sobota, 26 maja 2012

Muffiny z rabarbarem i budyniem

   Będę może trochę monotematyczna, bo znów wracam do Was z przepisem na słodkości z rabarbarem i budyniem. Na moje usprawiedliwienie powiem, że te muffinki są pyszne (nawet na drugi dzień, co mnie bardzo zdziwiło) i można szybko je przygotować do porannej kawy dla mamy czy innej kochanej osoby. Sezon na rabarbar trwa, więc w najbliższym czasie spodziewajcie się, że dość często będzie na tapecie.


   Potrzebujemy:

   na 12 dużych muffin:

2 szklanki (z czubem) mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklankę cukru
1/3 szklanki oleju z orzechów włoskich (można zastąpić innym olejem)
1 jajko
1 szklanka mleka

   na masę:

400 g rabarbaru
1 budyń waniliowy
cukier do smaku

   Masę robimy według tego przepisu (klik), czyli:

   Obrany rabarbar wkładamy do garnka, dodajemy odrobinę (dosłownie) wody. Gdy zacznie się gotować dodajemy cukier do smaku. W połowie szklanki wody rozrabiamy budyń. Mieszamy budyń z rabarbarem i odstawiamy na bok

   Cukier, olej, jajko, mleko mieszamy razem (ręcznie, zajmuje to mniej niż minutę). Wsypujemy mąkę i proszek do pieczenia. Mieszamy mało starannie. Masę przekładamy do foremek i kładziemy na niej dużą, czubatą łyżkę dżemiku z rabarbaru i budyniu.

   Pieczemy ok. 25 minut w 180C.

   Jeżeli lubicie muffiny i rozsmakowaliście się w masie z ciasta z rabarbaru i budyniu czekoladowego, te muffiny powinny wam przypaść do gustu. Lubicie muffiny? Pieczecie dziś coś swoim mamom? A może ktoś dla was upiekł coś pysznego?

   P.S. Zdjęcia prezentują to co udało mi się uratować do zdjęć. Nie są to najładniejsze okazy jakie wyszły. Nie muszę wyjaśniać, że te większe zniknęły z prędkością światła? :-)


piątek, 25 maja 2012

Too faced, Eye shadow duo, ohh & ahh

   Nie jestem fanką szarości. Jednak dziwnym trafem, w swojej szafie mam sporo szarych ubrań. Nie jestem także wielbicielką smokey eye. O too faced słyszałam wcześniej, macałam testery, ale jakoś nie korciło mnie by dokonać zakupu. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie interesowałam się ich cieniami? Ale pewnego dnia stało się, do mojego koszyczka powędrowało szare duo ohh & ahh. No i stało się..



   Przyznaje się szczerze, że najpierw moją uwagę przyciągnęło różowe, pasiaste pudełeczko. Musiałam się przekonać co to. Odczytałam nazwę producenta i postanowiłam sprawdzić, cóż za prezencik tam siedzi. Przez szybkę w pudełeczku ujrzałam cienie. Mimo, że szare- spodobało mi się. Zwłaszcza srebrzystoszary. Pomyślałam sobie, że te cienie idealnie będą pasowały do mojej srebrnej biżuterii, która wygląda jak koronka. Przecież ładna biżuteria musi się komponować z ładnym makijażem.



   Trochę mnie zaskoczyło, że mimo tak sporego pojemniczka, samo opakowanie cieni jest płaskie. Jednak patrząc na ich wydajność 2,5 g cieni wystarczy mi na wieki.



   Ale przechodząc do rzeczy- te cienie są doskonałe. Rozcierają się jak marzenie i nawet laik wykona nim piękne, dobrze rozblendowane smokey. Bardzo ładnie wychodzą też kreski nimi wykonane.



Cienie same na oku nie wytrzymują całej nocy, jednakże po użyciu bazy pod cienie lub chociażby cieni w kremie essence stają się nie do zdarcia. Nie zbierają się w załamaniach powieki, nie blakną.


Chciałabym także wspomnieć o małym dopisku na kartoniku: "produkt testowany na celebrytach, nie na zwierzętach.


   Używacie kosmetyków Too faced? Jakie są wasze ulubione? Które cienie lubicie najbardziej?

sobota, 19 maja 2012

Ciasto z rabarbarem i budyniem czekoladowym

   Sezon na rabarbar trwa. Nie ma co marnować czasu i trzeba go wykorzystać. Z pierwszego rabarbaru powstało to ciasto. Z braku innego budyniu dodałam budyń czekoladowy. Wyszedł z tego ciekawy, nietypowy smak. Jeżeli lubicie poznawać nowości, szczerze polecam.


    Potrzebujemy:

600 g rabarbaru
2 szklanki mąki
2 jajka
2 łyżeczki cukru waniliowego
1 budyń (czekoladowy u mnie,może być także waniliowy)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/3 kostki masła
1/2 szklanki cukru + kilka łyżek do masy

   Obrany rabarbar wkładamy do garnka, dodajemy odrobinę (dosłownie) wody. Gdy zacznie się gotować dodajemy cukier do smaku. W połowie szklanki wody rozrabiamy budyń. Mieszamy budyń z rabarbarem i odstawiamy na bok.

   Pozostałe składniki mieszamy. Połowę ciasta wykładamy na dno, kładziemy masę i na to drugą część ciasta. Pieczemy 40-50 minut w 180C.

   Zajadamy ze smakiem.

   Lubicie rabarbar? Bardziej w cieście czy świeży z cukrem?

czwartek, 17 maja 2012

Powrócił: ZSK, peeling z czarnej porzeczki

   Zazwyczaj się skupiam na recenzji produktu. Dziś nie będzie recenzji a informacja. W krótkim czasie po założeniu bloga, napisałam post pochwalny (w dość zachowawczym stylu) o fantastycznym peelingu dostępnym w zsk. Niestety, gdy opublikowałam go zauważyłam, iż nie był już do kupienia.

   Przy ostatnich zakupach w zróbsobiekrem.pl zauważyłam, że jest dostępny. Gdy przyszedł przetestowałam go kilkukrotnie i wciąż jestem nim zachwycona. Nie wiem jak mogłam bez niego wytrzymać tyle miesiące.


   Peeling ten bije inne na głowę (nawet korund i peeling kawowy). Zazwyczaj po peelingu robię jeszcze maseczkę z glinki. W tym przypadku jest to całkowicie zbędne. Buzia jest rozjaśniona, gładka, świetlista i czyściutka. Ma zdecydowanie ładniejszy kolor. Mogę używać go także rano, bo moja buzia po nim nie jest  czerwona (chwilę po zmyciu jest zaróżowiona, ale to momentalnie znika). ZSK na swojej stronie poleca go do cery tłustej, mieszanej i normalniej. Jednakże moja sucha (z płytko położonymi naczynkami) go uwielbia. A wszystko to za jedyne 3,99zł/50 g.

   W sumie ten post powstał po to, aby poinformować Was o jego ponownej dostępności, ale jak widać, bez kolejnego hymnu pochwalnego obyć się nie mogło, tak bardzo go lubię. Przy okazji jeszcze zdradzę, że wraz z nim zakupiłam peeling z nasion truskawki, z którego jestem też zadowolona, ale na jego recenzję przyjdzie jeszcze czas, po dłuższym testowaniu.

   Dla przypomnienia: mój poprzedni post o peelingu z czarnej porzeczki.


   Czujecie się skuszone?

poniedziałek, 14 maja 2012

Catrice, Velvet matt lip colour, 01 colour bomb

   Obecnie trwa moda na matowe usta. Zazwyczaj za trendami nie podążam, ale tym razem dałam się skusić. Lubię matowe pomadki/ błyszczyki za to, że mogą być zarówno matowe jak i błyszczące. Dziś chciałabym pokazać Wam pomadkę z edycji limitowanej Catrice Revoltaire. Będąc przejazdem u naszych zachodnich sąsiadów skusiłam się na dwa kolory z trzech dostępnych. Zacznę od colour bomb.

 
   Opakowanie- srebrne, solidne, nadruk nie schodzi nawet przy walce z paznokciem. Nie rysuje się. Sam nadruk mi się bardzo podoba.

 
   Pomadka z pewnością jest trwała. Matowa. Dość sucha w rozprowadzeniu.  Lubi wchodzić w załamania i podkreślać każde załamanie skóry. Jednak jestem w stanie jej wszystko wybaczyć. Przez pierwsze dwa tygodnie gościła na moich ustach bez przerwy. Wszystko przez ten kolor. Piękny koral. Jego nasycenie można stopniować przez nałożenie warstw. Dwie warstwy tej pomadki są bardzo podobne do pomadki MAC z edycji Shop MAC, Cook MAC w kolorze Watch Me Simmer. Kolor jest piękny i jestem w stanie wybaczyć mu podkreślanie mankamentów. Radzę sobie z tym nakładając na nią bezbarwny błyszczyk lub balsam.

   A jak Wam się podoba?

sobota, 5 maja 2012

Astor Soft Sensation Liquid Care - Błyszczyk do ust, 106 Metallic Pink

   Usta zawsze mam czymś pomalowane. Czy błyszczyk, czy pomadka nie ma to dla mnie znaczenia. Uwielbiam wszystkie mazidła do ust. Ten błyszczyk nie należy do moich zbiorów, jednakże moja mama użyczyła mi go do testów. 

   Aplikacja- od jak błyszczyk, nie ocieka, nie ciągnie się. Sunie po ustach. Aplikator typowy dla błyszczyków, wolałabym dobry pędzelek, jednak w przypadku tego koloru zdaje on egzamin. 

   Zapach- no i tu muszę przyznać, że jest on bardzo wyczuwalny przy aplikacji i chwilę po niej. Smak także. Smakuje i pachnie jak krem, nic specjalnego, ale nie jest to brzydki zapach.


   Kolor- producent określa go jako metaliczny róż. Jakoś tak do metalicznych błyszczyków nie byłam przekonana. Widziałam jednak wcześniej ten błyszczyk na ustach mojej mamy i wiedziałam czego się spodziewać. Jest to kolor bardzo naturalny, bez drobinek. Ma piękny błysk.

   Produkt nie klei się, bardzo ładnie wygląda na ustach. Nie wysusza ust, nie podkreśla suchych skórek, a może nawet i lekko nawilża. Ogólnie to bardzo dobry produkt. 

Pierwsze zdjęcie pochodzi z http://www.astorcosmetics.com

wtorek, 1 maja 2012

MAC, powder blush, Harmony

Idealnego bronzera szukałam miesiącami. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale wciąż wiedziałam, że to nie to. Albo trzeba było ostrożnie je nakładać, by nie wyglądać jak brudna, albo kolor nie do końca był odpowiedni. Na pomoc przyszedł mi doktor google. Bezapelacyjnie ogłosił, iż muszę się udać do MACa i zakupić róż w kolorze Harmony, co też grzecznie uczyniłam.
Mimo, iż jest to róż, używam go zamiast bronzera do modelowania twarzy. Nadale się do tego idealnie, ponieważ:


- kolor- można go stopniować, wiec sądzę, iż nadania się zarówno dla bladolicych jak i tych ciemniejszych, jak ja lub jeszcze bardziej. Idealnie symuluje on cień na twarzy, przez co udaje mi się stworzyć złudzenie widocznych kości policzkowych. Produkt nie zawiera ani jednej drobinki. Jak przystało na dobry bronzer, trudno w nim dostrzec chociażby odrobinę tak niepożądanego pomarańczowego odcienia. 


- aplikacja- jest dość twardy, ale nie jak kamień. Dobrze nabiera się na pędzel i nie osypuje. 
- trwałość: u mnie do zmycia, bez zmiany koloru
- wydajność- zanim kupiłam bahama mamę używałam go codziennie przez ponad 3 miesiące, ubytku praktycznie nie było; wydajność taka jak innych róży MAC czyli doskonała
Jeżeli poszukujecie bronzera idealnego, polecam z czystym sumieniem. To jeden z dwóch moich ulubieńców, zaraz po Bahama mamie The Balm. 


P.S. Na swatchach jest go nałożonego dużo i był on nakładany palcem, nakładany pędzlem jest o wiele jaśniejszy.

sobota, 28 kwietnia 2012

Promocja w Marionnaud

   Część z was już słyszała o marce The Balm. Muszę przyznać, że to moja ulubiona firma. Wszystkie kosmetyki, które do tej pory testowałam okazywały się świetne. Czy fakt, że po ich róże sięgam częściej niż po Mac jest wystarczająco przekonywujący? Jeżeli tak, to mam dla was wieści. Od wczoraj do końca niedzieli drogeria Marionnaud oferuje 50% zniżki przy zakupie kosmetyków marek, które mają w Polsce na wyłączność. Czyli właśnie na The Balm (i Make Up factory, john masters organics)!

   Dodatkowo, przy zakupie The Balm za 109 zł otrzymujemy cień Overshadow. Aby go otrzymać należy pokazać kupin z gazetki, której pełno leży we wspomnianej drogerii. Drugi kupon z tej samej gazetki uprawnia do otrzymania prezentu niespodzianki. W moim przypadku były to dwa  kupony rabatowe  na 120 zł (przy zakupie za min. 500 zł) i 60 zł (przy zakupie za min. 250zł). Ważne tylko do końca miesiąca. No cóż, marna niespodzianka, ale przy większych zakupach może komuś się przydać.
 
  Orientacyjne ceny The Balm przed promocją:

- Bahama Mama, Sexy Mama, Hot Mama- 51 zł
- róże Frat Boy, Down Boy, Cabana Boy- 54 zł
- rozświetlacze Mary-Lou Manizer, Betty- Lou Manizer 61 zł
- błyszczki- 39 zł
- Balm Shelter (koloryzujący krem nawilżający)- 68zł
- korektor w płynie- 49 zł
- cienie do powiek w kremie- 49 zł
- cienie sypkie Overshadow- 43 zł
- Pomadki 45 zł
- Stainiac pochodzi z zestawu prezentowego, na standzie go nie widziałam


  Znacie kosmetyki The Balm? Lubcie? Podobają wam się opakowania? Planujecie skorzystać z promocji?


P.S. Nie, nie są to moje zakupy z tego weekendu :-) 


piątek, 27 kwietnia 2012

Naleśniki nadziewane szpinakiem i fetą, zapiekane z serem

Nie lubiłam szpinaku. Tymi naleśnikami zaczęłam przełamywać to nielubienie. I wiecie do czego doszło? Ostatnio jak myślę o jedzeniu to myślę o szpinaku... No wyjątkowo mi zasmakował i jeszcze jest tyle możliwości przygotowania go! W najbliższym czasie możecie się spodziewać całej masy przepisów na to, jak go ujarzmić. Poniższy przepis został zasłyszany od dziewczyny, która bardzo go zachwalała. Chyba z 10 minut mówiła o tym, jakie jest to pyszne, więc szybciutko zanotowałam przepis i sporządziłam obiad. 


   Potrzebujemy:

500 g szpinaku
250g fety
150 g sera żółtego
6 łyżek łuskanego słonecznika
3 łyżki śmietany
2 łyżki masła
1 ząbek czosnku
Pieprz, sól, ostrą paprykę

Naleśniki (po naciśnięciu przejdziecie do mojego przepisu na nie)

   W małym garnku rozpuszczamy masło, rozdrobniony czosnek, odrobinę ostrej papryki. Wrzucamy szpinak. Całość dusimy. Gdy szpinak zmięknie wkruszamy do niego fetę i śmietanę.
Na suchej patelni prażymy przez chwilę słonecznik.
Nakładamy masę na naleśniki, zwijamy jak krokiety. Układamy w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym masłem. Na wierzch kładziemy ser i posypujemy słonecznikiem. Zapiekamy do rozpuszczenia sera.

   Szpinak jest czymś co kojarzy wam się źle? Czy może jesteście jak Popeye i wcinacie szpinak?

środa, 25 kwietnia 2012

OPI, Strawberry margerita

   Bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że zostałam nim obdarowana. Ba, chwilę wcześniej nawet rozważałam jego zakup. Czy radość była uzasadniona? A może kolor jedynie w buteleczce wygląda ładnie, a jego jakość jest koszmarna?



   Kolor w nazwie ma truskawkę, jednak ta truskawka jakaś mało czerwona, a bardziej różowa jest. Te truskawki raczej nie są zmieszane z tequillą, lecz ze śmietanką. 

   Aplikacja- bardzo przyjemna, lakier sam się rozprowadza. W sumie jedna już warstwa wystarczy, jednak u mnie jak zawsze są dwie. Lakier ma w sobie duży błysk, więc swobodnie można odpuścić top coat.
   Schnie szybciutko, nosi się kilka dni bez uszczerbków. Kolor przyciąga wzrok i pasuje do wielu rzeczy. Ja więcej nie wymagam.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Lush, 9 to 5 Orchid Oil Cleansing Lotion

   Do tej recenzji zbierałam się bardzo długo. Chciałam być pewna swej opinii. Tyle czasu zwlekałam, że na stornie lush.com widzę już inne opakowanie, a moja 95g buteleczka zaczyna dobijać dna. Produkt trafił w moje ręce we wrześniu. Czy jestem z niego zadowolona? A może tak długi test świadczy o zupełnie innych wrażeniach?

   Na wstępie się przyznam, że przy każdej wizycie z Lushu głupieję, a moja lista zakupów nie pokrywa się z tym, co faktycznie nabywam. Tak też było tym razem. Nie wiem jak ten lotion wpadł w moje ręce, ale bardzo się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Może uwiódł mnie jego zapach?


   Jednak zanim dojdę do opisu zapachu, chciałabym jeszcze wspomnieć, że produkt ten ma bardzo przyjemną konsystencję. Mimo, iż w nazwie ma słowo olej, nie można powiedzieć, że właśnie taką konsystencję posiada. Słowo lotion pasuje jednak lepiej, jednak dodałabym jeszcze słowo lekki. Konsystencja jest bardzo przyjemna, inna niż wcześniej znane mi mleczka do demakijażu. 

   Aplikacja również bardzo przypadła mi do gustu- wystarczy mała porcja rozprowadzona po całej twarzy. Najpierw aplikowałam 9to5 na powieki i rzęsy, następnie lekko masowałam twarz, by po chwili usunąć preparat wraz z zanieczyszczeniami płatkami Cleanic. Całość trwała krócej niż minutę, a ja pozbywałam się codziennego makijażu, często wykonywanego z użyciem żelowych eyelinerów (w tym essence, które są trudne do zmycia).


Buzia po demakijażu, mimo płytko położonych naczynek, była spokojna, gładka, miękka. Oczyszczona. Nie była ściągnięta. Na twarzy pozostaje lekki, przyjemny zapach. Doskonały na wieczór, odprężający.

Produkt jest też bardzo wydajny, wystarczy ok. pół małej łyżeczki lotionu, aby zmyć makijaż całej twarzy. 

Uważam, że jest to produkt godny uwagi. Doskonale wywiązuje się z zadania- zmywania makijażu, zostawiając przy tym buzię zrelaksowaną i oczyszczoną. 


sobota, 14 kwietnia 2012

Gołąbki w sosie pomidorowym

   Dziś będzie o gołąbkach. Ale nie o tych z krakowskiego rynku, ale takich zjadliwych. Nakład pracy nie jest zbyt duży, jednak potrzebują czasu, aby się ugotować. Trudno je zepsuć. No ale najpierw lista zakupów.

   Potrzebujemy:

kapustę (mała główka)
500 g mięsa mielonego
200 g ryżu (nieugotowanego)
Przyprawy: pieprz, bulion (może być taki sklepowy, w kostkach), suszone grzybki (sztuk 3), sól, garść włoszczyzny (minimalnie sama marchewka), ostra papryka (u mnie habanero), tymianek

   Kapustę pozbawiamy głąba. Wrzucamy ją do garnka z wrzącą, osoloną wodą. Co jakiś czas przewracamy ją na drugą stronę. Gdy zewnętrzne liście zaczną łatwo odchodzić, zdejmujemy je i odkładamy na talerz. W tym czasie mieszamy mięso mielone z pieprzem, papryką i nieugotowanym ryżem.

   Gdy z całej kapusty zdejmiemy liście, napełniamy je kuleczkami z mięsa i ryżu (można wyciąć nerwy w liściach, aby łatwiej się składały). Zwijamy je.

   Dno garnka wykładamy liśćmi kapusty, na to kładziemy gołąbki, pomiędzy warstwy wkładając grzybki, włoszczyznę i posypujemy przyprawami: tymiankiem, pieprzem, papryką. Podlewamy rosołkiem lub wrzucamy kostkę rosołową i dopełniamy garnek wodą. Na samą górę również układamy liście kapusty.

   Gotujemy na małym ogniu (ok 1,5 godziny), do czasu aż gołąbki zmiękną (trzeba spróbować).

   Polecam podawać z sosem pomidorowym.

 
   Sos pomidorowy:

3 łyżki koncentratu pomidorowego
2 łyżki śmietany 12%
bazylia, pieprz, odrobina ostrej papryki (u mnie mieszanka różnych odmian, papryk z uprawy własnej)
kostka cukru
pół szklanki rosołu


   Wszystkie składniki umieszczamy w garnku. Mieszamy. Sos gotowy. Bardzo dobrze smakuje z gołąbkami. Można dodać do niego np. mięso i można podawać go z makaronem.

piątek, 13 kwietnia 2012

Catrice, Revoltaire, 03 Colour Bomb

   Wiem, że lakiery Catrice mają zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników. Ja należę do grupy pierwszej. Lakier został podkradziony do testów mojej mamie (która też uwielbia lakiery Catrice), ale spokojnie, za jej wiedzą.

   Trwałość- piąty dzień na moich paznokciach to dobra rekomendacja? No może trochę się starł na końcówkach i rogach, ale wciąż nie muszę go zmywać (a odrapane paznokcie bardzo mnie drażnią)


Kolor- no i tutaj będzie ciężko mi go określić, ponieważ raz jest bardziej różowy, raz czerwony, aczkolwiek moim zdaniem mam w sobie jeszcze coś z koralu. Kolor jest fantastyczny, nie jest rażący, ale jest widoczny.  Faktycznie bomba. Doskonały kolor zarówno na ciepłe dni, jak i na te bure, by dodać im wesołości.  Kolor przywodzi mi na myśl cień  Simply red z paletki PPQ Sleek'a. Jednak różnice możecie zauważyć na poniższym zdjęciu. Nie mniej mając paznokcie pomalowane tym lakierem często oczy malowałam tym cieniem.

Aplikacja- bardzo dobra, jedna warstwa wygląda już ładnie. Mi się bardziej podoba przy 2, 3 cienkich warstwach (taki efekt na zdjęciach), lakier szybko schnie. Lakier wyposażony jest w nowy pędzelek- krótki i z bardziej zaokrągloną końcówką, elastyczny, ale wystarczająco sztywny. Bardzo mi się spodobał. 


   Lubicie takie kolory na paznokciach?


P.S. przepraszam za skórki- zdjęcia niestety zrobiłam przed oczyszczeniem ich, mam nadzieję, że wybaczycie.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Jajka faszerowane z chrupką skórką

   Macie zbyt dużo jajek? Zostały wam ugotowane z wczoraj? Ugotowaliście zbyt dużo? Mam rozwiązanie: jajka faszerowane. Ze świeżych jajek też można je zrobić (przyznaje się, zawszę robię ze świeżych jaj). W smaku są pyszne. Można je jeść zarówno na zimno jak i na ciepło. 


   Potrzebujemy:

jajka
szynkę
odrobinę bułki tartej lub migdałów w płatkach
odrobina majonezu
jeszcze mniejsza odrobina musztardy
przyprawy: pieprz, ostra papryka
opcjonalnie: cebulę, szczypiorek

(proporcje celowo pominęłam, bo są one zależne od Waszego gustu i chęci, ale ja bym liczyła 1 mały plasterek na jedno jajko, lub jeden duży plasterek wędliny na 2 jaja)

   Gotujemy jaja na twardo. Po wystudzeniu, ząbkowanym nożem przecinamy je na pół. Wyjmujemy zawartość ostrożnie, aby nie uszkodzić skorupki. Jajka siekamy w blenderze z wędliną i pozostałymi dodatkami. Tak powstałą masą napełniamy nasze skorupki. Następnie odciskamy je w bułce tartej lub migdałach. Smażymy na maśle.

   Smacznego!

   Prawda, że przepis banalnie prosty?

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

UNE beauty, sfumato eyes shadow, S21

   Dziś będzie krótko i treściwie. Ot, taki post ku przestrodze. Chyba, że jest tu ktoś kto lubi kupować buble? ;) Jestem już trzecią właścicielką tego cienia i gdyby nie chęć przestrogi przed nim już dawno by leżał w koszu. 



   Do zakupu może zachęcić wiele. Po pierwsze naklejka na opakowaniu mówiąca, iż produkt składa się z 99,5% naturalnych składników, a 12,6% z organicznego gospodarstwa. Zachęca prawda? A gdy dodam jeszcze, że ma ECOCERT?  Do zalet niewątpliwie należy jeszcze opakowanie- proste, z dużym lusterkiem, które przybliża, ale nie zniekształca. Gdy rozsuniemy lusterka ukazuje nam się cień, w bardzo ładnym odcieniu zieleni. No i na tym koniec. Jest to cień widmo. Można nim smarować się na bazie i bez niej, pędzelkiem, palcem, aplikatorem i nic. 


   Teraz, leci do kosza. Dla ciekawskich dodam jeszcze, że został on wyprodukowany do Bourjois.
Miałyście jakiś cień z tej serii?

sobota, 7 kwietnia 2012

Mazurek chałwowy

Lubicie słodkie ciasta? Takie bardzo słodkie? Takie, których wystarczy malutki kawałek i już macie dość? Jeżeli na powyższe pytania odpowiedziałyście twierdząco, to ciasto jest dla Was! A z pewnością po zmianie dekoracji może zastąpić tort urodzinowy czy ciasto imieninowe.

 
   Potrzebujemy:

kostka masła
tabliczka gorzkiej czekolady
120 ml śmietany 30%
100 g chałwy waniliowej
100 g chałwy czekoladowej
100 g orzechów laskowych (można dodać inne, zależnie od gustu, lub zmieszać różne)
15 łyżek mąki pszennej
11 łyżek cukru pudru
4 łyżki mąki ziemniaczanej
1 torebka cukry waniliowego/ łyżka ekstraktu waniliowego
4 łyżki wódki

+ do dekoracji: orzechy, migdały, wiórki kokosowe, owoce kandyzowane, na co macie ochotę

   Ugniatamy (może być w robocie) kostkę masła (bez jednej łyżki masła) wraz z mąkami i 8 łyżkami cukru pudru i cukrem waniliowym. Ciasto wykładamy na blachę dość równomiernie. Pieczemy w 170C przez 30 minut.

   Po wyjęciu z piekarnika, gdy ciasto się studzi- miksujemy jedną kostkę chałwy z 50g orzechów i 60 ml śmietany na gładką masę, dodajemy alkohol. Następnie masę podgrzewamy chwilę na małym ogniu. Powyższe czynności ponawiamy z drugą kostką chałwy.

   Masę wykładamy na przemian na upieczony, zimny spód. Pac, pac- raz łyżka czekoladowa, raz waniliowa. Raczej mniejsze niż większe te plamy róbmy. Zostawmy do zastygnięcia, najlepiej w dość chłodnym miejscu.

   Czekoladę rozpuszczamy w  kąpieli wodnej wraz z łyżką masła. Polewamy nią naszego mazurka. Dekorujemy według uznania zanim czekolada zastygnie.

Smacznego!


   Przepis pochodzi z bloga mojewypieki.blox.pl, jednak wprowadziłam do niego kilka minimalnych zmian (wódka i dwa smaki chałwy)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Co czytam?

   Dzolls postanowiła przekazać mi TAG, który dotyka czytelnictwa. Takiego TAGa nie mogłam odpuścić. I tak, w chwili wolnego czasu odpowiedziałam na poniższe pytania. Jesteście ciekawe? Zapraszam.

♥ O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

   O każdej! Ale najlepiej mi się czyta w nocy- cisza spokój, nie muszę zaraz gdzieś biec. W ciągu dnia, niestety mam mało czasu na czytanie. Ale wykorzystuję każdą możliwą chwilę. W tramwaju czy autobusie czytam lub robię supermemo. Ale czytam nawet na stojąco.

Jednak najchętniej czytam w łóżku, czasem jest mi trudno się z książką rozstać i tak czytam przez pół nocy. Ahh, te czasy liceum i wcześniejsze, gdy Tata wchodziło do pokoju i mówił, że oślepnę od tego czytania. Zawsze odpowiadałam, że zaraz kończę i idę spać. No cóż, moje zaraz trwało nieraz do 3 w nocy..

♥ Gdzie czytasz?

Wszędzie. Najczęściej w środkach komunikacji publicznej. Lubię także przed snem w łóżku, chociaż fotelem tez nie wzgardzę. W wannie też lubię (jeszcze żadnej książki nie utopiłam). Zawsze czytam czekając na kogoś.

♥ W jakiej pozycji najchętniej czytasz?

Stojąc na głowie… (żart taki). Najchętniej chyba na leżąco, ale najczęściej jednak na siedząco.

♥ Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

To co wpadnie mi w łapki. Ale gdy mam już sama wybierać to najczęściej sięgam po powieści biograficzne, podróżnicze i historyczne. Ogólnie najlepiej mi się czyta książki pierwszoosobowe i personalne.

♥ Co czytałaś ostatnio?

„Czerwona królowa” Philippy Gregory. Polecam tak samo mocno jak inne książki tej autorki!

♥ Co czytasz obecnie?

„Nad Afganistanem Bóg już tylko płacze” Siby Shakiba

♥ Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Zaginam rogi. Ale spokojnie, nie bezczeszczę książek. Wszystkie książki czytam na moim czytniku (iRiver Story) i tam zagina się rogi wirtualnie. Przy papierowych książkach używam takich naklejanych zakładek, pachnących blotterów. Paragony też się świetnie sprawdzają (z Lusha przeżył ze mną rok w takiej roli :P)

♥ E-book czy audiobook?

Ebook zdecydowanie. Ilekroć próbowałam wysłuchać audiobooka zasypiałam lub łapałam się na tym, że od wielu minut myślę o czymś zupełnie innym.

♥ Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?

Ojej! Nie wiem. No i z jakiego okresu dokładnie? Nie lubię wracać do już przeczytanych książek. Pamiętam, jak poszłam z Mamą do osiedlowej biblioteki i Pani  wychylając zza biurka powiedziała: „ nie mamy już dla Ciebie książek, wszystkie już przeczytałaś z działu dla dzieci!”. No cóż, w liceum nie udało mi się przeczytać całego dostępnego zbioru, ale ponoć pobiłam rekord wypożyczonych (a wszystkie wypożyczone przeczytałam) książek. Kiedyś namiętnie czytywałam Jonathana Carrolla, Paulo Coelho i Erica-Emmanuela Schmitta.

W sumie wszystkie książki bardzo lubiłam i trudno wyróżnić mi ulubieńców, ale za to doskonale pamiętam, czego nie mogłam ścierpieć- "W pustyni i w puszczy" (za to "Krzyżaków" uwielbiałam).. W sumie "W pustyni i w puszczy jest jedną z niewielu książek (może 5, 7?) w całym moim życiu, których nie dałam rady przeczytać do końca..

WIem, wiem! Już wiem! Mam ulubioną książkę, a raczej autora i jego cykl. Jak ja mogłam zapomnieć o "Panu Samochodziku" Nienackiego?! Kto nie czytał niech nadrobi! Ale tylko te autorstwa Zbigniewa Nienackiego.

♥ Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?

Nigdy nad tym się nie zastanawiałam. A teraz, na szybko trudno mi odszukać taką postać.


Bardzo fajny był to TAG. Jednak brakowało mi w nim jeszcze kilku pytań. Bardzo, bardzo fajny temat! Może znacie jakieś fajne książki, które uważacie za godne polecenia?

Do tablicy wywołuję:
Bellę
Marti
Simply
Bzeltynkę

A może i Em się na ten akurat TAG skusi?

Zdjęcia pochodzą z empik.com

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Catrice, feMALE

   Na wstępie zaznaczę, że nic mi nie wiadomo o wejściu tej edycji limitowanej do polskich natur. Jednakże przy okazji małego wyjazdu udało mi się pomacać testery niektórych produktów. Zakupów nie dokonałam, bo mimo dobrej jakości przeraziła mnie cena (prawie dwa razy drożej) no i jednak nie jest to edycja limitowana, która mnie zachwyca.

   Zacznę od różu- w opakowaniu wygląda na mocno napigmentowany i kremowy. Po nabraniu staje się mniej intensywny, a efekt po rozsmarowaniu widać na zdjęciu. Cała tłustość również znika, co mi się bardzo podoba, bo róż na skórze staje się hmm, jakby pudrowy, ale zarazem jego tekstura jest niewidoczna.

   Cienie- do wyboru są 3 pary kredowych cieni. Same cienie są bardzo fajne, jednak pary niekoniecznie są dobrze, moim zdaniem, dobrane. Cienie są dobrze napigmentowane, rozprowadzają się bardzo dobrze. Musiałam pocierać dość mocno chusteczką, aby usunąć cienie z dłoni. Na zdjęciach cienie są ukazane bez jakiejkolwiek bazy.

   Niestety, więcej nie jestem w stanie  powiedzieć po tak krótkim teście. Na zdjęciu widać także roztarty róż z Marble Manii, który moim zdaniem jest godny uwagi.


Podoba Wam się cokolwiek z tej limitki?


poniedziałek, 19 marca 2012

Essence, colour & go, 93 c'est la vie!

Lakier ten jest wiosenną nowością w szafach Essence. Kupując go, nie spodziewałam się, że aż tak podbije moje serce. Na wstępie jeszcze dodam, że było bardzo trudno uchwycić ten kolor na zdjęciach. 

Po pierwsze kolor- w buteleczce jest trochę jaśniejszy niż w na paznokciach. Jeżeli skusiłyście się na błyszczyk 02 on your gracile tiptoe z limitowanej edcyjci Ballerina backstage to teraz możecie do kompletu dokupić ten właśnie lakier. Pasują do siebie idealnie, z tym, że lakier nie mam ani jednej drobinki. Jest idealnie kremowy.

Aplikacja- producent nazywa pędzelek precyzyjnym. Ja może to doprecyzuję. Jest on dość krótki, giętki, płaski. Odrobinę nierówno przycięty. Ale owszem, lakier aplikuje się nim dobrze. Do pełnego krycia wystarczy jedna gruba warstwa lub dwie cienkie.



Trwałość- genialna. Na zdjęciach widzicie go po 4 dniach i całodziennym sprzątaniu i przemeblowywaniu. Ubytku nie ma żadnego. Trzyma się aż do zmycia. 
Jestem nim zachwycona!

niedziela, 11 marca 2012

Essence, Gel eyeliner, 05 miami's ink

Szary nie jest moim ulubionym kolorem, ale dziwnym trafem mam dużo rzeczy w tym kolorze. Z żelowymi linerami Essence też miałam różne doświadczenia (limitowane z sun club są świetne, podobnie jak czarny, a z po fioletowy nie sięgam zbyt często bo robi prześwity i trzeba go nakładać warstwami. Gdy tylko zobaczyłam ten eyeliner wiedziałam, że pójdzie do domu ze mną. Czy jestem z niego zadowolona?
Jego konsystencja jest genialna- nie jest to jednak tytułowa formuła żelu, ja bym raczej nazwała konsystencję hmm, kremowo- żelowo- piankową. Jest wspaniała. 
Nie robią się grudki, a eyeliner sam wręcz sunie po powiece. Bez żadnych prześwitów. Można nim namalować cienką, równą kreskę, ale także i gruba wygląda bardzo ładnie. Ładnie podkreśla zielone oczy. 
Ze zmywaniem również nie ma problemów. Utrzymuje się na oku bez żadnych zmian do zmycia (nawet kilkanaście godzin.  Na powyższym zdjęciu, eyeliner jest obrysowany cieniem w kremie Essence 05 camp rock.

Czy polecam? Oczywiście!



wtorek, 6 marca 2012

GLAMOUR

   Szczerze się przyznaję, że do kupna gazety najczęściej przekonują mnie dodatki.
   Jeżeli któraś z was ma ochotę na gazetę, a wraz z nią błyszczyk lub tusz do rzęs to pora ruszyć do kiosku. Za marcowy Glamour należy zapłacić 9,99 i wybrać dodatek. Ich opakowania są ozdobione rysunkami Liselotte Watkins. Niestety niewiele mi nazwisko tej pani mówi, jednak rysunek mi przypadł do gustu. Ja wybrałam tusz (jego cena katalogowa to 32,90).
   A wy planujecie zakup Glamour?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...