00:16

Garnier, fructis, Szampon Goodbye Damage, szampon wzmacniający

Garnier, fructis, Szampon Goodbye Damage, szampon wzmacniający
   Od amli zaczęła się moja przygoda z włosomaniactwem i olejowaniem włosów. W okresach ogólnego osłabienia organizmu posiłkuję się zdrowym dżemikiem zawierającym ten owoc. Gdy na rynku pojawił się szampon zawierający amlę- musiałam go spróbować. Zwłaszcza, że od dłuższego czasu moje włosy nie są w najlepszej kondycji. Czy ten szampon wzmacniający włosy mnie zachwycił?


   Nie ukrywam, że mam słabość do koloru pomarańczowego. Solidne opakowanie szamponu w tym kolorze bardzo mi więc przypadło do gustu. Jest wygodne i ładne. Szkoda tylko, że nie widać, ile produktu w nim jeszcze zostało.


   Szampon dobrze się rozprowadza, dobrze pieni, jego konsystencja faktycznie jest przyjemna. Bardzo dobrze oczyszcza włosy. Jednak mimo wszystko nie jestem z niego zadowolona. Moje suche włosy są po nim bez życia, sztywne, sianowate. Nawet odżywka do włosów użyta po jego zastosowaniu nie do końca niweluje ten problem. Z pewnością nie zauważyłam poprawy wyglądu włosów, aby większego ich blasku.


   Wspomnę też, iż kilkukrotne użycie tego szamponu pod rząd powoduje u mnie swędzenie skalpu. Po jednorazowym użyciu problem ten nie występuje.

   Używacie kosmetyków zawierających Amlę? Czytacie składy (w tym szamponie amla jest bardziej chwytem marketingowym, niż faktycznie działającym) czy kierujecie się opisem producenta?

10:35

Yankee Candle, Whoopie Pie

Yankee Candle, Whoopie Pie
   Mam takie szczęście, że dane mi było mieszkać w mieście, w którym powietrze czasami pachniało piernikami. Teraz mieszkam w innym mieście, w którym powietrze nie pachnie najlepiej. Jednak czasami, gdy wiatr zawieje z odpowiedniego kierunku- powietrze pachnie paloną czekoladą. Lubię taki powrót do domu- dobra muzyka, ciepły jesienny wieczór i delikatny zapach czekolady.


   Brzmi wspaniale, prawda? Ale fabryka słodkości ma też swoje wady. Pewnego ciepłego dnia wybraliśmy się na długi spacer. Zawędrowaliśmy aż pod fabrykę. I nie powiem- powietrze pachniało. Intensywnie, zbyt intensywnie. Zapach przypalonej czekolady nie był zapachem przyjemnym czy relaksującym, lecz okropnym. Miałam wrażenie, że zapach ten próbuje mnie obezwładnić, obrzydzić czekoladę do końca życia.

źródło: yankecandle.com

   Jakże się zdziwiłam, gdy sama sprawiłam, że mój dom tak pachniał. Mały kawałek tarty mnie obezwładnił. Powalił i przydeptał. Czułam się źle. Nigdy więcej nie sięgnęłam po kolejny kawałek tego wosku. Przypalona, przerażająco słodka, czekolada nie jest tym, co lubię. Liczyłam na zapach brownies, o którym wiele osób w recenzjach wspomina. Może i mogę się zgodzić, z tym, musiałabym dodać słowo "spalone".  Podejrzewam, że amatorom wyjątkowo słodkich, czekoladowych zapachów może się on Nadmienię, iż nie jest to zapach dostępny w Europie. Wprowadzony został w stanach jako zapach na jesień 2012 i nadal jest dostępny w sprzedaży.


Lubicie czekoladę? A jej zapach?

08:23

Yves Rocher, Jardins du Monde, żel pod prysznic, orzechy makadamia

Yves Rocher, Jardins du Monde, żel pod prysznic, orzechy makadamia
   Jeszcze rok temu na kosmetyki Yves Rocher <klik> reagowałam obojętnością. Teraz w mojej łazience jest ich sporo, zwłaszcza żeli pod prysznic. Gdy pojawiły się doniesienia o nowym żelu, byłam zaciekawiona. A ciekawość ta była podsycona pierwszymi opiniami na jego temat. Musiałam więc spróbować! Czy i ja w nim czuję ciasteczka?


   Opakowanie, jak już wiele razy podkreślałam, nie należy do moich ulubionych. Jednak przyznaję, że jest estetyczne i zgrabne. Kolor ciemniejszego plastiku dobrze komponuje się z zapachem oraz z zawartością. Tym razem, dzięki jego konsystencji, obyło się bez przelewania zawartości do opakowania z pompką. Konsystencja nie jest żelowa, lecz bardziej kremowa, dość płynna. Bez walki można wycisnąć żel na dłoń podczas prysznica (a czasem nawet zbyt dużą jego ilość).

   Zapach? Chciałabym napisać, że prysznic z nim jest ucztą podczas której mam wrażenie, że wcieram w siebie kruche ciastko z białą czekoladą i orzechami makadamia. Nic z tego. Żel pachnie ładnie, orzechy makadamia są wyczuwalne, jednak nie jest to bardzo wyraźny zapach. Wiem, że inne żele tej firmy mają o wiele większą moc. A ja uwielbiam otaczać się mocnymi zapachami. Nadmienię jeszcze, że zapach ten na mojej skórze się nie utrzymuje dłużej nich kilka minut.


   Nie oczekuję od żelu pod prysznic nawilżenia. Oczekuje tylko, aby nie przesuszał mojej już suchej skóry. I tak jest w tym przypadku, żel delikatnie myje (ale myje!), rozprowadza się bardzo przyjemnie, ale nie nie wysusza, ale też nie nawilża.

   Po wykończeniu pierwszego opakowania kupiłam drugie. Niby nie zachwyca, ale jego używanie jest przyjemne.

23:04

Colour Alike, GDN, 480 Gdański blues

Colour Alike, GDN, 480 Gdański blues
   Nadeszła jesień. Czasem deszczowa, a czasem piękna- złocista. Wracając do domu zachwycam się jej kolorami. Jednak budzi się we mnie też tęsknota za morzem. Głębokim, ciemnym, trochę wzburzonym. Jak osłabić tę tęsknotę? Można odpalić odpowiedni wosk, ale można też przywołać morską głębię na paznokciach. Dziś więc na blogu pojawi się przepiękny lakier, głęboki i granatowy, który właśnie z taką morską głębią mi się kojarzy.

   Kolor jest zachwycający. Patrząc na niego mam wrażenie, że gdzieś w tej głębi jest ukryty skarb. Pomalowane nim paznokcie przykuwają wzrok. Można w niego się wpatrywać, wnikać w jego głębię i marzyć. Nie znam drugiego takiego lakieru, który wzbudzałby we mnie tyle nostalgii i tak pobudzał wyobraźnię. Jego głębia wciąga. A wszystko to za sprawą wielowymiarowych drobin (mikro). Jego kompozycja jest mistrzowska. Marzę o takiej zieleni, która przywodziłaby na myśl głęboki, ciemny las. Ależ byłaby to para!

   Lakier pochodzi z kolekcji GDN. Nakłada się bardzo dobrze (co jest dla mnie istotne zwłaszcza przy ciemnych lakierach) bez obaw, że malując nim paznokcie pomaluję także skórki. Do głębokiego koloru potrzebne są dwie cienkie warstwy, chociaż jedna grubsza też by wystarczyła. Lakier po zaschnięciu jest satynowy, trochę matowy. Całą głębię można z niego wydobyć nakładając bezbarwny top. A wtedy nie można oderwać od niego oczu! 


   Trwałość też jest zadowalająca- 4 dni bez uszczerbku na moich bardzo rozdwojonych paznokciach przy tak ciemnym lakierze jak dla mnie to sporo. Nie ma też problemu by małe ubytki po tym czasie uzupełnić bez śladu. Co ciekawe- po wyschnięciu lakier pachnie- ananasem. Nie soczystym, ale takim trochę niedojrzałym, cierpkim.

   Muszę stwierdzić, że to chyba najpiękniejszy lakier w mojej kolekcji, chociaż nie mam zbyt wielu okazji by cieszyć nim oczy. A szkoda. 

01:34

Yves Rocher, Hydra Vegetal, Krem intensywnie nawilżający, skóra normalna i mieszana

Yves Rocher, Hydra Vegetal, Krem intensywnie nawilżający, skóra normalna i mieszana
   Niejednokrotnie pisałam o tym, że stawiam na dobre nawilżenie skóry. Zwłaszcza tej na twarzy. Moja skóra ma tendencje do przesuszania, jednak właściwa pielęgnacja pozwala mi zapominać o tym problemie. Staram się, aby moja skóra nie pokazywała, że jestem niewyspana czy nie mam zbyt dużo czasu by o nią zadbać. Mogę padać ze zmęczenia, ale zawsze wykonuję demakijaż i nakładam krem (lub olej) przed snem. Dziś opowiem o moim romansie z kremem intensywnie nawilżającym Yves Rocher z serii Hydra Vegetal <klik>.

   Zacznę od opakowania. Bardzo lubię jak Yves Rocher pakuje swoje kremy. Dla niektórych zafoliowany kartonik z kremem może być zbędny, ja jednak otrzymując produkt w takim opakowaniu mam pewność, że nikt nieproszony nie zaglądał do niego. Szklany słoiczek z plastikową zakrętką prezentuje się ładnie. Jest starannie wykonany. Jednakże szklane opakowanie jest też ogromną wadą- gdy krem mi spadł, roztrzaskał się i tak skończyła się nasza przygoda. 

   Przy stosowaniu kremu najbardziej zadziwiała mnie jego konsystencja. Krem wyglądał normalnie, jednak przy nabieraniu okazywało się, że jest trochę ciągnący. Nie jak guma czy plastelina, ale wciąż jak krem. 

   Pozostawia na twarzy warstwę, która trochę kojarzy mi się z lekką baza pod makijaż. Krem wchłania się dobrze, nie powoduje nadmiernego błyszczenia się twarzy, ale sprawia, że wygląda promienniej. Krem stosowałam głównie na noc i zadziwiało mnie to, że rano, przy kontakcie z wodą czułam, że krem z niej zmywa. Aczkolwiek zaznaczę, że warstwa ta nie była klejąca, ale za to skóra była gładsza. Jednak gdy używałam krem rano, doskonale współgrał on z makijażem. I chwilę po nałożeniu mogłam przystępować do nałożenia makijażu. 


   Podczas stosowania tego kremu, rzadziej sięgałam po maseczki czy peelingi. Pojawiało się mniej suchych skórek, a rano mogłam obejść się bez żadnego kremu.

   Kręcicie kremy samodzielnie czy sięgacie po gotowce? Jaki krem jest waszym ulubieńcem?

22:55

Korres, Liquid Lipstick, 54 Fuschia

Korres, Liquid Lipstick, 54 Fuschia
   Uwielbiam wszelkiego rodzaju mazidła do ust. Balsamy, pomadki, błyszczyki, lip tinty. Ustawa matowe i lśniące. A gdy mają jeszcze właściwości pielęgnacyjne- bajka. Kuszona przez Dymka i promocję postanowiłam dać szansę produktom firmy Korres, które swoją drogą ostatnio mnie bardziej zainteresowały. Weszłam w posiadanie 3 płynnych pomadek do ust. Na pierwszy ogień idzie fuksjowa.


   Zgadzam się w pełni z producentem, że jest to pomadka w płynie. Konsystencja jest bardzo płynna, jednak nie ścieka z ust. Barwi usta mocno, tworząc piękne, lustrzane wręcz wykończenie. Dzięki zgrabnemu aplikatorowi łatwo ją precyzyjne nałożyć, co jest ważne przy tak intensywnym kolorze.


   Pomadka ma jednak wady- przy spotkaniu ze szklanką, mocno na nim osiada. Od razu widać kto z niego pił! Sama pomadka na ustach trzyma się do 3 godzin (często sięgania po kubek). Schodzi z ust estetycznie. Najpierw schodzi błysk, a później kolor. Nie ma obaw, iż wytrze się tylko na środku.


   Czy pielęgnuje? Lekko nawilża usta, a spierzchniętym daje ukojenie poprawiając ich wygląd. Zaznaczę też, że pomadka się nie klei, oraz że nie czuć, iż usta są pomalowane.

   Podsumowując- jestem z niej zadowolona, jednak wolałabym, aby tak mocno nie osiadała na szklankach. Znacie produkty tej greckiej marki?


23:27

Yves Rocher, Retropical, woda toaletowa i żel pod prysznic

Yves Rocher, Retropical, woda toaletowa i żel pod prysznic
   Nie lubię zimnych poranków. W zasadzie wieczorów też nie. Opuszczenie ciepłego łóżka i pójście pod prysznic staje się wyzwaniem. Każdego poranka liczę, że jak w reklamie, użyję żelu i przeniosę się w jakieś magiczne miejsce.Obietnica tropikalnego raju wydaje się wtedy jeszcze bardziej kusząca. Czy seria Retropical daje mi namiastkę takiej podróży?


   Zerkam na etykietę żelu pod prysznic- kolorowe ptaki, zieleń, egzotyczne rośliny. Kusząco. Odkręcam wodę, biorę cieplejszy niż zazwyczaj prysznic. Czekam aż stanie się cud jak w reklamie, aż moja łazienka zacznie się zamieniać w tropikalny raj. Czekam i nic. Może robi się  trochę słodko, trochę perfumeryjnie, ale nie zachwycająco. Kończę mycie, wycieram się staranie i dalej marzę. Ubieram puchaty szlafrok i ratuję się sięgając po wodę toaletową z tej samej serii. Liczę, że może ona spełni moje marzenie. Tak się nadal nie dzieje. Nie jestem w raju. Nie otaczają mnie tropikalne rośliny, a ja nie leżę na złocistym piasku. Czuję odrobina dobrze wysuszonej, kandyzowanej skórki pomarańczowej, lekkaą słodycz, delikatne kwiaty i kokos. Wbrew pozorom nie jest słodko, a trochę alkoholowo.Mimo iż spodziewałam się po nazwie i opakowaniu czegoś innego- polubiłam ten zapach. Sama nie wiem dlaczego. Może z powodu jego uniwersalności? Moim zdaniem, pasuje zarówno do letniej sukienki, grubego swetra jak i eleganckiej garsonki. Jest to jeden z zapachów, które nie zabierają całej uwagi, ale nie stwierdziłabym, że jest nijaki. Trwałość, niestety, nie jest zachwycająca- zaledwie kilka godzin (2-3). Później konieczna jest ponowna aplikacja.


   Podoba mi się flakon. Nie ma zbędnych zdobień, jednak wyróżnia się kształtem i kolorem. Ostatnio chciałam dokupić do niego kolejny żel. Niestety, w sklepie stacjonarnym była tylko woda toaletowa. Aczkolwiek oba produkty są jeszcze dostępne w sklepie internetowym <kilk>

23:21

Nicole by OPI, Kardashian Kolor, Sealed With a Kris

Nicole by OPI, Kardashian Kolor, Sealed With a Kris
   Niejednokrotnie pisałam, że lubię czerwone lakiery. Jednak częściej wybieram jej jaśniejsze odcienie, ponieważ te ciemne nie wybaczają niedociągnięć w nakładaniu ich. Ciemna czerwień miała jednak w sobie to coś. Ciemne czerwone wino, dojrzała czereśnia- same dobre skojarzenia. W opakowaniu pięknie, ale jak na paznokciach?


   Lubię małe opakowania lakierów. Nie zajmują miejsca i kiedyś się kończą. A gdy już się skończą można znaleźć zastępstwo lub zakupić większe opakowanie. Jednak skoro lakier ma mniejszą pojemność, ma też miniaturowe opakowanie. Czy jest ono wygodne? Krótkim trzonkiem operuje się dobrze. Niestety, ale o pędzelku tego powiedzieć nie mogę. I wcale nie chodzi o jego wielkość. Zakończony jest prosto, co utrudnia ładne pomalowanie paznokci przy skórkach. Na dodatek czasem odstają od niego pojedyncze woski, co też nie służy perfekcyjnemu pomalowaniu paznokci.

   Konsystencja mi odpowiada. Jest dość płynna, ale nie wodnista, nie rozlewa się po płytce, palcach i skórkach. Przy pierwszej warstwie widzimy jasną czerwień. Jednak lakier do ładnego pokrycia potrzebuje więcej. Przy bardzo krótkiej płytce dwie warstwy mogą wystarczyć. Jeżeli paznokieć wystaje za opuszek konieczne będą trzy warstwy.


   Trwałość mnie bardzo zadowala. Noszę go bez uszczerbków 3 dni, później moje rozdwojone paznokcie niestety lubią się złuszczyć na końcach, jednak gdyby nie to, lakier mogłabym nosić dłużej. Podoba mi się, że nie wyciera się na końcówkach, nie pęka. Niestety top jest potrzebny, bo lakier lubi zostawiać czerwone ślady na papierze.

   Lubicie takie maluchy? Znacie lakiery z tej serii?

19:50

Yankee Candle, November Rain

Yankee Candle, November Rain
   Późna noc. Ja i kieliszek wina siedzimy razem. Jest przyjemnie jednak czegoś brakuje. Towarzystwa. Podchodzę do szafki i wybieram. Mała tarta, niebieska, ciemna. Obiecuje deszcz. Jesienny deszcz. Jesień lubię, o deszczu tego napisać nie mogę. Ale decyduję się na jego towarzystwo. Przez chwilę jestem ja i kieliszek. Zapominam, że zapraszałam kogoś jeszcze. Nagle on staje w drzwiach. Pewny siebie przepełnia swą obecnością więcej niż pokój. Ależ on męski! Zaprasza mnie do zabawy. Niby otwarcie, ale wyczuwam w nim odrobinę chłodu. A może to powiew zmian? Jest pewny siebie. Dobrze wie kim jest. Zna swoją pozycję i wie co może osiągnąć. Chłodny ale sprawia, że robi mi się cieplej. Myślę o nim. Myślę jak ta znajomość się rozwinie, czy warto ryzykować. Coś jest w nim takiego, że mnie do siebie przyciąga. Rozlega się pukanie. Nie chcę by ktoś nam przeszkadzał. Jednak ono się nasila. Muszę otworzyć.
-Kochanie, czy ktoś tu był? Zapraszasz jakiś mężczyzn do domu kiedy mnie nie ma?
Nie odpowiadam, ale szybko idę wygasić kominek. Dwóch mężczyzn w domu to zbyt dużo. Do towarzysza wieczoru jeszcze nie jeden raz powrócę, ale tylko wtedy gdy będę sama.


   To jeden z ładniejszych męskich zapachów Yankee. Jest on specyficzny, chłodny jak listopad, ale ma w sobie ciepłe tło. Granatowy jak morze nocą, a w zapachu można wyczuć trochę słonych nut. Ma w sobie coś co przyciąga.

23:06

L'oreal, VOLUME MILLION LASHES EXCESS NOIR

L'oreal, VOLUME MILLION LASHES EXCESS NOIR
    Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Wiele z nas chce, aby było ono pięknie oprawione. Najlepiej odziane grubą firanką rzęs. Oczywiście soczyście czarną, gęstą i długą. Aby to osiągnąć szukamy tuszu do rzęs, za pomocą którego makijaż oczu stanie się przyjemnością. Ale to nie jest takie proste!A może macie swój ideał? Ja dziś się rozprawię z tuszem L'oreal. Czy jest on ideałem? O tym się przekonacie zagłębiając się w dalszą część postu.


   Volume Million Lashes do tej pory znałam w klasycznej wersji. I muszę przyznać, że pierwowzór miał ładniejsze opakowanie. Bo w wersji Noir excess wygląda, jakby był to zlepek dwóch opakowań. Nie podoba mi się to połączenie czerwonego pojemniczka i złotej zatyczki. Sam kształt lubię, dobrze leży w dłoni, dobrze się zakręca i odkręca. Ale jednak patrzeć na niego nie lubię. Uważam, że samo złote lub czerwone (o tak, czerwone!) opakowanie wyglądałoby o wiele lepiej. No ale cóż, nie ocenia się książki po okładce.


   Odkręcam go i widzę zgrabną szczoteczkę. Bo choć w cale nie jest mała, ma piękne kształty, prawie 90-60-90. Wcięcie w talii, lekkie choć widoczne. Nie jest też oblepiona tuszem. Uważam, że porcja jest idealna. Tylko ten zapach. Wolałabym, aby produkt, który kładę na rzęsy nie miał aż tak wyraźnego zapachu, zapachu gumy. 

Zdjęcie przedstawia stan tuszu po 14 godzinach od pomalowania. 

    Objętość i czerń bez umiaru brzmią kusząco. Zwłaszcza, że mam ciemne włosy, stawiam na prawdziwie czarne tusze do rzęs. Czy się nie zawiodłam? Czy jest objętość? Jest! Może nie mam wrażenia, posiadania miliona rzęs (gdzie ja bym je zmieściła), ale zdecydowanie mam wrażenie, że po pomalowaniu tym tuszem mam ich więcej. Czerń jest prawdziwie czarna, głęboka. Mimo wszystko rzęsy wyglądają jakby natura lepiej mnie obdarzyła. Rzęsy są też naturalnie błyszczące, nie wyglądają więc sztucznie. Tusz ma jednak swoje humorki. Czasem wygląda idealnie od razu, a czasem muszę się posiłkować inną szczoteczką by je lepiej rozdzielić. Jednak rzęsy wyglądają pięknie aż do zmycia, tusz nie osypuje się i nie odbija. Czasami tylko rzęsy są na tyle wydłużone, że haczą mi o szkła okularów. 

    Maskara bardzo przypadła mi do gustu, zwłaszcza, że mam wrażenie także poprawy ogólnego stanu moich rzęs. Zaznaczam jednak, że inne tusze tej firmy zazwyczaj mi pasują. 

21:05

Honeybell, Honeysuckle and Jasmine Organic Hand and Body Loton

Honeybell, Honeysuckle and Jasmine Organic Hand and Body Loton
   Gładka skóra. Nawilżona. Miękka. Taka, że aż chce się ją ciągle głaskać. Aby taką mieć, trzeba o nią dbać. Łatwo powiedzieć! Zwłaszcza gdy marzy się o długotrwałym efekcie i możliwości zapomnienia o balsamie po każdym myciu. Niejednokrotnie pisałam, że mam na to swoje sposoby. Jednym z nich jest odpowiedni balsam do ciała.


   Po pierwsze, uwielbiam jego opakowanie! Zgrabne opakowanie, z dobrym zabezpieczeniem jest doskonałe, aby zabierać je ze sobą w podróże- te małe i duże. Dobre zabezpieczenie pompki (tak, jest moja ukochana pompka!) daje mi poczucie bezpieczeństwa, że nic się nie rozleje w kosmetyczce. Do tego jest estetyczne. Obawiałam się, że papierowa etykieta po pierwszym dotknięciu wilgotną dłonią stanie się brzydka- nie w tym przypadku.

 
   Po drugie, jest wydajny. Jedna pompka starcza mi na wysmarowanie więcej niż jednej nogi. Po trzecie, najważniejsze, jego działanie. Czuję, że rozprowadzam treściwy balsam, czuję na skórze lekką warstwę, jednak nie jest ona tłusta i nie brudzi ubrań. Skóra staje się miękka, nawilżona. A co najważniejsze, efekt utrzymuje się długo. Jeszcze następnego dnia czuję, że balsam nie jest konieczny (lub sięgam po lekki, zapachowy).


   Minusem jest zapach. Nie jest brzydki, ale specyficzny. Naturalny, ale mocny. Dość długo utrzymuje się na skórze. Kojarzy mi się z zapachem szarego mydła. Jaśmin, wiciokrzew? Bardzo daleko w tle, zwłaszcza jaśmin.

   To zdecydowanie mój ulubieniec, jeżeli chodzi o tę dziedzinę pielęgnacji. A jakie są wasze sposoby na dobrze nawilżone ciało?
Copyright © 2016 wszystko co mnie zachwyca , Blogger