wtorek, 28 lutego 2012

Nowości Essence oraz Macantka


   Obudziłam się dziś z potwornym bólem głowy. Nie, nie balowałam do rana. Spacer na autobus dobrze mi zrobił, mimo że niebo było fioletowawe czuć było wiosnę. No cóż trudno. Jadąc tramwajem zobaczyłam idących razem dwóch kominiarzy. I od razu perspektywa spędzenia 7 godzin w pomieszczeniu bez okien (kto takie pomieszczenia w ogóle projektuje?) stała się milsza. Dziś bliska mi osoba, bardzo potrzebuje szczęścia, więc stwierdziłam, że jedno szczęście przyniesione przez kominiarze odstąpię jej, a drugie sobie. 

   Gdy po 7 godzinach opuściłam to wspaniałe pomieszczenie bez okien ujrzałam całkiem inną pogodę- śnieg, chlapę, wiatr. Stwierdziłam, że w nagrodę (za tą dobrą wieść) wstąpię do Natury i kupię coś z nowości Catrice. Wsiadłam do tramwaju i długo rozważałam czy jechać do Natury czy nie. Wygrał kosmetykoholizm.

   Wchodzę do Natury, niepewnie spoglądam w stronę Essence, ale widok przesłania mi kobieta. Gimnastykuję się za jej placami, patrzę a ona wybiera tusz. No fajne, może nawet coś jej podpowiem, gdy będzie niepewna (zdarza mi się czasem). Patrzę, OTWIERA. No fajnie, wybrała już, pewnie sprawdza czy nikt go nie macał i zaraz zwolni mi miejsce przed szafą.  No cóż, tusz wędruje na półkę. Czynność zostaje powtórzona dwu lub trzykrotnie. I to w jakim tempie! A że nerwus ze mnie straszy i macaczy nie lubię, postanowiłam spełnić swój konsumencki obowiązek i przywołać Macantkę do porządku. No i nic.  Powtarzam.  Macantka twierdzi, że ona sobie może popatrzeć. No cóż, ponownie grzecznie (a wewnątrz cała się trzęsąc) próbuję powtórzyć jakie są tego konsekwencje. Do macantki nic nie dociera i ba, jeszcze zwraca mi uwagę kim jestem, że śmiem jej zwracać uwagę. Na marginesie dodam, że pytanie została poprzedzone zlustrowaniem mojego wyglądu od stóp do głów i ewidentnym  szukaniem plakietki na mej szlachetnej piersi. Tłumaczę, że jestem klientem, który ten towar kupuje i nie ma ochoty przez nią płacić za towar niepełnowartościowy. A Macantka dalej mi wmawia, że skoro nie ma folii to ona może sobie wszystko otwierać.. Na pytanie czy skoro bułki nie są zafoliowane to też je kosztuje nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Szkoda. Macantka dalej swoje i że mam przestać do niej mówić. Niestety na osobie macającej nie wywarło to żadnego wrażenia. No cóż, skoro macantka nie uwzględniła mojej prośby zaprzestania macania, ja nie wysłuchałam jej nakazu i dalej do niej mówiłam. Nasza wymiana zdań zainteresowała klientów i jeden Pan również zwrócił Macantce uwagę, że mam rację. Potwierdzenie moich słów również nie wywarło na niej żadnego wrażenia- ponownie rozpoczęła maraton macania (czy celowo? Nie wiem). Nie pozostało mi nic innego jak wezwać obsługę.  Zwrócenie uwagi przez obsługę i pilnowanie jej również nie wywarło na nią żadnego wpływu (ależ to trzeba mieć nerwy i tupet), może oprócz zaprzestania macania. Macantka spędziła w tej drogerii jeszcze z 5 minut i zadowolona podeszła do kasy. Uprzedzając pytania- nie, nie kupiła tego co macała i nie macała wcale pierwszego produktu z brzegu, tylko takie ze środka.

   Z macantką zgodzę się w jednym względzie- braku zafoliowania produktu. Jak widać tutaj nawet napis tester by niewiele się zdał, bo kobieta nie spoglądała i nie szukała tuszu z takim napisem. Wybierała sobie środkowy. Folia nie jest receptą na pozbycie się wszystkich macaczy, jednak zawsze to więcej zachodu i może chociaż kilka osób zaprzestałoby tego procederu.
   
   Dlaczego to mnie tak wzburzyło i dlaczego tak walczę z tym macaniem? Data przydatności kosmetyku nie tylko jest liczona od daty jego produkcji, ale głównie od daty pierwsze otwarcia. Czasem zdarza nam się kupić powszechnie lubiany produkt, jednak nasz lakier po jednym użyciu robi się glutowaty, tusz suchy. Przyczyną tego może być właśnie MACANT, który  przykładowo otworzy 3 miesiące wcześniej, aby zobaczyć szczoteczkę (która przeważnie jest narysowana, lub jest model na półce). My kupując ten tusz kupujemy w zasadzie już zepsuty. A przecież nie dlatego płacimy za niego pełną cenę. Zdarza się także, że macacze wkładają swoje paluchy w żelowe eyelinery, cienie, błyszczyki, pudru. A wiecie co wcześniej robili? Założę się, że nikt kto wchodzi do drogerii nie ma czyściutkich i odkażonych rączek. A później wyskakuje nam uczulenie, jakiś jęczmień się robi. A w przypadku pomadek opryszczka. Chyba nikt z nas nie chce kupować niepełnowartościowego towaru, na którym może być pełno zarazków. Dlatego apeluję do was, reagujcie, gdy widzicie Macantów!



   A teraz jeżeli nie znudziłyście się tym przydługim wstępem dojdę do najważniejszego. Gdy udało mi się pozbyć macantki sprzed szafy Essence smutnym wzrokiem zlustrowałam szafę, bo nowości nie było. Ale jednak coś mi nie pasowało. Przywołałam z pamięci widok szafy i znalazłam jedną różnicę. Był nią szary żelowy eyeliner! Poszłam tym tropem i zapytałam się Naturzanki, co się stało z resztą. Dowiedziałam, się że musiały wystawić Circus Circus i że dopóki ta edycja limitowana się nie wyprzeda, to nie mają gdzie wystawić nowości. Z tego powodu nowości w krakowskim Solvay’u leżą sobie w pudełeczku za kasą. Niestety nie wszystkie nowości doszły, ale udało mi się upolować:

- gel eyeliner 05 miami’s ink cena 11,99 zł
- colour & go 93 c’est la vie! Cena 5,49 zł
- kajal pencil 20 scream green (a to przez Dzolls)  cena 4,99 zł
- long lasting eye pencil 15 bling bling cena 6,99 zł

   A w podzięce za obronę kosmetyków otrzymałam dwie mini pasty Sensodyne. Obiecuję, że niebawem umieszczę ich swatche. Dziś, niestety już jest zbyt ciemno. 

   A Wam co się podoba z nowości? Może u was też się poniewierają po drogerii zamiast grzecznie leżeć w szafie.

   Boli was głowa z powodu zbyt niskiego ciśnienia? Myślicie o tym, że czas na trzecią kawę? Pora ruszyć do Natury pewnie znajdziecie tam jakąś Macantkę, która podniesie Wam ciśnienie. A jeżeli nie macantkę, to może nowości.
Jak Wy reagujecie na zachowanie macaczy? Jak sprawdzacie czy rzecz, którą kupujecie jest pełnowartościowa? Bo że należycie do klientek, które otwierają produkt, wkładają palucha a później ubiegają się o zniżkę Was nie podejrzewam! (Tak, od Pań Naturzanek usłyszałam dziś taką historię sprzed kilku dni.). 

niedziela, 26 lutego 2012

One Day/ Jeden dzień

   Jeden dzień. Czym jest jeden dzień? Czy jeden dzień może odmienić nasze życie?
 
   Na film trafiłam przypadkowo. Ot, tak chciałam obejrzeć coś do snu. Nie udało się. Mimo mojej niezwykłej umiejętności zasypiania już w pierwszych jego minutach, po godzinie nadal miałam oczy otwarte. Ale, że godzina była już późna, zrezygnowana wyłączyłam go z postanowieniem, że kiedyś do niego wrócę. To kiedyś nastąpiło już po kilku godzinach. "A niech leci w tle, gdy będę gotować obiad"- pomyślałam i tak też uczyniłam.
 
   Po zakończeniu filmu byłam zaskoczona tym, że jednak ten film bardzo mi się spodobał, ba, czułam nawet kłucie w sercu, co na filmach raczej mi się nie zdarza! Jeżeli taka recenzja Wam wystarczy, proszę nie czytajcie dalej, bo zdradzę fabułę.

   Emmę (Anne Hathaway) i Dexter (Jim Sturgess) poznają się 15 lipca, w dniu zakończenia szkoły. Nie wybucha między nimi romans, choć trafiają razem do łóżka, seksu nie ma. Ale to właśnie wtedy pojawia się pomiędzy nimi pewna nić porozumienia. Mijały lata, oni ciągle byli w kontakcie. Raz byli sobie bliżsi, raz dalsi. On robił karierę w telewizji, ona najpierw pracowała w restauracji, a z czasem w szkole. Ona była biedna, on był bogaty. Mijały lata, a oni wciąż się przyjaźnili. Ona próbowała ułożyć sobie życie, a on hulał, miał problemy z alkoholem i narkotykami, gustował w kobietach, którym daleko było do miana damy. Mimo dzielących ich różnic przyjaźnili się. Dialogi między nimi były często bardzo zabawne, ironiczne, dotyczące codzienności. Nie było w tym żadnej sztuczności.

   [ tu wycinam połowę filmu, aby był jeszcze sens oglądania go]

   Po wielu latach Emma i Dexter są razem, planują dziecko. Mimo prób im się nie udaje. Generalnie sielanka- dwoje od lat kochających się ludzi po latach dojrzało do tego by być razem. W planach jest ślub, powiększenie rodziny. Jednak nadchodzi ten jeden dzień, który niszczy wszystko. Ona jadąc z nim na spotkanie ginie.

   Mogłoby się zdawać, ze tak film się zakończy. Ale nie. Wpierw widzimy jego rozpacz i niemożność pozbierania się po tak wielkiej utracie. Dexter stracił nie tylko ukochaną kobietę, ale także najlepszą przyjaciółkę (o ile nie jedyną). W tej trudnej sytuacji otrzymuje cenną poradę od ojca: "żyj tak, jakby ona tu była". Film kończy się tym, że Dexter wraz ze swą córką z pierwszego małżeństwa wybiera się w miejsce, w którym spędził z Emmą pierwszy dzień ich znajomości. Bez żalu, ale z wyrazem tęsknoty i pogodzenia się z rzeczywistością wspomina przeszłość.

   Moim zdaniem film pięknie przedstawia nam miłość. Bo przecież nie zawsze ona przychodzi od razu, czasem potrzebuje odpowiedniego miejsca i czasu, a także dojrzałości. Film także pokazuję, że nawet po stracie drugiej połowy życie biegnie dalej i że trzeba je sobie odpowiednio ułożyć.

Jeżeli macie ochotę na film dość smutny, jednak z zabawnymi dialogami to jest odpowiedni wybór. Widziałyście go już? Zamierzacie?

Grafika pochodzi z: http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=74169

piątek, 24 lutego 2012

TAG: 5 kosmetycznych rzeczy, których wcale nie chcę mięć..

   Wychodzę z założenia, że nigdy nie należy mówić nigdy. Ale tag, jest na tyle ciekawy, że ucieszyłam się, gdy trafił do mnie od autorki bloga kosmetyczne pokusy. Jeszcze kilka lat temu jako jedną z pewnych rzeczy, zamieściłabym na tej liście prostownicę do włosów, dziś jej w tym miejscu nie umieszczę. Czasem życie nas bardzo zaskakuje, dlatego moje odpowiedzi wyrażają moją opinię w dniu dzisiejszym, jutro może być ona inna :P. Jestem pewna tylko pierwszej pozycji tego zestawienia, ale o tym za chwilę.




Zasady:

1. Napisz kto Cię otagował i zamieść zasady.

2. Zamieść baner TAGu i wymień 5 rzeczy z działu kosmetyki (akcesoria, pielęgnacja, przechowywanie, kosmetyki kolorowe, higiena), które Twoim zdaniem są Ci całkowicie zbędne bo:
mają tańsze odpowiedniki,
są przereklamowane,
amatorkom są niepotrzebne,
bo to sposób na niepotrzebne wydatki.

Krótko wyjaśnij swój wybór i zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek.

1. Podróby perfum, czy jak kto woli perfumy alternatywne

   Ciężko przechodzi mi przez klawiaturę pisanie, iż są to perfumy alternatywne. Podróby często są w cenie perfum oryginalne, jednak w zapachu różnią się zdecydowanie... Rozumiem, że każdy operuje innym budżetem, ale oryginały można też kupić w dobrej cenie. Trzeba szukać i się znajdzie. Podróby są płaskie i mają o wiele gorszą trwałość. Wolę gdy moi towarzysze pachną mydłem niż podróbami.

2. Azjatyckiego kremu/ taśmy do podklejania powiek

   Moim zdaniem wygląda to jak narzędzie tortur.



3. Płynu do mycia pędzli

   Swoje pędzle myję szamponem do włosów, płynem do higieny intymnej i całkowicie mi to wystarcza.

4. Wiertełko do kolczyków do paznokci

   Essence ma takie cudo w swej ofercie. Jakoś nie widzi mi się robienie dziurek w paznokciach. Ogólnie jakoś kolczyki w paznokciach mi się nie podobają i wydają na bardzo niepraktyczne.

5. Sztucznych paznokci.
   Mam na myśli takie przyklejane z kiosku. Szanuję pracę utalentowanych stylistek paznokci, pod warunkiem, że są w tym dobre. Nigdy nie miałam akryli, ani inaczej robionych paznokci, ale byłabym w stanie u dobrej stylistki takie wykonać, gdybym miała taką potrzebę, jednak takich przyklejanych na klej z kiosku nigdy bym sobie nie przyczepiła.



Źródło zdjęcia:

http://yuxinwkunmingu.blox.pl/2011/11/Jak-byc-sliczna-w-Chinach-czyli-operacje.html

Do TAGu wywołuję:

Tylko Kasię
Beautyandmac
Freshlinen
Em
Dzollsa

Wszystkich chętnych

sobota, 18 lutego 2012

MAKEUP ACADEMY (MUA), blusher, shade 5

Zanim kupiłam ten róż dość sporo pochwał słyszałam na temat samej firmy. No i jak mogłam czegoś nie kupić? Zwłaszcza, gdy była na nie promocja.. Cienie mnie nie zachwyciły, ale róż..
Pierwsze użycie zakończyło się wybuchem śmiechu, skrzywioną miną i szybkim biegiem, aby to zmyć. Przesadziłam. Kolejna próba i znów to samo- plamy, zbyt mocno pokreślone policzki. I róż sobie czekał na dzień, w którym zbliżyłam się do niego ze skośnym pędzlem Essence. To było to, delikatny efekt.
Jak wynika z moich powyższych słów, róż jest mocno napigmentowany, dobrze nabiera się na pędzel. Nie robi plam.

Ma fantastyczny kolor- różowy, trochę koralowy, jednak jest w nim masa złotych drobinek, bardzo małych. Sprawia to, że buzia w tym miejscu nie jest płaska, a miejsce nałożenia jest uwydatnione. Utrzymuje się na twarzy ok. 5-6 godzin. Opakowanie kryjące 2,4 g produktu nie jest zachwycające- wygląda bardziej jak tester niż pełnowartościowy produkt.



Jakością porównałabym go do róży Essence, Sleek czy Catrice. To The Balm czy MAC mu daleko.

wtorek, 14 lutego 2012

Kasza manna z musem kiwi

Kto powiedział, że na walentynki trzeba jeść tort lub mus czekoladowy? A może coś zdrowszego, a zaraz zastępującego nam kolację? Moją propozycją na deser walentynkowy, a nawet na lekką walentynkową kolację jest kasza manna z musem kiwi. Deser ten można wykonać błyskawicznie.

Potrzeba na 2 porcje:
5 łyżek kaszy mannej
2 szklanki mleka
5 dużych owoców kiwi (można zastąpić truskawkami, jabłkami, malinami)
3 łyżki cukru

Gotujemy na małym ogniu 1,5 szklanki mleka. Pozostałą połowę mieszamy z cukrem i kaszą (można dodać także cukru waniliowego). Po zagotowaniu mleka, wlewamy mleko z kaszą i cukrem. Gotujemy na małym ogniu ok. 7 minut (najlepiej sprawdzić ile poleca producent na opakowaniu naszej kaszy). Ja lubię kaszę gęstą, dlatego aż tyle łyżek kaszy na 2 szklanki mleka. Ugotowaną kaszę przekładamy do ozdobnych miseczek.
4 kiwi obieramy i blenderem je miksujemy. Jedno kiwi obieramy i kroimy w plastry, bo nimi udekorować mus. Mus przelewamy na kaszę i gotowe.

Co sądzicie o takim szybkim walentynkowym deserze? A może tego dnia wolicie desery pokroju musu z białej czekolady lub ciasta miliardera? A może tradycyjne desery: pieczone jabłkadeser piernikowy lub skandaliczne ciasteczka?

sobota, 11 lutego 2012

Grzanki Kubusia Puchatka

   Przepis ten kojarzy mi się z dzieciństwem i pochodzi z książki z przepisami dla dzieci. Kubuś Puchatek zalecał by jeść je z miodem. A że ja od miodu trzymam się z daleka, polecam wam jeść te grzaneczki na słodko: z dżemem, nutellą lub na ostro: z ketchupem, wędliną, serem żółtym. W każdym przypadku smakują świetnie (bez dodatków też są wspaniałe). Te grzanki to doskonały przepis na zrobienie śniadania z niczego, na zjedzenie starego, czerstwego chleba.

   Potrzebujemy:

kromki chleba (tyle ile jesteśmy w stanie zjeść)
ok. 3-4 jajek
pół szklanki mleka
talerzyk bułki tartej
   szczypta soli
       opcjonalnie: kilka łyżek oleju     


          

   Jajka roztrzepujemy z mlekiem i szczyptą soli. Możemy je doprawić- cynamonem, bazylią, oregano w zależności z czym chcemy je zjeść. Maczamy w tym kromki chleba, ale tylko chwilę, aby chleb nie był zbyt miękki. Obtaczamy w bułce tartej. Smażymy aż będą rumiane (na tefalu można swobodnie bez oleju, an innych patelniach olej jest wymagany).

    Jadłyście takie łakocie Kubusia Puchatka? Co robicie z suchym chlebem?

Kolorowanka pochodzi z: http://www.freecoloring.info/winnie-the-pooh-coloring-pages.php


poniedziałek, 6 lutego 2012

Color Club, Beyond the Mistletoe, jingle jangle


   Jakiś czas temu pisałam, że przyjaźni z lakierem Mollon z KissBox'a nie mogę się zaprzyjaźnić i jeżeli go użyję muszę radzić sobie z nim inaczej.

   Tym razem nałożyłam na niego lakier Jingle Jangle z kolekcji Beyond the Mistletoe Color Clubu. Na zdjęciu widać 2 warstwy, przy 3 (grubych) brokat pokryłby cały granatowy lakier.

   Jingle Jangle to niebieski i liliowy brokat zatopiony w bezbarwnej bazie. Ciemnieje i jaśnieje w zależności od oświetlenia, momentami wygląda jak srebrny, co jest spowodowane mocnym błyskiem.

   Jak wam się podoba to połączenie?

sobota, 4 lutego 2012

Pizza na cienkim cieście

Wiele osób lubi pizzę. Może być ona pikantna, słodka, łagodna. Na grubym lub cienkim cieście. Może być zrobiona w 20 minut z mrożonki, może być domowa na grubym lub cienkim cieście. Dodatki są ograniczane jedynie przez naszą wyobraźnię i podniebienia. Długo szukałam odpowiedniego przepisu na ciasto do niej by była taka jak my lubimy- cienka i chrupiąca. I tak oto znalazłam w sieci poniższy przepis. To co położyliśmy na niej było pokierowane zawartością naszej lodówki i ochoty. Polecam podawać z sosem czosnkowym.

Potrzebujemy na ciasto:

3 szklanki mąki
3 łyżki oliwy z oliwek
1 szklankę wody
szczyptę soli i szczyptę cukru
opakowanie suchych drożdży

Na sos (można zastąpić go ketchupem zmieszanym z przyprawami):

Mały słoiczek koncentratu pomidorowego
1 ząbek czosnku
1 łyżeczkę soli
1 łyżeczkę cukru
dużo oregano i bazylii
my dodaliśmy jeszcze trochę sosu habanero

U nas na cieście znalazło się:
0,5 kg mięsa mielonego
1 mała cebulka
przyprawy- zmielona ostra papryka
oliwki
jalapeno

200 g sera żółtego lub mozzarelli 

Mięso podsmażamy na patelni. Dodajemy przyprawy, a gdy się zarumieni posiekaną bardzo drobno cebulkę. Gdy cebulka się zeszkli zestawiamy z gazu i idziemy zająć się ciastem.

Suche składniki mieszamy ze sobą.  Dolewamy szklankę wody i oliwę. Wyrabiamy ciasto. Im dłużej tym lepiej. Nagrzewamy w tym czasie piekarnik do 250C.  Gdy ciasto nie lepi się już do rąk rozciągamy je na blaszce. Podpiekamy 5 minut. Po tym czasie nakładamy na ciasto sos i nasze dodatki. U nas najpierw mięso, później jalapeno i oliwki. Posypujemy serem. Pieczemy jeszcze przed 7-10 minut.

Smacznego!

A jaką pizzę wy lubicie? Na grubym czy cienkim cieście? Z jakimi dodatkami? A może w ogóle jej nie lubicie?

czwartek, 2 lutego 2012

L'Biotica, Regenerujący krem do rzęs

Do tej recenzji zabierałam się dość długo, aby była ona przemyślana i bez emocji. Chciałam także zobaczyć czy efekt będzie długofalowy, czy po odstawieniu nie będę rozczarowana. Kupiłam moją odżywkę zdaje się, że w listopadzie. Przez pierwszy miesiąc stosowałam codziennie, później ją odstawiłam, teraz używam, gdy sobie o niej przypomnę.

Do sięgnięcia po nią oprócz pozytywnych recenzji na blogach zachęciły mnie połamane rzęsy w kąciku jednego oka. Ot, głupio wyglądało jedno miejsce z o wiele krótszymi rzęsami. Czy krem poradził sobie z tym problemem?

Opakowanie mi się podoba jest to prosta tubka, która nie jest ani zbyt miękka, ani zbyt twarda. Ot, doskonała do wyciskania tego produktu. Nie łapie brudu, co też jest dla mnie istotne. Nie jest też śliska, więc nie ma obaw, że wypadnie z rąk.

Jeżeli chodzi o konsystencję to napiszę, że jest to trochę mniej tłusta wazelina. Aplikowało mi się ją bardzo dobrze. Czubek opakowania dozował doskonałą ilość produktu.

Produkt wyciskałam wzdłuż linii rzęs tak, że wyglądało to jakbym namalowała sobie bezbarwnym żelowym eyelinerem kreskę. W tym czasie myłam zęby. Po tym czasie rozsmarowywałam kreskę i delikatnie rozsmarowywałam ją w miejscu, z którego wyrastają rzęsy. Następnie palcami masowałam rzęsy do strony oka, oraz te rosnące na dolnej powiece (chociaż w nie tylko malutką ilość).

Już po kilku aplikacjach zauważyłam, że moje rzęsy stały się bardziej błyszczące i elastyczne. Przez pierwszy tydzień, może dwa także więcej rzęs mi wypadało przy demakijażu. Jednak nie zniechęciło mnie to przed dalszym stosowaniem. Po pewnym czasie (bliżej 30 dni) zauważyłam, że moje rzęsy się wyrównały. Rzęsy nie stały się jednak dłuższe, ale nie mam już jasnych końcówek. Może jest ich trochę więcej, a może to złudzenie optyczne? W każdym razie moje rzęsy wyglądają lepiej, nie ma prześwitów, są błyszczące i równe.

Preparat nigdy nie podrażnił mi oczu, co miało miejsce przy próbach stosowania oleju rycynowego, który szybko odstawiłam. Producent obiecuje, że produkt nadaje się do stosowania przez osoby noszące soczewki kontaktowe. Ja je noszę, ale produkt aplikowałam tylko po ich wyjęciu.

Ogólnie polecam. Stan moich rzęs jest równie dobry mimo odstawienia produktu. Moim zdaniem jest o wiele lepszy od odżywki firmy Mavala, którą stosowałam i przez pierwszych tygodni byłam zadowolona,  a później byłam trochę zła, że ją kupiłam, bo podrażniała mi oczy, a i jej działanie nie było tak spektakularne.

Podsumowując polecam.


Zdjęcie pochodzi ze strony producenta.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...