poniedziałek, 31 października 2011

Etro, Messe de Minuit


           Dziś Sabbath zabrała mnie do kościoła. Mówiła kiedyś, że będzie on z początku pachniał cytrusami. Ale tak tym razem nie było. Mały zakurzony kościół, chyba dawno nikogo tu nie było. Mam podejrzenia, że ostatni odbywający się tu obrzęd mógł być na granicy prawa kościelnego, a może nawet lekko przekroczył tę linię. Musiała w nim uczestniczyć Donna Karan wraz ze swym labdanum. Zdecydowanie.  Najpierw dyskretnie wyczułam jej obecność, wcześniej był kurz (co jest normalne dla małego zapomnianego kościółka). Ale im głębiej wchodziłam tym bardziej wyczuwałam jej obecność. Miałam wrażenie, że zaraz ukaże się całym swym majestacie.

Stoję pod ołtarzem, czuję się tak bezpiecznie. Stare mury mnie nie przerażają, wręcz przeciwnie, czuję się bezpieczna. Stoję, chłonę atmosferę. Oswoiłam woń, czuję ją mniej intensywnie, ale wciąż wyraźnie.  Chłonę to poczucie bezpieczeństwa.  Sabb wspominała o intymności. Tak, zdecydowanie. Ta niewinna chwila jest dla mnie też intymna. Nie wiem dlaczego, ale czuję tę intymność i nie chcę by ktokolwiek mi ją zabierał.

Po dłuższym czasie zauważam starą księgę na ołtarzu, podchodzę. Czuję, że delikatnie przesiąkła zapachem mirry. Jednak jest coś jeszcze. Spoglądam pod nogi. Widzę uchyloną klapę od wejścia do piwniczki. Pachnie z niej słodko. Przyzwoitość zabrania mi tam wejść. Opuszczam świątynię, jednak jeszcze przez wiele godzin jej zapach mi delikatnie towarzyszy. Jeszcze tam wrócę.



Grafika pochodzi z opisu perfum na fragrantica.com

sobota, 29 października 2011

Palce wiedźmy


m
Skoro na wszystkich blogach Hallowen, to dlaczego ma go u mnie zabraknąć? Jak już wykonacie obrzydliwe rany, zrobicie z siebie wiedźmy i inne cuda, nie możecie zajadać przecież zwykłych ciasteczek. Trzeba zjeść paluchy!
Na te obrzydliwe (ale tylko z wyglądu) ciasteczka potrzebujemy:

225 g masła
2 2/3 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru
1 jajko
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 duże opakowanie migdałów


Jeżeli nasze migały mają brązową skórkę, sparzamy je. W tym czasie zagniatamy wszystkie składniki, z wyjątkiem migdałów. Ciasto schładzamy (polecam włożyć na 15 minut do zamrażarki). Mamy 15 minut na oskubanie migdałów i poprzecinaniu ich na pół, tak, aby z jednego migdała uzyskać dwa paznokcie.I teraz mamy zajęcia z plastyki- bierzemy w prawą rękę kawałek ciasta i lepimy z niej paluchy. Polecam lewą rękę jako wzornik dla pierwszych kilku palców. Formując palce zróbcie je ciut mniejsze od waszych paluszków. Układamy na blaszce (najlepiej na silikonowej macie), wciskamy migdały i znów wzorując się na naszych dłoniach nacinamy paluszki tuz pod paznokciem i w miejscu, gdzie palec się zgina. Jeżeli mamy więcej fantazji możemy dorobić narośle np. wciskając rodzynki lub drobne kawałki orzechów. Także można miejsce, gdzie przyklejamy migdał posmarować wcześniej dżemem z czerwonych owoców. Do masy można dodać trochę cynamonu lub kakao by im zmienić delikatnie karnację.

Pieczemy ok. 10 minut w 200C.

I w ten oto sposób pytanie "chcesz paluszka?" nabiera całkowicie innego znaczenia. Jeżeli kogoś z Was ciekawi ich smak, to powiem, że palce są maślane i dobrze się komponują ze skórką pomarańczową.

piątek, 28 października 2011

Catrice, Ultimate Nail Lacquer, 060 Bloody Marry To Go

O lakierach Catrice pisałam już wcześniej: klik!. Gdy zorientowałam się, że w moim zbiorze mam wiele kolorów, ale żadnego z nich nie mogę nazwać klasyczną czerwienią wiedziałam, że muszę jak najszybciej naprawić ten błąd. Wybór padł na 060 Bloody Mary To Go.

   Jak pozostałe lakiery Catrice jest dobry. Ale ma też kilka wad. Po pierwsze mój pędzelek miał odstające włoski (pierwszy raz coś takiego mis ie zdarzyło w lakierach tej marki). Lakier rozprowadza się dobrze, jest dość wodnisty, nie zostawia smug. Jednak nawet przy 2 warstwach nie do końca kryje, tzn. widać jaśniejsze końcówki.

   Kolor  jest piękny, klasyczny czerwony na każdą okazję. Trwałość jest przeciętna, po 2 dniu pojawiły się delikatne wtarcia i ubytki na moich rozdwojonych paznokciach.
Podsumowując, nie jest to lakier idealny, ale go lubię.


Lubicie klasyczną czerwień na paznokciach?

czwartek, 27 października 2011

Jordan Penny "Arabski książę" ("Possessed by the Sheikh")

   Uwielbiam książki o krajach arabskich. Uwielbiam także czytać wszystko co mi wpadnie w ręce. Tym razem zaciekawił mnie tytuł. Raz, dwa książka przeczytana.. I jakie są moje wrażenia? Czy jest godna polecenia?
   Jeżeli któraś z Was spodziewa się, że będzie to powieść w stylu "Księżniczki" Jean Sasson, albo chociaż "Minaretu" Leili Abouleli to się zawiedzie. Historia zapowiada się ciekawie- młoda pani naukowiec przyjeżdża do Zuranu wraz ze swymi współpracownikami badać roślinki. Jest to jej pierwsza praca, dopiero poznaje swoich towarzyszy. Jest młoda, ładna. Jej żonaty przełożony za wszelką cenę chce ją mieć, ale ona nie jest z takich kobiet. Ma swoje ideały, pragnie miłości jak z bajki. Opiera się mu, co skutkuje porwaniem. Dziewczyna rozpoznaje w jednym ze swych wybawców mężczyznę, z którym juz wcześniej miała pewny kontakt. Ale nie ma co opisywać całej historii, jeżeli kogoś powieść zainteresuje, to doczyta tych 120 stron we własnym zakresie.
   W skrócie- książka mówi o miłości od pierwszego spojrzenia, odwazjemnionej. O tym, że los może spłatać figla i miłość przyjdzie nieoczekiwanie, odwzajemniona oczywiście. Miłość jak z filmu.                                                    
   Powieść zaczynała się ciekawie, jednak im więcej pojawiało się opisów czułych gestów i fantazji, a coraz mniej treści, zastanawiałam się dlaczego ta książka jest tak krótka przy tak obszernych opisach uczuć bohaterów. No cóż, właśnie dowiedziałam się, że książka ta jest jednym z harlequinów. Muszę przyznać, że czyta się ją dość dobrze, ale jest płytka i z przewidywalnym zakończeniem.
   Czy polecam? Jedynie osobom, które chcą się "odmóżdżczyć" i zabić czas stojąc w korku. Moim zdaniem jest o wiele więcej dobrych książek, a w tej książce pisarz nie wykorzystał potencjału, jaki posiadał.

środa, 26 października 2011

Zupa nic

No cóż, ostatni raz jadłam tę zupę może z 10 lat temu. Kojarzy mi się ona z wakacjami u Cioci Eli (pozdrawiam serdecznie) i jej starą książką kucharską, taką z dziewczynką chyba na okładce.Któregoś pięknego ranka obudziłam się z myślą, że właśnie nadszedł dzień na zupę nic. Jak nic to nic, powędrowałam do kuchni i tak powstała. Czy jest z niej takie nic? Ale że jak to nic? Jak można zjeść nic? Przepis jest prosty jak nic :)

Potrzebujemy:
3 szklanki mleka
3 jajka
2 łyżki cukru
cukier waniliowy

Gotujemy mleko z cukrem waniliowym i łyżką cukru. W międzyczasie ubijamy białka z łyżką cukru. Do gotującego mleka wkładamy łyżką małe porcje ubitego białka. Gdy się ładnie zetną przewracamy na drugą stronę i gotujemy jeszcze 2 minuty pod przykryciem. Wyjmujemy pianki na talarze (głębokie).
Robimy kogel-mogiel z żółtek i cukru (czyli mocno ucieramy). Wlewamy do mleka i ubijamy do zgęstnienia. Ale trzeba pamiętać, aby się nie zagotować mleka. Zupą zalać pianki i gotowe.

Zupa jest słodziutka. Jadłyście ją kiedyś?

wtorek, 25 października 2011

Bonne Bell, Flip shades, Strawberry slush

   Dzisiejszy post mimo, iż zawiera swatche nie jest takim postem. Pisząc ten post chciałam się z Wami podzielić tym, jak wygląda jedna z moich ulubionych szminek od lat. A także prosić o pomoc.


   Pomadka ta jest idealna do delikatnego makijażu, świetnie się komponuje z różowym różem na policzkach. Nie ma drobinek, ale ładnie odbija światło, dając efekt "zdrowych ust". Nawilża, pachnie truskawkami (ale nie mdło, ani nie sztucznie). Jeżeli nie jem ani nie piję to trzyma się 4 godziny. Smakuje też całkiem dobrze (producent smackersów). Opakowanie ma bardzo estetyczne- szare, z czarnym napisem, ze srebrnymi elementami. Jest trwałe, odporne na zarysowania.


   Ale ma wadę- została wycofana. Może wiecie na jaką serię producent je zamienił? A może znacie jej odpowiednik w innej firmie?

poniedziałek, 24 października 2011

Pieczone jabłka

Ochotę na pieczone jabłka miałam od lat. Ale nigdy nie miałam chęci by je zrobić. Gdy zobaczyłam notkę na blogu Pinkcake wiedziałam, że muszę je zrobić w najbliższym czasie. I tak właśnie zrobiłam. Z wyglądu mi nie wyszły (zeszła skórka), jednak w smaku były genialne, dlatego chcę i Was zachęcić do zrobienia tego pysznego i prostego deseru.

Potrzebujemy:
jabłek (tyle ile mamy ochotę zjeść, u mnie po 2 na głowę)
ulubiony dżem (u mnie znów malinowy, domowej roboty dżem Mamy)

Jabłka myjemy,  następnie usuwamy gniazdo nasienne (najpierw wykroiłam nożem, a później poprawiłam łyżką). Nakłuwamy jabłka. W dziurę wkładamy dżemik. Wkładamy do piekarnika.  Pieczemy w 170C, a czas zależny jest od wielkości jabłek, u mnie 25 minut.

Lubicie jabłka pieczone? Jecie je z dżemem?

niedziela, 23 października 2011

NYX, Round Lip Gloss, 24 cafe latte

   I oto kolejny błyszczyk NYX. Wcześniej pisałam już o kolorze Wild orchid, dziś umieszczę zdjęcia koloru 24 cafe latte.



Zapach- chyba charakterystyczny dla całej serii, ciut cytrusowy, jednak mniej wyczuwalny niż w Wild orchid.

Konsystencja-leciutka, na ustach odczuwam go jak kremową, lekką szminkę


   Kolor- delikatny, jednak pokrywa naturalny kolor ust. Nazwa dobrze do odzwierciedla, tylko że to taka leciutka kawa. Z racji tego, że kolor jest jasny,można go zaaplikować nawet bez lusterka. Ma wiele drobinek, które skrzą się w słońcu. Na szczęście, nie są one wyczuwalne na ustach.


   Wytrzymałość- kilka godzin bez jedzenia, z ust znika równomiernie

Polecam osobom lubiącym jasne, delikatne błyszczyki.



sobota, 22 października 2011

Bułki z jajkiem i serem

Czasami nadchodzi wielki głód. Niestety serek Danio tu nie wystarczy, trzeba zaradzić mu w inny sposób.   Polecam sycące kanapki, na ciepło.

Potrzebujemy:
2 jajka
2 plastry sera żółtego
4 plasterki szybki (jak duże to 2)
1 pomidor
suszone pomidory

Jajka smażymy bez tłuszczu, doprawione ulubionymi przyprawami (moim sposobem na idealnie sadzone jajka jest robienie ich pod przykrywką na małym ogniu). W między czasie podgrzewamy przecięte na pół bułeczki (w tosterze lub piekarniku). Gdy bułeczki się podpieką, skrapiamy je oliwą z suszonych pomidorów, kładziemy suszone pomidory, plastry świeżego pomidora, wędlinę, ser. Gdy białko się zetnie nakładamy nasze sadzone na bułki. I zabieramy się za jedzenie.

Głód nie dopadnie nas przez wiele długich godzin. A wy co jecie w chwili, gdy czujecie, że mogłybyście zjeść konia z kopytami?

piątek, 21 października 2011

Biedronka, Body Club, fizzing bath bomb, limonka i kawa

   Kilka dni temu na blogach powstał na nie szał. Wszyscy mieli kule, wszyscy się zachwycali, a ja początkowo byłam oporna. Zwłaszcza, gdy dowiedziałam się, iż producentem jest MARBA, znana z opakowań z krówką. Będąc na zakupach w Biedronce zobaczyłam te kule, więc postanowiłam spróbować. Już zużyłam limonkę i kawę, a jeżyna i mango czekają na swoją kolej.
   Producent obiecuje, iż ta musująca kula zapewni nam niesamowitą przygodę. Niesamowita przygoda w wannie? Hmm, na myśl przychodzi mi tylko przypadek z ubiegłego roku, gdy starszej pani wyszedł z toalety wąż. W wannie oczekuję relaksu. 
   Zapach limonka i kawa jest dość ciekawym połączeniem. O dodawaniu limonki do kawy wcześniej nie słyszałam,w  przeciwieństwie do dodawania cytryny w razie migreny. Zaintrygowało mnie to i w ten oto sposób kula znalazła się w koszyku. I zanim przejdę do opisu zapachu, opiszę kulę zgodnie z wrażeniami z jej użycia.
   Nasz kąpielowy gadżet jest mocno zaciśnięty w sztywną folię, co utrudnia rozpakowanie jej mokrymi dłońmi. Osobom o słabych paznokciach polecam zaopatrzyć się w małe nożyczki, aby łatwiej było. Po zdjęciu grubej foli, mamy jeszcze jedną, mniejszą. Ta druga już łatwiej schodzi. I w ten oto sposób mamy naszą kulę gotową do użycia. Raz, dwa, trzy i hop do wody. Musuje, owszem. Jednak spodziewałam się lepeszego efektu, aby poczuć te musowanie trzeba kulę zbliżyć do ciała. Ale wtedy też odczuwa się je tylko na małym kawałku. I znów raz, dwa, trzy i kuli nie ma! Ale czuć, że była- woda jest taka mięciutka, czuć że kula faktycznie zawierała oleje. Cała łazienka jest przepełniona zapachem. Zdecydowanie. Od takiego odświeżacza do powietrza mogłabym się uzależnić. Jako wielbicielka kawy, liczyłam że kula będzie bardziej kawowa. A tu psikus, jest bardziej limonkowa. Ale nie jest to czysta limonka. Zapach jest przyjemny, ale nie mam pomysłu jak go dokładnie określić. Teraz wiem, że połączenie liomonki i kawy to coś co lubię :).
   Woda wystygła, pora opuścić wannę. Wychodzę, wycieram się i skóra nie jest przesuszona, jest lekko nawilżona. Mogę obejść się bez balsamu, jednak wiem, że rano będzie on konieczny. Z przerażeniem w oczach spoglądam na wannę, myślę sobie umyj się sama... ale niespodzianka! Wanna w dalszym ciągu jest czyściutka. Ufff, mogę opuścić łazienkę, bez psucia sobie relaksu sprzątaniem. A po całej kąpieli mam jakoś więcej energii.
   A wy skusiłyście się na kule? A może macie inne ulubione?

czwartek, 20 października 2011

Marchewkowe ciasteczka

Gdy tylko je zobaczyłam na blogu Nissiax, wiedziałam, że muszę je zrobić. Wiedziałam też, że "coś do nich dodam". I dodałam wiórki kokosowe. Jednak wciąż mi czegoś brakowało. Padło na łuskany słonecznik. I połączenie wyszło znakomite. Marchewkę czuć wyraźnie, więc jeżeli jej nie lubisz, nie jest to przepis dla Ciebie. Z tego przepisu wychodzi porcja dla 2 osób na jeden wieczór, dlatego proponuję zrobić ich więcej (najlepiej potroić).

Należy przygotować (na porcję dla 2 osób):
8 łyżek mąki
3 łyżki cukru
4 łyżki masła
2 marchewki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Marchewkę należy starkować na dużych oczkach tarki. Dodać 8 łyżek mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia, 3 łyżki cukru, 4 łyżki masła (polecam wcześniej roztopić). Zagniatamy. Początkowo może wyglądać na zbyt suche, jednak są to tylko pozory. Masa dobrze się klei. Pieczemy w 170 C przez 15minut.

Jadłyście już marchewkowe ciasteczka?

środa, 19 października 2011

Bourjois, decteur glamour, 19 Brique secouriste

   Pomadka, której nie mam nic do zarzucenia. Rozprowadza się bardzo dobrze, można ją ładnie rozprowadzić i bez użycia pędzelka. Na ustach trzyma się dość długo, schodzi równomiernie. Kolor wchodzi w usta, ładnie wygląda z położoną warstwą bezbarwnego błyszczyka (bardziej wieczorowo). Nie zawiera drobinek.




   Pozostawia na wargach powłokę ale jest ona przyjemna, śliska.  Nie wysusza ust, a nawet nawilża (ale nie ukrywajmy, Carmex to nie jest).

  Opakowanie solidne z uroczą kuleczką na szczycie. Podoba mi się, iż przy zamykaniu i otwieraniu (ale tu mniej) słychać kliknięcie. Zatyczka jest zbliżona kolorystycznie do samej pomadki, co pomaga identyfikację koloru przed otwarciem.


  Wadą może być pozostawianie śladów na szklankach czy innych powierzchniach, z którymi usta miały kontakt. Polecam!

wtorek, 18 października 2011

Omlet

Omlet, smaczny, sycący. Jednak mało kiedy u nas gości. A przecież jest tak dobry. Powrócił na nasz śniadaniowy stół w momencie, gdy rano zorientowaliśmy się, że zabrakło chleba na śniadanie. Był pysznym ratunkiem oraz odmiennością w śniadaniowym menu. Tym widocznym na zdjęciu najedliśmy się we dwoje. Dżem malinowy roboty mamy lub cioci doskonale do niego pasował. Jednak już widzę do posmarowanego masłem orzechowym i z położonymi plastrami owoców.


Potrzebujemy:
4 jajka
4 łyżki mąki
szczypta soli
dżemik lub inne dodatki


Musimy oddzielić żółtka od białek. Białka ubijamy ze szczyptą soli. Gdy otrzymamy sztywną masę dodajemy żółtka. Znów ubijamy. Dodajemy 4 łyżki mąki i mieszamy. Smażymy z obu stron.


Lubicie omlety? Z jakimi dodatkami?

poniedziałek, 17 października 2011

Lush, mydło Honey I Washed The Kids

   Jest to chyba najbardziej znane mydło Lush'a. Zanim je kupiłam, naczytałam się mnóstwa zachwytów nad nim. Czy także je podzielam? Czy to mydło jest aż tak dobre? A zapach uzależniający?
   Omawianie tego produktu zacznę od jego głównego zadnia: mycia. Mydło dobrze myje, czuję się po nim czysta. Nie wytwarza piany tylko taką hmm, niewidoczną, śliską powłoczkę. Dla mnie jest to duży plus, mydło ma być dla mnie delikatne, a nie pieniące się.
   Pierwszym składnikiem występującym w tym mydle jest woda miodowa. Producent obiecuje, że będzie nawilżać i zmiękczać skórę. Ja w takiej bajki nie wierzę i tego od mydła nie oczekuję. Owszem skóra jest miękka, jednak mydło nie nawilża (mam bardzo suchą skórę), lecz także nie wysusza.
   Zapach? Nastawiałam się na słodki, karmelowy, otulający. Opinie, że zapach jest miodowo-waniliowe odtrącały mnie od tego mydła. Ale już zapach karmelu zachęcał. Mydło kupiłam stacjonarnie, po uprzednim zapoznaniu się z zapachem. I bardzo się cieszę, że miałam taką możliwość, ponieważ moim zdaniem mydło ma całkiem inny zapach! Wyczuwam w nim karmel z cytrusami (co zapewne jest zasługą oleju ze słodkich pomarańczy i bergamotki). Słodkość wyczuwalna jest lepiej po zamoczeniu kostki, a najbardziej na ciele po użyciu mydła.
   Mydło jest bardzo wydajne, odcinam malutkie kawałki, którymi się myję (używam do całego ciała),a resztę trzymam w szafie w celach zapachowych. 

niedziela, 16 października 2011

Sos curry

    Niedawno podawałam przepis na zupę curry, dziś chcę pokazać, że z podobnych składników można zrobić także bardo smaczny sos do makaronu (lub ryżu). Zawsze można go zrobić z pozostałości po przygotowaniu zupy (tak właśnie było u mnie). Smak jest podobny, jednak zastąpienie kukurydzy oliwkami oraz dodanie bulionu grzybowego zmienia posmak.


   Potrzebujemy:
400 g mięsa mielonego (u mnie indycze)
2 marchewki
1 cebula
100 g mleka koksowego
2 łyżki pasty curry
1 szklanka bulionu grzybowego
makaron lub ryż
opcjonalnie oliwki


   Mięso podsmażamy. Gdy się zarumieni dodajemy drobno posiekaną cebulę oraz marchewkę pokrojona w słupki. Gdy cebula i marchewka się podsmażą, przekładamy wszystko do garnka. Zalewamy szklanką bulionu grzybowego oraz dodajemy dwie łyżki curry i 100 g mleka kokosowego (lub mniej, w zależności do tego jak bardzo ostrą mamy pastę curry). Dusimy pod przykryciem ok. 10 minut.

   Polecam podawać z makaronem lub ryżem. Dla fanów oliwek- bardzo dobrze komponują się z tym sosem, proponuję je dodać pod koniec duszenia.

Smacznego!

sobota, 15 października 2011

Jak zrobić krem z kwasami?

Na wstępie napiszę, że specjalistką w tej dziedzinie nie jestem. Do chemika też mi daleko. Jednak nic tak dobrze na mnie nie działa jak kremy samodzielnie robione. Ale muszę zaznaczyć, iż kremy kręcę albo z półproduktów, albo z hmm, zestawów "zrób sobie to sam". Tym razem pokażę wam, że robienie kremu jest proste. Do instrukcji ze strony producenta zrobiłam własny step. Opis wygląda dość przerażająco, ale mam nadzieję, że zdjęcia udowodnią, że to nic trudnego.

Tym razem zamówiłam delikatny krem z kwasami PHA. W zestawie otrzymałam:

Składniki fazy olejowej:
4 g MGS
3 g alkoholu cetylowego
15 ml maceratu z herbaty
15 ml oleju rafinowanego z owoców róży

Składniki fazy wodnej
1 g kwasu laktobionowego
3 g glukonolaktonu
5 g wodorowęglanu sodu

oraz papierki lakmusowe, pakowanie na krem, oraz strzykawki

Trzeba pamiętać, aby mieć przygotowany spieniacz do mleka/ mieszadełko. Dwie wysokie, duże szklanki lub inne pojemniki. Także można użyć konserwantu (u mnie FEOG).

Brzmi przerażająco, ale w rzeczywistości wykonanie jest bardzo proste. Polecam wygospodarować sobie miejsce niedaleko kuchenki oraz zlewu.

Wszystko wykonujemy zgodnie z zaleceniami producenta. Jednak ja nie robię jednego kremu, ale zawsze 3 na raz.

Do zlewki (lub dużej szklanki) wlewamy 63 ml wody.Dodajemy kwas laktobinowy (zaskoczyło mnie to, że jest w postaci stałej) i glukonolakton. Dodajemy odrobinkę (dosłownie!) wodorowęglanu sodu. Sprawdzamy przez zanurzenie papierka lakmusowego w roztworze jego odczyn. Jeżeli nie wynosi on 4, a wciąż mniej, ponownie dodajemy odrobinę wodorowęglanu sodu. Gdy uzyskamy ph 4 możemy przejść do następnej części.

Do drugiej zlewki wsypujemy MGS i alkohol cetylowy. Umieszczamy obie zlewki w kąpieli wodnej. Gdy MGS i alkohol się rozpuszczą, dolewamy macerat i olej. Gdy stanie się klarowna wyjmujemy zlewki i powyższą substancję wlewamy do szklanki, która zawiera m.in wodę. Mieszamy mieszadełkiem dopóki nie uzyskamy kremu.Gdy już go uzyskamy możemy dodać ok. 7 kropel FEOG lub dwie krople olejku eterycznego. Jednak ten krem ma dość neutralny zapach, więc nie jest to konieczne. Przekładamy do pojemniczków.

Krem gotowy do użycia. :-)


Obietnica producenta:
"Bardzo delikatny krem nawilżający, przeznaczony do cery suchej, wrażliwej, z problemami naczynkowymi, do stosowania także pod oczy. Zawarte w nim kwasy PHA głęboko nawilżają skórę, działają przeciwzmarszczkowo, przeciwrodnikowo. Macerat z zielonej herbaty działa przeciwstarzeniowo, poprawia funkcjonowanie i wygląd skóry, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych, co zapobiega powstawaniu "pajączków". Olej z róży działa regenrująco i wzmacniająco, nadaje skórze właściwą odporność.

Czy te obietnice zostały spełnione?
Krem jest delikatny, nawilża. Jest bardzo lekki, więc dla sucharków może się okazać zbyt mało nawilżający. Nie pozostawia tłustego filmu na twarzy, więc doskonale nadaje się pod makijaż. Także nie szczypie w oczy, szybko się wchłania. Moja czerwona "plama" jest mniej intensywna. Sama skóra jest delikatna, gładka bardziej mięsista. Jestem zadowolona. Doskonale się sprawdza jako krem na dzień. O kremie na noc napiszę niebawem.



Może również go używałyście? Jaki jest wasz ulubiony krem na dzień?



piątek, 14 października 2011

Duszonka

Kolejna propozycja obiadowa. W sumie można ją jeść codziennie zmieniając dodatki i przyprawy.

Potrzebujemy:
400 g mięsa (szynka, łopatka)
200 g boczku
4 duże ziemniaki
2 duże marchewki
2 małe cebule
Masło/ oliwa z oliwek
Przyprawy: u mnie barbecue, suszone sproszkowane pomidory, ostra papryka, pieprz, sproszkowany czosnek

Naczynie żaroodporne (a najlepiej żeliwne) wysmarować lekko oliwą lub masłem. Na dno ułożyć plastry boczku. Na to kawałki mięsa, posypujemy przyprawami (u mnie barbecue). Na mięso warstwę pokrojonej w krążki cebuli, następnie warstwę talarków marchewki, a na końcu pokrojone w talarki ziemniaki. Przyprawiamy mieszanką ulubionych przypraw (u mnie sproszkowane pomidory, ostra papryka, czosnek, pieprz). Znów plastry boczku, cebulę, marchewkę, ziemniaki oraz przyprawy oczywiście. I tak do wypełnienia naczynia.

Wstawiamy do nagrzanego na 180 C, pieczemy ok. 1,5 h.


Jadłyście już duszonkę? A może u was nosi nazwę zapiekanki z warzyw?



czwartek, 13 października 2011

Stila, SPF shine lip color, 07 tina

   Pisałam już o jesiennych lakierach, teraz napiszę o jesiennej pomadce. Dlaczego jesiennej? Ponieważ jej kolor kojarzy mi się z jesiennymi liśćmi. Kolor jest naturalny i może stanowić alternatywę dla czerwieni.


   W sumie trudno pisać mi ten kolor. Czasem jesienią widuje się właśnie takie liście trochę brązowe, ale jednak może im bliżej do czerwieni, pomarańczu. Ta pomadka ma mikro drobinki w kolorze złotym, ale sam połysk jest bardziej srebrny niż złoty. Obietnica błyszczących ust z pewnością jest spełniona. Błysk jest ten ładny, taki zdrowy.


   Aplikacja jest dobra, pomadka nakłada się cienką warstwą, jednak sama sunie po ustach. Można nią stopniować efekt.


   A teraz o wadach: zostawia ślady na szklance, ale nikt nie obiecywał, że tak nie będzie. Także wadą jest trwałość, przy jedzeniu szybko schodzi i to od środka ust, więc lepiej po jedzeniu sprawdzić jak wyglądamy. Wadą dla niektórych może być smak- pomadkowy, jednak nie jest mocny. Podobnie z zapachem.


   Bardzo mi się podoba opakowanie. Papierowe opakowania z jednokolorowym nadrukiem i małym, jakby odręcznie namalowanymi kwiatkami, to coś co lubię. O  sztyft (3 g) także się nie boję. Jest chronione przez solidne, odporne na zarysowania, zagniecenia opakowanie. Proste, srebrne z czarnym napisem z nazwą firmy. Po zdjęciu zatyczki jest bonusik pod postacią nadrukowanych kwiatków (które nie ścierają się po potarciu).


   Ogólnie jestem zadowolona, jednak sądzę, że pomadka nie jest warta swojej ceny. Czy znacie kosmetyki stila? Jakie są Wasze wrażenia?

środa, 12 października 2011

Essence, colour & go, 81 no doubt

   Kolejny lakier idealny na jesień. Aplikacja bajeczna, już przy jednej warstwie kryje, jednak ja wolę nałożyć dwie warstwy. Ładnie odbija światło, nie ma żadnych drobin. U mnie, przy okropnym stanie paznokci, wytrzymał 3 dni, a później zaczęły się wycierać końcówki i drobne odpryski na brzegu paznokci.


   Kolor może wydawać się podobny do Gosh special edition 003 groovy grey. Jednak w praktyce jest inaczej- Gosh jest jaśniejszy.


Polecam!




poniedziałek, 10 października 2011

Pikantna fasolka po bretońsku

Rozgrzewa, syci i praktycznie sama się robi. Czy można chcieć czegoś więcej? No może nie jest najlepszym obiektem do fotografowania, zwłaszcza gdy za oknem jest ciemno i ponuro.
Potrzebujemy:
2 puszki fasoli w sosie pomidorowym
2 cebule
100 g boczku
300 g dobrej kiełbasy
pieprz, oregano, bazylia, ostra papryka

Boczek oraz kiełbasę kroimy w kostkę, a następnie podsmażamy na suchej patelni (tłuszczyk się sam wytopi). Gdy się zarumienią dodajemy posiekaną drobno cebulę (polecam krojenie w chopperze, oszczędzi nam to wiele łez). W tym czasie wykładamy fasolę do garnka. Dodajemy do niej podsmażone mięso z cebulą. Doprawiamy do smaku. Ja dodałam pieprzu, bazylię, dużo oregnao, szczyptę przyprawy Blair's Death Rain, dwie małe suszone papryczki Bird Eye Natco. Mieszamy na małym ogniu do zagotowania. I już. 

Można także powyższy przepis zrobić z fasolą Jaś, jednak trzeba ją dzień wcześniej namoczyć. Także jeżeli nie macie fasoli w sosie pomidorowym, można dodać fasolę z puszki lub właśnie Jasia i koncentrat pomidorowy, jednak należy pamiętać, by dodać cukru do smaku.

Polecam podawać z podgrzaną bułką lub w miseczkach chlebowych. A w z czym jecie takie danie?

niedziela, 9 października 2011

Essence, nail art special effect! topper, 06 you're a gold mine

Nie jestem miłośniczką brokatów. Raczej. Nie lubię także, gdy drobiny z lakieru są w nim wyczuwalne. Z tym topem jest inaczej. Ma malutkie drobinki (bardzo dużo), które nie są wyczuwalne. Lakier także dobrze się zmywa bez potrzeby stosowania metody na folię.
W zależności od światła (w wieczornym sztucznym) wygląda na stare złoto. W świetle słonecznym jest złoty. Pięknie błyszczy.






Lubicie lakiery z drobinami?

sobota, 8 października 2011

Aroniówka

Naleweczka, która mogłaby być nazywana syropem. Gęsta, ciemna, słodka. Gdybym nie wiedziała, że jest ona z aronii obstawiałabym wiśnię. Szybka w przygotowaniu, a doskonała na jesienne i zimowe wieczory.

Potrzebujemy:

200 sztuk dużych owoców aronii
250 sztuk liści wiśni (najlepiej małych lub średnich)
10 listków mięty
1 kg cukru
1 opakowanie kwasku cytrynowego
0,5 l spirytusu
0,7 l wody

Myjemy owoce i liście wiśni oraz mięty. Wrzucamy do garnka, dodajemy wody. Gotujemy pod przykrywkę 30 minut na małym ogniu. Odcedzamy, dodajemy cukier i kwasek. Mieszamy aż do rozpuszczenia. Dolewamy alkohol, gdy sok przestygnie. Jeżeli jest zbyt mało słodkie dosładzamy. Przelewamy do butelek i czekamy na dobrą okazję ;) Im dłużej tym lepiej, ale nie ma przeciwwskazań, aby dobra okazja nadeszła w nieodległej przyszłości.

Smacznego!

piątek, 7 października 2011

Essence, pędzel do różu skośny porównanie

Pędzel, na który dużo osób czekało przed wejściem kolekcji. Po wejściu do drogerii chęci zmalały. Dlaczego? Czy słusznie? Omawiając ten pędzel wspomnę o poprzednich pędzlach essence bardzo chwalonych w sieci- jednym z oferty limitowanej (moonlight?) i jednym ze stałej oferty.

Wszystkie 3 pędzle są wykonane z tak samo miłego, miękkiego sztucznego włosia. Szerokość włosia w pędzlach  jest taka sama, szerokość włosia taka sama jak w pędzlu z limitowanej edycji. Niestety w nowym pędzlu jest go zdecydowanie mniej niż we wcześniejszym pędzlu do różu. Skośnie ścięty pędzel ma najdłuższą rączkę. Tak jak pozostałe pędzle ma solidną rączkę. Niestety napis przy potarciu paznokciem schodzi, co nie następuje w pozostałych pędzlach essence (ten biały ma lekko żłobione litery).

A teraz u samym pędzlu. Ja jestem z niego zadowolona. Jest doskonały do róży Sleek są one mocno napigmentowane i czasem można zrobić sobie nimi krzywdę), MUA i do MAC (jeżeli chcemy uzyskać bardzo subtelny efekt). Na róż Clinique pędzel jest zbyt miękki. Dobrze używa się go także do modelowania twarzy brązerem essence z Sun Club'u.



Ja jestem zadowolona.

czwartek, 6 października 2011

Zupa curry

Rozgrzewająca, pyszna, wyrazista. Sądzę, że swobodnie może zastąpić rosół w kuracji chorego.

Potrzebujemy:
0,6 kg piersi kurczaka
1 małą puszkę mleka kokosowego
1 puszkę kukurydzy / mini kolby kukurydzy
1 łyżka masła
3 marchewki
3 łyżki zielonego curry

Oprócz tego składniki na bulion lub bulion w kostkach.

Gotujemy bulion. W tym czasie podsmażamy na maśle pokrojone w kostkę piersi z kurczaka. Dodajemy do nich łyżkę curry i smażymy dalej. Pod koniec smażenia dodajemy pokrojoną w talarki marchewkę. Wszystko z patelni przekładamy do bulionu. Dodajemy jeszcze 2 łyżki curry i kukurydzę z puszki (lub lepiej mini kolby kukurydzy). Gdy się zagotuje dodajemy mleko kokosowe i chwilę gotujemy. Jeżeli jest zbyt mało ostre dodajemy więcej curry.  Polecam podawać z makaronem lub ryżem.


Smacznego!

środa, 5 października 2011

NYX, Round lipgloss, 557 mauve

   Pomadki NYX uważam za bardzo dobre. Ich dodatkowym atutem jest cena. Wadą dostępność w Polsce. Wiem, że ich jakość jest zależna także od koloru.

 
    Kolor Mauve jest doskonały- jest bardzo napigmentowany (więc zalecam ostrożność w aplikacji), ale umożliwia to także stopniowanie koloru (co widać na zdjęciach- na niektórych jest odrobina, na innych (ciemniejszych) usta są pomalowane jednym ruchem ręki.


   Pomadka jest bardzo kremowa, sama sunie po ustach. Nie ma absolutnie żadnych drobinek. Po nałożeniu nie czuć zapachu ani smaku. Z ust schodzi równomiernie, nie wysusza.

 
   Czy można chcieć czegoś więcej?