wtorek, 29 stycznia 2013

Yankee Candle, Waikiki Melon

   Wyglądam przez okno- biało. Wciąż biało. A będzie jeszcze bardziej biało, bo ktoś tam na górze rozerwał poduszkę i sypie się nam na ziemie pełno białego puchu. Wygląda całkiem ładnie. Stojąc tak, z kubkiem gorącej kawy w dłoni, lubię ten widok. Ale tylko wtedy, gdy wiem, że już nie będę musiała opuszczać domu. Dziś nie jest ten dzień. Jednak wiem, że dzisiaj uprzyjemnię sobie wyjście. No dobra- uśmiech powraca na usta. Obwijam się ciepłym szalikiem (długim i szarym), zakładam ciepły płaszcz i czapkę. Chętnie bym się pozbyła czapki, ale jednak zdrowie ważniejsze niż wygląd. Wybiegam z domu, bo jak zawsze wychodzę na ostatnią chwilę. Śnieg jest wszędzie. Postanawiam ubrać kaptur. Autobus spóźnia się ponad 5 minut. I po co był mój bieg? Obym tylko zdążyła!- myślę. Biegnę wąskimi ulicami krakowskiego Kazimierza i dobiegam. Mam mój skarb! A nawet całą torbę skarbów. I ciemny wieczór staje się jakiś jaśniejszy, przestaje padać, a ja zaciągam się fascynującą mieszaniną zapachów.



   Ktoś postanowił się nie kłopotać i nie poinformował mnie o odwołanym spotkaniu. Nawet nie jestem zła. Zyskałam 3 godziny- myślę sobie i z uśmiechem na ustach wracam do domu, ściskając mocno papierową torbę. Po godzinie docieram do domu. Dopiero odczuwam, że zmarzłam. Wchodzę do pokoju, wstawiam wodę na herbatę i wyciągam skarby. Każdy jeden głaszczę i przystawiam do nosa.  Oj, tak! To jest to! Cudownie, cudownie.. No to co dziś palimy? Przeprowadzam szybką analizę. Nie ma co zwlekać, trzeba odpalać. Na pierwszy ogień idzie Waikiki Melon.

   Wracam z herbatą, wosk się już rozpalił i stała się magia. Zamiast herbaty miałam w dłoni drinka z palemką. Ale nie był to byle jaki drink. Zaserwowano mi go w wydrążonym melonie. Jest słodki, ale nie mdły. Powstał na bazie soku z owoców egzotycznych. Przeniosłam się myślami na Hawaje, na plażę Waikiki. Jeszcze tam nie byłam, ale jeżeli kiedykolwiek tam będę, wypiję tam takiego drinka i z nim w dłoni będę podziwiać ocean.

   Technicznie: zapach nie jest killerem, ale jest dość solidny, Wypełnił duży pokój i korytarz. Pod 1/4 tarty wypaliłam 2 podgrzewacze, po czym przestał wydzielać zapach. Wynik dobry, ale znam woski pachnące dłużej. Całość tego pysznego, tropikalnego zapachu jest zamknięta w soczystym kolorze wosku. Mi się podoba.

no.hotels.cohttp://no.hotels.comm
   Byłyście na Hawajach?

niedziela, 27 stycznia 2013

Yankee Candle, Fluffy Towels

   W każdym miesiącu Yankee Candle obniża ceny o 25% na dwa zapachy ze swej oferty, W tym miesiącu są to: Fresh Cut Roses (świeżo ścięte róże) oraz Fluffy Towels (puszysty ręcznik). O tym ostatnim chciałabym napisać dziś kilka słów i tym razem nie będzie poetycko. ;)




   Puszysty ręcznik, a właściwie puszyste ręczniki- fajna nazwa. Kusząca. Bo kto z nas nie lubi wytrzeć się po kąpieli puszystym, pięknie pachnącym ręcznikiem, najlepiej jeszcze ciepłym? Spodziewałam się zapachu ciepłego, puszystego,  ale czy taki rzeczywiście jest?

   Nie jest ani ciepło, ani puszyście. Ale za to jest bardzo przyjemnie. Świeżo. Czytałam sporo wypowiedzi, że to proszek do prania świdrujący w nosie. Mnie nic w nosie nie świdruje. Czuję czystość i świeżość. Jak już przyrównujemy do ręczników, to jest to ręcznik czekający na mnie w eleganckiej łazience, pięknie złożony, wcześniej wyprasowany. Aczkolwiek może i jest to zapach nie wyprasowania a suszarki, o której wspomina producent. W każdym bądź razie jest to elegancki ręcznik, ale zimny. No cóż, nie można mieć wszystkiego ;). 

   Jest to zapach, który palę o poranku na rozbudzenie lub podczas intensywnych ćwiczeń z Ewą Chodakowską. Znakomicie niweluje zapach "moich ćwiczeń" i gdy wracam po prysznicu doskonale się relaksuję w tej czystości (nawet, gdy w pokoju nie panuje idealny porządek). 

   Co do mocy zapachu. Czytałam, że jest on szalenie intensywny. No cóż, nie mogę się z tym zgodzić. Daleko mu do Christmas Rose, Christmas Tree czy nawet do Soft Blanket. Aby poczuć zapach potrzebowałam rozpalić pół tarty. Dopiero w takiej ilości zaspokoił mój zmysł węchu (a także wypełnił cały pokój). Aczkolwiek ta ilość starczyła na kilka tea-lightów. 

   Wspomnę jeszcze, iż oprócz ręczników wyjętych z suszarki, producent deklaruje dodatek cytryny, jabłka, lawendy i lilii. Pojedynczo ich nie wyczuwam, ale z pewnością biorą udział w tej przyjemnej mieszance. 

piątek, 25 stycznia 2013

Smart girls get more, 30, lakier czerwony

   Gdy wygrałam zestaw kosmetyków u Sia's Obsessions byłam bardzo podekscytowana, bo która z nas nie chciałaby wygrać rozdania dla mądrych dziewczynek ;)? Nazwa kosmetyków była bardzo kusząca, a nieznajomość tych produktów tylko podsycała chęć poznania. Jako pierwszy pod ostrzał pójdzie wygrany lakier. 



   Kolor czerwony, klasyk. Taki, który każda kobieta powinna mieć. Idealny nie jest, ale ciągle mieści się w kategorii ładny. Aplikacja małym pędzelkiem jest dość dobra, jednak mi się lepiej operuje bardziej gęstymi lakierami. Do pełnego krycia potrzeba 2 warstw. Ładnie odbija światło, chociaż nadal nie jest to szklany efekt. Lakier schnie dość szybko. Zasycha, jednak bardzo szybko robią się na nim kreski, jakieś drobne skazy na jednolitej tafli. A ja nie lubię mieć takich dodatkowych "zdobień". Trwałość też nie jest zachwycająca, czasem jest to jeden dzień! Dla mnie to zdecydowanie zbyt mało.

   Nie przypadł mi do gustu, mimo szczerych chęci. Czerwonych lakierów jest na rynku pod dostatkiem, więc nie ma co się łasić na cenę 4,99. Lepiej wybrać coś innego.

   Znacie kosmetyki kryjące się pod nazwą :Smart girls get more"?

wtorek, 22 stycznia 2013

Zupa węgierska

   Zupa, która zdetronizowała ogórkową. Zupa, która jest sycąca, rozgrzewająca i którą łatwo przygotować. Myślałam, że na blogu jest od dawna, ale sprawdziłam i jeszcze tu się przepisem nie dzieliłam. Przyszła więc pora naprawić ten błąd. A was zachęcam gorąco do skorzystania z niego, bo warto!


   Potrzebujemy:

0,5 kg piersi z kurczaka
2 średnie cebule
1 słoik papryki konserwowej (duży)
ok. 2 litrów bulionu
liść laurowy
pieprz+ sól+ słodka mielona papryka+ mielona ostra papryka
śmietana 18% opcjonalnie

   Piersi kroimy w kostkę. Przyprawiamy paprykami, pieprzem, odrobiną soli. Wrzucamy do garnka i w nim podsmażamy. Gdy mięso zaczyna się rumienić dodajemy pokrojoną drobno cebulę. Gdy cebula będzie już złocista dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę konserwową. Zalewamy bulionem, dodajemy liść laurowy i gotujemy na wolnym ogniu, aby zupa przeszła smakiem. Doprawiamy do smaku. Jeżeli jest zbyt mało kwaśna, dodaję zalewę z papryki. Można zaprawić śmietaną do smaku (jogurt grecki też pasuje).

   Jaka jest wasza ulubiona zupa?

piątek, 18 stycznia 2013

Tigi, Rockaholic, Livin The Dream Daily Conditioner

    Ponad półtora roku testów jest chyba wystarczające do wyrobienia sobie opinii na temat danego produktu? Chciałam o tej odżywce napisać już dawno temu, jednak zawsze czekałam na coś, co zaburzy mój odbiór tego produktu. Teraz, gdy zostało mi tylko trochę produktu na dnie nadeszła pora na podzielenie się opinią. Z czego wynikał tak długi okres używania tej odżywki?


   Tak długi okres wynikał, po pierwsze, z wielkiej butli jaką posiadam. 750 ml dość gęstej odżywki mówi samo za siebie. Po drugie opakowanie z dobrą pompką pomagało nakładać odpowiednią jej ilość. Po trzecie sama odżywka jest bardzo wydajna. Ale muszę też przyznać się, że robiłam "skoki w bok" i  sięgałam także po inne produkty tego typu. Także podczas stosowania jej miałam rożne długości włosów, głównie krótkie (ale mam też ich dużo).


   Konsystencja jest znakomita, lekka ale czuć, że odżywka jest rozprowadzona na włosach. Dobrze się na nich trzyma, co jest ważne. Aplikowałam ją na umyte włosy,  trzymałam kilka minut (a w tym czasie myłam np. zęby lub ciało) i spłukiwałam. Cały zabieg uprzyjemniał mi zapach- trudny do zdefiniowania. Jedyne co mogę o nim powiedzieć, że gdzieś w jego głębi ukryte są cytrusy.

   Ale  w zasadzie co on robi? Dobrze karmi włosy, jednak nie obciąża ich. Jest to odżywka do codziennego stosowania i w zupełności się z tym zgodzę. Olejowania, kremowania włosów czy stosowania cięższych masek nie zastąpi. Ale w tym co robi jest dobra. I tak jak obiecuje producent, dodaje im energii. Włosy są odbite od skóry głowy, ale nie przypominam po niej napuszonego pudla. I nie jest to tylko jednodniowy efekt.

   Dla ciekawskich skład:



   Dodam, że ta odżywka dzielnie mi służyła jako żel do golenia. :) Już mała ilość wystarczała, aby maszynka gładko sunęła po nogach. Efekt: gładkie nogi bez podrażnień.

   Decydując się na zakup 750 ml odżywki, której nigdy wcześniej nie używałam skusiła mnie okazyjna cena, kolor opakowania i opis produktu zawarty na nim. Stwierdziłam, że jeżeli się nie spisze, znajdę jej inny dom. Innego domu nawet nie szukałam, wprowadziła się do mnie na długo. Teraz gdy dobijam dna, trochę mi żal. Chyba pierwszy raz nie czuję  euforii z powodu wykończenia produktu, którego używam już długo. Ale z pewnością jeszcze kiedyś do niej wrócę.

   Lubicie kosmetyki Tigi? Jakie polecacie? A które to buble?

środa, 16 stycznia 2013

Balea, makaroniki, wiśnia i migdał, balsam i żel pod prysznic

   Jak już nie raz pisałam, żel pod prysznic ma dla mnie duże znaczenie. Podobnie jak piękne zapachy. Od zapachów jestem wręcz uzależniona. Lubię kosmetyki niemieckiej firmy Balea <klik>, jednakże jak każda inna firma ma ona lepsze i gorsze produkty. Dziś przyszła kolej na ocenę żelu pod prysznic i balsamu wiśnia i migdał z serii makaronikowej. Podbija ona serca wielu internautek, ale czy zdobyła i moje?


   Konsystencja

Balsam: typowa balsamowa, bardziej gęsta niż wodnista. Szybko się wchłania nie pozostawiając na skórze tłustego filtru. Można więc bez obaw stosować balsam rano (o ile nie będzie zapach kłócił się z perfumami).

Żel: określiłabym ją jako normalną. Biała substancja, która nie przecieka przez palce. Przyjemnie się rozprowadza po ciele, kremowo.

Zapach

 Balsam: przyznaję się, że balsam kupiłam bardziej ze względu na spodziewany zapach niż na jego działanie. Oczywiście działanie balsamu jest ważne, zwłaszcza gdy ma się suchą skórę. Jednak po całym dniu lubię urozmaicić zapachem wieczorną toaletę. Spodziewałam się zapachu wiśni rozgniecionych z marcepanem. Na samą myśl robiłam się głodna. No cóż, po pierwszej aplikacji wiedziałam, że nie będzie to zapach z moich marzeń. Owszem, czuć zapach wiśni, jednak nie jest to zapach  świeżych owoców. Pojawia się jakaś ciekawa nuta, pewnie to migdały. Niestety nie marcepan. Spodziewałam się o wiele słodszego zapachu, czegoś w rodzaju oleju z pestek śliwki. Jednak po uleżeniu się na ciele zapach był całkiem przyzwoity. Zanikały sztuczne nuty. Stawał się bardziej kwaśny, ale w przyjemny sposób. Na skórze utrzymuje się dłuższy czas, ale po przebudzeniu na skórze go nie czuć, na pidżamie czasem tak.

Żel: Podobny jak balsamu, jednak bardziej sztuczny. Na skórze utrzymuje się zaledwie kilka minut.


Inne

 Balsam stosowany regularnie nawilżał moją skórę. Wiem, że nie jest to 100% potrzeb mojej skóry, ale jednak była to dawka wystarczająca. Skóra rano była miękka i przyjemna w dotyku.

  Balsamu nie stosowałam tak często jak żelu z tej samej serii, jednak  to właśnie balsam jako pierwszy wykończyłam. Było to dla mnie zaskoczeniem.

  Opakowanie.

 W żelu jest standardowej dla żeli tej firmy. Ja nie mam mu nic do zarzucenia. Jeżeli chodzi o balsam to jest to tubka wykonana z dobrego jakościowo tworzywa. Mila w dotyku, nie pęka. Dobrze się rozcina, aby wydobyć produkt do końca.

   Podsumowując, nie jest to zła seria, jednak mnie nie powaliła. W moim prywatnym rankingu jest za maliną <recenzja musu>  <recenzja żelu>, czekoladą z figą, ale przed kiwi  <żel kiwi>. Może moje odczucia byłby inne gdybym stosowała je w cieplejsze dni.

   Znacie makaronikową serię?

niedziela, 13 stycznia 2013

Coca-cola i misie polarne

   Misie polarne dzielnie występują w reklamach Coca-Coli od lat. Od kilku dni naszą telewizję atakują niedźwiedzie. I to z dużym dystansem do siebie i poczuciem humoru. Widzieliście?


   Dziś czekała na mnie niespodzianka. Po faktach (TVN) i po Wydarzeniach (Polsat) mogliśmy zobaczyć kolejny spot. Gdzieś na samym początku dyskretnie mignęło nam logo, ale bajka przykuła do telewizora. Trwa 7 minut! Sądzę, że przykuła nie tylko naszą uwagę (i zmusiła do pytań- ile to kosztowało), ale podbiła serca zarówno dzieci jak i dorosłych. Film nie namawia do picia napoju, ale za to promuje relacje rodzinne. Ciekawa jestem jak będzie to wyglądało w następnych odcinkach. 


   Kampania reklamowa będzie trwała od jutra do końca lutego. W telewizji będą pojawiały się kolejne spoty nawiązujące do dzisiejszego "filmu". W sieci możemy podglądać misie na facebooku, grać z nimi w gry interaktywne, a w kinach wygrywać limitowane puszki napoju. 


   Moim zdaniem jest to świetna akcja marketingowa. Bo ciężko nie polubić tej polarnej rodzinki. Cała seria spotów, a także możliwości poznawania ich w sieci jest czymś interesującym. Najmłodsi będą pewnie żądni gier i bajek. Sama będę wyczekiwać kolejnych spotów! No i z pewnością akcja przyniesie zamierzone skutki- promowanie marki. Przecież sama właśnie napisałam ten post... A wy co myślicie o takiej kampanii (oprócz tego, że jest okropnie droga, ale kogo jak kogo, koncern Coca-Coli na to stać)?

P.S. Film można obejrzeć na stronie Coca-Coli, a wszystkie zdjęcia w tym poście pochodzą z ich facebooka. 

sobota, 12 stycznia 2013

Yankee Candle, White Christmas

   Święta już za nami, ale kto powiedział, że nie można ich powspominać?  Nie będzie wspomnień prezentów, nie będzie wspomnień wypieków. Będzie wspomnienie kobiety.


   Pasterka.. Przepełniony kościół. Kobiety powyciągały swoje odświętne płaszcze, kożuchy, futra. Grudniowa noc jest idealnym czasem by przewietrzyć swoje wieloletnie futro (przecież raz do roku trzeba!). Przed wyjściem z domu należy się też obficie skropić perfumami. Oczywiście ciężkimi, aby nie czuć zapachu tłumu (przecież tylko ja mam dobry gust!).  Tłum zasiada. Każdy chce przecież usiąść, bo jak tu inaczej przysnąć? Środek nocy, msza długa, żołądki pełne. Siedzę sobie w ławeczce na uboczu, miejsca w mojej ławce już nie ma. No cóż, kobiecina w futrze nie pyta się czy może się tu zmieścić i rozsiada się wygodnie. Nie zważa na to, że mnie gniecie, a jej futro łaskocze mnie po nosie. Trochę mi duszno. Ksiądz rozprowadza kadziło. O nie! Dla mnie to za dużo. Boli mnie głowa... Wchodzę. Jest zimna noc. A mnie zapach dalej prześladuje.

   Powyższego tekstu proszę nie brać do siebie. Najzwyczajniej tak mi się kojarzy zapach. Jest on niezwykle intensywny, rozpycha się po całej dostępnej przestrzeni jak ta kobiecina. Szybko się rozpala. Nie jest to zapach,z którym można spędzić cały dzień. Amatorkom wszelkich ciężkich zapachów może się spodobać. Mnie on trochę przytłacza swoją obecnością. Osobom palącym w małych pomieszczeniach stanowczo odradzam.

czwartek, 10 stycznia 2013

Catrice, SpectaculART, Gold Leaf Top Coat

   Obecnie w Drogeriach Natura (i ponoć w Hebe) można znaleźć standy z edycją limitowaną Catrice o nazwie SpectaculART. Ładna, ale bez szaleństw. Bo przeanalizowaniu stanu posiadania i oferty, doszłam do wniosku, iż nic z niej nie kupię. No cóż, gdy na żywo zobaczyłam top coat, uległam mu. Czy był to dobry zakup?


   Na żywo lakier jest piękny. Składa się z przeźroczystej bazy, drobinek- bardzo drobnych złotych okrągłych oraz z większych, ale wciąż małych srebrnych sześciokątów. Lakier pięknie wygląda położony w jednej warstwie na inny kolorowy lakier lub solo nałożony w ilości kilku warstw.




2. Catrice, SpectaculART, Gold Leaf Topcoat 1 warstwa solo
3. Essence, Cute as Hell, 01 naughty but nice
4. Catrice, SpectaculART, Gold Leaf Topcoat 4 warstwy
5. Butelka
6. Q by Colour Alike, All Inclusive, 162 Krwawa Mary
7. Essie, 208A, A Crewed Interest
8. Essence, Circus Circus, 03 applause, applause; Catrice SpectaculART, Gold Leaf Topcoat 4 warstwy; Q by Colour Alike, All Inclusive, 162 Krwawa Mary

   Którą wersję wybieracie? A może macie inne propozycje?

wtorek, 8 stycznia 2013

Inglot, Noble, cienie AMC Shine 153 i 154

   Kolekcja Noble polskiej firmy Inglot będzie doskonała na karnawał. W jej skład wchodzą eyelinery w słoiczkach. lakiery oraz cienie. Wszystkie produkty są pełne blasku. Dziś pokaże dwa z pięciu cieni (153 i 54) wchodzących w skład tej kolekcji.

   Cienie mam zbyt krótko, aby wiele na ich temat napisać. Jednak zdążyły mnie zauroczyć. Nie wiem jeszcze czy utrzymają moje zainteresowanie na dłużej, lecz teraz mam wielką przyjemność z używania ich. Są bardzo dobrze napigmentowane, dobrze się łączą i rozcierają.Kolor nie blednie (ale i tak zawsze nakładłam cienie na bazę). Ich wielką zaletą jest sposób w jaki odbijają światło. Wad (jeszcze) nie widzę.


   I porównanie:


   Jak Wam się podobają? Kupiłyście coś z tej kolekcji?

niedziela, 6 stycznia 2013

Balea, Splashy Kiwi, żel pod prysznic o zapachu kiwi

   Pod postem, w którym zachwycałam się nad malinowym żelem <klik> pod prysznic firmy Balea, wiele z was radziło mi wypróbować kiwi. A że ja na kuszenie odporna nie jestem, składając zamówienie wrzuciłam do wirtualnego koszyka zarówno żel kiwi jak i melonowy (i jeszcze kilka innych). Malinowego niestety nie było. Po przyjściu paczki, żel o zapachu kiwi natychmiast powędrował do łazienki (no, najpierw była sesja zdjęciowa ;) ). Czy dorównuje on swojemu malinowemu bratu?



   Opakowanie jest podobne. Lubię zielony kolor, więc takie wstawki mi pasowały. Może odrobinę zmieniłabym odcień zarówno żelu jak i opakowania. Ale to już jest czepianie się szczegółów. Opakowanie jest dość solidne i dobrze znosi towarzystwo mokrych rąk. Cały czas wygląda dobrze. 

   Ale nie o opakowanie tu chodzi, a głównie o zapach. I przykro mi. Nie będzie pochwał tak jak w przypadku malinowej wersji z tej samej serii. Zapach jest sztuczny. Kiwi? Może i jakaś wariacja na temat kiwi. Zapach nas nie pobudzał, nie zachęcał do działania. Nie otulał przyjemnie i nie pasował do wieczornego mycia. Ale znaleźliśmy dla niego właściwe miejsce. Dzielnie służy jak mydło do rąk w toalecie. Nie, żeby był brzydki, lubię jak w toalecie ładnie pachnie. Ot, taki tam "zapaszek" do szybkiego umycia rąk. Tam nam pasuje najbardziej.

   Podsumowując nie jest to zły żel. Jednak jego zapach nie powala na kolana i nie jest wart szukania go na serwisach aukcyjnych czy sprowadzania z zagranicy. Jeżeli się trafi- fajnie. Ale szału nie ma.

piątek, 4 stycznia 2013

Essie, Ballet Slippers

   O lakierach Essie w blogosferze głośno. Zachęcają swatche, zachęcają opinie. Dałam ponieść się tej fali, jednak czekałam na okazję. Okazja nadeszła, a ja stałam się posiadaczką kilku lakierów. Czy szczęśliwą? Do recenzji zbierałam się długo. I słusznie. Gdybym napisała ją po pierwszych trzech próbach okiełznaniam nie zostawiłabym na nich suchej nitki. Jednak nie poddałam się i testowałam dalej. W końcu nauczyłam się obsługi tych lakierów.


   Aplikacja przyniosła mi najwięcej trudności. Lakier się trochę rozlewał, jednak później także łatwo zmywał ze skórek. W zasadzie późniejsze nakremowanie rąk i potarcie w tym miejscu pozbawiało mnie lakieru. To jest duży plus. Frustrację wywoływał jednak fakt, że lakier bardzo dziwnie się rozprowadzał. Przesuwałam pędzelkiem po płytce, niby lakier się nakładał, ale zarazem zbierał z paznokcia. Koniecznych było więc więcej warstw, chociaż jedna daje bardzo naturalny efekt. W duchu cieszyłam się, że nie zapłaciłam pełnej ceny za ten bubel. Jednak i z tym sobie poradziłam. Paznokcie maluję o wiele szybszym ruchem, przykładając pędzelek bardziej płasko, tak aby jak najmniej pędzelek przeciągać po paznokciu. Jednak zawsze muszę nałożyć dwie lub nawet trzy warstwy, aby nie było widać nierówności w nałożeniu lakieru.

    Wysychanie lakieru też jest gorsze niż w przypadku lakierów OPI, które posiadam. Lakier wydawał się już suchy, kładłam się więc spać, a rano miałam piękne zdobienia wykonane metodą przykładania pościeli. Dobry top (u mnie Color Club) załatwił sprawę. Jeżeli lakier ładnie zaschnie to nosi się dobrze przez kilka dni. Nie pęka, nie odpada.

Z topem Essence 03 circus confetti:

   A teraz największa zaleta- kolor. Idealny. Biały, czysty, schludny, jednak nie rażący. Doskonale wygląda solo jak i z dodatkowymi topami. Sądzę, że doskonale pasowałby do białej sukni ślubnej, a gdy ktoś lubi więcej błysku, to w połączeniu z holograficznym topem essence. Uwielbiam to połączenie. Zdjęcie nie oddaje nawet w połowie jego uroku <link do recenzji 12 holo topping, please!>


   Podsumowując. Nie jest to lakier idealny. Ja potrzebowałam czasu, aby go okiełznać, ale gdy to mi się udało, polubiłam go. Nałożenie warstwy top coat'u to dla mnie żaden problem. A ten kolor jest tym, czego szukałam przez lata.

   Która wersja podoba wam się najbardziej?




czwartek, 3 stycznia 2013

Ulubieńcy grudnia

Grudzień już za nami. Jednak o ulubieńcach jeszcze nie było, a pierwsza część spotkała się z Waszym miłym przyjęciem. W grudniu nie miałam zbyt dużo czasu na makijaż, a także w moje łapki wpadło trochę nowości. A skoro wpadły w łapki nowości to i musiałam je testować. Najczęściej sięgałam po:



1. MaxFactor, Miracle touch- przyszły mrozy, więc i minerały poszły w odstawkę. Podkład, który lubię, jednak ma też kilka wad.
2. The Balm, Cabana Boy, róż- rok temu zapałałam ogromną miłością do The Balm. Tak wielką miłością, że kupiłam prawie wszystkie ich róże, do kompletu brakowała mi właśnie tego. Długo nie mogłam się do niego przekonać, myślałam że nie będzie mi pasował. Miałam jednak bon do wykorzystania, a że wyboru nie było, skusiłam się. Zakupu nie żałuję! Używałam go przy prawie każdym makijażu. Gorąco polecam.
3. The Balm, Mary-Lou Manizer- gdy potrzebowałam większego rozświetlenia był niezawodny. Maryśka to zdecydowanie mój ulubieniec w swojej kategorii.
4. Physicians Formula, Transculent Glow- gdy robiłam ledwie widoczny makijaż rozświetlałam policzki właśnie nim.
5. Maybelline, Color Tatoo w kolorze 40 Pernament Taupe oraz 60 Timeless Black- pierwszy służył mi jako baza pod inne cienie lub solo, czerń głównie jako eyeliner.
6. Jemma Kidd, Tailored Colour- paletka, którą znalazłam w bucie. Cienie są świetne, wspaniałe do makijażu na sucho i na mokro.
7. Inglot- woski do brwi- bardzo je polubiłam, łatwa aplikacja, dobrze wyglądają.
8. Catrice, eyebrow Lifter, C01 Casablanca Higlight's- znany podnośnik do brwi, u mnie lepiej się spisuje jako kredka na linię wodną.
9. L'oreal, Telescopic explosion mascara- raz kocham, raz nienawidzę, ma bardzo ciekawą główkę.
10. NYX, Long Lash Mascara- sięgałam po nią, gdy zależało mi na naturalnym efekcie.
11. Manhattan, Soft Mat Lipcream, 54L- bardzo dobry produkt. Ładny kolor, dobra trwałość.
12. Rimmel, Kate- 105 i 102 <klik>
13. Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, Velvet Lip Colour, C01 Red Butler- więcej o niej tu <klik>
14. Alcina, Augenstick, sztyft SOS pod oczy- przynosił mi wielką ulgę podczas spędzania kolejnych nocnych godzin przed komputerem.



Trochę tych produktów się nazbierało. Część gościła także na liście ulubieńców listopada. Jestem ciekawa czy w przyszłym miesiącu też utrzymają swoją pozycję. Używanych produktów było więcej, jednak to właśnie po te sięgałam najczęściej. Znacie je? Używacie?

środa, 2 stycznia 2013

Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, Velvet Lip Colour, C03 Marlene's Favourite

   W Naturach dostępna jest już następna edycja limitowana, jednak ja bym chciała jeszcze kilka słów napisać odnośnie pomadki Marlene's Favourite z edycji Hollywood's Fabulous 40ties. Pomadki z tej serii podbiły moje serce o czym pisałam w poście dotyczącym koloru Red Butler <klik>.

   Uwielbiam ją za trwałość. Gdy wychodzę z domu i chcę mieć usta w wyrazistym kolorze, a wiem, że nie będę miała możliwości kontrolowania wyglądu pomadki na ustach stawiam właśnie na te pomadki. Aplikacja przypomina mi rozprowadzanie na ustach plasteliny, nie zasycha ona na ustach, ale tworzy woskowatą powłoczkę.

   Poniżej małe porównanie do innych pomadek z mojego zbioru:

   A tu już pomadka na ustach, pierwsze zdjęcie pomadka solo, a druga z nałożonym na nią bezbarwnym błyszczykiem Kobo:



Jeżeli podoba wam się ten kolor, polecam popatrzeć w waszych Naturach czy nie ma jej w koszyczkach "wyprzedażowych". Jest to z pewnością bardzo dobry produkt.