piątek, 30 listopada 2012

Yankee Candle, Christmas Cupcake.

   Idę ulicą. Jest zimno. Na nowo odkrywam drogę, którą dobrze znam. Czuję chłód, myślę o kubku gorącej kawy. Rozglądam się po sklepowych witrynach. Mijam jeden sklep, drugi, trzeci i kilka kolejnych. Aż w końcu widzę coś nowego. Przeszklona witryna, a za nią piękne babeczki. Nie, nie muffiny, bo mają więcej ozdób na nich. Ależ urocze! I jest taka, która wygląda jak bałwanek. Piękny. Prosty, ale piękny. Tak sobie myślę, że może mają tu też kawę i do tej kawy zamówię sobie taką babeczkę. Ma milion kalorii, ale przecież raz się żyje! Sprawdzę czy dobre. Wchodzę, lekko się ślizgam po kafelkach, ale w końcu zbliżam się do mojego celu. Wyciągam rękę iii... i to nie babeczka! To pięknie zapakowany błyszczyk. Szkoda. Ale natura kosmetykomaniaczki się we mnie odzywa i gra z rozsądkiem, że przecież taki gadżecik mogłabym przygarnąć skoro wpadł już w moje łapki. No dobrze, pomacam testerek i pomyślę. Rozchylam bałwanka a tam słodki ulepek. Może i odrobinę babeczkowy, ale do ideału mu daleko. Jest słodko, bardzo słodko i trochę mdło. No cóż, nie pójdę z nim do domu. Bałwanek stoi w witrynie, a ja idę dalej. Kawa będzie taka jak zazwyczaj, bez babeczki. Ale to i lepiej!



   Długo myślałam jak opisać ten zapach. Moje święta i wypieki pachną całkiem inaczej. Nie czuję tu domowego ciepła, a właśnie taką sztuczną słodycz, która wabi z wystawy, a przy bliższym poznaniu okazuje się nie warta tych kilku złotych. Sam zapach jest intensywny, jednak na mnie wrażenia nie robi.

czwartek, 29 listopada 2012

Virtual, Fashionmania, 182 Royal Blue

   Jakiś czas temu będąc w Biedronce zauważyłam lakiery. Przeszłam obojętnie. Takich razów było kilka. Za którymś razem ujrzałam piękny kolor. Takiego w swojej kolekcji nie miałam. Spojrzałam na cenę i stwierdziłam, że wezmę. Zwłaszcza, że jak do tej pory nie miałam lakieru firmy Virtual. Czy był to dobry zakup?


   Lakier kilka dni poleżał, aż w końcu stwierdziłam, że pora się z nim zmierzyć. Wyciągnęłam go z blistra (bardzo podoba mi się taki amerykański sposób pakowania kosmetyków, wtedy mam pewność, że nikt nie zrobił sobie z niego testera) i przystąpiłam do malowania paznokci bez pozytywnego nastawienia. I jakież było moje zaskoczenie! Pędzelek wręcz sam malował i nawet ładnie udało mi się położyć lakier. Jedna warstwa była absolutnie wystarczająca. Szybko wyschła, dołożyłam drugą warstwę tylko z przyzwyczajenia. Wow! Efekt niesamowity.


   Lakier nosiłam z czystą przyjemnością, na moich mocno rozdwojonych paznokciach bez uszczerbków (a przy ciemnym lakierze przecież takie są bardzo widoczne) przez 5 dni bez żadnego lakieru nawierzchniowego! Nie spodziewałam się tego po nim.  No i jeszcze fakt, że kolor jest identyczny jak w buteleczce i sam z siebie pięknie lśni... Ja niczego więcej nie wymagam.

   A poniżej mały tuning- dołożyłam lakier Color Club Jingle Jangle z kolekcji Beyond the Mistletoe, który pokazywałam już tutaj.


Używałyście lakierów Vritual?

wtorek, 27 listopada 2012

Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 104

   Recenzja tej pomadki miała pojawić się już daawno temu. Jednak jakoś się nie składało. A pomadka jest tego zdecydowanie warta, więc biegnę ze swatchami jej na ustach dopóki trwa promocja w Rossmanie. Porównanie kolorów na dłoni opublikowałam kilka dni wcześniej, tych którzy jeszcze nie widzieli i tych, którzy chcą sobie przypomnieć zapraszam tu <klik>.


   Rozpisywać się nie będę, bo mam o niej taką samą opinię jak o pomadce z tej samej, czerwonej serii Kate, o numerze 105 <klik>. Bardzo lubię pomadki z tej serii, jak już wiele razy wcześniej wspominałam. Na poniższych zdjęciach mam usta wymęczone chorobą a i tak pomadka się na nich dobrze prezentuje.  Mimo wszystko, aplikacja jest bardzo przyjemna i nie czuję nawet w czasie choroby dyskomfortu. Ale z pewnością nie nawilża, aczkolwiek nikt tego nie obiecywał.


   Kolor jest bardzo naturalny. W zasadzie jest to jedna z pomadek, którą na szybko wrzucam do torebki i wiem, że mogę jej użyć przy każdym ubiorze i makijażu. Usta wyglądają naturalnie, co jeszcze jest podkreślone przez jej matowe wykończenie. Gdy mam ochotę, dodaję im błysku przez nałożenie na nią bezbarwnego błyszczyka KOBO w słoiczku.


   Jej minusem jest zapach. Jest bardzo intensywny. W zasadzie to mi się podoba, jednak wiem, że dla wielu osób może być to bariera ciężka do przeskoczenia.

Skusiłyście się na pomadki od Kate? Które lubicie najbardziej?

sobota, 24 listopada 2012

Film: Księżna (The Duchess)

Właśnie rzuciłam okiem na program telewizyjny i zobaczyłam, że dziś TVP1 15 minut po północy serwuje nam świetny film pt. Księżna. Proponuję pójść zaparzyć kawę i zarwać noc lub obejrzeć go w dogodnym czasie korzystając z zalet darmowych filmów w sieci (np. na vod TVNu).



   Ale komu on się spodoba? Fanom dramatu kostiumowego a także aktorskiego talentu Keiry Knightley. Zachęcić może też fakt, że jest to historia oparta na prawdziwej historii kobiety z rodu Spencerów (tego samego co księżna Diana).

   Akcja zaczyna się w 1774 roku w Anglii. Georgiana Spencer jest młoda i beztroska. Ma pierwszą miłość, jednakże także doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to od jej zamążpójścia zależy jej przyszłość. Gdy otrzymuje propozycję od księcia Devonshire uradowana ją przyjmuje. Niestety, życie szybko weryfikuje jej wizję małżeństwa. Zaciska zęby i stara się sprostać oczekiwaniom męża. Cóż, nagle sytuacja się zmienia na tyle, że jej miejsce zajmuje jej najlepsza przyjaciółka, a księżnej pozostaje tylko się temu przyglądać. Jej rola jest jedna- urodzić dziedzica. Jednakże Georgiana długo nie dawała się złamać, brylowała na salonach, była ulubienicą tłumu, (ba!) udzielała się politycznie.

   Historia pokazuje dramat kobiet, to ile są w stanie zrobić dla dzieci. I że czasem trzeba wybrać mniejsze zło. Ale czy Georgiana dokonała dobrego wyboru? To pozostawiam waszej ocenie, ale chętnie przeczytam jakie jest wasze zdanie na ten temat.

   Film ogląda się z dużą przyjemnością. Pokazuje on wiele emocji. Gra aktorska także jest bardzo dobra. Hrabia nie jest przerysowany, młody kochanek zachowuje się jak właśnie młody kochanek. Do karykatury tu daleko. Moim zdaniem, to faktycznie dobry film. Całości dopełniają piękne kostiumy (za co film dostał m.in. Oskara).

   Jeżeli jeszcze nie śpicie, lubicie dramaty historyczne, kostiumowe romanse idźcie po kawę :)


Ważna informacja dla śpiochów- dzisiaj powtórka! TVP 1, godzina 21:15. Za informację bardzo dziękuję Pink Caster Sugar! 

piątek, 23 listopada 2012

Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, porównanie 101, 102, 104, 105

   Z racji tego, że w moim zbiorze brakuje tylko jednej z pomadek z czerwonej serii Kate Moss dla Rimmel zaprezentuję Wam porównanie kolorów 101, 102, 104, 105. Mam nadzieję, że okaże się ono pomocne :) Zwłaszcza, że pomadki są świetnej jakości.



Moim zdaniem:

101- jasny róż, dość klasyczny
102- mocniejszy róż, ciemniejszy

O kolorze 105 był już osobny post. Na dniach postaram się wstawić zdjęcia pozostałych kolorów. Powyższą listę będę uaktualniać i gdy będzie podświetlona na inny kolor, naciśnięcie na dany opis będzie przenosiło do jej recenzji.  A tymczasem swatche na łapce:

czwartek, 22 listopada 2012

Rossman obniżka 40% na kolorówkę- moje łupy

   Chyba nie ma osoby, która by nie wiedziała, że od dzisiaj w Rossmanie jest obniżka 40% od cen regularnych na całą kolorówkę. Na wielu blogach można zobaczyć cudowności, które dziewczyny nabyły na tej promocji. Idę za ciosem i pokazuję swoje :)



-Maybelline, Color Tatto, 45 Infinite White
-Maybelline, Color Tatto, 40 Permanent Taupe
-Rimmel,  Match perfection, cream gel foundation, 100 Ivory
-Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 101
-Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 102

   O cieniach w kremie myślałam od dawna, jednak czekałam na dobrą cenę, a z pomadek w kolorach 104 i 105 <klik> jestem tak zadowolona, że od początku wiedziałam, że zbiorę więcej tych pomadek. 

   A Ty co upolowałaś?

środa, 21 listopada 2012

Zapiekanka z zupą cebulową

   Natykałam się na ten przepis co jakiś czas. Gdy natknęłam się w jednym z marketów na cebulowe zupki w proszku chwyciłam dwa opakowania z myślą o tym daniu. No cóż, jednak do realizacji nie podeszłam od razu. Gdy nadszedł ten dzień, wyciągnęłam jedną torebkę i zaczęłam w głowie odtwarzać przepisy. Mięso można pominąć, jednakże mój Mięsożerca nie lubi, gdy w obiedzie go brakuje, postanowiłam je dodać. Spokojnie więc można je pominąć. Danie jest sycące, na tyle dobre, że następnego dnia powtórzyliśmy przepis z drobnymi zmianami i danie też wyszło dobre. Poniżej przedstawię obie wersje obiadu.



Potrzebujemy:

Mały kubeczek śmietany 32%
opakowanie zupki cebulowej
250g łazanek
500 g piersi kurczaka, filetów, pokrojonych
pieprz, ostra papryka
4 plastry sera żółtego
kawałeczek masła
garść prażonego słonecznika

Pierwszego dnia wysmarowałam naczynie żaroodporne masłem, na dno wysypałam nieugotowany makaron, na to położyłam mięso, przesypałam pieprzem i ostrą papryką, polałam śmietaną wymieszaną z zupą. Podlałam wodą.

Drugiego dnia mięso doprawiliśmy mocniej- łyżką ketchupu barbecue, ostrą papryką, pieprzem, podsmażyliśmy. Makaron podgotowałam (połowa zalecanego czasu). Ponownie formę wysmarowałam masłem, wsypałam makaron, położyłam mięso i zalaliśmy śmietaną wymieszaną z zupką. Nie dodałam wody. Ale dodałam garść prażonego słonecznika

Za każdym razem trzymałam w piekarniku w 200C przez 40 minut. Po tym czasie całość przemieszałam. A następnie położyłam ser i zapiekłam. Obie wersje były bardzo dobre, jednak mi bardziej pasuje wersja pierwsza, bo mniej po niej zmywania i przygotowanie jej zajmuje mniej czasu.

Sanie jest syte i smaczne. Polecam!

wtorek, 20 listopada 2012

Frugo żelki

   Pamiętam Frugo z dzieciństwa. Charakterystyczny guziczek na srebrnym kapslu i smak czarnego Frugo. Przez wiele lat ich nie było. Na rynek powróciły wraz z linią innych produktów. Gdy w sklepie zobaczyłam żelki, musiałam wrzucić do koszyka wszystkie dostępne w nim smaki. A wieczorem odbył się ich test.  ;)



Na temat smaków nie muszę się rozwodzić. Najlepszym opisem będzie stwierdzenie, że smakują tak samo dobrze jak napoje. Nie są mocno słodkie, a nawet są trochę kwaśne. Bardzo dobre. Bardzo mi się też podobają "komiksy" umieszczone na opakowaniach.


Lubicie żelki? Jakie są wasze ulubione?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Yankee Candle, Spiced Orange, sampler

Usiadła koło mnie z małym nożykiem. Koło niej stała misa wypchana pięknymi pomarańczami. Takimi z grubą skórką.

-Ooo, obierasz pomarańcze!
-Yhym- powiedziała, po czym jej wzrok znowu powędrował w stronę misy z owocami. WYbrała jedną dużą sztukę, z nienaganną skórką.
-Ależ ładne Ci się trafiły! Jak już obierasz sobie to może i mnie byś mogła poczęstować?
-Ale ja nie obieram ich.
-Jak to nie?! To co będziesz robić. No, daj mi kawałek, przecież wiesz jak nie lubię obierać ich ze skórek. A Ty i tak pobrudzisz ręce...
-W zasadzie to chciałam zrobić świąteczne ozdoby. Ale dobrze, obiorę jedną dla nas i zjemy razem.- Sprawnie obrała owoc, podzieliła na cząstki i wysunęła mokre dłonie w moją stronę. Szybko wsadziłam kuszący owoc do ust i wtedy to poczułam. Była pyszna. Soczysta, jędrna ale i przyjemnie kwaśna. Dokładnie taka jaką lubię. Gdzieś w oddali stała też miseczka przypraw, którą ona specjalnie przygotowała do ozdoby pomarańczy. Delikatnie czułam jej zapach, jednak pomarańcza go zdominowała. Czy stała gdzieś w pobliżu szklanka coca-coli? Może i owszem, ale nie miało to dla mnie znaczenia.


   A co do samego samplera- nie kupiłabym go, bo wcześniej czytałam, że są one o wiele słabsze od wosków. No i nie wiem co tu napisać, bo wosk z tej serii został już wyprzedany (jest to zapach miesiąca), a bardzo chciałam poznać ten zapach. Siła rażenia była duża. Nawet krótkie palenie wystarczyło, aby sampler swoim zapachem wypełnił cały duży pokój. Ja nie mam żadnych zastrzeżeń.

sobota, 17 listopada 2012

Dom cudzych marzeń

   O Philippie Gregory na blogu nie raz już pisałam. Z pewnością należy ona do moich ulubionych autorek. Gdy udało mi się dotrzeć do książki pt. "Dom cudzych marzeń" z wielką chęcią czekałam na każdą chwilę, którą mogłam poświęcić na czytanie. Czy ta książka także jest warta polecenia? Już po pierwszych stronach wiedziałam, że tak! Dlaczego? O tym poniżej.


   Tym razem nie jest to książka, której akcja dzieje się setki lat temu. Nie ma tu intryg dworskich, a za to jest życie codzienne młodej mężatki. Ruth i jej mąż kochali siebie oraz swoją pracę. Rodzice Patricka byli dobrymi teściami. Pokochali swoją synową. Zdobyli jej miłość i zaufanie. Ruth czuła się szczęśliwa, kochana a także miała poczucie tego, iż dla teściów nie jest tylko synową, ale także ukochaną córką. A może była to tylko gra pozorów?

   Teściowie chcieli pomóc młodemu małżeństwu i na nową drogę życia kupili im mieszkanie. Piękne, w dobrej okolicy.Takie, na które długo młodego małżeństwa by nie było stać. Niedzielne obiady u teściów. Dyskretna teściowa, która się nie wtrąca. Mile spędzany wspólnie czas. Podczas jednej z cotygodniowych wizyt Patrick poinformował, iż dostał awans. Zbiegło się to z możliwością zakupu pięknego, lecz trochę starego domu nieopodal wspomnianych już teściów. Gratka. Dom o posiadaniu którego marzyła cała rodzina Ruth. Ale nie ona. Jej było dobrze w obecnym mieszkaniu. Miała blisko do pracy i czuła się w tym miejscu dobrze. Niestety, nie powiodło się jej tak dobrze jak mężowi i straciła ukochaną pracę. Cóż za doskonała okazja by przenieść się na wieś!

   Z racji tego, iż to teściowie kupili dom, sprzedali go i pomogli parze kupić wspomniany wcześniej dom. Dom marzeń. Ruth zaszła w ciążę. Nie była na to gotowa. Jednakże pokochała to dziecko. Wszyscy się nią czule opiekowali. Na tyle, że to Teściowa wybierała i kupowała wykładzinę, tapety i firany. Ruth starała się do porodu przygotować, chodziła na zajęcia, dużo czytała. Mąż coraz więcej pracował. Ale pod opieką teściowej ciężarna kobieta nie czuła się samotna.

   Nastąpił dzień porodu i wszystko poszło nie tak. Dziecko narodziło się poprzez cesarskie cięcie, a później nie chciało przyjmować pokarmu matki. Była to niezwykle ciężka sytuacja dla świeżo upieczonej matki. Mimo, iż kochała syna, nie czuła tego, że to jej dziecko. Teściowie byli blisko Pomagali. Za dużo. Nikt nie zauważał, że niemowlę nie przesypia nocy, a matka całą noc spędza z nim i jest wykończona. Mąż twierdził, iż dziecko budzi się w nocy tylko raz. Oczywiście, wspominał  o tym mamusi. Dziadkowie stwierdzili, ze matka nie potrafi się zajmować własnym dzieckiem. I po części tak było. Ruth była bardzo nieszczęśliwa. Popadła w depresję, którą młody lekarz źle zdiagnozował. Przepisał silne antydepresanty. Ruth popadła w uzależnienie.

   Teściowie dla "dobra dziecka" zafundowali synowej wczasy. Wczasy w ośrodku dla osób uzależnionych i psychicznie chorych, Tam Ruth, dzięki kompetentnemu lekarzowi i innym pacjentom zrozumiała, iż dla teściów zawsze będzie tylko żoną ich syna, nigdy córką. Jednak wciąż była im wdzięczna za to, co dla nich zrobili.

   Jednakże Ruth się zmieniła, dojrzała, stała kobietą. Zakończenie mnie bardzo zaskoczyło- "Jak to?! Już? Eeee, mam pół książki? Co dalej?"- takie myśli mi krążyły po głowie. Liczyłam na dalszy rozwój akcji. 371 stron upłynęło mi zbyt szybko, a samego zakończenia się nie spodziewałam.

   Książka jest o walce z teściami- o męża, dziecko, o miłość. O dojrzewaniu porzuconej dziewczynki, której utrata w przeszłości bliskich osób, rzutowała na jej relacje w dorosłym życiu. O poznawaniu samego siebie. O bezgranicznej miłości do wnuka, zachłannej miłości. O depresji po porodowej. O trudach macierzyństwa i małżeństwa. O domu cudzych marzeń.




czwartek, 15 listopada 2012

Biedronka, Aril, Bamboo Aqua Breze

   Sieć Biedronka na przestrzeni ostatnich lat się bardzo zmieniła. Od procesu związanego ze złym traktowaniem pracowników do marki znanej i lubianej. Jednakże w pewnych kręgach wciąż jest uważana za sklep dla plebsu ;). No cóż, lubię tam czasem zajrzeć... Bardzo często można tam nabyć produkty markowe w doskonałych cenach (jak chupa-chupsy po 45 groszy). A czasem i produkty robione przez znanych producentów pod marką własną tego marketu. Przy mojej ostatniej wizycie było tam dostępnych wiele rzeczy służących do dbania o dom. A że lubię, gdy w moim domu pachnie skusiłam się na odświeżacz do pomieszczeń o zapachu bambusa. Czy był to dobry zakup?


   Zapach jest bardzo ładny. Ciężko mi stwierdzić czy to bambus. Zapach świeży. Zdecydowanie przyjemny. Sądzę, że jest na tyle neutralny, że można go użyć przed przyjściem gości. Jest to zapach z kategorii zapachów czystych.


    Jednak ma wielką wadę- trwałość, a raczej jej brak. Przykładowo, rozpylam go w kibelku, który jest malutki. Nie oszczędzam produktu, bo butelka zawiera 500 ml produktu, który rozpyla się delikatną mgiełką. Po 25 minutach nie ma już po nim śladu. Pryskałam nim też ręczniki i tam także długo nie zagościł. Na kanapie też się nie przyjął. Z przyjemnością zużyję tę butelkę, bo zaraz po rozpyleniu pachnie ładnie i maskuje przykre zapachy. Jednakże to, że zapach nie trwa dłużej dyskwalifikuje go przed ponownym zakupem. 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Balea, Lovely Raspberry, malinowy żel pod prysznic

   Balea. Podoba mi się ta nazwa. Kosmetyki tej firmy też. Zwłaszcza, że są tanie i dobre. Niestety, nie jest tak uroczo i w Polsce nie są dostępne stacjonarnie. Dawno już w DM nie byłam, ale mam jeszcze kilka swoich zapasów. Jednakże Kasia przywiozła z wakacji małe, malinowe coś i tym czymś postanowiła się podzielić. Szczęśliwie żel i balsam trafiły w ręce moje i pewnego podbieracza. Dziś chciałabym podzielić się z wami moimi wrażeniami odnośnie żelu, bo dobiłam dna.


   Zacznę od wydajności. Żel był stosowany przez dwie osoby dwa razy dziennie (chociaż sięgaliśmy też po inne specyfiki czasem) przez ponad 2 miesiące (nawet 2 i pół). W związku z tym, mogę śmiało stwierdzić, że żel jest wydajny.


   Co dla mnie ważne- nie przesusza też skóry. Ale tym razem muszę napisać, że te zalety tym razem nie mają znaczenia. Ten zapach jest obłędny! Kojarzy mi się z malinową mambą, jednakże jest trochę mniej słodki. Jest to zapach "radosny", którego użycie wywołuje uśmiech. Uwielbiam zaczynać z nim dzień, bo mnie budzi i orzeźwia. Ten sam dzień także z nim lubię kończyć, bo mnie relaksuje. Jest idealny. Ciekawy ma też kolor- jest to intensywny odcień różu, jednak ze sporą ilością fioletowych tonów (w sztucznym świetle, jakie mamy w łazience).


   Czy polecam? Szalenie! Żałuję, że nie mam następnej butelki w zapasie. 

wtorek, 6 listopada 2012

For Every Body, Gingerbread

   Świece For Every Body są obecnie dostępne w sieci TK MAXX. Lubię tam zaglądać. Lubię też zapachy świąteczne. Obwąchując różne słoje trafiłam na dwa zapachy, które bardzo mi się spodobały- maślane ciasteczka i gingerbread. Z racji tego, iż zależało mi na tym, aby świeca kojarzyła się ze świętami, wybrałam wersję pierniczkową. Wielkim ćwiczeniem silnej woli było trzymanie jej w domu bez możliwości odpalenia jej. Ale gdy świeca trafiła już we właściwe ręce, mogłam ją palić do woli. Czy było to przyjemne?


   Pierwsza próba odbyła się w towarzystwie dwóch dam i jednego dżentelmena. Zapaliłam świecę po wielogodzinnej i męczącej podróży. Tlił się także kominek. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, a ja co chwila zastanawiałam się czy mój nos coś czuje. Po pewnym czasie poczułam delikatną woń ciastek cynamonowych. Jednakże był to zapach jak przez folię, ledwo wyczuwalny. No cóż, kominek i zapach prawdziwego drewna przyćmił świeczkę, jednak i pomieszczenie było bardzo duże (salon z otwartą kuchnią, jadalnią i korytarzem). Po pewnym czasie i moi towarzysze zaczęli wyczuwać zapach. Ale jak dla mnie było to zbyt mało. Obwiniętą świecę w folię zabrałam już do zamkniętej przestrzeni, jednak wciąż dużej. Świeca się tliła, a ja wyszłam do innego pomieszczenia. Po powrocie do pokoju poczułam ją. W zasadzie już przed uchyleniem drzwi czułam delikatny zapach.

   Otworzyłam drzwi i poczułam święta. Ciepłą, magiczną atmosferę. Miałam wrażenie, że już mamy grudzień, za oknem leży metr śniegu a ja mam na wszystko czas. Miałam poczucie wolności, czystego umysłu. Zdecydowanie poczułam się zrelaksowana. Świeca jest bardzo mocna, nasycenie powietrza w pokoju mającym ok. 25m2 to dla niej żaden wyczyn. Zapach czuć dokładnie i intensywnie. Ale wracając do opisu samego zapachu, muszę przyznać, że nie jest to zapach piernika kętrzyńskiego. Jak dla mnie są to bardziej niemieckie pierniki, pieczone na długo przed świętami, które muszą leżakować w metalowej puszce, aby mogły osiągnąć najlepszą konsystencję i smak. Z pewnością świeca ma wiele wspólnego ze skandynawskimi piernikami (amatorzy pepperkakor znajdą tu podobny, ale nie taki sam zapach).  Świeca jest bardziej puchata, mniej ostra, ale do naszych katarzynek jej daleko.

   Co do spalania się świecy muszę przyznać, że wygląda to dobrze. Wosk rozpuszcza się prawidłowo, jednak pozostaje go trochę w rogach, dlatego obwijanie świecy folią jest bardzo przydatne. Sama świeca jest pokaźnych rozmiarów.

Polecam!