Wiecie, maseczki to podstawa mojej pielęgnacji. Opowiadałam Wam, że już jako kilkuletnie dziecko chciałam ich używać. Ah ta glinka nałożona w cichej tajemnicy przed wszystkimi w wieku kilku lat ;) wtedy trochę mnie popiekła, a dziś glinki kocham szczerą, kosmetyczną miłością. I mam nawet taką jedną, do której wciąż wracam. I dziś chcę Wam powiedzieć o niej kilka słów. Moi Drodzy- oto Rosy Cheek od Lush. Już chyba stały gość mojej łazienki. Mój mały sekret i wybawca.
Uwielbiam to jak przyjemna jest moja skóra po jej uzyciu- gładka, czysta i w idealnej kondycji. Wszystkie podrażnienia znikają jak za dotknięcem magicznej różdżki. Wszystkie zaczerwienienia są złagodzone. Do tego jej różany zapach jest idealie wyważony- ani za cięzki, ani zbyt mocny.
Ja wiem, że maski można robić samemu, zmieszać glinkę z wodą różaną i tak też kiedyś robiłam. Teraz jednak doceniam wygodne i szybkie rozwiązania. Nic nie trzeba mieszać, maska a zawsze idealną konsystencję, świetnie się nakłada.
Polecam!
Uwielbiam to jak przyjemna jest moja skóra po jej uzyciu- gładka, czysta i w idealnej kondycji. Wszystkie podrażnienia znikają jak za dotknięcem magicznej różdżki. Wszystkie zaczerwienienia są złagodzone. Do tego jej różany zapach jest idealie wyważony- ani za cięzki, ani zbyt mocny.
Ja wiem, że maski można robić samemu, zmieszać glinkę z wodą różaną i tak też kiedyś robiłam. Teraz jednak doceniam wygodne i szybkie rozwiązania. Nic nie trzeba mieszać, maska a zawsze idealną konsystencję, świetnie się nakłada.
Polecam!







