Długo szukałam bronzera idealnego. Niby produktów jest wiele, ale zawsze coś było nie tak. Gdy pasował mi kolor, jakoś nie była zadowalająca. Gdy jakość była dobra, kolor nie był do końca odpowiedni. Albo zawierał drobinki. Gdy znalazłam fajny produkt, jego aplikacja nie była błyskawiczna. Zrezygnowana wstąpiłam do salonu MAC i kupiłam chwalony róż w kolorze Harmony, o którym pisałam w tym poście <klik>. Byłam z niego bardzo zadowolona. Po 3 miesiącach kupiłam jednak Bahama Mamę i tak narodziła się nowa miłość. I o tej miłości chciałabym napisać dziś kilka słów.
To była miłość od pierwszego wejrzenia- kartonowe pudełeczko, obleczone papierową obwolutą z wesołym nadrukiem trafia w moje poczucie estetyki. Żółty kolor, plaża i mulatka przywodzą na myśl wakacje spędzone w uroczym miejscu nad brzegiem morza lub oceanu. Wprawia mnie to w dobry nastrój. Jego minusem jest to, że wnętrze lubi się brudzić, ale zawsze można to zetrzeć chusteczką. Jednak po ponad 18 miesiącach używania wiem, że nie da się go do końca doczyścić. Opakowanie jest solidne, przetrwało ze mną wiele podróży i ciągle wygląda dobrze (nie licząc przybrudzeń wewnątrz), a puder nie został uszkodzony. Zawiera też lusterko, które nie jest praktyczne.
Puder jest matowy. Matowy nie tylko w sensie braku drobinek, ale i wykończenia. Nadaje się więc świetnie do sprawiania iluzji, że twarz w niektórych miejscach jest szczuplejsza. Jest to przy okazji ładny odcień brązu- nie ma nic wspólnego z czerwienią, szarością czy pomarańczowymi tonami. Kolor jest na tyle uniwersalny, że pasuje mi przez cały rok. Świetnie współgra z podkładem mineralnym, podkładami w musie, kremami BB czy kremami tonującymi. Nigdy mnie nie zawiódł. Jest świetnie napigmentowany, a sam efekt można stopniować.
Jego trwałość też jest doskonała- u mnie do zmycia. A do tego ta wydajność- kupiłam go półtora roku temu, sięgam praktycznie codziennie (czasem sięgam po Harmony lub jakieś nowe w mojej kosmetyczce produkty), a i tak nie widzę jeszcze dna. Ma doskonałą konsystencję i cudownie się nabiera na pędzel i rozprowadza po twarzy. Do tego, nie podkreśla suchych partii skóry czy gorszego jej stanu (nie mam na myśli wyprysków, bo ich na policzkach nie miewam, ale np. kaszkę).
Śmiało mogę stwierdzić, że to jeden z moich ulubieńców kosmetycznych. Ideał. Jeżeli jeszcze go nie macie, naprawcie ten błąd. A jaki jest wasz ulubiony produkt tego typu?
To była miłość od pierwszego wejrzenia- kartonowe pudełeczko, obleczone papierową obwolutą z wesołym nadrukiem trafia w moje poczucie estetyki. Żółty kolor, plaża i mulatka przywodzą na myśl wakacje spędzone w uroczym miejscu nad brzegiem morza lub oceanu. Wprawia mnie to w dobry nastrój. Jego minusem jest to, że wnętrze lubi się brudzić, ale zawsze można to zetrzeć chusteczką. Jednak po ponad 18 miesiącach używania wiem, że nie da się go do końca doczyścić. Opakowanie jest solidne, przetrwało ze mną wiele podróży i ciągle wygląda dobrze (nie licząc przybrudzeń wewnątrz), a puder nie został uszkodzony. Zawiera też lusterko, które nie jest praktyczne.
Puder jest matowy. Matowy nie tylko w sensie braku drobinek, ale i wykończenia. Nadaje się więc świetnie do sprawiania iluzji, że twarz w niektórych miejscach jest szczuplejsza. Jest to przy okazji ładny odcień brązu- nie ma nic wspólnego z czerwienią, szarością czy pomarańczowymi tonami. Kolor jest na tyle uniwersalny, że pasuje mi przez cały rok. Świetnie współgra z podkładem mineralnym, podkładami w musie, kremami BB czy kremami tonującymi. Nigdy mnie nie zawiódł. Jest świetnie napigmentowany, a sam efekt można stopniować.
![]() |
| Bardzo obwicie nałożony za pomocą palca. |





