00:42

Znalazła się właścicielka prezentu!

Znalazła się właścicielka prezentu!
   W Mikołajki napisałam Wam, że Mikołaj zostawił u mnie prezent. Poszukiwania trochę trwało. 4 osoby rozpoznały w nim swoją własność. Każda z biorących osób wykazała, że mnie obserwuje, a część wykonała także inne kroki, abym uwierzyła, że to właśnie jej prezent. Detektor wykazał, iż Mikołaj zostawił osobie, której pseudonim widnieje na czarnym polu. Jest nią:



   Bello, serdecznie Ci gratuluję. Proszę, prześlij mi adres do wysyłki (wszystkocomniezachwyca@gmail.com). 

Wszystkim dziękuję za udział. 



09:54

Yankee Candle. Happy Christmas

Yankee Candle. Happy Christmas
   Przygotowania do szczęśliwych świąt idą pełną parą. Kobiety w kuchni, mężczyźni na zakupach lub biegają i kończą wieszanie lampek dookoła domu. Jeszcze jest dużo czasu, ale i dużo do zrobienia. Do  Wigilii został jeden dzień. Robię coś w kuchni, jednak myślami jestem w innym miejscu. Nie skupiam się na zapachach.



-No gdzie on jest! Dwie godziny, a on ciągle lata po tych sklepach! Przecież tyle jest choinek, to żaden problem wybrać jedną z nich! No a ze sklepu miał przywieźć tylko kilka drobnych rzeczy!
-Spokojnie. Zapomniałaś, że w takie dni jak dzisiejszy w sklepach są gigantyczne kolejki? Przecież wszystkim wszystko się kończy...
-No tak! Racja. Ale mógłby już wrócić. Tyle jeszcze roboty. Miał powiesić lampki w pokoju na górze, ale nie zdążył rano. I trzeba jeszcze dzisiaj odśnieżyć, a także ubrać choinkę. A, i iść na strych i znieść ozdoby...

   <rozlegają się kroki i stuknięcie drzwiami>>

-Jak dobrze, że już jesteś. A gdzie choinka? W garażu, muszę ją zdjąć z bagażnika..
-A czym Ty tak pachniesz? Czyżbym czuła żurawinę? Chyba jej nie zjadłeś?! Miała być do ciasta!
-Eeee... ykhm! No zjadłem. Ale spokojnie kupiłem jeszcze trzy paczki.

   <po czym wszyscy poczęstowaliśmy się kwaśną żurawiną>

   Zapach jest lekki. Nie ma dużej siły rażenia. Z pewnością producent się nie pomylił ze słowem happy w nazwie. Zapach jest wesoły, radosny. Choinka? Owszem jest, ale bardzo daleko. Kwaśna żurawina gra pierwsze skrzypce. Wolałabym, aby zapach był mocniejszy, jednak z pewnością trafia na listę zapachów, które lubię.

EDYCJA: Zapach ma dużą siłę. Był zapachem, który wybrałam na Sylwestra. Pachniała nim cała klatka schodowa (jeden kominek 1/3 wosku), a także całe mieszkanie (1/3 wosku, drugi kominek). Najwidoczniej wcześniej do kominka wkładałam zbyt małą ilość.

08:30

Balea, Bodymousse Himbeere, malinowy mus do ciała

Balea, Bodymousse Himbeere, malinowy mus do ciała
   Kolejny kosmetyk, który trafił do mnie od Kasi. O zachwytach nad żelem pod prysznic z tej samej serii pisałam niedawno. Czy ten balsam tak samo mnie zachwycił? A może wręcz przeciwnie? Może mnie zraził konsystencją, zapachem i działaniem? Bo jednak w przypadku balsamów czy musów do ciała oczekuję czegoś więcej niż zapachu? Ciekawych odpowiedzi zapraszam do lektury niniejszego postu.


   Skoro jako pierwszą wymieniłam konsystencję, o niej napiszę także jako pierwszej. Producent nazwał produkt musem, jednak ja się z nim do gońca się nie zgodzę. Jak dla mnie to raczej jogurt. Malinowy, a jakże. W przepięknym różowym kolorze. W kolorze jogurtu malinowego z rozgniecionymi malinami, ale bez ich kawałków, czyli dokładnie tak jak lubię. Wygląda tak apetycznie, że po zdjęciu foli zabezpieczającej miałam ochotę pójść do kuchni i go zjeść. Ba, miałam ochotę wsadzić tam paluszek i spróbować czy jest tak samo dobry jak wygląda. No cóż, nie ryzykowałam, chociaż zapanowanie nad tym pragnieniem było trudne. Jakiś znak ostrzegawczy na wieczku by się przydał.

   Efektu wizualne były spotęgowane zapachem. Zapach podobny do żelu, jednak bardziej kwaskowaty. Przyjemnie malinowy, nie mdlący. Poezja. Doskonałe uzupełnienie żelu. Jak kupować, to najlepiej w duecie.


   Mimo tego, że mam suchą skórę, nie przepadam za smarowaniem się po myciu (a robię to do max. 5 po zakończeniu czynności) balsamami. Zapach i konsystencja w tym przypadku pomagały mi to robić z przyjemnością. Jednak jak było z jego działaniem? Balsam nawilżał, dobrze się rozprowadzał. Skóra dość szybko pożywiała się tym musem. Nawilżenie było widoczne, ale nie oszukujmy się, spektakularnie to on nie nawilżał. Ale od tego mam cięższą artylerię w postaci olei i mocniejszych balsamów.

   Zapach na skórze utrzymuje się dość długo. W sam raz do pokrzątania się chwilę po domu przed zaśnięciem.

   Miał tylko jedną wadę. Otóż, nie raz podczas odkręcania wypadł mi z rąk. Z uwagi na konsystencję kończyło się to dość sporą ilością sprzątania.

   Podsumowując: polecam!

   Lubicie zapach malin w kosmetykach? Znacie jakieś malinowe kosmetyki?

11:10

Figs & Rogue, Aloe & mint

Figs & Rogue, Aloe & mint
   O balsamach Figs&Rogue słyszałam wiele. Nina Dobrev, Emma Watson i wiele, wiele innych pięknych kobiet w wywiadach podawało te produkty jako swoje ulubione. Moją chęć potęgował fakt, że nie są one dostępne na wyciągnięcie ręki (no ostatnio już jest lepiej, bo w Polsce są dostępne w sklepach internetowych) oraz to, że są w 100% organiczne. Gdy Lili likwidowała swój sklepik, kupiłam 3 sztuki. Dziś będzie o pierwszym z nich, największym- balsamie, który łączy w sobie aloes i miętę.


   Lubię puszeczki. Duże, małe, okrągłe, kwadratowe. Lubię rzeczy ładne. Z pewnością opakowanie wpisuje się w moje upodobania. Dwa odcienie zieleni, biel, odrobina czerwieni i czerni. Prosto, ale też  ładnie. Wypukłe litery z nazwą producenta. Jeden minus- zamknięcie. Za pierwszym razem myślałam, że pójdę po większy sprzęt, bo żadnym sposobem nie mogłam dostać się do środa, ale z pomocą przyszła mi pomocna, męska dłoń. Niestety pudełeczko już się dobrze na powrót nie zatrzaskuje. Zakrętka trzyma się dobrze, ale czułabym się bezpieczniej, gdyby może były jakieś zabezpieczenia przed otwarciem.

   Po otwarciu zastał mnie widok białej mazi z lekką skórką na wierzchu. Naturalny produkt. Nie zraziło mnie to. Zapach do najprzyjemniejszych też nie należy. Wolałabym, aby był bardziej miętowy. No ale to nie perfumy. Przywykłam do zapachów naturalnych produktów, więc mnie to nie zraziło. Aczkolwiek nie nazwałabym tego zapachu ładnym.

   Masełko ma konsystencję zależną od temperatury otoczenia. Jednakże gdy jest twarde, szybko pod dotykiem paluszka się rozpuszcza. Jest też wydajne.


   Produkt ten najczęściej jest polecany do ust, ale producent zaleca aplikację produktu także na twarz, ręce i jako balsam do ciała. Co do ostatniego, to no cóż, tylko na wybrane partie, bo najzwyczajniej szkoda by było zużyć ten balsamik raz dwa. Na twarz też doraźnie, po jest trochę zbyt tłusty. Ale! Ale to jest doskonały produkt do zabezpieczania nosa, obszaru twarzy między nim a ustami i samych ust podczas przeziębienia. Gdy w czasie przeziębienia przypomniałam sobie o tej małej puszeczce szybko się nią wysmarowałam. Ależ to byłą ulga! Czułam się ukojona, usta na powrót stały się miękkie i nawilżone. Przestałam odczuwać spękania! Także kolejne przykładanie chusteczek nie było mi straszne, bo miałam barierę ochronną, która dość długo się utrzymywała. Takich efektów nie zauważałam stosując produkt w zwykłe dni. Z pewnością do Blisstexu i Carmexu mu daleko. Jednak w czasie choroby największą ulgę przynosiło mi stosowanie właśnie tego masełka. Dopiero teraz je doceniłam.

   Zazwyczaj produkt ten używałam jako krem do skórek. I tu z jego działania byłam zadowolona. gdybym ja jeszcze robiła to regularnie to miałabym piękne skórki!

   Dopiero teraz doceniłam jego działanie. Może nie jest to ideał do codziennego używania, ale jako niezbędnik w damskiej kosmetyczce powinien znaleźć swoje miejsce.

00:07

Yankee Candle, Soft Blanket

Yankee Candle, Soft Blanket
   Gdy pogoda nas nie rozpieszcza lubię skryć się z książką (a raczej czytnikiem), ogromnym kubkiem kawy, herbaty lub gorącej czekolady, przykryć się mięciutkim kocykiem i poczytać. Gdy pomyślałam, że mógłby temu towarzyszyć zapach tego właśnie kocyka, pomyślałam, że będzie idealnie. Długo czekałam na odpowiedni dzień, aby Soft Blanket był idealnym towarzyszem. Czy tak było?



   Chciałabym napisać, że wszystko zgrało się idealnie. Że czułam się ciepło i bezpiecznie. Że mimo paskudnej pogody odczuwałam ciepło. Że mój polarowy kocyk tak pachnie. No cóż, nie tym razem. Historyjki też nie będzie. Zapach jest z pewnością ciepły i na swój sposób słodki. Czy czysty? Z pewnością nie w sensie świeżo wysprzątanego domu. Zabrakło mi też puszystości. Jednak nie jest to kulinarna słodycz, bardziej kulinarne są drobne znaki cytrusów, bardzo możliwe, że limonek. Zapach przyjemny, jednak bez szaleństw. Ja bym tego wosku nie poleciła, jako jednego z pierwszych wosków YC. Zapach jest ładny, jednak ja drugi raz go nie kupię. Nie jest to moja kategoria zapachowa. 

00:49

Ho, ho, ho! Mikołaj przyszedł i zostawił coś dla Was!

Ho, ho, ho! Mikołaj przyszedł i zostawił coś dla Was!
   Byłyście grzeczne? A może byłyście tak (nie)grzeczne jak ja, że przemiły Pan przyniósł wam prezenty? A może nie był to Mikołaj lecz Gwiazdor? Schował pod poduszką czy wsadził do buta? U mnie był! I był na tyle miły, że obdarował nie tylko mnie, ale i Was! Zostawił coś w złotym kartoniku! Co to jest? Co to jest? Dla kogo Mikołaj przyniósł tę paczuszkę?



   Jeżeli masz ochotę rozpieścić swoje włosy na Wigilię lub Sylwestra szamponem Alicna Royal (tu moja recenzja) napisz mi dlaczego Mikołaj zostawił tę paczkę właśnie dla Ciebie (niestety zapomniał jej podpisać!). Bardzo chętnie będę pośredniczyć w jej przekazaniu. Forma przekazu dowolona. Mikołaj weźmie pod uwagę 20 najciekawszych odpowiedzi, a pośród nich zrobi losowanie. Podczas tego losowania będą brane pod uwagę dodatkowe punkty, które zostaną zamienione na losy.. Punkty się sumują za:

1. Czy podzieliłaś się wiadomością o rozdaniu (wraz ze zdjęciem)- na blogu w notce (+4 punkty), pasku bocznym (+1 punkt)  lub facebooku (+1 punkt)
2. Masz mnie w blogrollu (+2 punkty)
3. Lubisz mnie na facebooku (+1 punkt)

   Powyższe warunki są opcjonalne. Warunkiem koniecznym jest bycie publicznym obserwatorem bloga oraz udzielenie odpowiedzi na pytanie dlaczego ta paczka należeć powinna do Ciebie.

4. Osoby, które najczęściej do tej pory tu komentowały otrzymują 2 dodatkowe punkty są to: 9thPrincess(13) Alieneczka(12) Bella(88) Ev(12) Hexx ana(17) Karola(18) Karotka(21) Marti(68) Nena(25) Ola(19) Pink Caster Sugar(14) Una(12) Wdowa Po Stalinie(14)  dzolls(24) elle(13) karminowe.usta(22) katarzyna.marika(15) simply_a_woman(31) zoila(76)

   Wszystkich chętnych zapraszam do udziału w tym rozdzaniu do piątku 14.12.2012 roku. Zwycięzca zostanie ogłoszony najpóźniej 17.12.2012 roku, a przesyłka zostanie niezwłocznie nadana, aby zdążyła dojść przed świętami.

Proszę o zgłoszenia w jednym komentarzu tylko pod tą notką w schemacie:

Obserwuję jako:
Notka na blogu: TAK/ NIE link
Pasek boczny: TAK/NIE link
Blogroll: TAK/NIE link
Facebook: nazwa
Dlaczego do Ciebie powinien trafić ten prezent? 


Jeżeli jest to inna forma odpowiedzi niż pisemna, proszę o nadesłanie jej na maila wszystkocomniezachwyca@gmail.com, a w ostatnim punkcie o zaznaczenie, iż została ona przesłana e-mailowo.

Zgłoszenia w innym formacie nie będą brane pod uwagę.

Wiadomość dla osób ciekawych pochodzenia nagrody: szampon jest całkowicie nowy i świeży. Jest on moją wygraną w konkursie na stornie internetowej www.tomaszimny.com. Z racji posiadania zbyt dużego zbioru a także magicznego czasu jakim jest grudzień chciałabym, aby ktoś z was mógł wypróbować ten szampon. Mam nadzieję, że zwycięzca będzie z niego tak samo zadowolony jak ja. 


Edit. Z racji, ze jeszcze nikt się nie zgłosił. Postanowiłam wprowadzić zmianę w regulaminie, aby zwiększyć szansę osób, które nie chcą spełniać dodatkowych wymagań.

09:50

Pomysł na śniadanie lub deser: kasza manna z masłem orzechowym i dżemem z czarnej porzeczki

Pomysł na śniadanie lub deser: kasza manna z masłem orzechowym i dżemem z czarnej porzeczki
   Dziś chciałabym podzielić się z wami z pomysłem na śniadanie lub smaczny deser. Kasza jest niedoceniana, najczęściej kojarzona z mlekiem dla dzieci. Jednak kto powiedział, że nie można jej jeść także w późniejszych latach? Wiele nie potrzeba, a posiłek będzie syty. Można zjeść na ciepło lub na zimno, ja wolę na zimno.



   Potrzebujemy (na 2 porcje):
2 szklanki mleka
3 łyżki kaszy mannej
1 łyżkę masła orzechowego
1 łyżkę cukru trzcinowego (można dodać więcej lub mniej, w zależności od upodobań i słodkości dżemu)
1 łyżkę dżemu z czarnej porzeczki

   Z 2 szklanek mleka odlewamy pół szklanki. W tej połowie mieszamy kaszę, a resztę doprowadzamy do wrzenia. Gdy zawrze dodajemy roztwór kaszy i cukier. Gotujemy przez 7 minut na małym ogniu.
Dodajemy masło orzechowe i mieszamy. Rozlewamy do miseczek oraz dodajemy dżem. I gotowe! Gdy odstawimy na kilka godzin do lodówki stężeje.

   Lubicie kaszę?

09:00

Ulubieńcy listopada

Ulubieńcy listopada
   Chętnie podczytuję na innych blogach takie podsumowania, więc pomyślałam, że fajnie będzie gdy i ja takie zrobię. Zamierzam robić takie podsumowanie co miesiąc. Ale nie przeciągajmy zbyt długo :) Jeżeli jesteście ciekawe, co najczęściej gościło w zeszłym miesiącu na mym licu, zapraszam do dalszej lektury. ;) Jednakże zacznę od drugiej połowy miesiąca, w której najczęściej sięgałam po:


   chusteczki... Niestety. Aby załagodzić skutki zużywania ich szybszego niż zużywanie wody musiałam wytoczyć cięższy sprzęt. Nigdy nie myślałam, że naturalny olejek herbaciany może zdziałać takie cuda! Gdy jednego dnia obudziłam się z bolącymi pęcherzami nie myśląc długo sięgnęłam właśnie po niego. No cóż, nie powiem, że nie bolało. Bolało i to jak cholera! Ale jestem w stanie cierpieć dla tego efektu. Następnego dnia, był już strupek. Goiło się bardzo szybko. Jest genialny i nie dopuszczę, aby zabrakło go w mojej kosmetyczce.


   Niestety, ale olejek wysusza, więc musiałam sobie jakoś z tym radzić. Krem do rąk z Biedronki bardzo dobrze się sprawdzał do nawilżania ust i obszaru pomiędzy nimi i nosem. Także sięgałam często po masełko Figs & Rogue. Choroba pomogła mi przekonać się do tego produktu. Więcej o nim napiszę na dniach.


   W pierwszej części miesiąca sięgałam codziennie po kosmetyki kolorowe. Jednakże z racji na wiele spotkań, musiałam mieć makijaż delikatny. Mimo mojej wcześniejszej niechęci do Inglota przekonałam się do nich na tyle, że inne cienie poszły w odstawkę, a mój zbiór się szybko powiększył. Jestem także bardzo zadowolona z wosku do brwi tej samej firmy. Na policzkach jak zawsze królowało The Balm. Z uwagi na wymóg delikatnego makijażu wybierałam róże Frat Boy lub Down Boy, konturowałam twarz bronzerem Bahama Mama. Gdy mogłam bardziej poszaleć próbowałam nauczyć się obsługi Benetintu Benefitu. Marry-Lou dawała zbyt duże rozświetlenie, więc do łask powrócił puder Translucent Glow Physicians Formula, który oswoiłam za pomocą pędzla Essence z edycji limitowanej Wild Craft. Co do pędzli- bardzo polubiłam też zakrzywiony pędzel do eyelinera firmy Manhattan, który dostałam od Dzollsa . Kreski malowałam też kajalem Essence w kolorze Taupe me. Inna kredka, znana jako "podnośnik" Catrice służyła mi częściej do malowania linii wodnej. Rzęsy tuszowałam kuleczką L'oreal. Na twarzy najczęściej gościł podkład mineralny polskiej firmy Pixie. W weekendy sięgałam też po  Balm Shalter The Balm.

Znacie te kosmetyki? Może po niektóre z nich też sięgacie? Lubicie czytać o ulubieńcach miesiąca?


20:43

I mnie diabeł skusił...

I mnie diabeł skusił...
   Broniłam się przed tym kilka lat. Często słyszałam, że nie żyję, bo mnie tam nie ma. Nigdy nie było mi to potrzebne. Od pewnego czasu czułam narastającą chęć wkroczenia w to miejsce. Stało się. Od dziś zamieszkałam także na facebooku. Gdybyście mieli ochotę być ze mną także tam, zapraszam:


   Sądzę, że będą pojawiały się tam zapowiedzi przyszłych postów, a także to, co moim zdaniem, jest zbyt drobne by napisać o tym całą notkę właśnie tu. Chciałabym, aby konto na fb było uzupełnieniem bloga, a także możliwością większego kontaktu z wami.

Z racji powiększenia tego wirtualnego poletka, na blogu przybyły nowe gadżety:


Jak podchodzicie do fb?




23:06

Yankee Candle, Christmas Cupcake.

Yankee Candle, Christmas Cupcake.
   Idę ulicą. Jest zimno. Na nowo odkrywam drogę, którą dobrze znam. Czuję chłód, myślę o kubku gorącej kawy. Rozglądam się po sklepowych witrynach. Mijam jeden sklep, drugi, trzeci i kilka kolejnych. Aż w końcu widzę coś nowego. Przeszklona witryna, a za nią piękne babeczki. Nie, nie muffiny, bo mają więcej ozdób na nich. Ależ urocze! I jest taka, która wygląda jak bałwanek. Piękny. Prosty, ale piękny. Tak sobie myślę, że może mają tu też kawę i do tej kawy zamówię sobie taką babeczkę. Ma milion kalorii, ale przecież raz się żyje! Sprawdzę czy dobre. Wchodzę, lekko się ślizgam po kafelkach, ale w końcu zbliżam się do mojego celu. Wyciągam rękę iii... i to nie babeczka! To pięknie zapakowany błyszczyk. Szkoda. Ale natura kosmetykomaniaczki się we mnie odzywa i gra z rozsądkiem, że przecież taki gadżecik mogłabym przygarnąć skoro wpadł już w moje łapki. No dobrze, pomacam testerek i pomyślę. Rozchylam bałwanka a tam słodki ulepek. Może i odrobinę babeczkowy, ale do ideału mu daleko. Jest słodko, bardzo słodko i trochę mdło. No cóż, nie pójdę z nim do domu. Bałwanek stoi w witrynie, a ja idę dalej. Kawa będzie taka jak zazwyczaj, bez babeczki. Ale to i lepiej!



   Długo myślałam jak opisać ten zapach. Moje święta i wypieki pachną całkiem inaczej. Nie czuję tu domowego ciepła, a właśnie taką sztuczną słodycz, która wabi z wystawy, a przy bliższym poznaniu okazuje się nie warta tych kilku złotych. Sam zapach jest intensywny, jednak na mnie wrażenia nie robi.

00:35

Virtual, Fashionmania, 182 Royal Blue

Virtual, Fashionmania, 182 Royal Blue
   Jakiś czas temu będąc w Biedronce zauważyłam lakiery. Przeszłam obojętnie. Takich razów było kilka. Za którymś razem ujrzałam piękny kolor. Takiego w swojej kolekcji nie miałam. Spojrzałam na cenę i stwierdziłam, że wezmę. Zwłaszcza, że jak do tej pory nie miałam lakieru firmy Virtual. Czy był to dobry zakup?


   Lakier kilka dni poleżał, aż w końcu stwierdziłam, że pora się z nim zmierzyć. Wyciągnęłam go z blistra (bardzo podoba mi się taki amerykański sposób pakowania kosmetyków, wtedy mam pewność, że nikt nie zrobił sobie z niego testera) i przystąpiłam do malowania paznokci bez pozytywnego nastawienia. I jakież było moje zaskoczenie! Pędzelek wręcz sam malował i nawet ładnie udało mi się położyć lakier. Jedna warstwa była absolutnie wystarczająca. Szybko wyschła, dołożyłam drugą warstwę tylko z przyzwyczajenia. Wow! Efekt niesamowity.


   Lakier nosiłam z czystą przyjemnością, na moich mocno rozdwojonych paznokciach bez uszczerbków (a przy ciemnym lakierze przecież takie są bardzo widoczne) przez 5 dni bez żadnego lakieru nawierzchniowego! Nie spodziewałam się tego po nim.  No i jeszcze fakt, że kolor jest identyczny jak w buteleczce i sam z siebie pięknie lśni... Ja niczego więcej nie wymagam.

   A poniżej mały tuning- dołożyłam lakier Color Club Jingle Jangle z kolekcji Beyond the Mistletoe, który pokazywałam już tutaj.


Używałyście lakierów Vritual?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger