Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty

12:00

Too Cool For School Pumpkin Sleeping Pack

Too Cool For School Pumpkin Sleeping Pack
Too Cool For School skusiła mnie jakiś czas temu maską w płachcie. I była to pierwsza maska, która mi się bardzo spodobała. Odczarowała trochę nazwę, która wydaje mi się bardziej skierowana do nastolatek niż kobiet. Postanowiłam więc sięgnąć też po inne produkty marki. Skoro maska w płachcie była taka dobra, a ja jednak wole klasyczny format, postanowiłam dać też szansę Pumpkin Sleeping Pack. Bo która z nas nie chce minimalnym wysiłkiem sprawić, że następnego dnia rano popijając kawę uzna, że dziś obudziła się piękniejsza?



Producent obiecuje, że podczas snu maska będzie bardzo mocno pracowała- zrobi nam peeling i jeszcze nawilży i odżywi. Czyż to nie brzmi pięknie? Do tego dorzuca wygładzenie i zmiękczenie skóry, to tak gdyby jeszcze ktoś nie był przekonany. Ah, ugasi jeszcze pragnienie 'nawet najbardziej spragnionej skóry'. Chyba dobrze, że ten opis przeczytałam już po zakupie, bo inaczej wykupiłabym cały zapas w lokalnej Sephorze! ;)

Moja skóra jest sucha, to fakt, ale obecnie tego po niej nie widać. Po pierwszym nałożeniu maski poczułam, że moja skóra szybciutko go wypiła, w niektórych miejscach zrobiła się troszeczkę zaczerwieniona i dość sucha. Następnego ranka jednak nie cieszyłam się z mojego wyglądu. W sumie, to jednak obudziłam się brzydsza ;) Ale nie zraziło mnie to do maski, bo moja skóra często tak właśnie reaguje na wprowadzenie do mojej pielęgnacji peelingów enzymatycznych. Dałam jej szansę  jeszcze kilkukrotnie. I w moim przypadku, nawilżenie jest zbyt słabe. Kiedy więc sięgam po maskę, nie rezygnuję z dobrze nawilżającego kremu. Wtedy faktycznie budzę się ładniejsza. Skóra jest bardziej gładka, napięta i świetlista.

Maskę zużyję, albo powrotu nie będzie. Ale z drugiej strony zakupu też nie żałuję. Lubisz całonocne maski?


11:00

L'Oreal, Skin Expert, Maska czysta glinka detoksykująco-rozświetlająca

L'Oreal, Skin Expert, Maska czysta glinka detoksykująco-rozświetlająca
O mojej słabości do maseczek wie już chyba ażdy czytelnik bloga. Uwielbiam w środku tygodnia robić sobie małe, domowe SPA. Obowiązkowo z maseczką. Jednak przyznaję, że często, w zależności od potrzeb mojej skóry, sięgam po nie nawet kilka razy w tygodniu. Używam kilku naprzemienie w zależności od potrzeb. Kiedyś kochałam się w glinkach- przed każdym nałożeniem pieczołowicie mieszałam je z wodą, hydrolatem lub olejkami. Jednak teraz przeważnie nie mam na to czasu i sięgam po gotowe rozwiązania, tak było też i tym razem. Kupiłam maskę L'oreal jako nowość, bez zbytniego przekonania i...



i polubiłam na tyle, że będę do niej wracać. I choć zazwyczaj stawiać muszę na nawilżanie mojej skóry, dobrze jej robi właśnie oczyszczanie glinkami. Kaolin zaś, który jest też w składzie opisywanej na blogu maski Lush Rosy Cheek doskonale łagodzi wszelkie podrażnienia. Skóra po użyciu maski jest oczyszczona, rozświetlona,  uspokojna i pełna blasku. Czyli otrzymuję wszystko, czego poszukuję w produktach tego typu.



Do  całości dodam fakt, że jest szalenie wygodna w użytkowaniu. Szybko odkręcamy słoiczek, nakładamy jak krem, można w czasie tych kilku minut zrobić wiele innych rzeczy by na końcu ją spłukać. Z raji tego, że nigdy nie pozwalam glinkom zaschnąć, nie mam problemu też z jej zmyciem.
Do tego jest wydajna, mi wystarczyła na o wiele więcej niż 10 aplikacji.



A Ty, jak często sięgasz po maseczki?


19:00

Lush Rosy Cheeks

Lush Rosy Cheeks
Wiecie, maseczki to podstawa mojej pielęgnacji. Opowiadałam Wam, że już jako kilkuletnie dziecko chciałam ich używać. Ah ta glinka nałożona w cichej tajemnicy przed wszystkimi w wieku kilku lat ;) wtedy trochę mnie popiekła, a dziś glinki kocham szczerą, kosmetyczną miłością. I mam nawet taką jedną, do której wciąż wracam. I dziś chcę Wam powiedzieć o niej kilka słów. Moi Drodzy- oto Rosy Cheek od Lush. Już chyba stały gość mojej łazienki. Mój mały sekret i wybawca.



Uwielbiam to jak przyjemna jest moja skóra po jej uzyciu- gładka, czysta i w idealnej kondycji. Wszystkie podrażnienia znikają jak za dotknięcem magicznej różdżki. Wszystkie zaczerwienienia są złagodzone.  Do tego jej różany zapach jest idealie wyważony- ani za cięzki, ani zbyt mocny.


Ja wiem, że maski można robić samemu, zmieszać glinkę z wodą różaną i tak też kiedyś robiłam. Teraz jednak doceniam wygodne i szybkie rozwiązania. Nic nie trzeba mieszać, maska a zawsze idealną konsystencję, świetnie się nakłada.



Polecam!


22:35

Tołpa, Yves Rocher, Balea- recenzje zbiorcze

Tołpa, Yves Rocher, Balea- recenzje zbiorcze
   Chciałabym pisywać więcej. Chciałabym, aby spod moich palców recenzje przychodziły tak gładko jak kiedyś. Jednak chyba wszyscy mamy wrażenie, że świat z każdym dniem przyspiesza. Czasem widzę w tym nawet zalety, ale mimo wszystko ma to więcej wad. Podobnie będzie z kosmetykami, które opiszę w dzisiejszym poście. Chciałam je opisać oddzielnie, jednak doszłam do wniosku, że więcej niż kilka zdań na każdego z nich nie mam do powiedzenia. Produkty dobre, złe, a może raczej przeciętne. O tym właśnie będzie za chwilę. Ciekawych zapraszam do poniższego podsumowania. Lania wody nie będzie!

18:51

Lush, Cupcake

Lush, Cupcake
Czekolada. Czy jest tu ktoś kto jej nie lubi? Gorzka, mleczna, biała. Lubię je wszystkie. Smak, nie zapach. I do kosmetyków o zapachach czekolady też mnie nie przyciąga. Ale skoro maseczka Cupcake firmy Lush zagościła w mojej kosmetyczce, nie mogłam się jej oprzeć by ją przetestować. Ciekawi?


   Maseczka nie wygląda najatrakcyjniej. Bardziej niż babeczkę, przypomina masę na nią. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ w jej skład wchodzi między innymi kakao. Bazą jest glinka Rhassoul, Oprócz niej maska zawiera nasiona lnu, masło kakaowe, olej z drzewa sandałowego, wanilię oraz dwa rodzaje mięty. Wszystkie jej składniki wyglądają ciekawie, jednak wszystkie osoby zainteresowane wstępem, muszę rozczarować- maska nie pachnie dosłownie czekoladą, ale jej zapach jest bardzo zmysłowy i przyjemny. Paczula wybija się na pierwszy plan.

   Glinka dobrze rozprowadza się po twarzy, jednak nie ma jednolitej konsystencji. Zmywając ją dobrze masuję twarz, mając wrażenie, że to maska z peelingiem. Sama maska zasycha na twarzy dość szybko, więc pod ręką zawsze mam spray z wodą różaną, by nie podrażnić buzi. Maska brudzi wszystko. Gdy zostawię ją na dłużej niż 10 minut, szczypie mnie, więc częściej zostawiałam ją na 10 minut by później zmywać ją wykonując masaż. 

   Po takim zabiegu twarz była doskonale oczyszczona i wręcz wołająca o porządną dawkę nawilżenia. 

   Przyjemny produkt, jednak nie zachwycił mnie na tyle, by do niej powrócić. Może za jakiś czas ukręcę taką maskę sama, lecz bez dodatku mięty. Lubicie maseczki Lush? A glinkę Rhassoul?

00:33

Beauty Face, Rozjaśniająco odżywcze płatki kolagenowe pod oczy z ekstraktem z ogórka

Beauty Face, Rozjaśniająco odżywcze płatki kolagenowe pod oczy z ekstraktem z ogórka
   Moje oczy nie mają ze mną lekko. Rano w biegu je maluję, wkładam soczewki i spędzam wiele godzin przed monitorem. Do tego klimatyzacja, mało snu. Ale też staram się o nie dbać- noszę dobre okulary przeciwsłoneczne, zawsze starannie zmywam makijaż, gdy czuję, że należy im się odpoczynek, pozwalam sobie na chwilę odpoczynku z pachnącą, wyciągniętą z zamrażarki maseczką. Ale co zrobić gdy nie można wygospodarować nawet 10 minut na chwilę relaksu? Posmarować chłodzącym kremem dedykowanym tej partii twarzy! Doskonały sposób, ale dziś chciałabym napisać kilka słów o alternatywie, czyli płatkach pod oczy. Czy zdają one egzamin?


   Upał. Nieprzespana noc. Opuchnięte oczy.Gdy widzę, że moja skóra ma się gorzej- serwuję jej maseczkę. Nadeszła więc pora by wytoczyć cięższą broń niż zwykły krem pod oczy. Opakowanie nie jest w moim typie. Dobrze widać produkt, jednak aby dobrać się do zawartości należy poszukać nożyczek. Opakowanie w środku jest mokre. Owszem, producent może i uprzedza, ale żaden stosowany przeze mnie kolagen nie był aż tak wodnisty. Spodobała mi się ich galaretowato-silikonowa konsystencja. Miałam jednak wątpliwości czy utrzyma to się na mojej twarzy dłużej niż 2 minuty. Udało mi się je zamocować bez problemu. Są duże i dobrze wyprofilowane, co mi się spodobało. Rozsiadłam się w fotelu i zaczęłam szukać informacji, jak długo mam nosić te płatki, aby uzyskać najlepszy efekt. Informacji zero. Sączyłam więc poranną kawę, zrobiłam kilka zdjęć. A płatki dalej były na swoim miejscu. 


   Płatki dały mi poczucie odświeżenia i odprężenia. Spektakularnych efektów nie zauważyłam. Może po regularnym stosowaniu zauważyłabym większą różnicę? Skóra pod oczami wyglądała trochę ładniej, była świetlista. Jednak lepsze rozświetlenie i ujędrnienie uzyskuję po zastosowaniu Oh la lift Benefit. Zaletą tych płatków jest także to, że nie musiałam preparatu zmywać przed wykonaniem makijażu.


      Po co sięgacie, gdy chcecie, aby wasze oczy wyglądały na wypoczęte?

 Recenzja jest napisana po trzech sesjach z płatkami. Za każdym razem odczucia miałam takie same. 

00:05

Montagne Jeunnesse. czekoladwo-pomrańczowa maseczka

Montagne Jeunnesse. czekoladwo-pomrańczowa maseczka

   Czy jest ktoś kto nie lubi czekolady? A czekolady z dodatkiem pomarańczy? No dobrze, pewnie jest. Ale nie trzeba jej jeść, by cieszyć się jej zapachem. Dziś podzielę się wrażeniami odnośnie maseczki, która jest określana przez producenta jako gorąca czekolada. Ale nie byle jaka czekolada, bo z dodatkiem pomarańczy.


   Opakowanie nie jest wygodne. Ciężko wycisnąć gęstą pastę przez małą dziurkę, dlatego lepiej samodzielnie przeciąć nożyczkami, niż rozrywać w miejscu wyznaczonym przez producenta. Konsystencja jest bardzo gęsta, trzeba jej dokładać, przez co brudzimy opakowanie, z którego ją wyjmujemy. Po nałożeniu na twarz ciężko jest też odmyć ręce. Nie obejdzie się bez wyszorowania paznokci szczoteczką. Ze zlewu i wanny zmywa się przyzwoicie samą wodą.

   Trochę się bałam obiecanego efektu rozgrzewania. Na szczęście, tylko podczas aplikacji czuć lekkie, przyjemne ciepło. 

   Mając ją na twarzy spędza się przyjemnie czas. Maska długo nie zastyga, więc nie trzeba się martwić czy mamy pod ręką spray z hydrolatem. Po drugie zapach- jest cudowny. Z pewnością przypadnie do gustu wszystkim, którzy lubią płyn do kąpieli Luksji o zapachu czekolady i pomarańczy. Zapach jest wyraźny, relaksujący, ale nie przytłaczający. Z pewnością poprawia nastrój równie dobrze jak zjedzenie paczki Delicji. 

   Zmywa się całkiem dobrze, ale polecam robić to nad wanną. Inaczej wszystko co nas otacza może zostać ozdobione przez czekoladowe plamki. Po zmyciu twarz jest oczyszczona i wręcz domaga się aplikacji czegoś solidnego- oleju, bogatego kremu, serum.  Innych efektów nie widzę. 

   Maseczkę nakładałam bardzo grubą warstwą na twarz i szyję. Starczyła mi na dwa razy, ale sądzę, że gdybym mocniej wyściskała i kładła odrobinę cieńszą warstwę starczyłaby i na trzy. 

   Podsumowując, jest to przyjemna maseczka, zwłaszcza ze względu na zapach. Mam jeszcze inne czekoladowe maseczki tej firmy, liczę na trochę lepszy efekt, bo ta jak dla mnie jest to tylko elementem relaksującym. Po stosowaniu glinki zmieszanej z olejem widzę lepsze efekty.

Znacie maseczki Montagne? Które polecacie? A może wystrzegacie się ich?

08:30

Revitacell, stem cells face set,bioaktywna rewitalizująco-rozświetlająca maska do twarzy

Revitacell, stem cells face set,bioaktywna rewitalizująco-rozświetlająca maska do twarzy
   O pierwszej części zestawu pisałam już jakiś czas temu. Dziś będzie o maseczce, bo na jej przetestowanie potrzebowałam o wiele więcej czasu. A maseczki do twarzy to coś co bardzo lubię. Przez ostatnich kilka lat byłam uzależniona od czystych glinek. Ale ileż to można bawić się z błockiem? Maseczka Revitacell była miłym urozmaiceniem. Jednak czy był to tylko miły gadżet, a może i dobry kosmetyk?


   O opakowaniu pisałam już podczas recenzji peelingu z zestawu <klik>. Opakowanie różni się zawartością, cyferką oraz oczywiście opisem. Opakowanie dobrze się sprawdza przy tej konsystencji produktu. A konsystencję ma lekkiego kremu. Bardzo przyjemnie rozprowadza się po skórze, szybko wchłania (nigdy mi się nie zdarzyło, aby skóra nie wchłonęła jej do końca). Po rozprowadzeniu twarz jest gładka i zgodnie z obietnicą producenta rozświetlona. Ale dlaczego rozświetlają ją drobiny? To chyba nie o to chodzi w maseczkach? Nie jest to może efekt kuli dyskotekowej czy brokatowego rozświetlacza, ale nie takiego rozświetlenia spodziewałam się po maseczce. Swoją drogą, lubię po nią sięgać przed makijażem, bo oprócz delikatnego rozświetlenia skóry powoduje, że staje się ona taka przyjemna w dotyku i gładka.

Przed roztarciem.
   Samą maskę stosowałam na wiele sposobów- rano, wieczorem, bardzo grubą i mniej grubą warstwą. Nie widząc efektów większych niż powyżej opisane, zaczęłam stosować ją jako krem na noc. W tej roli nie radziła sobie, moja skóra rano wręcz wołała o krem do twarzy, pojawiły się przesuszone partie skóry zaledwie po kilku takich próbach.

Po wchłonięciu się maski. Można dojrzeć drobinki.
   Nie mogę jej odmówić wydajności. Myślałam, ze ta mała tubka i lekka konsystencja spowodują, że wystarczy mi na kilka użyć,a  tymczasem ona nie chce się skończyć. Szkoda tylko, że nie widzę wpływu komórek macierzystych na moją skórę. Liczyłam na rewolucję, a mam lekki krem dodający doraźnie blasku. 

   Lubicie kremy dodające waszej skórze blasku?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger