16:54

Laura Mercier, Creme Lip Color, Romance

Laura Mercier, Creme Lip Color, Romance
   Bez pomalowanych ust czuję się nago. Mam dość liczny zbór, pomadek, balsamów, błyszczyków, tintów. Jeżeli chodzi o kolory, to najlepiej się czuję, gdy na ustach noszę intensywny kolor. Chyba najlepiej czuję się w czerwieni. A skoro tak, to pora pokazać wam jedną z moich ulubionych pomadek. Kupiłam ją w ciemno, wodzona ciekawością co do jakości produktów Laury Mercier. Nie żałuję!


   Opakowanie skrywa w sobie 4 g cudownej pomadki. Noszę je w torebce bez obaw o to, że się otworzy. Jednakże po kilku miesiącach posiadania jej, widzę że na opakowaniu pojawiły się małe ryski. Sama konsystencja pomadki nie jest ani zbyt twarda ani zbyt miękka. W kontakcie z ustami staje się cudownie kremowa i bez najmniejszych problemów się po nich rozprowadza. Śmiało można nałożyć jej kilka warstw w celu zwiększenia intensywności koloru. To lubię! Ma piękny, głęboki czerwony, trochę przywodzący mi na myśl dojrzałe wiśnie. Usta mimo intensywnego koloru wyglądają kusząco. Pomadka ma też właściwości nawilżające i wygładzające, więc pomadka wygląda dobrze nawet gdy usta mają gorszy dzień.

   Pomadka dobrze trzyma się ust. Mimo kremowej konsystencji nie rozmazuje się. Lekko odznacza się na kubku, jednak wytrzymuje nawet lekki posiłek. Nie ma zapachu ani smaku.

   To moja jak do tej pory jedyna pomadka od Laury Mercier, ale z pewnością za jakiś czas będzie ich więcej. W swojej kolekcji mam jeszcze jeden cień i wciąż chęć na więcej. Na tyle, że właśnie czekam na kolejny cień i perfumy. Listonoszu, gdzie jesteś?!

22:09

Garnier Skin Naturals, Płyn micelarny 3 w 1

Garnier Skin Naturals, Płyn micelarny 3 w 1
   Kilka dni temu zmotywowałam się by zrobić porządek w moich zapasach kosmetycznych. Poprzekładałam, powycierałam, poustawiałam i co najważniejsze- przejrzałam ile czego mam. Wiedziałam, że mam spory zapas żeli pod prysznic, jednak zaskoczyłam się wiele, gdy okazało się, że zbiór produktów do demakijażu i toników jest dość spory. Kilka z nich czeka na swoją kolej, kilka poszło w odstawkę, bo pojawił się nowy micel czy tonik, a czasem dlatego, że nie do końca spełniał moje oczekiwania. Postanowiłam wziąć się jednak w garść i kolejno zużywać, a przy okazji prezentować je na łamach bloga. Kandydatem do pierwszego odcinka serialu okazał się być produkt, już niemal kultowy- płyn micelarny 3 w 1 od Garniera. Jesteście ciekawi czy ten produkt podbił i moje serce? Zapraszam do zapoznana się z moimi postrzeżeniami na jego temat.



   Opakowanie mnie nie uwiodło, jest ogromne i chociaż wygląda całkiem ładnie nie jest funkcjonalne. Butla jest duża i ciężka. No cóż, to mogę wybaczyć, bo w podróże zabieram mniejsze pojemności lub przelewam płyn do mniejszych pojemniczków. Jednak wybaczyć nie mogę jakości opakowania. W moim przypadku zatrzask się rozdzielił na dwie części, co uniemożliwia mi zamknięcie.

W teście udział biorą: Benetint, Maybelline żelowy liner, L'orel liner w pisaku, cień w kremie YR oraz kredka LL Essence. Pierwsze zdjęcie pokazuje produkty zaaplikowane na dłoń i nie ruszane przez kilka minut. Zdjęcie środkowe prezentuje jednorazowe przetarcie (bez przytrzymywania dłużej) wacikiem nasączonym płynem micelarnym Garnier. Ostatnie zdjęcie prezentuje dwukrotne przetarcie tym samym wacikiem. 

   Nie będę dłużej marudzić, bo przecież dla chcącego nic trudnego- produkt można przelać do opakowania zastępczego lub ostrożniej obchodzić się z delikwentem.Tylko czy ten micel jest wart takiego traktowania? Co by dużo nie pisać- owszem, jest. Dawno nie miałam płynu micelarnego, który tak spełniał moje oczekiwania. Po pierwsze, jestem w stanie zmyć makijaż za pomocą micela oraz jednego, maksymalnie dwóch wacików, co mnie satysfakcjonuje. Nie muszę czekać kilku minut, aby makijaż się rozpuścił. Nie muszę też pocierać mocno oczu, aby zmyć tusz, cienie i kreski (przy mocniejszym makijażu oczu sięgam po płyny dwufazowe lub mleczka do demakijażu ). Ale to nie wszystko. Całości dopełnia fakt, iż płyn nie pozostawia na sobie tłustej warstwy, więc nie muszę czym prędzej biec, by pod kranem doczyścić twarz jeszcze jednym środkiem. Nie pozostawia też zapachu ani smaku (a przecież usta też czasem trzeba zmyć!).


   Całość dopełnia fakt, że po demakijażu skóra jest czysta, gotowa na aplikację kremu czy serum, nie jest podrażniona czy przesuszona. Nawet gdy nie śpieszyłam się z nałożeniem kremu lub gdy celowo pominęłam ten krem, skóra nie była ściągnięta czy przesuszona następnego dnia. I najważniejsze- nigdy nie podrażnił moich oczu. A prawie codziennie mam je przemęczone- praktycznie cały dzień wpatruję się w monitor, do tego noszę soczewki i przynajmniej 5 dni w tygodniu się maluję.

   To lubię, proszę Państwa. Zapoznaliście się już z tym produktem? Czy wasze odczucia względem niego są podobne do moich, a może całkiem odmienne?

08:57

Yves Rocher, Culture Bio, Odżywczy żel pod prysznic z olejkiem arganowym bio

Yves Rocher, Culture Bio, Odżywczy żel pod prysznic z olejkiem arganowym bio
   Uwielbiam być czysta i pachnąca. Lubię te chwile, gdy zmywam z siebie cały dzień lub budzę się po nocy i nabieram sił by przetrwać na pełnych obrotach kolejny dzień. Za każdym razem staram się urozmaicić sobie te chwile. Z pomocą przychodzą mi najprostsze rozwiązania- pięknie pachnące żele pod prysznic. Najbardziej lubię produkty Lush, Balea czy Yves Rocher. Jednakże jak wiadomo, nie ma firmy, która nie miałaby lepszych lub gorszych produktów. A może w tej dziedzinie to własnie zapach odgrywa największą rolę. Jak jest z wami?


   Uwielbiam oleje. Gdy zobaczyłam w ofercie YR żel pod prysznic, który miał być odżywczy, być bio i zawierać olejek, nie mogłam go nie wypróbować! Przyzwyczajona do pięknych zapachów żeli tej firmy liczyłam, że prysznic będzie uprzyjemniał mi zapach orientalny, może kadzidlany, to był błąd.Żel pachnie specyficznie, olejkiem arganowym, którego zapach nie należy do moich ulubionych. Jak na złość na skórze utrzymywał się dość długo, co niestety sprawiało wrażenie, iż prysznic należy wziąć, a nie że właśnie się tę czynność zakończyło. Pomijając ten dość istotny szczegół, żel nie wysuszał skóry, chociaż balsamu do ciała inie zastąpił.


   Na szczęście nie był szalenie wydajny. Drugi raz do niego nie powrócę. A jakie są wasze wrażenia z serią BIO od YR?

21:53

L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture

L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture
   Czasem mi się wydaje, że w kobiecej naturze należy poszukiwanie- szukamy prawdziwej i wiecznej miłość, kluczy od domu czy też komórki zagubionej w odmętach toreb, a także idealnego tuszu do rzęs. Gdy już znajdziemy, chcemy więcej i więcej. Większej objętości, lepszego wydłużenia, bardziej prawdziwej czerni czy też lepszej trwałość. Wciąż szukamy ideału. A skoro już o ideałach, uważacie że takowe istnieją? Nie, nie będę dziś publikować swoich wywodów, chociaż jeżeli macie chęć, zapraszam do dyskusji w komentarzach. Wracając do tematu, chciałam dziś przedstawić wam tusz do rzęs, który mnie zachwycił. Jeżeli jesteście ciekawe z jakiego powodu, zapraszam do lektury dalszej części postu.

   Zaznaczę, że z tuszami tej firmy jest mi po drodze. Zazwyczaj mi one pasują, jednak tym razem chyba lepiej już być nie może (chociaż zapewne nie uchroni mnie to przed poszukiwaniem czegoś jeszcze lepszego, ah ta kobieca natura!). Już po nałożeniu jednej warstwy moje rzęsy wyglądają bardzo ładnie. Czerń jest czarna, ale zarazem naturalna. Nie wyglądam jakbym postanowiła dokleić sobie sztuczne rzęsy do pracy. Aczkolwiek moje spojrzenie staje się bardziej wypoczęte (czyżby zasługa lekkiego podkręcenia rzęs?), każda rzęsa jest rozdzielona (a grzebyk z Inglota poszedł w odstawkę), dzięki czemu uzyskuję wrażenie, jakbym miała ich więcej. 


   Szczoteczka też mi bardzo odpowiada. Nie jest ani za duża, ani zbyt mała. Nawet przed wypiciem pierwszej kawy trafiam nią tam gdzie mam trafić, a nie w oko czy w policzek. Do tego ma wiele, różnej długości "włosków". A jak wszyscy wiemy, szczoteczka to podstawa dobrej aplikacji tuszu. Do tego dodam, że jej konsystencja już od pierwszego dnia była idealna. Tusz szybko zasycha, więc jeżeli lubicie nakładać dwie warstwy tuszu, tak jak ja, nie musicie czekać, by nałożyć następną. Wszyscy dobrze wiemy jak bardzo ważny jest czas rano. 


   I z tej całej sympatii jestem nawet w stanie wybaczyć mu to dwukolorowe opakowanie (L'oreal, dlaczego?). Co by dużo nie mówić, jest wygodne w używaniu i dozuje idealną ilość tuszu. I wiecie co, nawet to połączenie fioletu ze złotem nie wygląda aż tak źle. 


   Dobrze, ale co ze zmywaniem- pewnie większość z was chciałaby zadać to pytanie. Panie i Panowie, dwufazy poszły w zapomnienie. Tusz zmywa się bardzo dobrze. A jest to dla mnie ważne, bo nienawidzę, gdy muszę czekać "godzinami" aż przy użyciu miliona wacików dokonam demakijażu. Zapomniałabym o trwałości! Nie kruszy się, nie rozmazuje, nie podrażnia oczu, a na rzęsach utrzymuje się do zmycia- nie, nie trzeba mi nic więcej.

   Jaki jest wasz tusz idealny? 

11:34

Maybelline, SuperStay Better Skin, 010 Ivory

Maybelline, SuperStay Better Skin, 010 Ivory
   Bohaterem dzisiejszego postu będzie podkład Better Skin Maybelline. Promocja na podkłady w Rossmanie dobiega końca, ale zapewne wiele z was dopiero dziś będzie miało czas by się tam wybrać lub druga część wybierze się jeszcze raz aby skorzystać z wielkiej obniżki na podkłady, korektory. Sama przeglądam od wczoraj internet w poszukiwaniu perełek po które powinnam się jeszcze wybrać. Z tego powodu postanowiłam wykorzystać sobotni poranek i napisać kilka słów o podkładzie Maybelline który ostatnio prawie codziennie gości na mojej twarzy. Może akurat któraś z was właśnie tego szuka?


   Całą recenzję zacznę od podania koloru który posiadam. Otóż jest to odcień 010 Ivory. Brzmi pięknie, prawda? No cóż, drogie bladolice- ten kolor zdecydowanie nie jest dla was. Jest ciemny, aczkolwiek w ofercie jest jeszcze jaśniejszy odcień (005 Light Beige) Po wyciśnięciu pierwszej pompki na dłoń (jest dużo jaśniejsza od mojej twarzy) byłam przerażona. Daleko mi do określenia- blada, ale ten odcień spowodował, że tak się poczułam. Następnie stwierdziłam, że skoro już go mam to wypróbuję i na twarzy. Aplikacja pędzlem nie powiodła się. Następnie sięgałam po gąbkę i podkład nałożony nią wyglądał o wiele lepiej. Jednakże to właśnie stara jak świat metoda nakładania podkładu palcami z tą formułą spisuje się najlepiej. Podkład nakładam palcami, rozcieram, a następnie przyklepuję gąbeczką. Wtedy podkład wygląda najlepiej. Jeżeli zdarzy mi się zapomnieć zrobić peeling- podkład nie ma litości, suche skórki zostają podkreślone. Ale to nic dziwnego. Jak pisałam w poprzednim poście- peeling to podstawa. Żaden podkład na niezadbanej skórze nie będzie dobrze wyglądał.

   Od razu po nałożeniu na twarz nie wygląda najlepiej. Wydaje się być odrobinę zbyt ciemny i zbyt pudrowy. Potrzebuje chwili by się ułożyć po tym czasie kolor dopasowuje się (uff!) i wygładza. Pozostawia wykończenie pudrowe, więc dla miłośniczek takiego wykończenia będzie to dobry produkt. Po jakiś 6 godzinach podkłada dalej jest na twarzy, ale pudrowe wykończenie zanika. Czasem potrzebuję przypudrować pewne partie twarzy w tym momencie. Sam podkład trzyma się aż do zmycia, czyli w moim przypadku jakieś 13-14 godzin.


   Najbardziej podoba mi się, że dobrze sobie radzi z ukryciem moich płytko położonych naczynek. Mam nawet wrażenie, że stały się one ostatnio trochę uspokojone i mniej widoczne. Czyżby obietnica  redukcji zaczerwień i szarości cery dzięki Acetylowi C została spełniona? Nadmienię jeszcze, że nie brudzi ubrań. A i opakowanie jest takie jakie lubię- solidne i z pompką! Dobrze działającą!


   Podsumowując, nie jest to mój ulubiony podkład, ale jak na drogeryjny produkt spisuje się całkiem dobrze. Zużyję całą buteleczkę. Nie jest to ciężki podkład, nie czuję abym krzywdziła swoją skórę nakładając go, a to już jest dla mnie duży plus. Jednakże wolałabym aby gama kolorystyczna była trochę inna. Jakie są wasze ulubione podkłady?

22:35

Yves Rocher, Sebo Specific , Delikatny peeling oczyszczający

Yves Rocher, Sebo Specific , Delikatny peeling oczyszczający
   Mam słabość do peelingów. Zarówno do tych do ciała jak i do twarzy. Jeżeli peeling, to tylko taki który czuć. Nie tylko po jego wykonaniu jak i w trakcie. Nie, nie mam sadomasochistycznych skłonności, ale lubię mieć gładką skórę i przyjemne drapanie. Dawno, dawno temu, podczas jednych z licznych zamówień w internetowym sklepie Yves Rocher wpadł mi do koszyka peeling. Nie zagłębiałam się w jego opis, więc dużym zaskoczeniem dla mnie było to, że jest to peeling do cery tłustej i trądzikowej. Ja takiej nie posiadam, ale nie zraziło mnie do przed nim. Czy słusznie?


   Opakowanie bardzo mi się spodobało. Soczysta zieleń, małe drobinki zatopione w żelu bardzo dobrze prezentował się na półce w łazience. Niby mała rzecz, a cieszy. Opakowanie jest dość twarde, jednak nie wadziło to w wydostawaniu żelu. Producent deklaruje, iż po zetknięciu z wodą żel zamieni się w pianę. No cóż, możecie wymazać to z tego opisu. Sam żel rozprowadza się dobrze, jednak peeling jest bardzo delikatny, raczej określiłabym go jako żel do mycia twarzy z drobnymi. Z resztą sam producent zaleca używanie go zarówno rano jak i wieczorem. Nie jest to do końca to, czego szukam. Jednakże odnalazłam duet idealny- produkt ten jest idealną bazą dla korundu. Po takim peelingu moja skóra jest gładka, wszystkie suche skórki znikają, a skóra odzyskuje blask. Całość uprzyjemnia zapach, który kojarzy mi się z kwiaciarnią. Stosowany ok. 2- 3 razy w tygodniu starczył mi na kilka miesięcy.

   Jeżeli szukacie przyjemnego żelu do mycia twarzy lub też dobrej bazy pod inne, proszkowe peelingi (dobrze sprawdza się też z peelingiem z czarnej porzeczki) mogę polecić ten peeling. Jeżeli zaś wolicie porządnie zdzierające peelingi- możecie ten produkt sobie odpuścić.

22:05

L`Oreal, Elseve Fibralogy, Szampon Ekspansja gęstości

L`Oreal, Elseve Fibralogy, Szampon Ekspansja gęstości
   Szampon do włosów. Banał. A może i nie? Mam w tej dziedzinie swoich ulubieńców, ale mimo tego uwielbiam testować nowości w poszukiwaniu produktu jeszcze lepszego czy też łatwiej dostępnego. Moje włosy też lubią zmiany. A chcąc spełnić ich oczekiwania, zawsze mam dwa lub trzy otwarte szampony, których używam na zmianę.  Dziś będzie o produkcie, który jest bardzo łatwo dostępny i którego reklamy mijam codziennie na swej drodze do pracy. Reklama bardzo do mnie przemawia. Jego szata graficzna także, a czy sam produkt też?


   Zapewne wiele osób mogłoby się zastanowić po co komuś recenzja szamponu do włosów- szampon to szampon, ma myć. Zgodzę się, to jego podstawowa funkcja. Oprócz tego nie może wysuszać czy też podrażniać skalpu. Gdy stosowałam ten szampon naprzemiennie z innymi- sprawdzał się, gdy zaś używałam go trzy czy cztery razy pod rząd, powodował pojawianie się łupieżu oraz zwędzenie skóry głowy.

   Przejdźmy więc do działania dodatkowego. Producent obiecuje dodanie włosom gęstości, jednakże lojalnie też zastrzega, że do uzyskania zadowalających efektów należałoby stosować cała serię. Ja dziś rozprawie się tylko z działaniem szamponu. Niestety, nie zauważyłam zwiększonej gęstości włosów. W zasadzie to zauważyłam ich niesforność, mniejszą podatność na skręt. Włosy z pewnością były odbite od nasady, ale nie w sposób, który lubię. Mimo czesania sprawiały wrażenie nieładu. No dobrze, przyznaję, moje włosy lepiej wyglądają gdy nie są czesanie, ale tylko w dni, kiedy się zakręcą. A że. Ich kręceniem bywa różnie podkreślę, że nie o taki nieład mi chodzi. Czyżby był to skutek uboczny ekspansji? Ale producent przecież sugerował ekspansję gęstości czy też grubości, a nie nastroszenie jakbym nie lubiła się z moją szczotką (a  obie bardzo lubię).


   Dodam jeszcze, że pieni się bajecznie i bardzo dobrze sobie radzi ze zmywaniem olei. Jako plus mogę kolejny raz podać opakowanie. Konsystencja produktu jest idealna, dobrze wydobywa cię z butelki. Dzięki temu, że butelka trochę prześwituje, widzimy ile produktu nam jeszcze zostało, jest to dla mnie ważne, bo lubię wiedzieć kiedy mniej więcej dany produkt może mi się skończyć. Dodam jeszcze, że sama butelka przyciąga oko i bardziej zdobi niż szpeci łazienkę. Różowe elementy na opakowaniu dodają mu bardziej modnego designu. Niby mała rzecz, a cieszy. Całość została dopełniona błyszczącą etykietą, czyli tym co sroki lubią najbardziej. 

   Znacie tę serię? A inne szampony L'oreal? Chwalicie? A może unikacie jak diabeł święconej wody? 

17:25

Organique, wosk do kominka, Bananowe landrynki

Organique, wosk do kominka, Bananowe landrynki
   Gdy wstawiłam ich zdjęcia na facebooku, nikt nie podejrzewał, że na targach kosmetycznych mogłam kupić woski do kominka. No cóż, przyznaję się, że jestem uzależniona od zapachów, posiadam sporą kolekcję świec, wosków a i na brak perfum narzekać nie mogę. Wiem, że wiele z was ma podobne uzależnienie, a druga część uwielbia produkty firmy Organique. Tak więc już dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego z wosków tej firmy.


   Przyznam szczerze, że za pierwszym razem nie skupiłam się na nazwie. Banan to banan. Otworzyłam kartonik, wypakowałam wosk z folii  i wrzuciłam do kominka. Rozpuszczony wosk nie był intensywny. Lekko wyszedł poza drzwi łazienki, co jest całkiem dobrym wynikiem, al enie oszałamiającym. Wosk pachniał cały czas tak samo. Cukierkami, którymi lata temu raczyła mnie jedna z cioć. Zapach więc został idealnie nazwany. Jeden wosk paliłam 3 razy, po kilka godzin (razem ok. 7-8), sam zapach nie utrzymywał się zbyt długo po zgaszeniu kominka. Palony wieczorem, rano nie był już wyczuwalny. 

   Sam wosk jest malutki, nie ma sensu go dzielić- zarówno ze względu ze względu na jego wielkość jak i intensywność. Jedna tarta dostarczyła mi wiele radości, zwłaszcza dzięki przywołaniu miłych wspomnień. 

   Planujecie się skusić? A może już znacie woski Organique?

21:45

29. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & SPA

29. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & SPA
   Ostatnio na blogu jest cicho. Jest cicho i spokojnie. Jednak w moim życiu tak nie jest. Ciągle biegnę, ciągle staram się nadążyć, a gdy już jestem w domu, zasypiam. Weekendy pragnę spędzać z bliskimi, zdała od świateł komputera. Chce złapać promyki słońca, chce gdzieś pójść albo najzwyczajniej ogarnąć dom. Gdy Karminowe Usta zapytała sie czy nie wybieram się na targi i kongres LNE nie byłam pewna czy akurat ten weekend będę miała wolny. Pamiętając jednak udane poprzednie kongresy, potwierdziłem swoją chęć przybycia. Niestety, w tym roku nie dysponowałem aż taka ilością czasu jak w poprzednich latach, więc postanowiłam skupić się tylko na buszowaniu po części targowej.

                     

   Dotarcie do NCK zawsze zajmuje mi dużo czasu. Dla mnie to drugi koniec Krakowa. W tym roku było jeszcze gorzej, szybciej można było dotrzeć tramwajem niż samochodem. Nie, drogi czytelnik, korek nie był spowodowany masą zainteresowanych targami i kongresem, a remontem drogi. I chyba ten remont, a może mniej ciekaw sobotnie wykłady, spowodowały, że n targach nie było aż takich tłumów jak podczas poprzednich targów. Dla mnie to i lepiej, łatwiej mi było dostać się do wystawców.

                     

   Pierwsze kroki skierowałam ku części poświęconej pedi i manicure. Pierwsze było stanowisko Orly, jako ze w ostatnim czasie bardzo polubiłam ich lakiery, przygarnęłam dwa lakiery. Pęekną czerwień i nudziaka, czyli kolory które ostatnio najczęściej goszczą na moich paznokciach. Neonowa żółć nie dawała mi jednak spokoju, więc wróciłam po nią później. Dokupiłam też na próbę zmywacz. Jestem ciekawa czy pobije mojego wieloletniego ulubieńca od Essence.

                       

   Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła żadnego lakieru OPI. No cóż, w tym roku byłam bardziej odporna i przygarnęłam tylko odżywkę i odtłuszczacz w wersji mini. W zasadzie to kupiłam dwa, ale jeden po powrocie do domu mi się rozbił.


   Rozglądałam się za Zoyą, ale w tym roku nie gościła ona na targach. Zeszłym wiec do części kosmetycznej. Przeraziła mnie kolejka do stanowiska Bielendy, więc poszłam do Organique. W tym roku poczułam się trochę zawiedziona specjalnymi targowymi ofertami,  ale gdy miałam już odchodzić od stanowiska wypatrzyłam je. Małe, pachnące woski. Tak, chyba tylko ja potrafię wrócić z targów kosmetycznych z nowymi wojskami. Jak się dowiedziałam, właśnie w sobotę miały one swoją premierę. Kupiłam po jednym z każdego dostępnego zapachu. Ciekawi recenzji?


   Po skórze mojej twarzy ostatnio widać, że pracuję więcej niż powinnam. Przypomniałam sobie wiec o maskach Clareny. Któraś z was używała może algowych masek tej firmy?


   Z targów wyszłam dość szybko. Z moich zdobyczy jestem bardzo zadowolona. Was zostawiam z postem, a sama idę zrobić sobie domowe spać z użyciem nowych nabytków. A jak wy kończycie swój weekend?

22:45

Colour Alike, GDN, 488 Danzig

Colour Alike, GDN, 488 Danzig
   Pogoda zmienia się szalenie. Jednego dnia sprawia wrażenie, ze już nadeszła wiosna, zachęca do sięgnięcia po baleriny i cienkie Alaski, by następnego dnia kazać nam przeprosić sie z kozakami i grubymi szalikami. Ale nie narzekam, zima w tym roku i tak nie była zła. By jednak przywołać na powrót słońce pokaże dziś lakier, ktory chciałam wam pokazać już dawno. Mam do niego wiele sympatii, nie tylko ze względu na kolor, ale i na nazwę, która osobiście wymyśliłam.


   Lakier pochodzi z kolekcji GDN, dla której inspiracją było miasto Gdańsk. Chociaż osobiście nie kojarzylabym rozbielonego fioletu z tym kolorem, przypadł mi on bardzo do gustu. A kupiłam go tylko ze wylęgu na nazwę.


   Lakiery Colour Alike lubię, chociaż trafiłam także na kilka gorszych egzemplarzy, ten jest idealny. Aplikuje się na tyle dobrze, że nawet takie lakierowa beztalencie jak ja, potrafi go nałożyć równomiernie bez zalewania skórek.


   Czas wysychania jest całkiem dobry, jednak Poshe mnie na tyle rozleniwiło, ze i tak sięgam po nie z a każdym razem. Lakier trzyma sie od 3 do 4 dni, co jest bardzo dobrym wynikiem jak na moje rozdwojone paznokcie. Lakier dość dobrze kryje już przy pierwszej warstwie, jednak lepiej wygląda przy dwóch.

   Z czystym sumieniem polecam. Zwłaszcza jako alternatywę, dla bladego różu. Lubicie takie rozbielonego kolory?

22:39

Glade by Brise, świeca drzewo sandałowe i wanilia

Glade by Brise, świeca drzewo sandałowe i wanilia
Chyba wszyscy wiedzą, że jestem uzależniona. Uzależniona od zapachów. Poznanie wosków i świec Yankee Candle uspokoiło mój perfumoholizm. Nadal kocham perfumy, jednak miłość do świec stała się silniejsza. Niejednokrotnie obiecuję sobie, że będę kupować tylko świece sprawdzonych i zaufanych firm. Jednak czasem chęć poznania bywa silniejsza i zdarza mi się zrobić mały skok w bok. Tak było tez tym razem. Czy czasem warto ulec pokusie?

 

Pamiętam kiedy mnie skusiła. Pierwsze wąchanie w Rossmanie nie dawało mi spokoju. Wygrał wtedy rozsądek. Za drugim razem, gdy patrzyłam na nią wzrokiem wygłodniałego buldożka, mój Kusiciel powiedział "weź". Nie mogłam się oprzeć. Kiedyś bałam się wanilii, jednak tej zimy oswoiłam ją. Jednak to nie wanilia mnie kusiła, moje zmysły rozpalał zapach drzewa sandałowego. Liczyłam na suchy, pobudzający zapach rozpalającego drzewa. Na trochę orientu. Świeca miała zapach. Nie wychodziła poza obszar łazienki, a nawet nie wypełniała jej każdego zakamarka. Jednakże było ją czuć. Obawy o całkowity brak zapachu były więc niesłuszne, jednak nie były to mocne doznania. Sam zapach ocenię podobnie. Jest trochę sandałowy, nieuspakajający zmysłów. Raczej bym stwierdziła, ze to kawałek drewienka, które ktoś kilkanaście dni wcześniej skropił olejkiem sandałowym. W połowie świecy przyszła kolej na wanilię. Delikatną, trochę chemiczną, nie zwracająca na siebie uwagi. Świeca się odpaliła, a ja ucieszyłam się, że to koniec naszej łazienkowej znajomości. Doceniłam zaś puste opakowanie,  ktore wykonane zostało porządnie.

A jakie świece wy palicie?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger