czwartek, 27 grudnia 2012

Hobbit: Niezwykła podróż

   Nie, nie czytałam książki. Tak, widziałam film. Tak, kolejny raz po obejrzeniu filmu cieszyłam się, że nie zaczęłam od książki, a właśnie od filmu. Dziś o filmie chciałabym napisać kilka słów.

www.filmweb.pl

   Film jest długi. Trwa 2 godziny 49 minut. Bardzo lubię "Władcę Pierścieni", więc byłam ciekawa tego filmu. Każdą część ekranizacji trylogii Tolkiena oglądałam bez chwili znudzenia, a nawet przy napisach końcowych zdarzało mi się czuć niedosyt. No cóż, tym razem niezupełnie tak było.
 
Hobbit facebook

   Film jest zrobiony pięknie. Zazwyczaj nie przepadam za filmami w trójwymiarze, jednak tutaj byłam bardzo zadowolona z takiej wersji. Wszystko wyglądało bardzo realnie. Piękno widoków było spotęgowane wrażeniem namacalności. Widoki były równie piękne co we Władcy, ale trójwymiar potęgował to piękno jeszcze bardziej. Przez większą część filmu myślałam, że chciałabym kiedyś być w tak pięknych miejscach (Nowa Zelandio kiedyś przybędę!). Aktorzy grali świetnie i tak też wyglądali. Jakość filmu jest świetna. ładnie widać wszelkie detale, wszystko było świetnie dobrane.

The Hobbit fb

   Hobbit został podzielony na 3 części, rzekomo powodem jest chęć wiernego oddania tekstu literackiego. Ja swoje wiem. Wiem dobrze, że chodzi tu o pieniądze. Film momentami się ciągnął. Pewne wątki, dialogi były aż za bardzo rozbudowane. Wolałabym aby pewne rzeczy były pominięte i film składał się z 2 części maksymalnie. Jednakże cieszę się, że widziałam ten film. Jeżeli macie 3 godziny wolnego czasu, możecie poświęcić je na obejrzenie tego filmu. Jednak zalecam kino, aby móc się nacieszyć tą jakością.

http://forum.cdaction.pl

   Wybieracie się na Hobbita?

środa, 26 grudnia 2012

Yankee Candle, Christmas Rose

   Christmas rose jest tłumaczone jako Świąteczna róża. Przeprowadziłam małe śledztwo i dowiedziałam się, że istnieje roślina nazywana Różą Bożego Narodzenia. Ciemiernik biały jest tak nazywany, ponieważ kwitnie właśnie w tym okresie. Od momentu tego odkrycia zaczęłam inaczej podchodzić do tego wosku. Wcześniej trochę się tego zapachu obawiałam. Bo co ma róża do świąt? Później zaczęłam sobie przypominać, iż roślina ze zdjęcia nie jest mi całkowicie nieznana. Chyba gdzieś miałam okazję już ją spotkać, co jest bardzo prawdopodobne, bo jest ona w Polsce uprawialna. Zapach pamiętam jak przez mgłę, ogrodnik ze mnie marny, wiec też nie mam pewności, czy dobrze zapach pamiętam. Moja ciekawość sięgała zenitu. Przyszła więc pora, aby się z woskiem zapoznać. Jaki był tego efekt? Czy jest to kolejny trafiony zapach?


  To był ciężki dzień. Marzysz o kąpieli w wannie wypełnionej gorącą wodą i pianą. Jednak co zrobić gdy masz tylko prysznic? Nic prostszego! Weź ciepły koc, miękką poduszkę i zapal Christmas Rose. Zamknij oczy. Poczujesz się jak w luksusowej wannie pełnej gęstej piany pachnącej różami. Pomieszczenie jest piękne, skąpane w świetle świec. Ładnie udekorowane sosnowymi gałązkami. Zapach jest przyjemny, wypełnia całe pomieszczenie. W odróżnieniu od zwykłej kąpieli- zapachem możesz rozkoszować się wiele godzin. Zapach jest intensywny, relaksujący, uspakajający.  Kolejnym atutem takiej wonnej kąpieli jest fakt, że woda nigdy nie będzie zimna, piana nie osłabnie, a zapach będzie intensywny przez wiele godzin.



    Zdradzę wam, że ten zapach na tyle mnie odpręża, że zakupiłam kilka wosków na zapas, zwłaszcza, że obecnie jest w promocji. To kolejny z wosków, który bardzo polecam. Zwłaszcza osobom lubiącym długie wylegiwanie się w wannie, w gęstej pianie pachnącej różami.

wtorek, 25 grudnia 2012

Yankee Candle, Apple & pine needle

   Święta trwają w najlepsze. Mam nadzieje, że jest to dla Was szczęśliwy czas i tego Wam właśnie życzę. Przez ostatnich kilka dni pewnie wiele z Was miało całą masę przygotowań, tak jak ja. Dziś, już wszystko jest zrobione i należy tylko celebrować ten czas. Jednak chciałabym przedstawić pewien zapach, który według producenta ma pachnieć świątecznie. Jak dla mnie on pachnie? Jak zawsze postaram się opisać ten zapach pewną krótką historyjką, wspomnieniem. Pewnie ten post byłby bardziej na miejscu kilka dni temu, jednakże wcześniej nie miałam czasu, aby o nim napisać. A bardzo mi zależy, aby ten zapach pojawił się tutaj. Ciekawych zapraszam do poniższego tekstu. :-)



   Przygotowania do świąt idą pełną parą. Coś się piecze, coś się gotuje. Ale i dom wymaga przystrojenia. Nie idę na strych. Kartony z ozdobami leżą już w salonie. Przywołują miłe wspomnienia. Delikatnie dotykam białego kartonu w złote gwiazdki i uśmiecham się do wspomnień. Pamiętam, gdy pierwszy raz stroiliśmy choinkę tymi bombkami. Była brązowa, była czerwona, złota i piękna butelkowozielona, wszystkie w półmacie. Ooo, kolejny karton. Ciekawa jestem czy są tam jeszcze te drewniane, czerwone krasnale, które zawsze wieszamy na suchych gałęziach? Oh, tak! Są! I sztuczne, plastikowe jabłuszka. Ile one już mają lat! Ooo, są też złote prezenciki na choinkę. I atłasowe kokardki! Tyle wspomnień! Choinki jeszcze nie ma. Obcuję z tymi ozdobami. Dotykam je z pewnego rodzaju namaszczeniem. Pachną wspomnieniem świąt. Przeszłością. Ubiegłorocznymi szyszkami, jakimiś wysuszonymi pojedynczymi igiełkami, które przypadkowo trafiły do kartonów. Mają w sobie też zapach tych wieloletnich kartonów.

   Zapach pachnie świętami. Jednak nie takimi z moich wyobrażeń- czyli nie znajdziemy tu ciasta, świeżego drzewka. Ale takimi, które już dawno przeminęły, wywietrzały. Nie mam nawet pewności czy ubiegłorocznymi. Jestem zrelaksowana, uśmiechnięta. Ten zapach ma w sobie kurz, ma tajemnicę. Pachnie tradycją ubierania choinki z tatą. To z pewnością jeden z moich faworytów. Z przyjemnością będę do niego wracać nie tylko w grudniu.

Technicznie: zapach jest intensywny, nadaje się do dużych pomieszczeń. Następnego dnia palenie wosku nie jest konieczne, ponieważ nadal króluje w pomieszczeniu.

niedziela, 23 grudnia 2012

Jak ozdobić dom na Święta?

   Święta. Milion gadżetów. Wiele z was pewnie się głowi w ostatniej chwili jak przyozdobić dom. Część ma pewnie wszystko już zrobione. W sklepach jest cała masa przeróżnych figurek, zabawek, podkładek i innych cudeniek mających budować klimat. Co może pomóc stworzyć atmosferę Świąt?


1. Lampki choinkowe zawieszone przy oknach.
2. Na szafce/komodzie rozkładamy girlandę z czerwonymi kokardami, białymi lampkami choinkowymi, stawiamy świeczki i szklane przedmioty, aby odbijały światło.
3. Do przeźroczystej bombki wkładamy lampki choinkowe (na zdjęciu już gotowa bombka), bombkę wkładamy do szklanego naczynia.
4. Patrz pkt. 2
5. 6. Girlanda bez światełek i ze światełkami, zawieszona na oknie lub na pustym fragmencie ściany.
7. Proste, nowoczesne "choinki", wystarczy kupić i postawić np. na podłodze.
8. Różnego rodzaju krasnale, Mikołaje czy inne świąteczne figurki postawione na parapetach, stolikach czy regałach.
9. Prosty wieniec. Świeczka w towarzystwie sztucznych lub prawdziwych iglaków. Przyczepiamy kokardki, malutkie bombki lub jakiekolwiek inne ozdoby świąteczne.
10. Świeczniki a koło nich brokatowe renifery, które pięknie odbijają światło.
11. Świeczki, Nie może ich zabraknąć. Na zdjęciu Ikea.
12. Suszone liście trawy, pomalowane srebrnym sprayem. Zaczepiamy na nie lampki choinkowe i bez żadnego schematu przyczepiamy spinacze np. z wizerunkiem Św. Mikołaja.

   Oczywiście nie zapominamy o choince i jemiole.

   Na zdjęciu jest tylko część świątecznych ozdób, każda z nich reprezentuje pewną kategorię ozdób, które tworzą ten klimat.

Dekorujecie swoje domy, mieszkania, pokoje?

środa, 19 grudnia 2012

Yankee Candle, Christmas Tree

   Kolejna Świąteczna propozycja Yankee Candle, kolejna nawiązująca do zapachu świątecznego drzewka. Czy pachnie poszukiwaniem drzewka? Ubieraniem? A może przywołuje na myśl wspomnienie wypoczynku na kanapie i widoku już ubranej choinki?


   Choinka została już przyniesiona do domu. Kilka razy została poprzestawiana, ale trafiła na idealne miejsce. Zostały zawieszone na niej także lampki, jednobarwne. Wygląda już tak pięknie! Jednak nie może na niej zabraknąć słodkości. Przysiadłam na rogu kanapy, tak aby napawać się jej widokiem. Zaczęłam mocować sznureczki do lizaków lasek w kolorowe paski. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła czy są smaczne. Mmm, lekko eukaliptusowe, bardzo słodkie.

   I tak właśnie pachnie Świąteczne Drzewko Yankee Candle- sosną i eukaliptusowymi, bardzo słodkimi cukierkami.

   Zdecydowanie nie przywodzi mi na myśl odświeżacza do toalet ani innych tego typu produktów. A często wybieram tego typu produkty.

   Wieszacie lizaki na choince?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Ciasto cynamonowe

Ciasto powstało przypadkiem. Miały być bułeczki, jednak zabrakło mi chęci do lepienia ich. Pod ręką pojawił się też słoik z dżemem. Ciasto jest pyszne. Najlepsze jeszcze na ciepło. Doskonałe do kawy, dobre jako śniadanie. Może zrobię je na Święta?
 


Potrzebujemy:

600 g mąki pszennej
100 g cukru +150 g cukru (najlepiej brązowego)
szczypta soli
21 g suchych drożdży
100 g masła +150 g masła (najlepiej zmrożonego)
400 ml mleka
2 jajka
cynamon
dżem z czarnej porzeczki


   Mąkę, cukier (100g), sól i drożdże mieszamy. Masło (100g) rozpuszczamy, mieszamy z mlekiem i jajkiem. Wlewamy do suchych składników. Mieszamy do uzyskania jednolitej, sprężystej masy. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na 30 minut.

   Wykładamy pierwszą warstwę ciasta.. Tarkujemy (lub kładziemy plastry) masło na nią, posypujemy cukrem (najlepiej brązowym) i obficie cynamonem. Wykładamy kolejną warstwę ciasta i smarujemy dżemem z czarnej porzeczki (można pominąć). Wykładamy kolejną warstwę ciasta i ponownie kładziemy masło, cukier i cynamon. Nakładamy ostatnią warstwę ciasta, bardzo cienką. Posypujemy brązowym cukrem.

   Przykrywamy i odstawiamy na 15 minut. Pieczemy w tremepraturze 230C 30-40 minut

sobota, 15 grudnia 2012

Znalazła się właścicielka prezentu!

   W Mikołajki napisałam Wam, że Mikołaj zostawił u mnie prezent. Poszukiwania trochę trwało. 4 osoby rozpoznały w nim swoją własność. Każda z biorących osób wykazała, że mnie obserwuje, a część wykonała także inne kroki, abym uwierzyła, że to właśnie jej prezent. Detektor wykazał, iż Mikołaj zostawił osobie, której pseudonim widnieje na czarnym polu. Jest nią:



   Bello, serdecznie Ci gratuluję. Proszę, prześlij mi adres do wysyłki (wszystkocomniezachwyca@gmail.com). 

Wszystkim dziękuję za udział. 



piątek, 14 grudnia 2012

Yankee Candle. Happy Christmas

   Przygotowania do szczęśliwych świąt idą pełną parą. Kobiety w kuchni, mężczyźni na zakupach lub biegają i kończą wieszanie lampek dookoła domu. Jeszcze jest dużo czasu, ale i dużo do zrobienia. Do  Wigilii został jeden dzień. Robię coś w kuchni, jednak myślami jestem w innym miejscu. Nie skupiam się na zapachach.



-No gdzie on jest! Dwie godziny, a on ciągle lata po tych sklepach! Przecież tyle jest choinek, to żaden problem wybrać jedną z nich! No a ze sklepu miał przywieźć tylko kilka drobnych rzeczy!
-Spokojnie. Zapomniałaś, że w takie dni jak dzisiejszy w sklepach są gigantyczne kolejki? Przecież wszystkim wszystko się kończy...
-No tak! Racja. Ale mógłby już wrócić. Tyle jeszcze roboty. Miał powiesić lampki w pokoju na górze, ale nie zdążył rano. I trzeba jeszcze dzisiaj odśnieżyć, a także ubrać choinkę. A, i iść na strych i znieść ozdoby...

   <rozlegają się kroki i stuknięcie drzwiami>>

-Jak dobrze, że już jesteś. A gdzie choinka? W garażu, muszę ją zdjąć z bagażnika..
-A czym Ty tak pachniesz? Czyżbym czuła żurawinę? Chyba jej nie zjadłeś?! Miała być do ciasta!
-Eeee... ykhm! No zjadłem. Ale spokojnie kupiłem jeszcze trzy paczki.

   <po czym wszyscy poczęstowaliśmy się kwaśną żurawiną>

   Zapach jest lekki. Nie ma dużej siły rażenia. Z pewnością producent się nie pomylił ze słowem happy w nazwie. Zapach jest wesoły, radosny. Choinka? Owszem jest, ale bardzo daleko. Kwaśna żurawina gra pierwsze skrzypce. Wolałabym, aby zapach był mocniejszy, jednak z pewnością trafia na listę zapachów, które lubię.

EDYCJA: Zapach ma dużą siłę. Był zapachem, który wybrałam na Sylwestra. Pachniała nim cała klatka schodowa (jeden kominek 1/3 wosku), a także całe mieszkanie (1/3 wosku, drugi kominek). Najwidoczniej wcześniej do kominka wkładałam zbyt małą ilość.

środa, 12 grudnia 2012

Balea, Bodymousse Himbeere, malinowy mus do ciała

   Kolejny kosmetyk, który trafił do mnie od Kasi. O zachwytach nad żelem pod prysznic z tej samej serii pisałam niedawno. Czy ten balsam tak samo mnie zachwycił? A może wręcz przeciwnie? Może mnie zraził konsystencją, zapachem i działaniem? Bo jednak w przypadku balsamów czy musów do ciała oczekuję czegoś więcej niż zapachu? Ciekawych odpowiedzi zapraszam do lektury niniejszego postu.


   Skoro jako pierwszą wymieniłam konsystencję, o niej napiszę także jako pierwszej. Producent nazwał produkt musem, jednak ja się z nim do gońca się nie zgodzę. Jak dla mnie to raczej jogurt. Malinowy, a jakże. W przepięknym różowym kolorze. W kolorze jogurtu malinowego z rozgniecionymi malinami, ale bez ich kawałków, czyli dokładnie tak jak lubię. Wygląda tak apetycznie, że po zdjęciu foli zabezpieczającej miałam ochotę pójść do kuchni i go zjeść. Ba, miałam ochotę wsadzić tam paluszek i spróbować czy jest tak samo dobry jak wygląda. No cóż, nie ryzykowałam, chociaż zapanowanie nad tym pragnieniem było trudne. Jakiś znak ostrzegawczy na wieczku by się przydał.

   Efektu wizualne były spotęgowane zapachem. Zapach podobny do żelu, jednak bardziej kwaskowaty. Przyjemnie malinowy, nie mdlący. Poezja. Doskonałe uzupełnienie żelu. Jak kupować, to najlepiej w duecie.


   Mimo tego, że mam suchą skórę, nie przepadam za smarowaniem się po myciu (a robię to do max. 5 po zakończeniu czynności) balsamami. Zapach i konsystencja w tym przypadku pomagały mi to robić z przyjemnością. Jednak jak było z jego działaniem? Balsam nawilżał, dobrze się rozprowadzał. Skóra dość szybko pożywiała się tym musem. Nawilżenie było widoczne, ale nie oszukujmy się, spektakularnie to on nie nawilżał. Ale od tego mam cięższą artylerię w postaci olei i mocniejszych balsamów.

   Zapach na skórze utrzymuje się dość długo. W sam raz do pokrzątania się chwilę po domu przed zaśnięciem.

   Miał tylko jedną wadę. Otóż, nie raz podczas odkręcania wypadł mi z rąk. Z uwagi na konsystencję kończyło się to dość sporą ilością sprzątania.

   Podsumowując: polecam!

   Lubicie zapach malin w kosmetykach? Znacie jakieś malinowe kosmetyki?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Figs & Rogue, Aloe & mint

   O balsamach Figs&Rogue słyszałam wiele. Nina Dobrev, Emma Watson i wiele, wiele innych pięknych kobiet w wywiadach podawało te produkty jako swoje ulubione. Moją chęć potęgował fakt, że nie są one dostępne na wyciągnięcie ręki (no ostatnio już jest lepiej, bo w Polsce są dostępne w sklepach internetowych) oraz to, że są w 100% organiczne. Gdy Lili likwidowała swój sklepik, kupiłam 3 sztuki. Dziś będzie o pierwszym z nich, największym- balsamie, który łączy w sobie aloes i miętę.


   Lubię puszeczki. Duże, małe, okrągłe, kwadratowe. Lubię rzeczy ładne. Z pewnością opakowanie wpisuje się w moje upodobania. Dwa odcienie zieleni, biel, odrobina czerwieni i czerni. Prosto, ale też  ładnie. Wypukłe litery z nazwą producenta. Jeden minus- zamknięcie. Za pierwszym razem myślałam, że pójdę po większy sprzęt, bo żadnym sposobem nie mogłam dostać się do środa, ale z pomocą przyszła mi pomocna, męska dłoń. Niestety pudełeczko już się dobrze na powrót nie zatrzaskuje. Zakrętka trzyma się dobrze, ale czułabym się bezpieczniej, gdyby może były jakieś zabezpieczenia przed otwarciem.

   Po otwarciu zastał mnie widok białej mazi z lekką skórką na wierzchu. Naturalny produkt. Nie zraziło mnie to. Zapach do najprzyjemniejszych też nie należy. Wolałabym, aby był bardziej miętowy. No ale to nie perfumy. Przywykłam do zapachów naturalnych produktów, więc mnie to nie zraziło. Aczkolwiek nie nazwałabym tego zapachu ładnym.

   Masełko ma konsystencję zależną od temperatury otoczenia. Jednakże gdy jest twarde, szybko pod dotykiem paluszka się rozpuszcza. Jest też wydajne.


   Produkt ten najczęściej jest polecany do ust, ale producent zaleca aplikację produktu także na twarz, ręce i jako balsam do ciała. Co do ostatniego, to no cóż, tylko na wybrane partie, bo najzwyczajniej szkoda by było zużyć ten balsamik raz dwa. Na twarz też doraźnie, po jest trochę zbyt tłusty. Ale! Ale to jest doskonały produkt do zabezpieczania nosa, obszaru twarzy między nim a ustami i samych ust podczas przeziębienia. Gdy w czasie przeziębienia przypomniałam sobie o tej małej puszeczce szybko się nią wysmarowałam. Ależ to byłą ulga! Czułam się ukojona, usta na powrót stały się miękkie i nawilżone. Przestałam odczuwać spękania! Także kolejne przykładanie chusteczek nie było mi straszne, bo miałam barierę ochronną, która dość długo się utrzymywała. Takich efektów nie zauważałam stosując produkt w zwykłe dni. Z pewnością do Blisstexu i Carmexu mu daleko. Jednak w czasie choroby największą ulgę przynosiło mi stosowanie właśnie tego masełka. Dopiero teraz je doceniłam.

   Zazwyczaj produkt ten używałam jako krem do skórek. I tu z jego działania byłam zadowolona. gdybym ja jeszcze robiła to regularnie to miałabym piękne skórki!

   Dopiero teraz doceniłam jego działanie. Może nie jest to ideał do codziennego używania, ale jako niezbędnik w damskiej kosmetyczce powinien znaleźć swoje miejsce.

sobota, 8 grudnia 2012

Yankee Candle, Soft Blanket

   Gdy pogoda nas nie rozpieszcza lubię skryć się z książką (a raczej czytnikiem), ogromnym kubkiem kawy, herbaty lub gorącej czekolady, przykryć się mięciutkim kocykiem i poczytać. Gdy pomyślałam, że mógłby temu towarzyszyć zapach tego właśnie kocyka, pomyślałam, że będzie idealnie. Długo czekałam na odpowiedni dzień, aby Soft Blanket był idealnym towarzyszem. Czy tak było?



   Chciałabym napisać, że wszystko zgrało się idealnie. Że czułam się ciepło i bezpiecznie. Że mimo paskudnej pogody odczuwałam ciepło. Że mój polarowy kocyk tak pachnie. No cóż, nie tym razem. Historyjki też nie będzie. Zapach jest z pewnością ciepły i na swój sposób słodki. Czy czysty? Z pewnością nie w sensie świeżo wysprzątanego domu. Zabrakło mi też puszystości. Jednak nie jest to kulinarna słodycz, bardziej kulinarne są drobne znaki cytrusów, bardzo możliwe, że limonek. Zapach przyjemny, jednak bez szaleństw. Ja bym tego wosku nie poleciła, jako jednego z pierwszych wosków YC. Zapach jest ładny, jednak ja drugi raz go nie kupię. Nie jest to moja kategoria zapachowa. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Ho, ho, ho! Mikołaj przyszedł i zostawił coś dla Was!

   Byłyście grzeczne? A może byłyście tak (nie)grzeczne jak ja, że przemiły Pan przyniósł wam prezenty? A może nie był to Mikołaj lecz Gwiazdor? Schował pod poduszką czy wsadził do buta? U mnie był! I był na tyle miły, że obdarował nie tylko mnie, ale i Was! Zostawił coś w złotym kartoniku! Co to jest? Co to jest? Dla kogo Mikołaj przyniósł tę paczuszkę?



   Jeżeli masz ochotę rozpieścić swoje włosy na Wigilię lub Sylwestra szamponem Alicna Royal (tu moja recenzja) napisz mi dlaczego Mikołaj zostawił tę paczkę właśnie dla Ciebie (niestety zapomniał jej podpisać!). Bardzo chętnie będę pośredniczyć w jej przekazaniu. Forma przekazu dowolona. Mikołaj weźmie pod uwagę 20 najciekawszych odpowiedzi, a pośród nich zrobi losowanie. Podczas tego losowania będą brane pod uwagę dodatkowe punkty, które zostaną zamienione na losy.. Punkty się sumują za:

1. Czy podzieliłaś się wiadomością o rozdaniu (wraz ze zdjęciem)- na blogu w notce (+4 punkty), pasku bocznym (+1 punkt)  lub facebooku (+1 punkt)
2. Masz mnie w blogrollu (+2 punkty)
3. Lubisz mnie na facebooku (+1 punkt)

   Powyższe warunki są opcjonalne. Warunkiem koniecznym jest bycie publicznym obserwatorem bloga oraz udzielenie odpowiedzi na pytanie dlaczego ta paczka należeć powinna do Ciebie.

4. Osoby, które najczęściej do tej pory tu komentowały otrzymują 2 dodatkowe punkty są to: 9thPrincess(13) Alieneczka(12) Bella(88) Ev(12) Hexx ana(17) Karola(18) Karotka(21) Marti(68) Nena(25) Ola(19) Pink Caster Sugar(14) Una(12) Wdowa Po Stalinie(14)  dzolls(24) elle(13) karminowe.usta(22) katarzyna.marika(15) simply_a_woman(31) zoila(76)

   Wszystkich chętnych zapraszam do udziału w tym rozdzaniu do piątku 14.12.2012 roku. Zwycięzca zostanie ogłoszony najpóźniej 17.12.2012 roku, a przesyłka zostanie niezwłocznie nadana, aby zdążyła dojść przed świętami.

Proszę o zgłoszenia w jednym komentarzu tylko pod tą notką w schemacie:

Obserwuję jako:
Notka na blogu: TAK/ NIE link
Pasek boczny: TAK/NIE link
Blogroll: TAK/NIE link
Facebook: nazwa
Dlaczego do Ciebie powinien trafić ten prezent? 


Jeżeli jest to inna forma odpowiedzi niż pisemna, proszę o nadesłanie jej na maila wszystkocomniezachwyca@gmail.com, a w ostatnim punkcie o zaznaczenie, iż została ona przesłana e-mailowo.

Zgłoszenia w innym formacie nie będą brane pod uwagę.

Wiadomość dla osób ciekawych pochodzenia nagrody: szampon jest całkowicie nowy i świeży. Jest on moją wygraną w konkursie na stornie internetowej www.tomaszimny.com. Z racji posiadania zbyt dużego zbioru a także magicznego czasu jakim jest grudzień chciałabym, aby ktoś z was mógł wypróbować ten szampon. Mam nadzieję, że zwycięzca będzie z niego tak samo zadowolony jak ja. 


Edit. Z racji, ze jeszcze nikt się nie zgłosił. Postanowiłam wprowadzić zmianę w regulaminie, aby zwiększyć szansę osób, które nie chcą spełniać dodatkowych wymagań.

wtorek, 4 grudnia 2012

Pomysł na śniadanie lub deser: kasza manna z masłem orzechowym i dżemem z czarnej porzeczki

   Dziś chciałabym podzielić się z wami z pomysłem na śniadanie lub smaczny deser. Kasza jest niedoceniana, najczęściej kojarzona z mlekiem dla dzieci. Jednak kto powiedział, że nie można jej jeść także w późniejszych latach? Wiele nie potrzeba, a posiłek będzie syty. Można zjeść na ciepło lub na zimno, ja wolę na zimno.



   Potrzebujemy (na 2 porcje):
2 szklanki mleka
3 łyżki kaszy mannej
1 łyżkę masła orzechowego
1 łyżkę cukru trzcinowego (można dodać więcej lub mniej, w zależności od upodobań i słodkości dżemu)
1 łyżkę dżemu z czarnej porzeczki

   Z 2 szklanek mleka odlewamy pół szklanki. W tej połowie mieszamy kaszę, a resztę doprowadzamy do wrzenia. Gdy zawrze dodajemy roztwór kaszy i cukier. Gotujemy przez 7 minut na małym ogniu.
Dodajemy masło orzechowe i mieszamy. Rozlewamy do miseczek oraz dodajemy dżem. I gotowe! Gdy odstawimy na kilka godzin do lodówki stężeje.

   Lubicie kaszę?

niedziela, 2 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada

   Chętnie podczytuję na innych blogach takie podsumowania, więc pomyślałam, że fajnie będzie gdy i ja takie zrobię. Zamierzam robić takie podsumowanie co miesiąc. Ale nie przeciągajmy zbyt długo :) Jeżeli jesteście ciekawe, co najczęściej gościło w zeszłym miesiącu na mym licu, zapraszam do dalszej lektury. ;) Jednakże zacznę od drugiej połowy miesiąca, w której najczęściej sięgałam po:


   chusteczki... Niestety. Aby załagodzić skutki zużywania ich szybszego niż zużywanie wody musiałam wytoczyć cięższy sprzęt. Nigdy nie myślałam, że naturalny olejek herbaciany może zdziałać takie cuda! Gdy jednego dnia obudziłam się z bolącymi pęcherzami nie myśląc długo sięgnęłam właśnie po niego. No cóż, nie powiem, że nie bolało. Bolało i to jak cholera! Ale jestem w stanie cierpieć dla tego efektu. Następnego dnia, był już strupek. Goiło się bardzo szybko. Jest genialny i nie dopuszczę, aby zabrakło go w mojej kosmetyczce.


   Niestety, ale olejek wysusza, więc musiałam sobie jakoś z tym radzić. Krem do rąk z Biedronki bardzo dobrze się sprawdzał do nawilżania ust i obszaru pomiędzy nimi i nosem. Także sięgałam często po masełko Figs & Rogue. Choroba pomogła mi przekonać się do tego produktu. Więcej o nim napiszę na dniach.


   W pierwszej części miesiąca sięgałam codziennie po kosmetyki kolorowe. Jednakże z racji na wiele spotkań, musiałam mieć makijaż delikatny. Mimo mojej wcześniejszej niechęci do Inglota przekonałam się do nich na tyle, że inne cienie poszły w odstawkę, a mój zbiór się szybko powiększył. Jestem także bardzo zadowolona z wosku do brwi tej samej firmy. Na policzkach jak zawsze królowało The Balm. Z uwagi na wymóg delikatnego makijażu wybierałam róże Frat Boy lub Down Boy, konturowałam twarz bronzerem Bahama Mama. Gdy mogłam bardziej poszaleć próbowałam nauczyć się obsługi Benetintu Benefitu. Marry-Lou dawała zbyt duże rozświetlenie, więc do łask powrócił puder Translucent Glow Physicians Formula, który oswoiłam za pomocą pędzla Essence z edycji limitowanej Wild Craft. Co do pędzli- bardzo polubiłam też zakrzywiony pędzel do eyelinera firmy Manhattan, który dostałam od Dzollsa . Kreski malowałam też kajalem Essence w kolorze Taupe me. Inna kredka, znana jako "podnośnik" Catrice służyła mi częściej do malowania linii wodnej. Rzęsy tuszowałam kuleczką L'oreal. Na twarzy najczęściej gościł podkład mineralny polskiej firmy Pixie. W weekendy sięgałam też po  Balm Shalter The Balm.

Znacie te kosmetyki? Może po niektóre z nich też sięgacie? Lubicie czytać o ulubieńcach miesiąca?


sobota, 1 grudnia 2012

I mnie diabeł skusił...

   Broniłam się przed tym kilka lat. Często słyszałam, że nie żyję, bo mnie tam nie ma. Nigdy nie było mi to potrzebne. Od pewnego czasu czułam narastającą chęć wkroczenia w to miejsce. Stało się. Od dziś zamieszkałam także na facebooku. Gdybyście mieli ochotę być ze mną także tam, zapraszam:


   Sądzę, że będą pojawiały się tam zapowiedzi przyszłych postów, a także to, co moim zdaniem, jest zbyt drobne by napisać o tym całą notkę właśnie tu. Chciałabym, aby konto na fb było uzupełnieniem bloga, a także możliwością większego kontaktu z wami.

Z racji powiększenia tego wirtualnego poletka, na blogu przybyły nowe gadżety:


Jak podchodzicie do fb?




LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...