22:35

Yves Rocher, Sebo Specific , Delikatny peeling oczyszczający

Yves Rocher, Sebo Specific , Delikatny peeling oczyszczający
   Mam słabość do peelingów. Zarówno do tych do ciała jak i do twarzy. Jeżeli peeling, to tylko taki który czuć. Nie tylko po jego wykonaniu jak i w trakcie. Nie, nie mam sadomasochistycznych skłonności, ale lubię mieć gładką skórę i przyjemne drapanie. Dawno, dawno temu, podczas jednych z licznych zamówień w internetowym sklepie Yves Rocher wpadł mi do koszyka peeling. Nie zagłębiałam się w jego opis, więc dużym zaskoczeniem dla mnie było to, że jest to peeling do cery tłustej i trądzikowej. Ja takiej nie posiadam, ale nie zraziło mnie do przed nim. Czy słusznie?


   Opakowanie bardzo mi się spodobało. Soczysta zieleń, małe drobinki zatopione w żelu bardzo dobrze prezentował się na półce w łazience. Niby mała rzecz, a cieszy. Opakowanie jest dość twarde, jednak nie wadziło to w wydostawaniu żelu. Producent deklaruje, iż po zetknięciu z wodą żel zamieni się w pianę. No cóż, możecie wymazać to z tego opisu. Sam żel rozprowadza się dobrze, jednak peeling jest bardzo delikatny, raczej określiłabym go jako żel do mycia twarzy z drobnymi. Z resztą sam producent zaleca używanie go zarówno rano jak i wieczorem. Nie jest to do końca to, czego szukam. Jednakże odnalazłam duet idealny- produkt ten jest idealną bazą dla korundu. Po takim peelingu moja skóra jest gładka, wszystkie suche skórki znikają, a skóra odzyskuje blask. Całość uprzyjemnia zapach, który kojarzy mi się z kwiaciarnią. Stosowany ok. 2- 3 razy w tygodniu starczył mi na kilka miesięcy.

   Jeżeli szukacie przyjemnego żelu do mycia twarzy lub też dobrej bazy pod inne, proszkowe peelingi (dobrze sprawdza się też z peelingiem z czarnej porzeczki) mogę polecić ten peeling. Jeżeli zaś wolicie porządnie zdzierające peelingi- możecie ten produkt sobie odpuścić.

22:05

L`Oreal, Elseve Fibralogy, Szampon Ekspansja gęstości

L`Oreal, Elseve Fibralogy, Szampon Ekspansja gęstości
   Szampon do włosów. Banał. A może i nie? Mam w tej dziedzinie swoich ulubieńców, ale mimo tego uwielbiam testować nowości w poszukiwaniu produktu jeszcze lepszego czy też łatwiej dostępnego. Moje włosy też lubią zmiany. A chcąc spełnić ich oczekiwania, zawsze mam dwa lub trzy otwarte szampony, których używam na zmianę.  Dziś będzie o produkcie, który jest bardzo łatwo dostępny i którego reklamy mijam codziennie na swej drodze do pracy. Reklama bardzo do mnie przemawia. Jego szata graficzna także, a czy sam produkt też?


   Zapewne wiele osób mogłoby się zastanowić po co komuś recenzja szamponu do włosów- szampon to szampon, ma myć. Zgodzę się, to jego podstawowa funkcja. Oprócz tego nie może wysuszać czy też podrażniać skalpu. Gdy stosowałam ten szampon naprzemiennie z innymi- sprawdzał się, gdy zaś używałam go trzy czy cztery razy pod rząd, powodował pojawianie się łupieżu oraz zwędzenie skóry głowy.

   Przejdźmy więc do działania dodatkowego. Producent obiecuje dodanie włosom gęstości, jednakże lojalnie też zastrzega, że do uzyskania zadowalających efektów należałoby stosować cała serię. Ja dziś rozprawie się tylko z działaniem szamponu. Niestety, nie zauważyłam zwiększonej gęstości włosów. W zasadzie to zauważyłam ich niesforność, mniejszą podatność na skręt. Włosy z pewnością były odbite od nasady, ale nie w sposób, który lubię. Mimo czesania sprawiały wrażenie nieładu. No dobrze, przyznaję, moje włosy lepiej wyglądają gdy nie są czesanie, ale tylko w dni, kiedy się zakręcą. A że. Ich kręceniem bywa różnie podkreślę, że nie o taki nieład mi chodzi. Czyżby był to skutek uboczny ekspansji? Ale producent przecież sugerował ekspansję gęstości czy też grubości, a nie nastroszenie jakbym nie lubiła się z moją szczotką (a  obie bardzo lubię).


   Dodam jeszcze, że pieni się bajecznie i bardzo dobrze sobie radzi ze zmywaniem olei. Jako plus mogę kolejny raz podać opakowanie. Konsystencja produktu jest idealna, dobrze wydobywa cię z butelki. Dzięki temu, że butelka trochę prześwituje, widzimy ile produktu nam jeszcze zostało, jest to dla mnie ważne, bo lubię wiedzieć kiedy mniej więcej dany produkt może mi się skończyć. Dodam jeszcze, że sama butelka przyciąga oko i bardziej zdobi niż szpeci łazienkę. Różowe elementy na opakowaniu dodają mu bardziej modnego designu. Niby mała rzecz, a cieszy. Całość została dopełniona błyszczącą etykietą, czyli tym co sroki lubią najbardziej. 

   Znacie tę serię? A inne szampony L'oreal? Chwalicie? A może unikacie jak diabeł święconej wody? 

17:25

Organique, wosk do kominka, Bananowe landrynki

Organique, wosk do kominka, Bananowe landrynki
   Gdy wstawiłam ich zdjęcia na facebooku, nikt nie podejrzewał, że na targach kosmetycznych mogłam kupić woski do kominka. No cóż, przyznaję się, że jestem uzależniona od zapachów, posiadam sporą kolekcję świec, wosków a i na brak perfum narzekać nie mogę. Wiem, że wiele z was ma podobne uzależnienie, a druga część uwielbia produkty firmy Organique. Tak więc już dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego z wosków tej firmy.


   Przyznam szczerze, że za pierwszym razem nie skupiłam się na nazwie. Banan to banan. Otworzyłam kartonik, wypakowałam wosk z folii  i wrzuciłam do kominka. Rozpuszczony wosk nie był intensywny. Lekko wyszedł poza drzwi łazienki, co jest całkiem dobrym wynikiem, al enie oszałamiającym. Wosk pachniał cały czas tak samo. Cukierkami, którymi lata temu raczyła mnie jedna z cioć. Zapach więc został idealnie nazwany. Jeden wosk paliłam 3 razy, po kilka godzin (razem ok. 7-8), sam zapach nie utrzymywał się zbyt długo po zgaszeniu kominka. Palony wieczorem, rano nie był już wyczuwalny. 

   Sam wosk jest malutki, nie ma sensu go dzielić- zarówno ze względu ze względu na jego wielkość jak i intensywność. Jedna tarta dostarczyła mi wiele radości, zwłaszcza dzięki przywołaniu miłych wspomnień. 

   Planujecie się skusić? A może już znacie woski Organique?

21:45

29. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & SPA

29. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & SPA
   Ostatnio na blogu jest cicho. Jest cicho i spokojnie. Jednak w moim życiu tak nie jest. Ciągle biegnę, ciągle staram się nadążyć, a gdy już jestem w domu, zasypiam. Weekendy pragnę spędzać z bliskimi, zdała od świateł komputera. Chce złapać promyki słońca, chce gdzieś pójść albo najzwyczajniej ogarnąć dom. Gdy Karminowe Usta zapytała sie czy nie wybieram się na targi i kongres LNE nie byłam pewna czy akurat ten weekend będę miała wolny. Pamiętając jednak udane poprzednie kongresy, potwierdziłem swoją chęć przybycia. Niestety, w tym roku nie dysponowałem aż taka ilością czasu jak w poprzednich latach, więc postanowiłam skupić się tylko na buszowaniu po części targowej.

                     

   Dotarcie do NCK zawsze zajmuje mi dużo czasu. Dla mnie to drugi koniec Krakowa. W tym roku było jeszcze gorzej, szybciej można było dotrzeć tramwajem niż samochodem. Nie, drogi czytelnik, korek nie był spowodowany masą zainteresowanych targami i kongresem, a remontem drogi. I chyba ten remont, a może mniej ciekaw sobotnie wykłady, spowodowały, że n targach nie było aż takich tłumów jak podczas poprzednich targów. Dla mnie to i lepiej, łatwiej mi było dostać się do wystawców.

                     

   Pierwsze kroki skierowałam ku części poświęconej pedi i manicure. Pierwsze było stanowisko Orly, jako ze w ostatnim czasie bardzo polubiłam ich lakiery, przygarnęłam dwa lakiery. Pęekną czerwień i nudziaka, czyli kolory które ostatnio najczęściej goszczą na moich paznokciach. Neonowa żółć nie dawała mi jednak spokoju, więc wróciłam po nią później. Dokupiłam też na próbę zmywacz. Jestem ciekawa czy pobije mojego wieloletniego ulubieńca od Essence.

                       

   Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła żadnego lakieru OPI. No cóż, w tym roku byłam bardziej odporna i przygarnęłam tylko odżywkę i odtłuszczacz w wersji mini. W zasadzie to kupiłam dwa, ale jeden po powrocie do domu mi się rozbił.


   Rozglądałam się za Zoyą, ale w tym roku nie gościła ona na targach. Zeszłym wiec do części kosmetycznej. Przeraziła mnie kolejka do stanowiska Bielendy, więc poszłam do Organique. W tym roku poczułam się trochę zawiedziona specjalnymi targowymi ofertami,  ale gdy miałam już odchodzić od stanowiska wypatrzyłam je. Małe, pachnące woski. Tak, chyba tylko ja potrafię wrócić z targów kosmetycznych z nowymi wojskami. Jak się dowiedziałam, właśnie w sobotę miały one swoją premierę. Kupiłam po jednym z każdego dostępnego zapachu. Ciekawi recenzji?


   Po skórze mojej twarzy ostatnio widać, że pracuję więcej niż powinnam. Przypomniałam sobie wiec o maskach Clareny. Któraś z was używała może algowych masek tej firmy?


   Z targów wyszłam dość szybko. Z moich zdobyczy jestem bardzo zadowolona. Was zostawiam z postem, a sama idę zrobić sobie domowe spać z użyciem nowych nabytków. A jak wy kończycie swój weekend?

22:45

Colour Alike, GDN, 488 Danzig

Colour Alike, GDN, 488 Danzig
   Pogoda zmienia się szalenie. Jednego dnia sprawia wrażenie, ze już nadeszła wiosna, zachęca do sięgnięcia po baleriny i cienkie Alaski, by następnego dnia kazać nam przeprosić sie z kozakami i grubymi szalikami. Ale nie narzekam, zima w tym roku i tak nie była zła. By jednak przywołać na powrót słońce pokaże dziś lakier, ktory chciałam wam pokazać już dawno. Mam do niego wiele sympatii, nie tylko ze względu na kolor, ale i na nazwę, która osobiście wymyśliłam.


   Lakier pochodzi z kolekcji GDN, dla której inspiracją było miasto Gdańsk. Chociaż osobiście nie kojarzylabym rozbielonego fioletu z tym kolorem, przypadł mi on bardzo do gustu. A kupiłam go tylko ze wylęgu na nazwę.


   Lakiery Colour Alike lubię, chociaż trafiłam także na kilka gorszych egzemplarzy, ten jest idealny. Aplikuje się na tyle dobrze, że nawet takie lakierowa beztalencie jak ja, potrafi go nałożyć równomiernie bez zalewania skórek.


   Czas wysychania jest całkiem dobry, jednak Poshe mnie na tyle rozleniwiło, ze i tak sięgam po nie z a każdym razem. Lakier trzyma sie od 3 do 4 dni, co jest bardzo dobrym wynikiem jak na moje rozdwojone paznokcie. Lakier dość dobrze kryje już przy pierwszej warstwie, jednak lepiej wygląda przy dwóch.

   Z czystym sumieniem polecam. Zwłaszcza jako alternatywę, dla bladego różu. Lubicie takie rozbielonego kolory?

22:39

Glade by Brise, świeca drzewo sandałowe i wanilia

Glade by Brise, świeca drzewo sandałowe i wanilia
Chyba wszyscy wiedzą, że jestem uzależniona. Uzależniona od zapachów. Poznanie wosków i świec Yankee Candle uspokoiło mój perfumoholizm. Nadal kocham perfumy, jednak miłość do świec stała się silniejsza. Niejednokrotnie obiecuję sobie, że będę kupować tylko świece sprawdzonych i zaufanych firm. Jednak czasem chęć poznania bywa silniejsza i zdarza mi się zrobić mały skok w bok. Tak było tez tym razem. Czy czasem warto ulec pokusie?

 

Pamiętam kiedy mnie skusiła. Pierwsze wąchanie w Rossmanie nie dawało mi spokoju. Wygrał wtedy rozsądek. Za drugim razem, gdy patrzyłam na nią wzrokiem wygłodniałego buldożka, mój Kusiciel powiedział "weź". Nie mogłam się oprzeć. Kiedyś bałam się wanilii, jednak tej zimy oswoiłam ją. Jednak to nie wanilia mnie kusiła, moje zmysły rozpalał zapach drzewa sandałowego. Liczyłam na suchy, pobudzający zapach rozpalającego drzewa. Na trochę orientu. Świeca miała zapach. Nie wychodziła poza obszar łazienki, a nawet nie wypełniała jej każdego zakamarka. Jednakże było ją czuć. Obawy o całkowity brak zapachu były więc niesłuszne, jednak nie były to mocne doznania. Sam zapach ocenię podobnie. Jest trochę sandałowy, nieuspakajający zmysłów. Raczej bym stwierdziła, ze to kawałek drewienka, które ktoś kilkanaście dni wcześniej skropił olejkiem sandałowym. W połowie świecy przyszła kolej na wanilię. Delikatną, trochę chemiczną, nie zwracająca na siebie uwagi. Świeca się odpaliła, a ja ucieszyłam się, że to koniec naszej łazienkowej znajomości. Doceniłam zaś puste opakowanie,  ktore wykonane zostało porządnie.

A jakie świece wy palicie?

21:54

Yves Rocher, Sebo vegetal, Serum zwężające pory

Yves Rocher, Sebo vegetal, Serum zwężające pory
-Kochanie widzę, że kończy Ci się serum.
-O, notkę piszesz! Będziemy rozmawiać o tym zielonym?
-Taki miałam zamiar.
<no co ty! Wszystko piszesz? <powiedział spoglądając na tablet>
-To co, krem czy serum najpierw?
-Obojętnie...
<I weź tu gadaj z facetem o kosmetykach...>
-Tylko wiesz, ja nie wiem jak ocenić to serum. A może jeszcze napiszesz o tym peelingu nowym?
-Na peeling jeszcze trochę zbyt wcześnie
-Ale widzisz jaki fajny! Widać, ze go potrzebowałem!
-Skoro wspominałeś o serum, zaczniemy od niego.


-No dobrze, co byś chciała wiedzieć?
-Podobało Ci się?
-No.
-Aha. Fajnie. Ale co Ci sie podobało? Opakowanie? Wiesz, lubisz ten kolor i do łazienki nam pasowało...
-Dobrze. Brzmi to jakbym ja to powiedział...
-Ale przecież to ja to powiedziałam!
-Wiem.
-A było wygodne w użytkowaniu? Podobała ci się konsystencja? Zapach?
-Zapachu to chyba raczej nie ma, albo nie zwróciłem na niego uwagi, czyli pewnie nie  pachniało ani nie smierdziało Ogólnie było całkiem dobre i wygodne w używaniu, bo nie odczuwałem, że muszę to używać. W sumie zrobił wyrobił mi się nawyk nakładania go. Gdyby wszystkie męskie kremy miały takie opakowania to częściej bym ich używał i brał na wyjazdy. Jedynym minusem była nakładka zabezpieczająca, która szybko pękła....
-Zauważyłeś jakieś zmiany?
-Co najważniejsze był wydajny, wystarczyły trzy strzały na rękę i wystarczyło to na cała twarz. Skóra stała się bardziej miękka. Nie zauważyłem błyszczenia się twarzy, mimo tego, że zaraz po nim nakładałem krem z tej samej serii.
<tu nastąpiła przerwa na przeczytanie obietnic producenta>
-Tak. W sumie tak. Zgadzam się z nimi.
-Będziesz chciał kiedyś wrócić do tego serum?
-Eeee, hm, nie wiem.

I tak oto kolejny raz rubryka "męskim okiem" powróciła na tego bloga. Jeżeli chodzi o obiektywne spojrzenie osoby patrzącej z boku, mogę powiedzieć, że serum stosowane w połączeniu z kremem z tej samej sprawiło, że skóra mojego Recenzenta faktycznie mniej się przetłuszcza i jest bardziej jednolita. Musieliśmy jednak wprowadzić do pielęgnacji także nowy produkt, wcześniej wspomniany peeling, aby zwalczyć suche skórki pojawiające się w okolicach nosa.

Po jakie kosmetyki sięgają wasi panowie?

17:18

Luksja, Żel pod prysznic ze składnikami balsamu do ciała, olej sezamowy

Luksja, Żel pod prysznic ze składnikami balsamu do ciała, olej sezamowy

   Mam słabość do żeli pod prysznic. Uwielbiam gdy pięknie pachną. Zazwyczaj mam otwartych kilka na raz i dobieram je w zależności od nastroju czy pory dnia. Gdy zobaczyłam, ze gratisem do gazety jest żel pod prysznic, kupiłam od razu dwie gazety. Gazeta po przegladnieciu obrazków powędrowała do kosza, a żele do łazienki. Test został rozpoczęty od razu, czy żele skończyły podobnie jak gazety? 



   Producent obiecywał, ze to mleczko zawiera składniki blasku do ciała. Zaciekawiło mnie to. Wszak producent wykazał sie dobra znajomością języka polskiego, przecież konserwant, barwnik, zapach do tez składnik, prawda? Nie liczyłam na zachwycający działanie, zwłaszcza na nawilżenie. I tu sie miło zaskoczylam! Skóra po jego użyciu stawała sie miękka i gładka, jak po użyciu lekkiego balsamu. Spodobał nam sie na tyle, ze obie butelecKi zużyliśmy jedna po drugiej. Całość uprzyjemniał delikatny, trochę mleczny, aromat.



   Opakowanie jest dobrane całkiem nieźle do konsystencji produktu. Jednak ja i tak przelalam do opakowania z pompką, co zwiększyło jego wydajność. Z czystym sumieniem mogę polecić ten produkt. 

   Jakie są wasze doświadczenia z produktami firmy Luksja? 

22:45

Jak nie marnować jedzenia i zjeść coś pysznego?

Jak nie marnować jedzenia i zjeść coś pysznego?
    Uwielbiam spotkania z moimi przyjaciółmi. Lubię wychodzić z nimi do ulubionego lokalu czy też gościć ich w naszym domu. Nie ma lepszej motywacji do sprzątnięcia domu czy okazji do zrobienia czegoś dobrego. Ostatnim razem postanowiliśmy zaserwować pokrojone warzywa (ogórek, oliwki, paprykę konserwową), ser i upieczoną przez moją skromną osobę foccacię, a także kiełbasę. Nasi znajomi przynieśli także troszkę dobroci. Następnego dnia żal nam było wyrzucać jedzenie, a i śniadanie wypadało zjeść pożywne. Jak więc wykorzystaliśmy nasze zasoby?




   Spojrzenie na blachę focacci, oliwę, ser, kiełbasę, paprykę konserwową i ogórki kiszone- rada jest jedna, zjeść to razem. Rozkroiliśmy foccacię, napełniliśmy ją naszymi "resztkami" z imprezy, skropiliśmy oliwą i wstawiliśmy do zapieczenia. Wyszły nam pyszne i sycące kanapki. Najlepiej smakowały polewane obficie oliwą czosnkowo-paprykową.

   Nasze żołądki niewielkim wysiłkiem zostały napełnione do syta. Było wyjątkowo smacznie, a i nie mieliśmy wyrzutów sumienia, że musimy wyrzucić jedzenie.

   Macie swoje sposoby na ograniczenie marnowania jedzenia?

21:52

Yves Rocher, Comme une Evidence L'eau de Parfum Intense

Yves Rocher, Comme une Evidence L'eau de Parfum Intense
   Panie i Panowie, już za kilka dni święto, o którym więcej mówią jego przeciwnicy niż zwolennicy. Święto różu, czerwieni, serduszek, piórek i gruchania jak dwa gołąbki, przepełnionych lokali i braku możliwości zakupu biletów do kina na godzinę przed seansem. Walentynki! Tak, tak- wszyscy wiemy, że nie jest to jedyny dzień, w którym można okazywać swoją, prawdziwą wielką miłość. A zastanawialiście się kiedyś jak pachną walentynki? Ja się nie zastanawiałam do czasu poznania wody perfumowanej Comme une Evidence L'eau de Parfum Intense. Chociaż w zasadzie i wtedy nie musiałam się zastanawiać. To pojawiło się przed moimi oczami od razu .



   Luty. A właściwie 14-ty jego dzień. Zatłoczone ulice, kobiety do ostatniej chwili zastanawiające się w co się ubrać i czy lepiej pomalować paznokcie na czerwono czy różowo. Przystojny brunet (no dobrze, ewentualnie niebieskooki blondyn, proszę tu wstawić wizję swojego ideału) biegający po mieście w poszukiwaniu prezentu. Z witryn sklepowych dowiaduje się, że jego ukochana ucieszy się tylko z perfum (gdy przechodzi koło perfumerii), koło kwiaciarni dowiaduje się, że prezent prezentem, ale tego dnia to kwiaty są najważniejsze, zaś wszystkie sklepy spożywcze przekrzykują się, że czekoladki w kształcie serca to konieczność. I co ma biedak zrobić? Przecież nie chce zawieźć ukochanej. Zdezorientowany wpada do sklepu- kupuje czekoladki, w drogerii kupuje perfumy, do całości dokupuje ogromny bukiet czerwonych, mięsistych róż. Wyczerpany dociera do ukochanej,chce ja zaskoczyć, bo przecież nie obchodzą tego głupiego święta. Gdy wręcza jej prezent i widzi jej reakcje wie jedno- święto komercyjne czy nie- warto było dać się skusić marketingowcom.

   Zapach z pewnością należy do zapachów słodkich. Jest w nim wszystko, co zaklęte jest w marketingu walentynkowym. pralinki, róże, ale i zmysłowość, uwodzenie. Zapach jest intensywny, na mojej skórze utrzymuje się ok. 6 godzin, później słabnie. Na ubraniach nosi się zdecydowanie dłużej.

   A czym dla was pachną walentynki? Jaki zapach wybierzecie tego dnia? A może pominiecie ten dzień w swoim kalendarzu?

23:28

L'oreal, Caresse, 300 Juliet

L'oreal, Caresse, 300 Juliet
   Czerwone usta. Klasyka. Odcieni czerwieni jest wiele. Jednakże wcale nie tak łatwo trafić na "swój" odcień. A gdy już trafimy z jakością bywa rożnie. Pomadka się rozmazuje, co nie dodaje uroku, odbija się na ustach lub brudzi policzek ukochanego (albo znaczy wszystkie kubki). Albo trzeba ja poprawiać co chwilę. A gdyby tak pomyśleć o pomadce idealnej? Jaka by ona była?


   Opakowanie jest dziwne. Trochę kosmiczne. Ale muszę przyznać, ze wygodne i dość dyskretne. Dobrze znosi codzienne noszenie w torebce, przeważanie razem z kluczami. Jest szczelne, co mnie cieszy, bo nienawidzę gdy kosmetyk brudzi mi zawartość torebki. Odkręca się wygodnie. Opakowanie chowa aplikator w kształcie zbliżonym do serduszka. Jest on bardzo wygodny i nawet tak mocny kolor można zaaplikować bez uszczerbku dla własnego wyglądu. Co się bardzo przydaje gdy po posiłku pragnę dokonać poprawek na samym środku ust. Więcej poprawek nie trzeba.


   A skoro już wspomniałam o trwałości- ideał. Maluję nim usta po 7 rano, przychodzę do pracy, piję kawę, wodę, herbatę, rozmawiam. Idę na lunch koło 13. Dopiero po nim widzę, że powinnam poprawić usta, ale tylko na samym środku, kontur jest wciąż zachowany! Uwielbiam tą pewność, że moje usta wyglądają pięknie.


   Podoba mi się w nim także możliwość budowania koloru. Pierwsza aplikacja daje bardziej matowe wykończenie. Delikatne barwiąc usta poprawia ich wygląd. Im więcej warstw nałożymy, tym kolor staje się bardziej intensywny i lśniący. Cudo! Barwnik wsiąka w usta i tylko podczas kilku pierwszych zetknięć ze szklanką może delikatnie pozostawić ślad. Nie jest to problemem, bo nadmiar produktu można starym sposobem odcisnąć na chusteczce.


   Jak dla minie jest to produkt idealny. Mimo sporej kolekcji pomadek, błyszczyków czy tintów, to właśnie on gości na moich ustach najczęściej. A wy znalazłyście swój ideał?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger