10:12

Muffiny z rabarbarem i budyniem

Muffiny z rabarbarem i budyniem
   Będę może trochę monotematyczna, bo znów wracam do Was z przepisem na słodkości z rabarbarem i budyniem. Na moje usprawiedliwienie powiem, że te muffinki są pyszne (nawet na drugi dzień, co mnie bardzo zdziwiło) i można szybko je przygotować do porannej kawy dla mamy czy innej kochanej osoby. Sezon na rabarbar trwa, więc w najbliższym czasie spodziewajcie się, że dość często będzie na tapecie.


   Potrzebujemy:

   na 12 dużych muffin:

2 szklanki (z czubem) mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklankę cukru
1/3 szklanki oleju z orzechów włoskich (można zastąpić innym olejem)
1 jajko
1 szklanka mleka

   na masę:

400 g rabarbaru
1 budyń waniliowy
cukier do smaku

   Masę robimy według tego przepisu (klik), czyli:

   Obrany rabarbar wkładamy do garnka, dodajemy odrobinę (dosłownie) wody. Gdy zacznie się gotować dodajemy cukier do smaku. W połowie szklanki wody rozrabiamy budyń. Mieszamy budyń z rabarbarem i odstawiamy na bok

   Cukier, olej, jajko, mleko mieszamy razem (ręcznie, zajmuje to mniej niż minutę). Wsypujemy mąkę i proszek do pieczenia. Mieszamy mało starannie. Masę przekładamy do foremek i kładziemy na niej dużą, czubatą łyżkę dżemiku z rabarbaru i budyniu.

   Pieczemy ok. 25 minut w 180C.

   Jeżeli lubicie muffiny i rozsmakowaliście się w masie z ciasta z rabarbaru i budyniu czekoladowego, te muffiny powinny wam przypaść do gustu. Lubicie muffiny? Pieczecie dziś coś swoim mamom? A może ktoś dla was upiekł coś pysznego?

   P.S. Zdjęcia prezentują to co udało mi się uratować do zdjęć. Nie są to najładniejsze okazy jakie wyszły. Nie muszę wyjaśniać, że te większe zniknęły z prędkością światła? :-)


09:00

Too faced, Eye shadow duo, ohh & ahh

Too faced, Eye shadow duo, ohh & ahh
   Nie jestem fanką szarości. Jednak dziwnym trafem, w swojej szafie mam sporo szarych ubrań. Nie jestem także wielbicielką smokey eye. O too faced słyszałam wcześniej, macałam testery, ale jakoś nie korciło mnie by dokonać zakupu. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie interesowałam się ich cieniami? Ale pewnego dnia stało się, do mojego koszyczka powędrowało szare duo ohh & ahh. No i stało się..



   Przyznaje się szczerze, że najpierw moją uwagę przyciągnęło różowe, pasiaste pudełeczko. Musiałam się przekonać co to. Odczytałam nazwę producenta i postanowiłam sprawdzić, cóż za prezencik tam siedzi. Przez szybkę w pudełeczku ujrzałam cienie. Mimo, że szare- spodobało mi się. Zwłaszcza srebrzystoszary. Pomyślałam sobie, że te cienie idealnie będą pasowały do mojej srebrnej biżuterii, która wygląda jak koronka. Przecież ładna biżuteria musi się komponować z ładnym makijażem.



   Trochę mnie zaskoczyło, że mimo tak sporego pojemniczka, samo opakowanie cieni jest płaskie. Jednak patrząc na ich wydajność 2,5 g cieni wystarczy mi na wieki.



   Ale przechodząc do rzeczy- te cienie są doskonałe. Rozcierają się jak marzenie i nawet laik wykona nim piękne, dobrze rozblendowane smokey. Bardzo ładnie wychodzą też kreski nimi wykonane.



Cienie same na oku nie wytrzymują całej nocy, jednakże po użyciu bazy pod cienie lub chociażby cieni w kremie essence stają się nie do zdarcia. Nie zbierają się w załamaniach powieki, nie blakną.


Chciałabym także wspomnieć o małym dopisku na kartoniku: "produkt testowany na celebrytach, nie na zwierzętach.


   Używacie kosmetyków Too faced? Jakie są wasze ulubione? Które cienie lubicie najbardziej?

09:00

Ciasto z rabarbarem i budyniem czekoladowym

Ciasto z rabarbarem i budyniem czekoladowym
   Sezon na rabarbar trwa. Nie ma co marnować czasu i trzeba go wykorzystać. Z pierwszego rabarbaru powstało to ciasto. Z braku innego budyniu dodałam budyń czekoladowy. Wyszedł z tego ciekawy, nietypowy smak. Jeżeli lubicie poznawać nowości, szczerze polecam.


    Potrzebujemy:

600 g rabarbaru
2 szklanki mąki
2 jajka
2 łyżeczki cukru waniliowego
1 budyń (czekoladowy u mnie,może być także waniliowy)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/3 kostki masła
1/2 szklanki cukru + kilka łyżek do masy

   Obrany rabarbar wkładamy do garnka, dodajemy odrobinę (dosłownie) wody. Gdy zacznie się gotować dodajemy cukier do smaku. W połowie szklanki wody rozrabiamy budyń. Mieszamy budyń z rabarbarem i odstawiamy na bok.

   Pozostałe składniki mieszamy. Połowę ciasta wykładamy na dno, kładziemy masę i na to drugą część ciasta. Pieczemy 40-50 minut w 180C.

   Zajadamy ze smakiem.

   Lubicie rabarbar? Bardziej w cieście czy świeży z cukrem?

15:29

Powrócił: ZSK, peeling z czarnej porzeczki

Powrócił: ZSK, peeling z czarnej porzeczki
   Zazwyczaj się skupiam na recenzji produktu. Dziś nie będzie recenzji a informacja. W krótkim czasie po założeniu bloga, napisałam post pochwalny (w dość zachowawczym stylu) o fantastycznym peelingu dostępnym w zsk. Niestety, gdy opublikowałam go zauważyłam, iż nie był już do kupienia.

   Przy ostatnich zakupach w zróbsobiekrem.pl zauważyłam, że jest dostępny. Gdy przyszedł przetestowałam go kilkukrotnie i wciąż jestem nim zachwycona. Nie wiem jak mogłam bez niego wytrzymać tyle miesiące.


   Peeling ten bije inne na głowę (nawet korund i peeling kawowy). Zazwyczaj po peelingu robię jeszcze maseczkę z glinki. W tym przypadku jest to całkowicie zbędne. Buzia jest rozjaśniona, gładka, świetlista i czyściutka. Ma zdecydowanie ładniejszy kolor. Mogę używać go także rano, bo moja buzia po nim nie jest  czerwona (chwilę po zmyciu jest zaróżowiona, ale to momentalnie znika). ZSK na swojej stronie poleca go do cery tłustej, mieszanej i normalniej. Jednakże moja sucha (z płytko położonymi naczynkami) go uwielbia. A wszystko to za jedyne 3,99zł/50 g.

   W sumie ten post powstał po to, aby poinformować Was o jego ponownej dostępności, ale jak widać, bez kolejnego hymnu pochwalnego obyć się nie mogło, tak bardzo go lubię. Przy okazji jeszcze zdradzę, że wraz z nim zakupiłam peeling z nasion truskawki, z którego jestem też zadowolona, ale na jego recenzję przyjdzie jeszcze czas, po dłuższym testowaniu.

   Dla przypomnienia: mój poprzedni post o peelingu z czarnej porzeczki.


   Czujecie się skuszone?

12:12

Catrice, Revoltaire, Velvet matt lip colour, 01 colour bomb

Catrice, Revoltaire, Velvet matt lip colour, 01 colour bomb
   Obecnie trwa moda na matowe usta. Zazwyczaj za trendami nie podążam, ale tym razem dałam się skusić. Lubię matowe pomadki/ błyszczyki za to, że mogą być zarówno matowe jak i błyszczące. Dziś chciałabym pokazać Wam pomadkę z edycji limitowanej Catrice Revoltaire. Będąc przejazdem u naszych zachodnich sąsiadów skusiłam się na dwa kolory z trzech dostępnych. Zacznę od colour bomb.

 
   Opakowanie- srebrne, solidne, nadruk nie schodzi nawet przy walce z paznokciem. Nie rysuje się. Sam nadruk mi się bardzo podoba.

 
   Pomadka z pewnością jest trwała. Matowa. Dość sucha w rozprowadzeniu.  Lubi wchodzić w załamania i podkreślać każde załamanie skóry. Jednak jestem w stanie jej wszystko wybaczyć. Przez pierwsze dwa tygodnie gościła na moich ustach bez przerwy. Wszystko przez ten kolor. Piękny koral. Jego nasycenie można stopniować przez nałożenie warstw. Dwie warstwy tej pomadki są bardzo podobne do pomadki MAC z edycji Shop MAC, Cook MAC w kolorze Watch Me Simmer. Kolor jest piękny i jestem w stanie wybaczyć mu podkreślanie mankamentów. Radzę sobie z tym nakładając na nią bezbarwny błyszczyk lub balsam.

   A jak Wam się podoba?

08:30

Astor Soft Sensation Liquid Care - Błyszczyk do ust, 106 Metallic Pink

Astor Soft Sensation Liquid Care - Błyszczyk do ust, 106 Metallic Pink
   Usta zawsze mam czymś pomalowane. Czy błyszczyk, czy pomadka nie ma to dla mnie znaczenia. Uwielbiam wszystkie mazidła do ust. Ten błyszczyk nie należy do moich zbiorów, jednakże moja mama użyczyła mi go do testów.

   Aplikacja- od jak błyszczyk, nie ocieka, nie ciągnie się. Sunie po ustach. Aplikator typowy dla błyszczyków, wolałabym dobry pędzelek, jednak w przypadku tego koloru zdaje on egzamin. 

   Zapach- no i tu muszę przyznać, że jest on bardzo wyczuwalny przy aplikacji i chwilę po niej. Smak także. Smakuje i pachnie jak krem, nic specjalnego, ale nie jest to brzydki zapach.


   Kolor- producent określa go jako metaliczny róż. Jakoś tak do metalicznych błyszczyków nie byłam przekonana. Widziałam jednak wcześniej ten błyszczyk na ustach mojej mamy i wiedziałam czego się spodziewać. Jest to kolor bardzo naturalny, bez drobinek. Ma piękny błysk.

   Produkt nie klei się, bardzo ładnie wygląda na ustach. Nie wysusza ust, nie podkreśla suchych skórek, a może nawet i lekko nawilża. Ogólnie to bardzo dobry produkt. 

Pierwsze zdjęcie pochodzi z http://www.astorcosmetics.com

12:58

MAC, powder blush, Harmony

MAC, powder blush, Harmony
Idealnego bronzera szukałam miesiącami. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale wciąż wiedziałam, że to nie to. Albo trzeba było ostrożnie je nakładać, by nie wyglądać jak brudna, albo kolor nie do końca był odpowiedni. Na pomoc przyszedł mi doktor google. Bezapelacyjnie ogłosił, iż muszę się udać do MACa i zakupić róż w kolorze Harmony, co też grzecznie uczyniłam.
Mimo, iż jest to róż, używam go zamiast bronzera do modelowania twarzy. Nadale się do tego idealnie, ponieważ:


- kolor- można go stopniować, wiec sądzę, iż nadania się zarówno dla bladolicych jak i tych ciemniejszych, jak ja lub jeszcze bardziej. Idealnie symuluje on cień na twarzy, przez co udaje mi się stworzyć złudzenie widocznych kości policzkowych. Produkt nie zawiera ani jednej drobinki. Jak przystało na dobry bronzer, trudno w nim dostrzec chociażby odrobinę tak niepożądanego pomarańczowego odcienia. 


- aplikacja- jest dość twardy, ale nie jak kamień. Dobrze nabiera się na pędzel i nie osypuje. 
- trwałość: u mnie do zmycia, bez zmiany koloru
- wydajność- zanim kupiłam bahama mamę używałam go codziennie przez ponad 3 miesiące, ubytku praktycznie nie było; wydajność taka jak innych róży MAC czyli doskonała
Jeżeli poszukujecie bronzera idealnego, polecam z czystym sumieniem. To jeden z dwóch moich ulubieńców, zaraz po Bahama mamie The Balm. 


P.S. Na swatchach jest go nałożonego dużo i był on nakładany palcem, nakładany pędzlem jest o wiele jaśniejszy.

13:22

Promocja w Marionnaud

Promocja w Marionnaud
   Część z was już słyszała o marce The Balm. Muszę przyznać, że to moja ulubiona firma. Wszystkie kosmetyki, które do tej pory testowałam okazywały się świetne. Czy fakt, że po ich róże sięgam częściej niż po Mac jest wystarczająco przekonywujący? Jeżeli tak, to mam dla was wieści. Od wczoraj do końca niedzieli drogeria Marionnaud oferuje 50% zniżki przy zakupie kosmetyków marek, które mają w Polsce na wyłączność. Czyli właśnie na The Balm (i Make Up factory, john masters organics)!

   Dodatkowo, przy zakupie The Balm za 109 zł otrzymujemy cień Overshadow. Aby go otrzymać należy pokazać kupin z gazetki, której pełno leży we wspomnianej drogerii. Drugi kupon z tej samej gazetki uprawnia do otrzymania prezentu niespodzianki. W moim przypadku były to dwa  kupony rabatowe  na 120 zł (przy zakupie za min. 500 zł) i 60 zł (przy zakupie za min. 250zł). Ważne tylko do końca miesiąca. No cóż, marna niespodzianka, ale przy większych zakupach może komuś się przydać.
 
  Orientacyjne ceny The Balm przed promocją:

- Bahama Mama, Sexy Mama, Hot Mama- 51 zł
- róże Frat Boy, Down Boy, Cabana Boy- 54 zł
- rozświetlacze Mary-Lou Manizer, Betty- Lou Manizer 61 zł
- błyszczki- 39 zł
- Balm Shelter (koloryzujący krem nawilżający)- 68zł
- korektor w płynie- 49 zł
- cienie do powiek w kremie- 49 zł
- cienie sypkie Overshadow- 43 zł
- Pomadki 45 zł
- Stainiac pochodzi z zestawu prezentowego, na standzie go nie widziałam


  Znacie kosmetyki The Balm? Lubcie? Podobają wam się opakowania? Planujecie skorzystać z promocji?


P.S. Nie, nie są to moje zakupy z tego weekendu :-) 


09:00

Naleśniki nadziewane szpinakiem i fetą, zapiekane z serem

Naleśniki nadziewane szpinakiem i fetą, zapiekane z serem
Nie lubiłam szpinaku. Tymi naleśnikami zaczęłam przełamywać to nielubienie. I wiecie do czego doszło? Ostatnio jak myślę o jedzeniu to myślę o szpinaku... No wyjątkowo mi zasmakował i jeszcze jest tyle możliwości przygotowania go! W najbliższym czasie możecie się spodziewać całej masy przepisów na to, jak go ujarzmić. Poniższy przepis został zasłyszany od dziewczyny, która bardzo go zachwalała. Chyba z 10 minut mówiła o tym, jakie jest to pyszne, więc szybciutko zanotowałam przepis i sporządziłam obiad. 


   Potrzebujemy:

500 g szpinaku
250g fety
150 g sera żółtego
6 łyżek łuskanego słonecznika
3 łyżki śmietany
2 łyżki masła
1 ząbek czosnku
Pieprz, sól, ostrą paprykę

Naleśniki (po naciśnięciu przejdziecie do mojego przepisu na nie)

   W małym garnku rozpuszczamy masło, rozdrobniony czosnek, odrobinę ostrej papryki. Wrzucamy szpinak. Całość dusimy. Gdy szpinak zmięknie wkruszamy do niego fetę i śmietanę.
Na suchej patelni prażymy przez chwilę słonecznik.
Nakładamy masę na naleśniki, zwijamy jak krokiety. Układamy w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym masłem. Na wierzch kładziemy ser i posypujemy słonecznikiem. Zapiekamy do rozpuszczenia sera.

   Szpinak jest czymś co kojarzy wam się źle? Czy może jesteście jak Popeye i wcinacie szpinak?

09:00

OPI, Strawberry margerita

OPI, Strawberry margerita
   Bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że zostałam nim obdarowana. Ba, chwilę wcześniej nawet rozważałam jego zakup. Czy radość była uzasadniona? A może kolor jedynie w buteleczce wygląda ładnie, a jego jakość jest koszmarna?



   Kolor w nazwie ma truskawkę, jednak ta truskawka jakaś mało czerwona, a bardziej różowa jest. Te truskawki raczej nie są zmieszane z tequillą, lecz ze śmietanką. 

   Aplikacja- bardzo przyjemna, lakier sam się rozprowadza. W sumie jedna już warstwa wystarczy, jednak u mnie jak zawsze są dwie. Lakier ma w sobie duży błysk, więc swobodnie można odpuścić top coat.
   Schnie szybciutko, nosi się kilka dni bez uszczerbków. Kolor przyciąga wzrok i pasuje do wielu rzeczy. Ja więcej nie wymagam.


11:07

Lush, 9 to 5 Orchid Oil Cleansing Lotion

Lush, 9 to 5 Orchid Oil Cleansing Lotion
   Do tej recenzji zbierałam się bardzo długo. Chciałam być pewna swej opinii. Tyle czasu zwlekałam, że na stornie lush.com widzę już inne opakowanie, a moja 95g buteleczka zaczyna dobijać dna. Produkt trafił w moje ręce we wrześniu. Czy jestem z niego zadowolona? A może tak długi test świadczy o zupełnie innych wrażeniach?

   Na wstępie się przyznam, że przy każdej wizycie z Lushu głupieję, a moja lista zakupów nie pokrywa się z tym, co faktycznie nabywam. Tak też było tym razem. Nie wiem jak ten lotion wpadł w moje ręce, ale bardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Może uwiódł mnie jego zapach?


   Jednak zanim dojdę do opisu zapachu, chciałabym jeszcze wspomnieć, że produkt ten ma bardzo przyjemną konsystencję. Mimo, iż w nazwie ma słowo olej, nie można powiedzieć, że właśnie taką konsystencję posiada. Słowo lotion pasuje jednak lepiej, jednak dodałabym jeszcze słowo lekki. Konsystencja jest bardzo przyjemna, inna niż wcześniej znane mi mleczka do demakijażu. 

   Aplikacja również bardzo przypadła mi do gustu- wystarczy mała porcja rozprowadzona po całej twarzy. Najpierw aplikowałam 9to5 na powieki i rzęsy, następnie lekko masowałam twarz, by po chwili usunąć preparat wraz z zanieczyszczeniami płatkami Cleanic. Całość trwała krócej niż minutę, a ja pozbywałam się codziennego makijażu, często wykonywanego z użyciem żelowych eyelinerów (w tym essence, które są trudne do zmycia).


Buzia po demakijażu, mimo płytko położonych naczynek, była spokojna, gładka, miękka. Oczyszczona. Nie była ściągnięta. Na twarzy pozostaje lekki, przyjemny zapach. Doskonały na wieczór, odprężający.

Produkt jest też bardzo wydajny, wystarczy ok. pół małej łyżeczki lotionu, aby zmyć makijaż całej twarzy. 

Uważam, że jest to produkt godny uwagi. Doskonale wywiązuje się z zadania- zmywania makijażu, zostawiając przy tym buzię zrelaksowaną i oczyszczoną. 


Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger