usta. Mają piękne kolory i są bardzo komfortowe w noszeniu. Nie rozmazują się, nie brudzą szklanek. Ja jestem bardzo zadowolona.

Lubisz matowe pomadki czy jednak musi być błysk? Który kolor Ci się podoba najbardziej?

09:58

Huda Beauty Mauve Obsessions Palette

Huda Beauty Mauve Obsessions Palette
Huda Beuaty Mauve Obsessions Palette wyprzedaje się równie szybko jak wcześniej pokazana na blogu Smokey Palette. Tak jak pisałam wcześniej, z 4 dostępnych wersji- Electro, Warm Bronze, Smokey oraz Mauve, ja skusiłam się na dwie ostatnie. Czy wersja Mauve podbiła moje serce tak samo jak Smokey?



Zestaw 6 matów i 3 pięknych metalików wydawałby się bardziej codzienną paletą. Aczkolwiek ja częściej jednak sięgam po wersję Smokey, która jest bardziej uniwersalna. Jest to spowodowane doborem kolorów w palecie- choć sama Huda opisuje je jakoś brudne róże i śliwki ja widzę tu też czerwienie. A jak pewnie dobrze wiecie, czerwień na paznokciach czy ustach prawie zawsze pasuje, to jednak gdy sięgamy po tego typu kolory na oczach trzeba być ostrożnym.



Ja jednakże paletę polubiłam, choć stosuje ją rozważnie lub rysuje grubsze krski, by jednak nie dodawać sobie zmęczenia. Sama jakość palety cienii wyższej jakości, zarówno maty jak i metaliki są cudowne w konsystencji. Same cienie można stopniować, więc można osiągnać nią delikatny dzienny makijaż jak i bardzo mocny wieczorowy. 


Osobiście najczęściej sięgam  po najaśniejszy błyszczący cień lub łączę maty. Myślę, że jest to też dobre uzupełnienie do innych palet, zwłaszcza nude. Mocniejszy burgundowy cień w zewnętrzym kąciku oka wygląda bardzo dobrze, na całą powiekę jednak bym odradzała. Szczerze mówiąc, choć nie są to łatwe kolory, tylko najciemniejszy metalik sprawia mi kłopoty jeżeli chodzi o jego kolor, reszta jest jak najbardziej codzienna. Czyli wciąż jest to jak dla mnie świetnie skomponowana paleta. 



I chociaż zachwyt nie jest tak duży jak Smokey Obsessions  tak i z tej jestem zadowolona. Jeżeli wolisz bardziej zachowawczy makijaż kup tę pierwszą, jednak jeżeli szukasz szaleństwa w codziennym makijażu śmiało sięgaj po Mauve. 




Sięgasz po takie kolory czy raczej stronisz od nich? 


11:30

Huda Beauty Smokey Obsessions Palette

Huda Beauty Smokey Obsessions Palette
Huda Beauty Smokey Obsessions Palette ma w nazwie słowo klucz- Obsessions. Paleta cieni, która fatycznie znika jak świeże bułeczki i rozpala wiele kosmetycznych serc. Mi wystarczyło jedno spojrzenie, nawet bez zapoznawania się z testerem by wróciła ze mną do domu. Wystarczy spojrzeć na instagram by zobaczyć jak wiele zachwytów wywołuje. Czy to kolejny produkt, na który jest moda, a może jednak warto się na nią skusić?



Huda Beauty Smokey Obsessions Eyeshadow Pallette choć sama jest malutka (porównanie z paletami NARS, pudrami MAC oraz Becca na moim instagramie)  zawiera 9 nie takich małych cieni. Jest to paleta ciepła kolorystycznie i świetnie skomponowana- piękne maty i jeszcze piękniejsze metaliki. Samo opakowanie z racji na małe gabaryty jest bardzo praktyczne, posiada duże lusterko i bardzo spodobało mi się oddanie kolorów cieni na wieczku- metaliczne się pięknie błyszczą. Dzięki temu mając dwie palety łatwo mi rano odróżnić bez otwierania, po którą chcę sięgnąć.



Przyznaję się zupełnie szczerze, że paletę (jak przystało na prawdziwą srokę) kupiłam ze względu na błyszczącą jej część. Jednak przyznaję, że sięgam po wszystkie cienie z tej palety. To chyba pierwszy raz, gdy cała paleta mi odpowiada. Wszystkie cienie pięknie się rozprowadzają oraz pozwalają stopniować kolor. Paleta więc nadaje się zarówno do dziennego makijażu jak i wieczorowego.



Szczerze mówiąc, nie potrzeba tu żadnego talentu do makijażu by wyglądać pięknie- cienie praktycznie same się blendują i budują. A metaliki są idealne do szybkiego porannego makijażu, ponieważ najlepiej wyglądają nałożone palcem.



Trwałości cieni też nie mam nic do zarzucenia, pięknie trzymają się powieki, nie rolują, nie uciekają, nie rozmazują.




Całkowicie więc rozumiem jej fenomen i polecam! A Ty, co o niej myślisz?

12:43

NARS NARSissist Unfiltered I & II Check Palettes palety różów

NARS NARSissist Unfiltered I & II Check Palettes palety różów
NARS rozgrzewa kosmetykomaniaczki nie tylko nazwami. Kultowy orgazm chce mieć prawie każda z kobiet, która o nim słyszała. NARS, NARS, NARSissist brzmi jak zaklęcie wypowiadane przed miliony kobiet na świecie. I ja dałam się uwieźć. I to nie jest taki krótki romans. Gdy zobaczyłam w sklepie gratkę pod postacią palet różów dałam się ponieść. Obie mi się spodobały, chciałam mieć je wszystkie, bo były od siebie tak różne. I zrobiłam to, przygarnęłam zarówno Unfiletred I , czyli paletę ciepłych brązów i czerwieni oraz Unfiltered II czyli kolory złociste i delikatne róże. Czy warto było kupić obie palety? Co myślę o różach NARS? O tym poniżej.



Obie palety prezentują się pięknie i praktycznie, solidne opakowanie, z dużym lusterkiem i lustrzana pokrywą bardzo mi się podoba. I to, że łatwo mi zidentyfikować, która zawiera odcienie różowe, a która czerwone. Do tego kompozycja składająca się z różnych wykończeń. Myślałam, że trafiłam na ideał i miłość na lata. Że odepchnie ode mnie wspomnienie róży The Balm i fajnie skomponowanej palety Benefit.



NARS Unfiltered II Cheek Palette jest zdecydowanie paletą dla osób bladych. Ja do nich nie należę. Ogólnie lubiłam po nią sięgać przed urlopem, ale tylko w czasie, gdy chciałam bardzo delikatny makijaż. Szczerze mówiąc, to zastanawiam się jak to możliwe, że te kolory są u Temptali tak widoczne. Ja muszę się bardzo namachać pędzlem by większość z kolorów była choć trochę widoczna. I o dziwo, to Candid sprawia wiele problemów. Na swatchu jest dobrze widoczny, ale przyłożyłam się do tego. Nie każdy pędzel mu sprosta, bo najzwyczajniej ten róż nie chce się do niego przyczepić. Za to daje piękny efekt na policzku, jak już to się uda Conquest (czyli pierwszy w palecie) jest na mnie nie widoczny w ogóle. Lubię za to sięgać po kolory z błyskiem- Undefeated, nakłada się przyjemnie i daje ładne rozświetlenie. Hot Sands, który można też kupić samodzielnie, podoba mi się jako bardzo delikatny rozświetlacz i często właśnie używam go łącząc z matowymi różami z tej palety. Najczęściej sięgam jednak po Fame, który jest ładnym koralowym kolorem.



NARS Unfiltered I Cheek Palette na pierwszy rzut oka może przerażać. Mocna śliwka, fiolet dziwny brąz. Jednak jeżeli nie jesteś bardzo blada, to może jednak ta paleta może być bardziej odpowiednia dla Ciebie. Osobiście jednak najczęściej sięgam po górny rząd, który jest delikatniejszy i błyszczący. Kolor Watch Me jest lekkim, beżowo-złotym rozświetlaczem (do Mary Lou The Balm mu daleko!), am przyjemną konsystencję, dobrze się nakłada i nosi na skórze. Po Me First sięgam równie często. Takeover, który w opakowaniu nie wygląda zachęcająco, stał się moim ulubieńcem. Bardzo ładny w pracy, dwa machnięcia pędzlem i buzia wygląda ładniej. W zasadzie zawsze pasuje do reszty makijażu. Out There też się mnie sprawdza, gdy go używam rezygnuje już jednak z bronzera, ponieważ ze względu na kolor nakładam go trochę niżej niż zazwyczaj, co daje mi już optyczne wysmuklenie twarzy. Przy stosowaniu Chic i Exhibit A trzeba mieć zarówno dobry pędzel jak i lekką rękę. Zwłaszcza z tym ostatnim. Zupełne maty, mocno napigmentowane.

Podsumowując, ja więcej NARSa raczej nie kupię. Wolę bardziej miękkie róże, jak mój ideał The Balm. Aczkolwiek muszę przyznać, że sama koncepcja palet mi się podoba. Są solidnie i ładnie wykonane, dobór kolorów też jest dobry, ale różnice jakościowe, zwłaszcza w różowej palecie powinny być wyrównane.

A jaki jest Twój ulubiony róż? Kupujesz pojedyncze odcienie, czy podobnie jak ja, jednak wolisz palety?

10:53

Fenty Beauty Eclipse 2-In-1 Glitter Release Eyeliner

Fenty Beauty Eclipse 2-In-1 Glitter Release Eyeliner
Rihanna szturmem podbija kosmetyczki. Już od początku szeroka gama odcieni i duża ilość blasku pobiła srocze serca wielu kobiet na całym świecie. Moje serce było odporne. Jak z kamienia. Widziałam, podotykałam i nic nie kupiłam. Ale wszystko zmieniło się jednego jesiennego już wieczoru. To był wieczorny czas przeglądania blogów. I trafiłam na bloga Late Afternoon Coffee, gdzie akurat Mała Czarna opisywała swoje wrażenia o marce. Podzieliłam się opinią na owym blogu, że mnie Fenty Beauty też jakoś tak nie pociąga. Jednak postanowiłam sprawdzić co błyszczeć będzie w kolekcji świątecznej. I uwierzcie lub nie, po kilkunastu minutach miałam cudowne eyelinery już zamówione. O Sephoro!

Od razu po otrzymaniu paczki wymazałam swoje ręce. Wszystkimi trzema. Bo nie mogłam zdecydować się na jeden. Kupiłam trzy. Wszystkie. Nawet pomimo tego, że ja nie jestem fanką eyelinerów, bo jednak namalowanie kresek rano nie zajmuje wtedy 10 sekund a cała minutę, a wszyscy wiemy, że każda jedna minuta poranka jest na miarę złota. Właśnie złoto, błysk! Rihanno, stałam się niewolnikiem! Beż, zieleń i granat. Na ręku dwa ostatnie były piękne. Later, Crater (beż) był jakiś taki, no jak korektor, powiedzmy sobie szczerze. Za to Nepturnt i Alein Be od razu zyskały moją sympatię. Piękne metaliki. Dawno tak pięknych nie widziałam.



Fenty Beuaty Alien Bae Eclipse 2-In-2 Glitter Release Eyeliner jest pięknym granatem. Ciemnym. To jest coś co lubię, nie czerń, ale też nie niebieski. Pięknie wydobywa zieleń moich oczu. Jednakże magia zaczyna się po roztarciu. Bo o to w tych eyelinerach chodzi. O wydobywanie z nich magii. Gdy eyeliner dobrze zaschnie (a granat robi to najszybciej) po przetarciu staje się magia- milion skrzących drobinek, granatowe niebo rozświetlone masą gwiazd jest już na twoich powiekach. Pięknie prawda?



Fenty Beuaty Nepturnt Eclipse 2-In-2 Glitter Release Eyeliner jest bardzo ciemną zielenią. Wygląda szlachetnie i z racji tego, że blisko mu do czerni, nie gasi zieleni moich oczu. Po roztarciu staje się o wiele weselszy i jaśniejszy. Wygląda jak choinka w nocy przyozdobiona milionem małych światełek odbijających światło bombek. Zastyga on najdłużej. A jeśli potrzesz zbyt wcześnie, możesz zabrać mu trochę pigmentu lub sprawić, iż kreska będzie nie tylko na powiece. Ostrożnie więc!



Fenty Beuaty Later, Crater Eclipse 2-In-2 Glitter Release Eyeliner jest najdelikatniejszy i najmniej spektakularny. Ale i ze względu na kolor wybacza wszystkie błędy w malowaniu kresek. Ciemniejszy beż,  którego przy malowaniu powiek prawie nie widać po zastygnięciu musi zostać roztarty. Inaczej nie ma prawie żadnego efektu. A i po roztarciu nie wygląda aż tak pięknie jak jego bracia. Ja go lubię do bardzo szybkiego makijażu, gdy oczy chcę mieć tylko delikatnie podkreślone i rozświetlone.



Wszystkie z nich po zastygnięciu są nie do ruszenia. Wyglądaj pięknie po całym dniu,a  z demakijażem nie ma żadnego problemu. Podoba mi się, że kupując trzy kolory, mam ich tak naprawdę sześć. Chociaż jako sroka i tak wolę je roztarte. Szczerze mówiąc? Myślę, że bardzo chętnie sięgałabym po nie każdej jesieni i zimy. Droga Rihanno wprowadź jeszcze brąz, kupię od razu!


13:20

Too Faced Natural Love

Too Faced Natural Love
Mój pierwszy kontakt z cieniami Too Faced był 5 lat temu. Miałam kilka cieni podwójnych, kilka jedynek i byłam z nich bardzo zadwolona. Nawet na blogu gościły- dla zainteresowanych postndo przeczytania tutaj <klik>. Od tamtej pory miałam kilka podejść do kosmetyków tej firmy (baza, dwa podkłady), ale nic mnie do marki nie przyciągało. Nawet skuteczna promocja na blogach i fala zachwytów odnośnie słynnych już czekoladek lub brzoskiwnki. Przez ostatnie dwa lata kochałam Urban Decay. Jednak nadeszła pora by się z nią pożegnać. I szczerze mówiąc byłam bliska kupienia identycznej palety. Jednak kto nie lubi nowości? Będąc w sephorze przypomniała mi się reklama w jednej z francuskich gazet nowej palety Natural Love. I choć nie było testera, kupiłam.


16:00

Clarins Face Contouring Palette and Brush

Clarins Face Contouring Palette and Brush
Wpierw zobaczyłam jego zdjęcia. I urzekło mnie w nim coś. Prostota, elegancja. Rozejrzałam się i nie był już dostępny. Jednak wciąż chodził mi po głowie. Gdy już o nim prawie zapomniałam, mój brązer od Urban Decay niespodziewanie skończył tragicznie swe istnienie mając bliski kontakt z podłogą. Potrzebowałam czegoś do konturowania. Udałam się do Sephory. Konsultantka choć pomocna, chciała mnie namówić na cała paletę. Jakoś nic mnie nie kusiło. I wtedy przypomniałam sobie o nim. Tym oto sposobem weszłam w posiadanie ostatniej sztuki. Czy jestem zadowolona?



08:10

Semilac, 034 Mardi Gras

Semilac, 034 Mardi Gras
   W czwartek obchodziliśmy tłusty czwartek. Święto, które przeważnie kojarzy się z objadaniem się pączkami lub faworkami. Dziś, w wielu krajach obchodzi się tłusty wtorek, z języka francuskiego- Mardi Gras. To nie tylko czas jedzenia, ale także festiwali i parad ulicznych- dzień zabawy, tak jak i nasze ostatki. W wielu krajach jest pieczone ciasto króla,właśnie w kolorach Mardi Gras- zielonym, złotym, fioletowym. Czy to było inspiracją dla nazwy prezentowanego dziś lakieru hybrydowego?  

00:50

Co nowego?

Co nowego?
   Grudzień był dla mnie cudownym miesiącem, szalonym lecz cudownym. Miłą odmianą od rutyny okazały się wyjazdy- prywatne jak i ten służbowy. Spotkałam na swojej drodze wielu cudownych ludzi, odwiedziłam wiele pięknych miejsc. O Londynie już wam pisałam, na szybko, może trochę niewyraźnie, ale mimo tego, iż tablet nie jest najlepszym urządzeniem do pisania bloga musiałam z podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Jesteście ciekawi Luksemburga i mojego rodzinnego miasta nocą?



   Ale nie samym zwiedzaniem człowiek żyje. Wyjazdy są także doskonałą możliwością do zrobienia zakupów. Zwłaszcza kosmetycznych. Byłam także grzeczną dziewczynką w ubiegłym roku, więc i pod choinką znalazłam kilka kosmetycznych skarbów.


   Sklepem, którego najbardziej mi brakuje w Krakowie jest Lush. Korzystając z okazji popełniłam duże zakupy będąc w Londynie, by później dokupić jeszcze wiele w luksemburskim sklepie. Cóż, zapas mydeł mam chyba na wiele miesięcy! Mydła mydłami, ale obecnie jestem zachwycona dezodorantami. Po bardzo pozytywnych pierwszych testach Aromaco (piękne wydanie paczuli) dokupiłam także Teo, którego zapach jest bardziej świeży i cytrusowy. Do swej wanny zapragnęłam zaprosić także uroczego misia oraz robota. A co! Takie towarzystwo zawsze mile widziane. Moją kolekcję mydeł powiększyłam o: yog nog (słodki, relaksujący zapach na zimowe wieczory), ice blue (który uprzyjemni mi ciepłe dni), rock star (czyli odpowiednik snow fairy, z którym mam wiele dobrych wspomnień), figs and leaves (land-lang i wyciąg z kwiatów pomarańczy- czyli coś co uwielbiam) a także Parsley, który skusił mnie swoim składem i działaniem. Oczywiście nie mogę zapomnieć o galarecie do mycia, czyli Plum Plum. Do mycia rąk kupiłam dwa mydła Scottish Fine Soaps- o zapachu grzanego mydła i świątecznego wydania jabłek. Wracając do Lush'a  Mikołaj dostarczył mi Dream Cream (którego działanie już zdążyło mnie zachwycić- zwłaszcza gdy mowa o suchych dłoniach i ustach) oraz dawnego ulubieńca, czyli Wiccy Magic ( ma tak mocny zapach, że muszę go trzymać w pralni, oprócz działania rozgrzewającego i kojącego ból świetnie spisuje się także w roli odświeżacza powietrza ;) ). I na tym lista się nie kończy- zapas szamponów też mam roczny, skusiłam się na szampon z henną, czyli Copperhead, oszałamiający zapachem (i nie tylko!) Brazilliant oraz Jason And The Argan Oil. Jak gratis dostałam dużą próbkę maski Cupcake (4 użycia już za mną, jeszcze jakieś 3 użycia przede mną). 

   Będąc przy pielęgnacji, skusiłam się na kosmetyki firmy Bioderma. Przytargałam do domu dwie duże butle owianego dobrą sławą micela, krem pod oczy oraz krem Hydrabio Bio Richie (wszystko mówi o tym, że będzie to mój ulubiony krem!). Oprócz tego do moich zapasów trafił krem Dermika Meritum. Bardzo się cieszę, że Blistex wszedł na nasz rynek. Niestety, ale oferta nie jest pełna, więc z Londynu przywiozłam najlepszy środek na opryszczkę- Releif cream tej właśnie firmy. Czyni cuda! 

   Ale nie samą pielęgnacją człowiek żyje. Wraz z zakupem gazety Red (same reklamy!) wzbogaciłam się o błyszczyk Rodial, który nie tylko powiększa usta, ale także je regeneruje.Swoją kolekcję o 3 lakiery firmy Nails Inc- doskonała pamiątka, zwłaszcza, ze ich nazwy związane są z miejscami w Londynie. A że lakiery trzeba też czymś zmywać- tym razem postawiłam na czkoladowy zmywacz firmy Ciate

   Gdyby tego było mało, wpierw zakupiłam podkład w sztyfcie FIT od Maybelline- pomyślałam, że jego forma nada się doskonale podczas podróży, których jak wspominałam we wstępie, miałam przed sobą całkiem sporo. Jednakże pragnąc także czegoś co zamaskuje mój brak snu, postanowiłam spróbować podkładu rozświetlającego do Max Factor- Skin Lumnizer


O pędzlach Real Techniques jest głośno w sieci od dłuższego czasu. Dzielnie się opierałam widząc je w Tk Maxx, podobnie jak w drogeriach w Anglii. Jednak gdy zaszłam tylko po zmywacz do paznokci do drogerii w Luksemburgu w moje oczy wpadł on- malutki pędzelek, który świetnie się sprawdza przy konturowaniu. Musiałam go zabrać ze sobą. Od tej pory towarzyszy mi codziennie. Kolejny pędzlem był pędzel do oczu Sephora oraz grzebyk tej samej firmy (Eco Tools po latach rozpadł się). Zakupem kosmetycznym, który uważam za chyba najbardziej udany w ubiegłym roku był uroczy domek skrywający w sobie róże firmy Benefit. Pierwszy raz zaświeciły mi się do niego oczy widząc zapowiedź w internecie. Jednakże szybko zostałam sprowadzona na ziemie wiadomością, iż w Polsce nie będzie dostępny. Skutecznie wymazałam go w pamięci. Błąkając się ulicami Londynu, o zgrozo!, przypomniał mi się. Zaszłam do jednej drogerii, drugiej- wykupiony w całym mieście, zawitałam więc do sklepu firmowego, już witałam się z gąską, gdy personel sklepu szybko wydał instrukcje schowania testera, bo i tak go nie można kupić. Chyba zbyt mocno cieszyłam się na jego widok... Jednak tak łatwo się nie poddałam. Przechodząc Liverpool Station okazało się, że jest otwarcie drogerii, szybko wykonałam kilka kroków w bok i trafiłam! Złapałam metalowe pudełeczko okryte dodatkowym papierowym ubrankiem i radośnie pobiegłam do kasy. Był mój! 

Na uroki Urban Decay byłam odporna. Miałam kiedyś ich bazę i chociaż była dobra, nie przywiązała mnie do marki. Wszystko zmieniło się, gdy ujrzałam ją- paletę Naked On the Run. A że trafiła mi się okazja, postanowiłam mianować ją oficjalną pamiątką z Luksemburga. Chociaż romans nasz był krótki, nasza Sephora oraz jej wyprzedaż minus 30% sprawiła niż ostatniego dnia ubiegłego roku stałam się szczęśliwą posiadaczką palety Naked 2 i Naked Basics 2. Sephora skusiła mnie także czerwoną kredką do ust oraz otulającym zestawem Pat&Rub. Ależ on pachnie!

Wpis zakończę zapachowo. Skusiłam się na trzy buteleczki- owocowy Loewe- I Loewe me, pachnący świeżym praniem Chloe Love, Chloe Eau Florale oraz cytrusowo-intrygującym Givenchy Ange ou Demon Le Secret Edition Croisiere. Oczywiście w zestawieniu nie mogło także zabraknąć świec. Między jednym a drugim wyjazdem udało mi się w ostatnich minutach trafić na miodową i kupić dwie świece z nowej kolekcji Shea Butter oraz Cassis. Z miłości do świec trafiła do mnie też illuma ze słoikiem i serduszkiem. Ekipie Zapachu Domu dziękuje i przepraszam za przetrzymanie w sklepach po godzinach. Dziękuję, że rozumiecie moje uzależnienie! 

Czy ktoś przeczytał cały post? Chyba brakowało mi pisania... Mam nadzieję, że w 2015 roku będę częściej tutaj gościć. Wiem, to ogromny post- zarówno jeżeli chodzi o długość jak i o ilość nowych produktów. Teraz mam nadzieję, że już nic więcej nie będzie mnie kusić. A was co skusiło? A może coś wciąż kusi?

16:54

Laura Mercier, Creme Lip Color, Romance

Laura Mercier, Creme Lip Color, Romance
   Bez pomalowanych ust czuję się nago. Mam dość liczny zbór, pomadek, balsamów, błyszczyków, tintów. Jeżeli chodzi o kolory, to najlepiej się czuję, gdy na ustach noszę intensywny kolor. Chyba najlepiej czuję się w czerwieni. A skoro tak, to pora pokazać wam jedną z moich ulubionych pomadek. Kupiłam ją w ciemno, wodzona ciekawością co do jakości produktów Laury Mercier. Nie żałuję!


   Opakowanie skrywa w sobie 4 g cudownej pomadki. Noszę je w torebce bez obaw o to, że się otworzy. Jednakże po kilku miesiącach posiadania jej, widzę że na opakowaniu pojawiły się małe ryski. Sama konsystencja pomadki nie jest ani zbyt twarda ani zbyt miękka. W kontakcie z ustami staje się cudownie kremowa i bez najmniejszych problemów się po nich rozprowadza. Śmiało można nałożyć jej kilka warstw w celu zwiększenia intensywności koloru. To lubię! Ma piękny, głęboki czerwony, trochę przywodzący mi na myśl dojrzałe wiśnie. Usta mimo intensywnego koloru wyglądają kusząco. Pomadka ma też właściwości nawilżające i wygładzające, więc pomadka wygląda dobrze nawet gdy usta mają gorszy dzień.

   Pomadka dobrze trzyma się ust. Mimo kremowej konsystencji nie rozmazuje się. Lekko odznacza się na kubku, jednak wytrzymuje nawet lekki posiłek. Nie ma zapachu ani smaku.

   To moja jak do tej pory jedyna pomadka od Laury Mercier, ale z pewnością za jakiś czas będzie ich więcej. W swojej kolekcji mam jeszcze jeden cień i wciąż chęć na więcej. Na tyle, że właśnie czekam na kolejny cień i perfumy. Listonoszu, gdzie jesteś?!

21:53

L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture

L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture
   Czasem mi się wydaje, że w kobiecej naturze należy poszukiwanie- szukamy prawdziwej i wiecznej miłość, kluczy od domu czy też komórki zagubionej w odmętach toreb, a także idealnego tuszu do rzęs. Gdy już znajdziemy, chcemy więcej i więcej. Większej objętości, lepszego wydłużenia, bardziej prawdziwej czerni czy też lepszej trwałość. Wciąż szukamy ideału. A skoro już o ideałach, uważacie że takowe istnieją? Nie, nie będę dziś publikować swoich wywodów, chociaż jeżeli macie chęć, zapraszam do dyskusji w komentarzach. Wracając do tematu, chciałam dziś przedstawić wam tusz do rzęs, który mnie zachwycił. Jeżeli jesteście ciekawe z jakiego powodu, zapraszam do lektury dalszej części postu.

   Zaznaczę, że z tuszami tej firmy jest mi po drodze. Zazwyczaj mi one pasują, jednak tym razem chyba lepiej już być nie może (chociaż zapewne nie uchroni mnie to przed poszukiwaniem czegoś jeszcze lepszego, ah ta kobieca natura!). Już po nałożeniu jednej warstwy moje rzęsy wyglądają bardzo ładnie. Czerń jest czarna, ale zarazem naturalna. Nie wyglądam jakbym postanowiła dokleić sobie sztuczne rzęsy do pracy. Aczkolwiek moje spojrzenie staje się bardziej wypoczęte (czyżby zasługa lekkiego podkręcenia rzęs?), każda rzęsa jest rozdzielona (a grzebyk z Inglota poszedł w odstawkę), dzięki czemu uzyskuję wrażenie, jakbym miała ich więcej. 


   Szczoteczka też mi bardzo odpowiada. Nie jest ani za duża, ani zbyt mała. Nawet przed wypiciem pierwszej kawy trafiam nią tam gdzie mam trafić, a nie w oko czy w policzek. Do tego ma wiele, różnej długości "włosków". A jak wszyscy wiemy, szczoteczka to podstawa dobrej aplikacji tuszu. Do tego dodam, że jej konsystencja już od pierwszego dnia była idealna. Tusz szybko zasycha, więc jeżeli lubicie nakładać dwie warstwy tuszu, tak jak ja, nie musicie czekać, by nałożyć następną. Wszyscy dobrze wiemy jak bardzo ważny jest czas rano. 


   I z tej całej sympatii jestem nawet w stanie wybaczyć mu to dwukolorowe opakowanie (L'oreal, dlaczego?). Co by dużo nie mówić, jest wygodne w używaniu i dozuje idealną ilość tuszu. I wiecie co, nawet to połączenie fioletu ze złotem nie wygląda aż tak źle. 


   Dobrze, ale co ze zmywaniem- pewnie większość z was chciałaby zadać to pytanie. Panie i Panowie, dwufazy poszły w zapomnienie. Tusz zmywa się bardzo dobrze. A jest to dla mnie ważne, bo nienawidzę, gdy muszę czekać "godzinami" aż przy użyciu miliona wacików dokonam demakijażu. Zapomniałabym o trwałości! Nie kruszy się, nie rozmazuje, nie podrażnia oczu, a na rzęsach utrzymuje się do zmycia- nie, nie trzeba mi nic więcej.

   Jaki jest wasz tusz idealny? 

11:34

Maybelline, SuperStay Better Skin, 010 Ivory

Maybelline, SuperStay Better Skin, 010 Ivory
   Bohaterem dzisiejszego postu będzie podkład Better Skin Maybelline. Promocja na podkłady w Rossmanie dobiega końca, ale zapewne wiele z was dopiero dziś będzie miało czas by się tam wybrać lub druga część wybierze się jeszcze raz aby skorzystać z wielkiej obniżki na podkłady, korektory. Sama przeglądam od wczoraj internet w poszukiwaniu perełek po które powinnam się jeszcze wybrać. Z tego powodu postanowiłam wykorzystać sobotni poranek i napisać kilka słów o podkładzie Maybelline który ostatnio prawie codziennie gości na mojej twarzy. Może akurat któraś z was właśnie tego szuka?


   Całą recenzję zacznę od podania koloru który posiadam. Otóż jest to odcień 010 Ivory. Brzmi pięknie, prawda? No cóż, drogie bladolice- ten kolor zdecydowanie nie jest dla was. Jest ciemny, aczkolwiek w ofercie jest jeszcze jaśniejszy odcień (005 Light Beige) Po wyciśnięciu pierwszej pompki na dłoń (jest dużo jaśniejsza od mojej twarzy) byłam przerażona. Daleko mi do określenia- blada, ale ten odcień spowodował, że tak się poczułam. Następnie stwierdziłam, że skoro już go mam to wypróbuję i na twarzy. Aplikacja pędzlem nie powiodła się. Następnie sięgałam po gąbkę i podkład nałożony nią wyglądał o wiele lepiej. Jednakże to właśnie stara jak świat metoda nakładania podkładu palcami z tą formułą spisuje się najlepiej. Podkład nakładam palcami, rozcieram, a następnie przyklepuję gąbeczką. Wtedy podkład wygląda najlepiej. Jeżeli zdarzy mi się zapomnieć zrobić peeling- podkład nie ma litości, suche skórki zostają podkreślone. Ale to nic dziwnego. Jak pisałam w poprzednim poście- peeling to podstawa. Żaden podkład na niezadbanej skórze nie będzie dobrze wyglądał.

   Od razu po nałożeniu na twarz nie wygląda najlepiej. Wydaje się być odrobinę zbyt ciemny i zbyt pudrowy. Potrzebuje chwili by się ułożyć po tym czasie kolor dopasowuje się (uff!) i wygładza. Pozostawia wykończenie pudrowe, więc dla miłośniczek takiego wykończenia będzie to dobry produkt. Po jakiś 6 godzinach podkłada dalej jest na twarzy, ale pudrowe wykończenie zanika. Czasem potrzebuję przypudrować pewne partie twarzy w tym momencie. Sam podkład trzyma się aż do zmycia, czyli w moim przypadku jakieś 13-14 godzin.


   Najbardziej podoba mi się, że dobrze sobie radzi z ukryciem moich płytko położonych naczynek. Mam nawet wrażenie, że stały się one ostatnio trochę uspokojone i mniej widoczne. Czyżby obietnica  redukcji zaczerwień i szarości cery dzięki Acetylowi C została spełniona? Nadmienię jeszcze, że nie brudzi ubrań. A i opakowanie jest takie jakie lubię- solidne i z pompką! Dobrze działającą!


   Podsumowując, nie jest to mój ulubiony podkład, ale jak na drogeryjny produkt spisuje się całkiem dobrze. Zużyję całą buteleczkę. Nie jest to ciężki podkład, nie czuję abym krzywdziła swoją skórę nakładając go, a to już jest dla mnie duży plus. Jednakże wolałabym aby gama kolorystyczna była trochę inna. Jakie są wasze ulubione podkłady?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger