niedziela, 26 sierpnia 2012

Q by Colour Alike, All Inclusive, 168 mohito

    Lakiery z serii All Inclusive Q by Color Alike podbiły moje serce. W zasadzie to ta kolekcja rozbudziła we mnie zainteresowanie tą firmą. Zachwyt pobudziła trwałość lakieru 165 żar tropików. Czy lakier 168 mohito jest równie dobry?


   Kolor, podobnie jak 165 żar tropików, jest trudny do zdefiniowania. W zależności od pogody raz staje się bardziej niebieski, a raz bardziej zielony. Zdjęcia były robione w słoneczny dzień, na zewnątrz. Kolor w dni deszczowe lub w pomieszczeniu staje się o wiele bardziej zielony.


   Lakier doskonale się rozprowadza, do pełnego krycia potrzeba 2 grubych lub 3 cienkich warstw. Lakier niesamowicie lśni, chociaż znów mam problem z odgniataniem pościeli, więc i tak stosuję top coat (na zdjęciach bez). 

   Polecam!

środa, 15 sierpnia 2012

Muffiny na jogurcie z brzoskwiniami, kakao i gorzką czekoladą


   Miały być czekoladowe muffiny z brzoskwiniami z przepisu na muffiny z rabarbarem, ale jak się okazałao- miałam zbyt mało mleka. Szybkie spojrzenie na zawartość lodówki- jest jogurt. Długo nie musiałam analizować sytuacji, aby wiedzieć, że z jogurtem też spróbuję. Masa była dość gęsta, ale połączenie gorzkeigo kakao i czekolady ze słodkimi brzoskwiniami było bardzo obiecujące. I takie właśnie było! Lekko gorzkie, przełamane słodyczą brzoskwiń. Przepyszne. 


   Potrzebujemy (na 24 muffiny):

  • 400 g mąki
  • 400 g jogurtu naturalnego
  • 220 g cukru
  • 100 g czekolady gorzkiej
  • 8 łyżek oleju (u mnie z orzechów włoskich)
  • 6-7 brzoskwiń
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki kakao
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

   Składniki suche: mąkę, cukier, kakao, sodę i proszek do pieczenia mieszamy razem. W innym pojemniku mieszamy składniki mokre- jogurt, jaja, olej. Wlewamy mokre do suchego. Dodajemy pokrojone w kostkę brzoskwinie i posiekaną drobno czekoladę. Mieszamy.  Pieczemy 15 minut w 175C. 

   Co myślicie o takim połączeniu?

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Laminowanie włosów żelatyną

Od kilku dni w sieci jest głośno o laminowaniu włosów żelatyną. Brzmiało ciekawie i trochę egzotycznie(?). Zabieg jest obietnicą wielkiego blasku włosów, który zawdzięczamy domkniętym łuskom włosów oraz oszczędnością 500 zł, które wydalibyśmy na podobny zabieg u fryzjera. Czytając blogi widziałam zdumiewające efekty u prostowłosych dziewczyn. Moje włosy jednak mają tendencję do lekkiego kręcenia/ falowania. Obawiałam się efektu wyprostowania włosów (a i takie opinie czytałam), a także ulizania ich. Czy słusznie? Czy należę do kolejnych fanek tego doraźnego sposobu nabłyszczania włosów czy raczej do grupy drugiej, która różnicy nie zauważyła?

Do przeprowadzenia "zabiegu" potrzebujemy:

  • miseczki
  • 1 łyżki żelatyny (u mnie Gellwe)
  • 0,5 łyżki maski/ odżywki do włosów (u mnie henna treatment wax)
  • 3 łyżki gorącej wody
  • + dodałam 10 kropel aloesu 10x stężonego


Zaczęłam od nałożenia na włosy mydełka Sesa (jednak nie jest to uwzględnione w laminowaniu). Po około 30 minutach przygotowałam sobie maskę. W 3 łyżkach gorącej wody rozmieszałam 1 łyżkę żelatyny. Zostawiłam, aby ostygło. W tym czasie umyłam włosy szamponem w kostce Tigi. Osuszyłam włosy ręcznikiem. Żelatynę wymieszałam z połową łyżki maski do włosów i 10 kroplami aloesu (moje włosy bardzo go lubią i falują się/ kręcą po nim). Maska była bardzo gęsta i musiałam jej poświęcić trochę czasu, aby równomiernie nałożyć ją na włosy. Gdy już nałożyłam maskę, nałożyłam na głowę reklamówkę oraz ręcznik. Spędziłam tak ok. 50 minut. Po tym czasie spłukałam całość lodowatą wodą, co również zabrało mi trochę czasu.

Pierwszym moim wrażeniem było, że włosy są bardzo sztywne i podatne na łamanie, takie kruche. Jednak im dłużej schły, tym bardziej stawały się miękkie. Po pewnym czasie zaczęły się bardziej falować niż kręcić. Jednak wydaje mi się, iż ten efekt to bardziej zasługa aloesu niż samego laminowania.

Jaki jeszcze był efekt? Napuszenia włosów. Włosy nie były gładkie tak jak się tego spodziewałam i raczej nie były bardziej błyszczące. Jeżeli chodzi o blask, to mogę taki uzyskać odżywkami do włosów. Bezstronny obserwator również uznał, że różnicy nie widzi. Może ona była, jednak dość mała. Z pewnością były też bardziej odbite od skóry głowy niż zazwyczaj oraz bardziej sypkie.

Podsumowując: nie jest to zabieg dla mnie, podobnie jak płukanie octem. Może jeszcze kiedyś spróbuję dodając więcej żelatyny?

Czy dałyście się skusić blogom i także wypróbowałyście tę metodę? Jeżeli tak, to jaki był efekt?


niedziela, 12 sierpnia 2012

Papryka faszerowana

   Szukacie czegoś smacznego na obiad? Czegoś co będzie łatwe w przygotowaniu? Ale czegoś co nie tylko nas nakarmi, ale także zaspokoi potrzeby wizualne? Proszę bardzo! Papryka faszerowana.



   Potrzebujemy:

500 g mielonego mięsa
6 średnich papryk
12 plastrów sera żółtego
0,5 szklanki ryżu (przed ugotowaniem)
1,5 szklanki bulionu

przyprawy: pieprz, ostra papryka, szczypta soli
odrobina tłuszczu: oliwa z oliwek/ oliwa z suszonych pomidorów/ olej/ masło
(cebula)

   Mięso zarumieniłam na patelni, mocno doprawiłam. Można dodać także cebulę i ją zeszklić z mięsem. Ryż ugotować, ale wyjąć wcześniej niż zazwyczaj (niech będzie jeszcze trochę twardy). Mieszamy mięso z ryżem i jeszcze raz do smaku doprawiamy.

   Paprykę oczyszczamy. Wnętrze również przyprawiamy. Wykładamy serem żółtym i nadziewamy mięsem z ryżem.

   Wstawiamy do naczynia żaroodpornego wysmarowanego tłuszczem (u mnie oliwa z suszonych pomidorów), podlewamy bulionem i zasłaniamy folią.

   Piec w piekarniku o temperaturze 200C. Po ok. 25 minutach zdjąć folię i piec jeszcze kilka minut.

   Polecam podawać z sosem pomidorowym z ziołami.


Lubicie faszerowaną paprykę?

piątek, 10 sierpnia 2012

Essence, Miami Roller Girl, blush, 01 Dates in skates

   W sieci drogerii Rossman właśnie pojawia się nowa edycja limitowana Essence o nazwie Miarmi Roller Girl. Jest to kolorowa edycja. Bardzo w moich kolorach. Jednak oglądając zdjęcia promocyjne nic mnie nie zauroczyło, nawet róż. Sytuacja zmieniła się, gdy miałam okazję zobaczyć tester różu na żywo. Jeden produkt, a daje nam 3 kolory. I to jakie kolory! Mój dzisiejszy wpis zdecydowanie nie będzie recenzją, a jedynie wodzeniem na pokuszenie niezdecydowanych czytelników bloga.



   Róż nie tylko pięknie wygląda na opakowaniu, przeniesiony na skórę wygląda jeszcze piękniej. Wszystkie 3 warianty mi się podobają (oczywiście, że już zdążyłam przetestować je na moim licu). Produkt wygląda pięknie, ale jest jedna rzecz, która mnie w nim drażni. Jest nią opakowanie. Nie rozumiem jak tak piękny kosmetyk można zapakować w tak szpetne opakowanie. Widać, że nie jest to solidny plastik, gdy mu się przyglądam, wydaje się tłusty (chociaż taki nie jest), widać śrubki, nie jest solidne. Na myśl przywodzi mi jedynie opakowanie zastępcze, które ma chronić róż tylko do czasu przełożenia go do palety (ciekawa jestem czy pasował by do tej z Inglota?).


   Przez kilka godzin nosiłam róż na ręce (skutek robienia zdjęć) i muszę przyznać, że róż jest bardzo trwały, mam nadzieję, że na buzi efekt też taki pędzie. 


   A czy wy planujecie zakup tego różu? Lubicie pomarańczowe róże?

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Dlaczego nigdy więcej nie zrobię zakupów w pewnym sklepie internetowym?

   W ostatnich dniach lipca doszły mnie słuchy, iż drogeria internetowa paatal.pl oferuje do końca miesiąca darmową przesyłkę do paczkomatów. Zachęcona przejrzałam ich ofertę, jednak postanowiłam zakupów nie robić. Jednak mój mężczyzna na kilka rzeczy się skusił, więc zadowolony zakupami w korzystnej cenie złożył zamówienie. Po kilku dniach stwierdziłam, że skorzystam z promocji i zamówię kilka rzeczy. Czyli pozornie normalna sprawa. Z racji innych terminów składania zamówień, nie połączyliśmy ich. I z jednej strony cieszę się, że tak się stało, bo mamy teraz potwierdzenie tego, że ta firma nie szanuje swoich klientów. Dlaczego tak piszę, dowiecie się w dalszej części posta.

   Pierwszy problem pojawił się z ich formularzem. Oboje grzecznie składając zamówienie wybraliśmy na stronie drogerii paczkomat, do którego chcemy, aby nasze przesyłki trafiły. No cóż, firmie to nie wystaczy i pisze jeszcze maila, aby takie dane dosłać. Dobrze, założyłam konto na Inpost, wysłałam maila z ponowną deklaracją tego samego paczkomatu, jednakże podając adres, a nie jego numer. No cóż, przerosło to obsługę sklepu, która ponownie wysłała mi dokładnie takiego samego maila z automatu jak wcześniej (bo łatwiej kazać 3 raz wskazywać paczkomat niż spisać sobie jego numerek), pominę fakt, że takie wysyłanie maili przeciąga realizację zamówienia. Napisałam firmie, co myślę o tym wielokrotnym wskazywaniu paczkomatu oraz o wiadomości z automatu, bez wyszczególnienia o co im właściwie chodzi (wszak klientki mają zdolność czytania w myślach). Na odpowiedź się nie doczekałam. A żeby było wcześniej między jedną wiadomością o wskazanie paczkomatu a drugą dostałam informację o wysyłce paczki (szkoda tylko, że nie było to prawda, a paczka została nadana dopiero dwa dni później).


   W międzyczasie przyszło męskie zamówienie. Po otrzymaniu wiadomości mój mężczyzna pognał je szybko odebrać. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że do męskiego zamówienia dostał w prezencie różowy błyszczyk Bourjois. No cóż, pomyślał, że zrobi mi prezent. Jednak coś go podkusiło i najpierw chciał sprawdzić kolor. I bardzo dobrze zrobił! Okazało się, że gratis jaki otrzymał był wcześniej nawet nie tyle co testowany, ale UŻYWANY. Wygrzebany spory dołek (każda błyszczykomaniaczka wie, że trzeba sporo czasu pracować nad takim zużyciem) plus jakiś brud, piasek. Rarytasik. Do dnia dzisiejszego mój mężczyzna. nie otrzymał wiadomości w tej sprawie, chociaż liczyliśmy, że była to własność pracownika, która przypadkowo się zawieruszyła.

   Brak kontaktu w sprawie błyszczyka przekonywał nas, że raczej to był celowo umieszczony gratisik. Po odebraniu mojej dzisiejszej przesyłki wiem, że przypadek to nie był. Moje zamówienie przyszło w dobrym stanie (paletka Sleek Oh So Special, już bez krateczki, bez paluchów, maseczka miała zabezpieczenie producenta). Dostałam dwa gratisy- dużą maskę Wax (mimo tego, że moje zamówienie było niższe niż to, które obligowało do otrzymania takiego prezentu) i tusz do rzęs, który był obiecany do zamówienia na głównej stronie sklepu. I na pierwszy rzut oka wszystko było pięknie. Nie długo. Nie zdążyłam chwycić gratisowego tuszu do rzęs a przywitał mnie wystający z niego dość długi włos. O czym to świadczy? O tym, że ktoś go używał, podobnie jak błyszczyk. 

   Taki zbieg okoliczności? Wierzycie w taki splot wydarzeń? Jak dla mnie wszystko jest oczywiste. Dobrze chociaż, że produkty zamówione przyszły w stanie idealnym. Jednak wolę nie otrzymywać żadnych GRATISÓW niż UŻYWANE produkty. Najwidoczniej obsługa sklepu ma swoich klientów za bandę idiotów, która będzie wniebowzięta z powodu otrzymania UŻYWANYCH PRODUKTÓW, nawet jeżeli jest to tylko (albo aż) gratis do zamówienia.


UPDATE 7/08/2012 
Otrzymałam odpowiedź na maila, którego wysłałam rano. Firma nie była zaskoczona, że trafił się używany gratis, ponieważ nie sprawdzają ich zawartoci... No i rozbawiło mnie do łez stwierdzenie, iż sklep "nie jest w stanie usatysfakcjonować każdego klienta".

Catrice, Gel Eyeliner, 040 Sherlock & Khaki Holmes

   Essence i Catrice mają w zwyczaju dwa razy do roku rezygnować z części asortymentu, a na ich miejsce wprowadzać nowe produktu. Często zostają wycofane produkty bardzo dobre, czy i tym razem tak będzie? Z jesiennych zapowiedzi mało co zachwyca. Wiele osób wzburza fakt, że za każdym razem producent wycofuje najfajniejsze kolory eyelinerów. I tym razem postanowiono wycofać ze sprzedaży jeden kolor, którym jest bohater naszego postu. W związku z tym to jest ostatni moment, aby powiększyć swoje zbiory o ten eyeliner, o ile jest to dobry produkt. Na pytanie czy jest to dobry produkt odpowiem w dzisiejszym poście.



   Już od pierwszej próby polubiłam żelowe eyelinery (zdaje się, że był to czarny z Essence). Od zawsze uwielbiam także kolory natury. Eyeliner Sherlock & Khaki Holmes ma do tego jeszcze zabawną nazwę. I jak mogłam się nie skusić? Pełna ekscytacji podjęłam się pierwszej próby namalowania pięknej kreski i co? I klapa. Myślałam, że może zły pędzelek a może kwestia praktyki. Poszłam to zmyć. I co? No właśnie NIC. Produkt tak dobrze się trzyma, że zmycie go z oczu to jakiś dramat. Jedynie olej sobie dobrze radzi (i mleczko LUSHa 9to5). Ale bez tarcia usunąć go dokładnie jest ciężko. Z pewnością ma to swoje zalety- nie rozmazuje się, można swobodnie używać go na plażę czy basen, jeżeli ktoś lubi makijaż w takich miejscach.

 
   Po kilku dniach postanowiłam ponowić próbę. Takich prób było kilka, bo kolor jest bardzo ładny. Problemem tego produktu jest to, że nie chce się rozprowadzać równomiernie- tam gdzie idzie pędzelek robi się prześwit, a po bokach nadmiar. Kreskę trzeba powtarzać, co powoduje nałożenie zbyt dużej warstwy produktu. O namalowaniu rzeczywiście cieniutkiej, tylko zagęszczającej rzęsy kresce można zapomnieć. Wniosek: jest to produkt dla osób lubiących wyraźne kreski.


(powyższe zdjęcie pokazuje produkt po próbie zmycia go micelem i wacikiem)

P.S. Producent podaje 6 miesięcy od otwarcia produktu jako jego datę przydatności. U mnie ten czas upłynął jednak eyeliner wciąż wygląda i "zachowuje się"  jak zaraz po pierwszym otwarciu.


   Jeżeli o mnie chodzi to nie kupiłabym go ponownie, ponieważ namalowanie nim ładnej kreski nie jest łatwe i trzeba do tego wiele cierpliwości. Wiele cierpliwości trzeba także mieć do demakijażu. Wiem, że jest też wiele osób zadowolonych z tego produktu. Jednak ja nie jestem. A  wy używałyście eyelinerów Catrice?

sobota, 4 sierpnia 2012

Basic, Vanilla matt lip gloss colour, high coverage, czerwony

   Stand firmy Basic mnie nie kusił, podobnie jak asortyment drogerii Schlecker. Stand nie zachęca do zakupów, a część kosmetyków wygląda bazarowo. Gdy zaczęły pojawiać się w sieci głosy odnośnie modnych matowych błyszczyków wiedziałam, że muszę spróbować. A gdy nadarzyła się okazja- kupiłam. Czy podzielam pozytywne opinie na ich temat?


   Aplikacja- po ustach sunie bardzo dobrze. Gładko. Z pewnością nie stawia oporu, daje nawet wrażenie nawilżenia i małej ilości oleju. Po chwili na ustach efekt "suchego" olejku zanika. Po kilkunastu minutach usta stają się ściągnięte. Sam aplikator nie jest zły, ale mógłby być lepszy. Dobrze rozprowadza produkt, jednak trzeba uważać przy konturach. Zawsze można nałożyć produkt na środek, a brzegi wyregulować pędzelkiem. Myślę, iż przydałaby się bardzo cienka końcówka.

   Kolor- piękna czerwień. wykończenie matowe, która w tym macie rzeczywiście ładnie wygląda (dość naturalnie jak na taki mocny kolor). I o dziwo, ten błyszczyk przeważnie noszę solo.


   Smaku nie ma. A może gdyby na siłę doszukiwać się to raczej bym powiedziała, że waniliowy, chociaż to raczej zasługa jego zapachu. Z pewnością ten zapach nie jest mdły, a raczej przyjemny (a do miłośniczek wanilii w kosmetykach nie należę).

   Trwałość- bardzo przyzwoita. Jeżeli nie jemy i pijemy tylko przez słomkę, wieczorne wyjście jest w stanie spokojnie wytrzymać. Deser swobodnie wytrzyma, gorzej przy tłustych daniach. Jestem bardzo zadowolona.


   Bardzo lubię ten produkt. Ma piękny odcień czerwieni, matowe, ale ładne wykończenie, wysuszenie ust można jeszcze zaakceptować (bo po posmarowaniu czymś porządnym usta bez problemu wracają do wcześniejszego stanu. Niska cena zachęciła mnie do zakupu wszystkich trzech dostępnych u mnie błyszczyków, z chęcią zapoluję także na czwarty.

   Używałyście kosmetyków firmy Basic?


czwartek, 2 sierpnia 2012

Co zabrać na wakacje?

   Nie, nie będę pisać o tym czy lepiej wybrać klapki czy sandałki. Będę pisać o książkach, które ostatnio przeczytałam i chcę je wam polecić. Nie będę ich streszczać, by nie psuć przyjemności z czytania. No to zaczynamy:

"Rhett Butler. Przeminęło z wiatrem - kontynuacja" Donald, McCaig



   Nie wiem dlaczego, ale jeżeli chodzi Scarlett i jej historię to jest w niej coś, co powoduję, że z czytania książki czy oglądania filmu kolejny raz, wciąż czerpię przyjemność. Po przeczytaniu "Przeminęło z wiatrem" byłam trochę smutna, że to już koniec. Jednak pewnego razu, podczas moich pierwszych wakacji z Krakowie na targu staroci zobaczyłam książkę z napisem "Scarlett". Odeszłam na chwilę, by zaraz po nią wrócić. Niestety ktoś mnie ubiegł. Było mi smutno. Jednak nie poddałam się i udało mi się ją przeczytać kilkanaście dni później. I kolejny raz po zakończeniu czytania było mi smutno, że to "już". Jednak po 2 latach surfując po siedzi zobaczyłam właśnie ten tytuł. Tym razem zwlekałam z przeczytaniem, bo wiedziałam, że tym razem to już musi być koniec. Cieszyła mnie jednak myśl, że jeszcze trochę będę mogła nacieszyć się tą historią. Czy rzeczywiście się nią nacieszyłam?

   Z pewnością książkę czytało mi się dobrze, jednak to już nie było to samo. Coś mi nie grało, tak jakby były jakieś nieprawidłowości między tą powieścią a pierwowzorem. Książkę z pewnością czyta się dobrze, jednak moim zdaniem to najsłabsza z książek dotyczących tej pary. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to zła książka, bo tak nie jest. Dobra, lekka w sam raz na wakacje. Z pewnością czytana na leżaku zadowoli czytelnika. Może gdyby nie te zgrzyty z pierwowzorem oceniłabym ją lepiej.

"Ukradziona twarz: mieć 20 lat w Kabulu" Latifa, Hachemi Chékéba


   To z pewnością moja mama zaraziła mnie sympatią do tego typu książek. Gdy któraś z nas wynajdzie taką, której jeszcze nie czytałyśmy mówimy sobie i czytamy. Nie lubimy gdy historie są mocno naciągane (tak jak "Minaret"). Tę książkę z pewnością mogę polecić. Szesnastoletnia dziewczyna ma wiele pomysłów na siebie i optymizmu. Nie nosi burki, słucha muzyki, ma przyjaciół (nawet kolegów). Jeden dzień odmienia wszystko. Nowy reżim, a z planów nici. Tajne leczenie, tajne nauczanie. Dla lubiących ten typ literatury mogę śmiało polecić.

"Bohaterka pustyni" Donya Al-Nahi


   Czyli detektyw Rutkowski w spódnicy. No może nie zupełnie. Autorka książki, a zarazem jej główna bohaterka jest angielką i muzłumanką z wyboru. Przede wszystkim matką. I to właśnie miłość do własnych dzieci oraz uczucie empatii popchnęły ją w kierunku pomocy matkom, których mężowie zabrali dzieci i uniemożliwili kontakt. Nie jest kobietą nieomylną, o czym sama pisze. Książkę czyta się bardzo dobrze. Napisana jest lekko i przyjemnie. Polecam!

   A wy co teraz czytacie?


Graifka pochodzi z1. www.amazon.com2. www.weltbild.pl3. www.empik.com

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...