Długo byłam odporna na wdzięki Rimmela, jednak wszystko się zmieniło wraz z wejściem czerwonej serii pomadek Kate. Gdy zobaczyłam, że Rimmel wypuszcza coś, co bardzo lubię- kryjące błyszczyki, wiedziałam że natychmiast pobiegnę do sklepu. Wcześniej zrobiłam rozeznanie i miałam upatrzone kolory. Miałam kupić jeden- kupiłam dwa. Dziś będzie o zakupie nieplanowanym, czyli o odcieniu 102 Nova. Czy obietnice polakierowanych ust, głębokiego koloru i fenomenalnego połysku zostały spełnione?
Po pierwsze opakowanie. Jest praktyczne, z jednej strony widać realny kolor produktu, a drugi koniec jest dekoracyjny. Kolory opakowania są ładnie wycieniowane. Największą zaletą jest zabezpieczenie przed pierwszym otwarciem. Po pierwsze, aby odkręcić musimy przerwać naklejkę. Po drugie przed pierwszym wyciągnięciem mamy przezroczystą szyjkę. Od razu widzimy czy plomba została naruszona przypadkowo, czy może produkt był wielokrotnie otwierany.
Aplikator jest bardzo istotny w tego typu produktach. Byłam zaskoczona jego innowacyjnością. Niby klasyczna gąbeczka, ale z tunelikiem w środku, w którym gromadzi się wystarczająca porcja na malowanie ust. Dzięki temu można też nim manewrować i najpierw obrysować czubkiem z małą ilością produktu kontur ust, a następnie rozprowadzić pomadkę na całych wargach.
Produkt bardzo dobrze się rozprowadza, co jest istotne przy takim kryciu. Bo krycie jest znakomite, już jedna cienka warstwa wystarcza, aby całkowicie pokryć usta kolorem. W moim przypadku, bardzo ładnym odcieniem różu. Wyrazistym, który nie lubi już zbyt dużej konkurencji. Przyciąga całą uwagę. Obietnica głębokiego koloru została spełniona, błysku też, ale bardziej błysku pomadki. Efektu polakierowanych ust czy "fenomenalnego połysku błyszczyka" nie ma.
Trwałość. I tu ciekawostka. Z początku błyszczyk brudzi wszystko- kubek, szklankę, zęby, policzek ukochanego, wszystko czego ustami dotkniemy. Ale na ustach wygląda wciąż dobrze. Polecam jednak poświęcić odrobinę blasku i odcisnąć usta na chusteczce. Pomaga. Gdy zetrzemy więcej niż trochę nadal widać zmieniony kolor ust (ale w dalszym ciągu nie jest to lip tint).
Produkt mimo mokrości nie nawilża ust, ale tego nikt nit obiecywał. Czasem mam wrażenie, że może odrobinę wysusza, jednak ja i tak zawsze kładę solidny nawilżacz kilkanaście minut przed pomalowaniem ust.
Zapach jest z pewnością już dobrze znany posiadaczkom innych pomadek Rimmela. Jedni mogą go kochać, inni nienawidzić. Ja się chyba już przyzwyczaiłam, jednak gdybym miała wybór, wolałabym zapach o mniejszej sile rażenia.
Lubicie mocne kolory na ustach? Skusiłyście się na Apocalips?
Po pierwsze opakowanie. Jest praktyczne, z jednej strony widać realny kolor produktu, a drugi koniec jest dekoracyjny. Kolory opakowania są ładnie wycieniowane. Największą zaletą jest zabezpieczenie przed pierwszym otwarciem. Po pierwsze, aby odkręcić musimy przerwać naklejkę. Po drugie przed pierwszym wyciągnięciem mamy przezroczystą szyjkę. Od razu widzimy czy plomba została naruszona przypadkowo, czy może produkt był wielokrotnie otwierany.
Aplikator jest bardzo istotny w tego typu produktach. Byłam zaskoczona jego innowacyjnością. Niby klasyczna gąbeczka, ale z tunelikiem w środku, w którym gromadzi się wystarczająca porcja na malowanie ust. Dzięki temu można też nim manewrować i najpierw obrysować czubkiem z małą ilością produktu kontur ust, a następnie rozprowadzić pomadkę na całych wargach.
Produkt bardzo dobrze się rozprowadza, co jest istotne przy takim kryciu. Bo krycie jest znakomite, już jedna cienka warstwa wystarcza, aby całkowicie pokryć usta kolorem. W moim przypadku, bardzo ładnym odcieniem różu. Wyrazistym, który nie lubi już zbyt dużej konkurencji. Przyciąga całą uwagę. Obietnica głębokiego koloru została spełniona, błysku też, ale bardziej błysku pomadki. Efektu polakierowanych ust czy "fenomenalnego połysku błyszczyka" nie ma.
Trwałość. I tu ciekawostka. Z początku błyszczyk brudzi wszystko- kubek, szklankę, zęby, policzek ukochanego, wszystko czego ustami dotkniemy. Ale na ustach wygląda wciąż dobrze. Polecam jednak poświęcić odrobinę blasku i odcisnąć usta na chusteczce. Pomaga. Gdy zetrzemy więcej niż trochę nadal widać zmieniony kolor ust (ale w dalszym ciągu nie jest to lip tint).
Produkt mimo mokrości nie nawilża ust, ale tego nikt nit obiecywał. Czasem mam wrażenie, że może odrobinę wysusza, jednak ja i tak zawsze kładę solidny nawilżacz kilkanaście minut przed pomalowaniem ust.
Lubicie mocne kolory na ustach? Skusiłyście się na Apocalips?

