sobota, 6 grudnia 2014

środa, 26 listopada 2014

Yankee Candle, Angel's wings

   Postawiłam go na szafce. Stał grzecznie, cicho. Przywdziany w biel. Znak czystości. Czekał wiernie i cicho. Był gdzieś z boku, niedostrzegalny. Postanowiłam rozpalić w nim ogień, rozbudzić go, sprawić, że pojawi się w moim życiu. Wyszłam z pokoju, dałam mu czas aby mógł mi się ukazać. Wpierw był spokojny, jakby nie chciał się narzucać. Myślałam, że się nie dogadamy. Jakby wyczuwając moje myśli, postanowił rozwinąć swoje skrzydła. Wraz z upływem czasu, z każdym jednym milimetrem rozpuszczającego się wosku budziło się w nim więcej życia. Zaczął fruwać. Przedstawił się jako istota ciepła, ale i tajemnicza. Z duszą, z drugim obliczem. Przepełniając mój dom swoją obecnością udowadniał mi, że zapach mleka posłodzonego cukrem waniliowym, może mieć w sobie coś zimnego, satynowego. Że ciepły spokój, może być podszyty zimnym lękiem, który podobnie jak sól w czekoladzie, wydobywa z niego to, co najlepsze. 


   Zapach w dużym słoju ma bardzo dobrą moc. Jest intensywny, pozornie spokojny, ale podszyty ciekawą nutą, która sprawia, że nie jest mdły. Jest to dla mnie kolejny zapach przynoszący spokój i ukojenie, podobnie jak Season of Peace czy Lake Sunset. Mam pewność, że w zależności od pory roku, jeden z nich musi gościć w mojej kolekcji. 

niedziela, 23 listopada 2014

Orly, Crawfords wine

   Czerwień na ustach i na paznokciach zawsze jest dobrym wyborem. Jednakże czerwień czerwieni nie równa. Pewnie dlatego posiadam kilka lakierów i pomadek w tym kolorze. Niby wszystkie czerwone, jednak wszystkie od siebie tak różne. Tym razem nie wystarczyło pierwsze spojrzenie by się zakochać. Właściwie to bardziej skusiła mnie marka i namowy towarzyszącej mi w sklepie osoby. Uległam. Po pierwszym pociągnięciu pędzelkiem na paznokciach pojawiła się miłość.


   Bo jak tu się nie zakochać w tak klasycznej, a zarazem niezwykłej czerwieni. Tak wiem, że powyższe zdanie jest paradoksalne, ale tak się właśnie dzieje za sprawą jego wykończenia. Piękna głęboka czerwień, chociaż jednak jaśniejsza od wina, podszyta wielowymiarowym wykończeniem.Wielowymiarowy efekt. Do tego dodam 5 dni trwałości na moich paznokciach (bez uszczerbków), mogłabym go nosić nawet do tygodnia, jednakże w miejscach gdzie moje paznokcie są rozdwojone, pojawiają się ubytki. Sam lakier doskonale trzyma się płytki. Do tego nie ma żadnych problemów ze zmyciem go i nie barwi paznokci i palców.


   Podoba wam się?

wtorek, 21 października 2014

Hello Cosmetics, Bath Ball Softy Yellow Love, Zakochana cytryna- kula do kąpieli softy

   Po całym ciężkim dniu, gdy mam zły nastrój lub gdy potrzebuję czasu tylko dla siebie, zamykam się w łazience. Wanna pełna ciepłej wody natychmiast zmywa ciężar całego dnia. Odpręża i relaksuje. Kąpiel można umilić na wiele sposobów. Dziś rozprawię się z kulą firmy Hello Cosmetics, która nabyłam przypadkowo kupując świece.


   Producenci tego tupu gadżetów prześcigają się w designie. Kula już nie zawsze jest kulą- może imitować nawet precyzyjnie udekorowaną babeczkę. W tym przypadku widok kuli nie zachwyca. Ot pół kuli z niebieską kulką i czymś. Zdecydowanie nie jest to przyciągający widok. Ale nie oszukujmy się, kula w wodzie i tak się rozpuści. Skupmy się więc na jej działaniu. 

   Początkowo podeszłam do niej ostrożnie, chciałam użyć tylko pół produktu. Na próżno. Kula jest bardzo twarda i nie było szans by ją przełamać. Wrzuciłam więc całą. Żółta część rozpuściła się szybko barwiąc wodę własnie na taki kolor, co nie wyglądało zbyt zachęcająco. Ale czego można się spodziewać po żółtej kuli? Niebieska pływała przez kilka minut. A po jej rozpuszczeniu zauważyłam unoszące się na powierzchni wody serduszka. Ku mej radości woda zmieniła kolor na zielonkawy. Woda prezentowała się już znacząco lepiej! 

   Walorów zapachowych, wbrew zapewnień producenta nie było żadnych, warto w takich okolicznościach zapalić świecę, która dostarczy nam takich wrażeń.

   Mogłoby się wydawać, że kula mnie nie zachwyciła. Błąd! Jej właściwości pielęgnacyjne są rewelacyjne. Masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz z nasion kakaowca są wyważone idealnie. Tego wieczoru balsam był zbędny, a skóra nawet następnego dnia była gładka, delikatna i miękka. Walory pielęgnacyjne zauważyłam zwłaszcza na stopach i łokciach. 

   Całości dopełnia fakt, że po tej chwili relaksu wystarczyło opłukać wannę, a nie ją szorować. Znacie kule tej firmy? A może znacie inne godne polecenia?

czwartek, 16 października 2014

Yanke Candle, Sunset Lake

   Tęsknota. Gdy przybędzie, nie ma od niej ucieczki. Można starać się odciągnąć myśli, jednak nigdy nie na długo. Łapie w najmniej oczekiwanych momentach. Chwyta serce mocno, ściska. Czy można się nią rozkoszować? Jak ją opisać? Jak opisać ten stan drżenia serca, chwytania za gardło, a czasem nawet i łez stających w oczach? Czy ma zapach?



   Jeżeli jest to tęsknota za drugim człowiekiem, można przywołać w pamięci jej kolor oczu, wyraz uśmiechniętej twarzy, brzmienie głosu, delikatność dotyku. Zapach. Można rozkoszować się wspomnieniami. Przywoływać chwile. Jednak czasem nadchodzą takie dnie, gdy pojawia się tęsknota za czymś bliżej niedefiniowanym. Za czymś czego nigdy nie było albo czymś nienamacalnym. Tęsknota za wolnością, za zaprzestaniem biegu, za czasem spędzonym jedynie na rozkoszowaniu się chwilą, własnymi myślami. Tęsknota za uczuciem, że "muszę" nie istnieje, za poczuciem beztroski.

   Serce się rozdziera, w głowie kłębią się myśli. Chcę biec, ale moje ciało nie reaguje. Muszę wyjść. Teraz. Natychmiast. Pragnę odpocząć, znaleźć spokój. Idę przed siebie. Wieczory już są takie chłodne! Dobrze, że zabrałam sweter. Może mi się przydać. Ta jedna racjonalna myśl tak samo szybko zniknęła jak i się pojawiła. Nie wiem dokąd idę, choć ta droga jest mi dobrze znana. Jest ciemna noc, ale idę pewnie. Molo. Podchodzę na jego skraj, opuszczam nogi w dół. Dobrze wiem, że zaledwie kilka centymetrów dzieli mnie od tafli ciemnej wody. Wpatruję się w nią. Rozmyślam o tym co było. Ogarnia mnie chłód, ubieram sweter. Przeciągając go przez głowę czuję Twój zapach. Uśmiecham się. To są piękne wspomnienia. Odnajduję spokój. Tego właśnie było mi trzeba. Mogę wracać.

źródło: www.yankeecandle.co.uk


   Bo dla mnie Lake Sunset pachnie tęsknotą i spokojem. Jest to świeca, która mnie wycisza, stopuje. Zapach jest ciepły. Ciężki do porównania. Z początku wydaje się nie mieć zapachu. Ale podobnie jak Season of Peace <recenzja>, jest to zapach, który jest zapachem w tle, nie wdziera się brutalnie, nie prosi o ukojenie. Season of Peace to spokój, Lake Sunset to świeca jak dla mnie o podobnym działaniu, jednak ja w niej odnajduję zapach tęsknoty. A może to ta piękna i nostalgiczna etykieta wzbudza we mnie takie emocje?

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Yves Rocher, Plaisirs Nature, Peelingujący żel pod prysznic Truskawka

   Mój tegoroczny urlop spędziłam w Bułgarii. I choć pogoda płata nam figle, udało mi się załapać trochę słońca. Może nawet trochę zbyt bardzo, co skutkowało delikatnym schodzeniem skóry z kilku partii ciała. Z tego powodu sięgałam po peelingi częściej niż zazwyczaj. Przychylnym okiem spojrzałam też w kierunku nowości od Yves Rocher. Czy byłam z niego zadowolona?


   Przy pierwszym użyciu byłam trochę zawiedziona. Peeling? Przepraszam, gdzie? Przecież to nie drapie. Dopiero później zrozumiałam, że jest to głównie żal pod prysznic, z miłymi drobinkami. Przecież można go stosować codziennie. I jako żel pod prysznic spisywał się bardzo dobrze. Delikatnie mył skórę, pozostawiał ją gładką i pięknie pachnącą. Bo zapach to on ma! Producent sugeruje, że powinien pachnieć truskawką, ale moi szanowni państwo, to są poziomki! Doskonały zapach zarówno na pobudkę jak i przed snem. Pachnie tak wakacyjnie!


   Wydajność też jest przyzwoita, starczył mi na prawie dwa miesiące, z tym że muszę zaznaczyć, że sięgałam w tym czasie również po inne produkty.

   Mogę go śmiało polecić. Może wiecie czy truskawka ze stałej oferty również pachnie poziomkami?


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Poshe, szybkoschnący utwardzacz do lakieru

   Pomalowane paznokcie i usta to stały element mojego wyglądu. Mam zniszczone paznokcie, które mimo wielu kuracji nadal nie nadają się do pokazywania światu bez warstwy lakieru. Oczywiści raz na jakiś czas robię sobie wolne w weekend, ale w tygodniu, do pracy nie wyobrażam sobie pójść w gołych paznokciach. Z obdartym lakierem też nie. Na nadmiar czasu jednak nie narzekam, muszę więc jakoś sobie radzić. Przez całe lata szukałam Świętego Graala- Sally Hansen, Essence, Nail Tek, Seche Vitee i cała masa innych top coatów są mi doskonale znane. Więcej szukać nie będę. Znalazłam! Przedstawiam wam Poshe, władce top coatów!


   Co mnie w nim tak zachwyciło? Działanie! Jestem pod ogromnym wrażeniem, koleżanki które kupiły go za mają namową również twierdzą, że odmienił on ich życie ;). Malujemy paznokcie, warstwa po warstwie i Poshe. Po kilku minutach możemy robić wszystko. W odróżnieniu od Seche Vite, nie ściąga lakieru. Nie zmienia koloru lakierów, nie rozmazuje ich i na dodatek pięknie lśni. Nie odpryskuje, nie pęka. Czy potrzeba czegoś więcej? Można go kupić w wersji pełnowymiarowej oraz miniaturce (w sam raz na wakacyjne wyjazdy!).


   Jeżeli jeszcze go nie macie, natychmiast naprawcie ten błąd. Jest najlepszy! Nigdy więcej odbitej pościeli na paznokciach!

   A wy po jakie top coaty sięgacie?

czwartek, 14 sierpnia 2014

Pervoe Reshenie, Przepisy Babci Agafii, Maska do włosów drożdzowa na pobudzenie wzrostu

   Jestem chyba wymarzonym klientem salonów fryzjerskich. Chodzę tylko do tych zaufanych, ale za to mój fryzjer ma zawsze wolną rękę. Mam tylko kilka wymagań- mam wyglądać pięknie, a włosy mają się same układać. Ewentualnie mogę zasugerować czy chcę trochę dłuższą czy krótszą fryzurę. Nie stylizuję włosów, chyba że do stylizacji zaliczymy spryskanie ich wodą morską lub jaką mgiełką i wtarcie odrobiny olejku. Za to stawiam na pielęgnację. Odżywka musi być obowiązkowo przy każdym myciu, olej gdy mam czas, częściej zaś stawiam na maski do włosów. Jakże bym mogła nie ulec pokusie, gdy wszyscy zewsząd trąbili o rosyjskiej pielęgnacji. Czy drożdżowa maseczka do włosów przypadła mi do gustu?

   Opakowanie nie należy do najbardziej praktycznych. Plastikowy słoiczek, zupełnie jak masła do ciała. No cóż, do lejącej konsystencji maski, nie jest to zbyt najszczęśliwszy wybór. Wkładanie mokrych rąk do maski jakoś nie przypadło mi do gustu. Jednakże całą czynność uprzyjemniał ciasteczkowy zapach. Relaksujący, w sam raz do wieczornego spa. 


   Stosowałam ją na różne sposoby. Początkowo starałam się ją trzymać na głowie około 30 minut. Jednak przy takim stosowaniu włosy następnego dnia były napuszone, każdy powiewał w inną stronę. No cóż, nie był to wymarzony efekt. Maska więc skończyła jako odżywka do włosów, trzymana od 3 do 5 minut. Po jej użyciu włosy były miękkie i może odrobinę bardziej błyszczące (ale w tej kategorii i tak znam lepsze odżywki). Nie zdobyła mojego serca. Więcej do niej nie wrócę, mimo zapachu. Była poprawna, ot zwykła odżywka do włosów. 


   A jakie są wasze wrażenia? 

niedziela, 29 czerwca 2014

EMPIK- moje łupy dokonane podczas wyprzedaży -90% -50%

   Czy już Wam mówiłam, że uwielbiam wyprzedaże? Ale nie takie udawane, ale te prawdziwie. Oczywiście okazja musi być ogromna, im większa tym lepsza. W ostatni piątek wybrałam się niewinnie tylko po dwie świeczki. Oczywiście kupiłam więcej. Wszystko przez to, że natrafiłam na wyprzedaż w Empiku. Z tych zakupów jestem tak zadowolona, że chętnie wam je pokażę. Według rachunków zaoszczędziłam 652, 72 grosze. Robi wrażenie, prawda?


 1. W moim otoczeniu musi ładnie pachnieć. Oprócz świec zapachowych używam do tego celu także pałeczek. Na te z Empiku skusiłam się pierwszy raz. Zamiast 21,99 zł za jedną zapłaciłam 6,90 zł. Do tego są zapakowane w estetyczne tuby, które będą służyły mi do przechowywania drobiazgów. 

2. Plastikowe pojemniczki przypominające ciastka. Kupiliśmy 4, planujemy zasadzić w nich kwiaty. Cena wyjściowa za jedną 25,99 zł, my zapłaciliśmy 2,60 zł. 

3. Ramka na zdjęcia HOME. Zamiast 16,90 zł- 1,69

4. Zestaw do obierania owoców (truskawek, melona oraz cytrusów). Zamiast 9,90 zł- 4,95

5. Torebki na pranie. Przydadzą się podczas wyjazdów czy też na siłownię, basen. Zamiast 17,91 zł za jedną- 1,99

6. Wyciskacz silikonowy- liczę, że w końcu będę miała suche ręce podczas wyciskania cytryn czy limonek.. Zamiast 4,90 zł- 2,45 zł. 

7. Nasiona Lotosu w szklanych kulach. Jestem ciekawa czy uda mi się je wyhodować. Zamiast 39,99 zł za jeden zestaw- 4

8. Kilka dni temu rozmawialiśmy o tym, że marzy nam się drzewko Bonsai. Nawet kilka razy przymierzaliśmy się do zakupów. Promocja spadła nam jak z nieba. Kupiłam 3 zestawy (3 doniczki, nasiona, prasowana ziemia i łopatka opakowanie w ładne drewniane pudełko)- Zamiast 59,99 zł za jeden- 6


9. Etykietki na bagaż. Chociaż dopiero co wróciliśmy z urlopu, z pewnością użyjemy ich podczas następnej wyprawy lotniczej. Zamiast 18,90 zł- 1,79

10. Podobnie z taśmami do zabezpieczania walizek. Dla niego w wersji stonowanej, moja w różowe diamenty, tak aby nikt nie miał wątpliwości, że ten bagaż należy do mnie. ;) Za różową zamiast 18,90 zł- 1,79 zł, za drugą zamiast 14,90 zł- 1,49 zł.

11. Małe kłódeczki do bagażu- zamiast 33,90 zł- 3,39

12. Świeczka czaszka. Mamy nadzieję, że w tym roku uda nam się zorganizować Halloween. Zamiast 21,90 zł- 2,19 zł.

13. Foremki do lodu. Liczę, że upadły nadejdą i za tydzień będziemy mogli wypróbować je wraz z naszymi gośćmi. Zamiast 16,90 zł za jedną 1,69 zł.

14. Na ostatnie zdjęcie załapało się kilka innych łupów, głównie z Zapachu Domu. Duża świeca Black Coconut (recenzja wosku tutaj <klik>), duża Pink Honeysuckle (wosk mnie całkowicie zachwycił), oraz świecznik do kompletu. Oprócz tego jak widać na zdjęciu peeling i maska do stóp Organique. Do tego wpadło kilka rzeczy w SuperPharm, ale nie są one już na tyle ciekawe by je tu prezentować. 


Wpadło wam coś w oko? Wybieracie się do Empiku czy do wyprzedaży podchodzicie z ogromnym dystansem? A może napiszecie co udało wam się ostatnio upolować w super cenie?

czwartek, 26 czerwca 2014

KMS California, Hair Play, Spray z efektem wody morskiej Sea Salt Spray

   Jestem chyba jedną z ulubionych klientek salonów fryzjerskich. Chociaż ostrożnie dobieram fryzjerów, którym powierzam swoje włosy. Gdy już zasiadam na fotelu fryzjerskim oddaję wolną rękę fryzjerowi. Ja mam wyglądać jak milion dolarów i jedynie o włosy dbać- myć, odżywiać, ale nie układać. Mają układać się same. I dzięki zaufanym i doskonałym fryzjerom jestem w stanie to osiągnąć. Moje włosy mają tendencję do kręcenia się, czasem więc chce spotęgować ten efekt. Innego dnia przedobrze z pielęgnacją i wiem, że muszę je inaczej wesprzeć. Do zakupu sprayu z solą morską zbierałam się długo, miałam kupić ten od Tigi, ale jakoś mi to nie wychodziło. Podczas jednej z wizyt w domu rodzinnych zdziwiłam się widząc taki spray od KMS w łazience mojej rodzicielki. Jak się okazała z produktu nie była zadowolona, więc podarowała go mojej skromnej osobie. Podałam go dalej czy został u mnie na dłużej?


   Produkt jest dedykowany osobom, które chcą uzyskać matowe wykończenie oraz efekt potarganych włosów. Ja sięgam po preparat gdy chcę odbić włosy od nasady lub poprawić ich skręt. Nie zawsze satysfakcjonuje mnie efekt matowych włosów, więc najpierw włosy nabłyszczam Eliksirem Elseve <klik>, a następnie spryskuję sprayem. Uzyskuję efekt błyszczących, potarganych włosów. Efekt, który bardzo lubię. A gdy włosy mają lepszy dzień, jest to efekt kręconych, błyszczących włosów.

   Fryzura taka utrzymuje się na moich włosach cały dzień. Do tego moje włosy pozostają dłużej świeże. Czasem używam go w celu odświeżenia włosów. Dzięki temu w sytuacjach podbramkowych mogę włosy umyć dzień później. Także pomaga zniwelować zbyt tłustych włosów gdy przesadzę z ich olejowaniem.



   Mój zmysł zapachu jest również zaspokojony. Preparat pachnie owocowo, ale nie słodko. Sam jego zapach zachęca mnie do częstego sięgania po produkt. Mam go od pół roku, wcześniej był w łapkach mojej mamy a końca się jeszcze nie spodziewam. Z pewnością spray z solą morską zagości na stałe w mojej łazience. Czy konkretnie ten? Nie wiem, ale z pewnością porównam go z produktami innych firm.

środa, 25 czerwca 2014

Bandi, EcoSkin Care, Kojący żel myjący

   Jakiś czas temu o firmie Bandi było dość głośno. Recenzje pojawiły się na wielu blogach. Z jednej strony tez chciałam poznać produkty tej marki, ale jakoś nie mogłam się do tego zebrać. Później dostałam krem do twarzy i kojący żel myjący. Oba kosmetyki długo czekały na swoją kolej, w zasadzie to krem jeszcze czeka. Ale żel został już wykończony. Czy jeszcze kiedyś do niego wrócę?



   Opakowanie jest proste. I o ile nie mam uwag do prostego wzornictwa, uczepię się braku pompki. Przelewając żel z butelki nabierałam go zbyt mało lub zbyt dużo. Sama konsystencja produktu nie jest zła. Jest on dość gęsty, ale do galaretki mu daleko.



   Sięgałam po ten żel jako jeden z elementów demakijażu. Gdy chciałam zmyć delikatny makijaż sięgałam po ten żel, domywał całkiem dobrze, jednak i tak musiałam sięgnąć po wacik nasączony płynem micelarnym by domyć okolice oczu. Z tego powodu częściej najpierw zmywałam makijaż micelem, a później sięgałam po ten żel.



   Sam żel nie ma zapachu. Faktycznie był delikatny, jednak moja skóra domagała się po nim sięgnięcia po krem. Nie zauważyłam poprawy wyglądu skóry. Był bardzo wydajny, na tyle wydajny, że z niecierpliwością czekałam momentu, w którym sięgnę dna.

   Znacie? Lubicie? Polecacie produkty Bandi?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Yves Rocher, Gommage, Peeling rośliny do ciała z pudrem z pestek moreli

   Uwielbiam peeling kawowy, jednak jako osoba cierpiąca na chroniczny brak czasu nie sięgałam po niego już dawno. Ale usuwać martwy naskórek trzeba. Koniecznie! regularnie. Z tego powodu, oprócz korundu, peelingu z czarnej porzeczki (elementy obowiązkowe w pielęgnacji) posiadam także peelingi gotowe. Jakiś czas temu wykończyłam peeling rośliny do ciała od Yves Rocher. Kupiłam go dość spontanicznie, trafiłam?


   Miałam wcześniej dobre doświadczenia z peelingami do ciała tej firmy- pięknie pachnący z linii Tradition de Hammam czy też peeling detoksujący. Wiele więc też wymagałam od tego nabytku. Kolejny raz YR mnie nie zawiodło. Peeling jest dość ostry, co lubię. Nie lubię peelingów, które dają jedynie efekt żelu pod prysznic z drobnymi granulkami. Bardzo dobrze wygładza ciało i co ciekawe faktycznie zostawia skórę nawilżoną. Producent nie kłamał Obietnica pozostawienia skóry gładkiej, miękkiej i aksamitnej w dotyku jest spełniona. 

   Uwielbiam też jego konsystencję. Jest ona gęsta, drobiny doskonale przylegają do skóry i bez obaw zabrudzenia całej łazienki i zmarnowania produktu można wykonać nim masaż całego ciała.  Produkt ma konsystencję gęstego żelu, który przepełniony jest pudrem z pestek moreli oraz migdałów.Ale to nie wszystko! Jego przyjemny, orzeźwiający zapach skutecznie budził mnie w sobotnie poranki, a także gdy po ciężkim dniu potrzebowałam chwili relaksu. Utrzymuje się on na ciele nawet po myciu. A łazienka pachnie nim przez dobrą godzinę.


   Jego wad nie widzę, z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę. A tymczasem w mojej łazience zagościł kolejny peeling tej firmy. I nawet za peelingiem kawowym nie tęsknię. 

niedziela, 18 maja 2014

Laura Mercier, Creme Lip Color, Romance

   Bez pomalowanych ust czuję się nago. Mam dość liczny zbór, pomadek, balsamów, błyszczyków, tintów. Jeżeli chodzi o kolory, to najlepiej się czuję, gdy na ustach noszę intensywny kolor. Chyba najlepiej czuję się w czerwieni. A skoro tak, to pora pokazać wam jedną z moich ulubionych pomadek. Kupiłam ją w ciemno, wodzona ciekawością co do jakości produktów Laury Mercier. Nie żałuję!


   Opakowanie skrywa w sobie 4 g cudownej pomadki. Noszę je w torebce bez obaw o to, że się otworzy. Jednakże po kilku miesiącach posiadania jej, widzę że na opakowaniu pojawiły się małe ryski. Sama konsystencja pomadki nie jest ani zbyt twarda ani zbyt miękka. W kontakcie z ustami staje się cudownie kremowa i bez najmniejszych problemów się po nich rozprowadza. Śmiało można nałożyć jej kilka warstw w celu zwiększenia intensywności koloru. To lubię! Ma piękny, głęboki czerwony, trochę przywodzący mi na myśl dojrzałe wiśnie. Usta mimo intensywnego koloru wyglądają kusząco. Pomadka ma też właściwości nawilżające i wygładzające, więc pomadka wygląda dobrze nawet gdy usta mają gorszy dzień.

   Pomadka dobrze trzyma się ust. Mimo kremowej konsystencji nie rozmazuje się. Lekko odznacza się na kubku, jednak wytrzymuje nawet lekki posiłek. Nie ma zapachu ani smaku.

   To moja jak do tej pory jedyna pomadka od Laury Mercier, ale z pewnością za jakiś czas będzie ich więcej. W swojej kolekcji mam jeszcze jeden cień i wciąż chęć na więcej. Na tyle, że właśnie czekam na kolejny cień i perfumy. Listonoszu, gdzie jesteś?!

poniedziałek, 5 maja 2014

Garnier Skin Naturals, Płyn micelarny 3 w 1

   Kilka dni temu zmotywowałam się by zrobić porządek w moich zapasach kosmetycznych. Poprzekładałam, powycierałam, poustawiałam i co najważniejsze- przejrzałam ile czego mam. Wiedziałam, że mam spory zapas żeli pod prysznic, jednak zaskoczyłam się wiele, gdy okazało się, że zbiór produktów do demakijażu i toników jest dość spory. Kilka z nich czeka na swoją kolej, kilka poszło w odstawkę, bo pojawił się nowy micel czy tonik, a czasem dlatego, że nie do końca spełniał moje oczekiwania. Postanowiłam wziąć się jednak w garść i kolejno zużywać, a przy okazji prezentować je na łamach bloga. Kandydatem do pierwszego odcinka serialu okazał się być produkt, już niemal kultowy- płyn micelarny 3 w 1 od Garniera. Jesteście ciekawi czy ten produkt podbił i moje serce? Zapraszam do zapoznana się z moimi postrzeżeniami na jego temat.



   Opakowanie mnie nie uwiodło, jest ogromne i chociaż wygląda całkiem ładnie nie jest funkcjonalne. Butla jest duża i ciężka. No cóż, to mogę wybaczyć, bo w podróże zabieram mniejsze pojemności lub przelewam płyn do mniejszych pojemniczków. Jednak wybaczyć nie mogę jakości opakowania. W moim przypadku zatrzask się rozdzielił na dwie części, co uniemożliwia mi zamknięcie.

W teście udział biorą: Benetint, Maybelline żelowy liner, L'orel liner w pisaku, cień w kremie YR oraz kredka LL Essence. Pierwsze zdjęcie pokazuje produkty zaaplikowane na dłoń i nie ruszane przez kilka minut. Zdjęcie środkowe prezentuje jednorazowe przetarcie (bez przytrzymywania dłużej) wacikiem nasączonym płynem micelarnym Garnier. Ostatnie zdjęcie prezentuje dwukrotne przetarcie tym samym wacikiem. 

   Nie będę dłużej marudzić, bo przecież dla chcącego nic trudnego- produkt można przelać do opakowania zastępczego lub ostrożniej obchodzić się z delikwentem.Tylko czy ten micel jest wart takiego traktowania? Co by dużo nie pisać- owszem, jest. Dawno nie miałam płynu micelarnego, który tak spełniał moje oczekiwania. Po pierwsze, jestem w stanie zmyć makijaż za pomocą micela oraz jednego, maksymalnie dwóch wacików, co mnie satysfakcjonuje. Nie muszę czekać kilku minut, aby makijaż się rozpuścił. Nie muszę też pocierać mocno oczu, aby zmyć tusz, cienie i kreski (przy mocniejszym makijażu oczu sięgam po płyny dwufazowe lub mleczka do demakijażu ). Ale to nie wszystko. Całości dopełnia fakt, iż płyn nie pozostawia na sobie tłustej warstwy, więc nie muszę czym prędzej biec, by pod kranem doczyścić twarz jeszcze jednym środkiem. Nie pozostawia też zapachu ani smaku (a przecież usta też czasem trzeba zmyć!).


   Całość dopełnia fakt, że po demakijażu skóra jest czysta, gotowa na aplikację kremu czy serum, nie jest podrażniona czy przesuszona. Nawet gdy nie śpieszyłam się z nałożeniem kremu lub gdy celowo pominęłam ten krem, skóra nie była ściągnięta czy przesuszona następnego dnia. I najważniejsze- nigdy nie podrażnił moich oczu. A prawie codziennie mam je przemęczone- praktycznie cały dzień wpatruję się w monitor, do tego noszę soczewki i przynajmniej 5 dni w tygodniu się maluję.

   To lubię, proszę Państwa. Zapoznaliście się już z tym produktem? Czy wasze odczucia względem niego są podobne do moich, a może całkiem odmienne?

czwartek, 1 maja 2014

Yves Rocher, Culture Bio, Odżywczy żel pod prysznic z olejkiem arganowym bio

   Uwielbiam być czysta i pachnąca. Lubię te chwile, gdy zmywam z siebie cały dzień lub budzę się po nocy i nabieram sił by przetrwać na pełnych obrotach kolejny dzień. Za każdym razem staram się urozmaicić sobie te chwile. Z pomocą przychodzą mi najprostsze rozwiązania- pięknie pachnące żele pod prysznic. Najbardziej lubię produkty Lush, Balea czy Yves Rocher. Jednakże jak wiadomo, nie ma firmy, która nie miałaby lepszych lub gorszych produktów. A może w tej dziedzinie to własnie zapach odgrywa największą rolę. Jak jest z wami?


   Uwielbiam oleje. Gdy zobaczyłam w ofercie YR żel pod prysznic, który miał być odżywczy, być bio i zawierać olejek, nie mogłam go nie wypróbować! Przyzwyczajona do pięknych zapachów żeli tej firmy liczyłam, że prysznic będzie uprzyjemniał mi zapach orientalny, może kadzidlany, to był błąd.Żel pachnie specyficznie, olejkiem arganowym, którego zapach nie należy do moich ulubionych. Jak na złość na skórze utrzymywał się dość długo, co niestety sprawiało wrażenie, iż prysznic należy wziąć, a nie że właśnie się tę czynność zakończyło. Pomijając ten dość istotny szczegół, żel nie wysuszał skóry, chociaż balsamu do ciała inie zastąpił.


   Na szczęście nie był szalenie wydajny. Drugi raz do niego nie powrócę. A jakie są wasze wrażenia z serią BIO od YR?

wtorek, 29 kwietnia 2014

L`Oreal, Volume Million Lashes So Couture

   Czasem mi się wydaje, że w kobiecej naturze należy poszukiwanie- szukamy prawdziwej i wiecznej miłość, kluczy od domu czy też komórki zagubionej w odmętach toreb, a także idealnego tuszu do rzęs. Gdy już znajdziemy, chcemy więcej i więcej. Większej objętości, lepszego wydłużenia, bardziej prawdziwej czerni czy też lepszej trwałość. Wciąż szukamy ideału. A skoro już o ideałach, uważacie że takowe istnieją? Nie, nie będę dziś publikować swoich wywodów, chociaż jeżeli macie chęć, zapraszam do dyskusji w komentarzach. Wracając do tematu, chciałam dziś przedstawić wam tusz do rzęs, który mnie zachwycił. Jeżeli jesteście ciekawe z jakiego powodu, zapraszam do lektury dalszej części postu.

   Zaznaczę, że z tuszami tej firmy jest mi po drodze. Zazwyczaj mi one pasują, jednak tym razem chyba lepiej już być nie może (chociaż zapewne nie uchroni mnie to przed poszukiwaniem czegoś jeszcze lepszego, ah ta kobieca natura!). Już po nałożeniu jednej warstwy moje rzęsy wyglądają bardzo ładnie. Czerń jest czarna, ale zarazem naturalna. Nie wyglądam jakbym postanowiła dokleić sobie sztuczne rzęsy do pracy. Aczkolwiek moje spojrzenie staje się bardziej wypoczęte (czyżby zasługa lekkiego podkręcenia rzęs?), każda rzęsa jest rozdzielona (a grzebyk z Inglota poszedł w odstawkę), dzięki czemu uzyskuję wrażenie, jakbym miała ich więcej. 


   Szczoteczka też mi bardzo odpowiada. Nie jest ani za duża, ani zbyt mała. Nawet przed wypiciem pierwszej kawy trafiam nią tam gdzie mam trafić, a nie w oko czy w policzek. Do tego ma wiele, różnej długości "włosków". A jak wszyscy wiemy, szczoteczka to podstawa dobrej aplikacji tuszu. Do tego dodam, że jej konsystencja już od pierwszego dnia była idealna. Tusz szybko zasycha, więc jeżeli lubicie nakładać dwie warstwy tuszu, tak jak ja, nie musicie czekać, by nałożyć następną. Wszyscy dobrze wiemy jak bardzo ważny jest czas rano. 


   I z tej całej sympatii jestem nawet w stanie wybaczyć mu to dwukolorowe opakowanie (L'oreal, dlaczego?). Co by dużo nie mówić, jest wygodne w używaniu i dozuje idealną ilość tuszu. I wiecie co, nawet to połączenie fioletu ze złotem nie wygląda aż tak źle. 


   Dobrze, ale co ze zmywaniem- pewnie większość z was chciałaby zadać to pytanie. Panie i Panowie, dwufazy poszły w zapomnienie. Tusz zmywa się bardzo dobrze. A jest to dla mnie ważne, bo nienawidzę, gdy muszę czekać "godzinami" aż przy użyciu miliona wacików dokonam demakijażu. Zapomniałabym o trwałości! Nie kruszy się, nie rozmazuje, nie podrażnia oczu, a na rzęsach utrzymuje się do zmycia- nie, nie trzeba mi nic więcej.

   Jaki jest wasz tusz idealny? 

sobota, 26 kwietnia 2014

Maybelline, SuperStay Better Skin, 010 Ivory

   Bohaterem dzisiejszego postu będzie podkład Better Skin Maybelline. Promocja na podkłady w Rossmanie dobiega końca, ale zapewne wiele z was dopiero dziś będzie miało czas by się tam wybrać lub druga część wybierze się jeszcze raz aby skorzystać z wielkiej obniżki na podkłady, korektory. Sama przeglądam od wczoraj internet w poszukiwaniu perełek po które powinnam się jeszcze wybrać. Z tego powodu postanowiłam wykorzystać sobotni poranek i napisać kilka słów o podkładzie Maybelline który ostatnio prawie codziennie gości na mojej twarzy. Może akurat któraś z was właśnie tego szuka?


   Całą recenzję zacznę od podania koloru który posiadam. Otóż jest to odcień 010 Ivory. Brzmi pięknie, prawda? No cóż, drogie bladolice- ten kolor zdecydowanie nie jest dla was. Jest ciemny, aczkolwiek w ofercie jest jeszcze jaśniejszy odcień (005 Light Beige) Po wyciśnięciu pierwszej pompki na dłoń (jest dużo jaśniejsza od mojej twarzy) byłam przerażona. Daleko mi do określenia- blada, ale ten odcień spowodował, że tak się poczułam. Następnie stwierdziłam, że skoro już go mam to wypróbuję i na twarzy. Aplikacja pędzlem nie powiodła się. Następnie sięgałam po gąbkę i podkład nałożony nią wyglądał o wiele lepiej. Jednakże to właśnie stara jak świat metoda nakładania podkładu palcami z tą formułą spisuje się najlepiej. Podkład nakładam palcami, rozcieram, a następnie przyklepuję gąbeczką. Wtedy podkład wygląda najlepiej. Jeżeli zdarzy mi się zapomnieć zrobić peeling- podkład nie ma litości, suche skórki zostają podkreślone. Ale to nic dziwnego. Jak pisałam w poprzednim poście- peeling to podstawa. Żaden podkład na niezadbanej skórze nie będzie dobrze wyglądał.

   Od razu po nałożeniu na twarz nie wygląda najlepiej. Wydaje się być odrobinę zbyt ciemny i zbyt pudrowy. Potrzebuje chwili by się ułożyć po tym czasie kolor dopasowuje się (uff!) i wygładza. Pozostawia wykończenie pudrowe, więc dla miłośniczek takiego wykończenia będzie to dobry produkt. Po jakiś 6 godzinach podkłada dalej jest na twarzy, ale pudrowe wykończenie zanika. Czasem potrzebuję przypudrować pewne partie twarzy w tym momencie. Sam podkład trzyma się aż do zmycia, czyli w moim przypadku jakieś 13-14 godzin.


   Najbardziej podoba mi się, że dobrze sobie radzi z ukryciem moich płytko położonych naczynek. Mam nawet wrażenie, że stały się one ostatnio trochę uspokojone i mniej widoczne. Czyżby obietnica  redukcji zaczerwień i szarości cery dzięki Acetylowi C została spełniona? Nadmienię jeszcze, że nie brudzi ubrań. A i opakowanie jest takie jakie lubię- solidne i z pompką! Dobrze działającą!


   Podsumowując, nie jest to mój ulubiony podkład, ale jak na drogeryjny produkt spisuje się całkiem dobrze. Zużyję całą buteleczkę. Nie jest to ciężki podkład, nie czuję abym krzywdziła swoją skórę nakładając go, a to już jest dla mnie duży plus. Jednakże wolałabym aby gama kolorystyczna była trochę inna. Jakie są wasze ulubione podkłady?

czwartek, 24 kwietnia 2014

Yves Rocher, Sebo Specific , Delikatny peeling oczyszczający

   Mam słabość do peelingów. Zarówno do tych do ciała jak i do twarzy. Jeżeli peeling, to tylko taki który czuć. Nie tylko po jego wykonaniu jak i w trakcie. Nie, nie mam sadomasochistycznych skłonności, ale lubię mieć gładką skórę i przyjemne drapanie. Dawno, dawno temu, podczas jednych z licznych zamówień w internetowym sklepie Yves Rocher wpadł mi do koszyka peeling. Nie zagłębiałam się w jego opis, więc dużym zaskoczeniem dla mnie było to, że jest to peeling do cery tłustej i trądzikowej. Ja takiej nie posiadam, ale nie zraziło mnie do przed nim. Czy słusznie?


   Opakowanie bardzo mi się spodobało. Soczysta zieleń, małe drobinki zatopione w żelu bardzo dobrze prezentował się na półce w łazience. Niby mała rzecz, a cieszy. Opakowanie jest dość twarde, jednak nie wadziło to w wydostawaniu żelu. Producent deklaruje, iż po zetknięciu z wodą żel zamieni się w pianę. No cóż, możecie wymazać to z tego opisu. Sam żel rozprowadza się dobrze, jednak peeling jest bardzo delikatny, raczej określiłabym go jako żel do mycia twarzy z drobnymi. Z resztą sam producent zaleca używanie go zarówno rano jak i wieczorem. Nie jest to do końca to, czego szukam. Jednakże odnalazłam duet idealny- produkt ten jest idealną bazą dla korundu. Po takim peelingu moja skóra jest gładka, wszystkie suche skórki znikają, a skóra odzyskuje blask. Całość uprzyjemnia zapach, który kojarzy mi się z kwiaciarnią. Stosowany ok. 2- 3 razy w tygodniu starczył mi na kilka miesięcy.

   Jeżeli szukacie przyjemnego żelu do mycia twarzy lub też dobrej bazy pod inne, proszkowe peelingi (dobrze sprawdza się też z peelingiem z czarnej porzeczki) mogę polecić ten peeling. Jeżeli zaś wolicie porządnie zdzierające peelingi- możecie ten produkt sobie odpuścić.

sobota, 19 kwietnia 2014

L`Oreal, Elseve Fibralogy, Szampon Ekspansja gęstości

   Szampon do włosów. Banał. A może i nie? Mam w tej dziedzinie swoich ulubieńców, ale mimo tego uwielbiam testować nowości w poszukiwaniu produktu jeszcze lepszego czy też łatwiej dostępnego. Moje włosy też lubią zmiany. A chcąc spełnić ich oczekiwania, zawsze mam dwa lub trzy otwarte szampony, których używam na zmianę.  Dziś będzie o produkcie, który jest bardzo łatwo dostępny i którego reklamy mijam codziennie na swej drodze do pracy. Reklama bardzo do mnie przemawia. Jego szata graficzna także, a czy sam produkt też?


   Zapewne wiele osób mogłoby się zastanowić po co komuś recenzja szamponu do włosów- szampon to szampon, ma myć. Zgodzę się, to jego podstawowa funkcja. Oprócz tego nie może wysuszać czy też podrażniać skalpu. Gdy stosowałam ten szampon naprzemiennie z innymi- sprawdzał się, gdy zaś używałam go trzy czy cztery razy pod rząd, powodował pojawianie się łupieżu oraz zwędzenie skóry głowy.

   Przejdźmy więc do działania dodatkowego. Producent obiecuje dodanie włosom gęstości, jednakże lojalnie też zastrzega, że do uzyskania zadowalających efektów należałoby stosować cała serię. Ja dziś rozprawie się tylko z działaniem szamponu. Niestety, nie zauważyłam zwiększonej gęstości włosów. W zasadzie to zauważyłam ich niesforność, mniejszą podatność na skręt. Włosy z pewnością były odbite od nasady, ale nie w sposób, który lubię. Mimo czesania sprawiały wrażenie nieładu. No dobrze, przyznaję, moje włosy lepiej wyglądają gdy nie są czesanie, ale tylko w dni, kiedy się zakręcą. A że. Ich kręceniem bywa różnie podkreślę, że nie o taki nieład mi chodzi. Czyżby był to skutek uboczny ekspansji? Ale producent przecież sugerował ekspansję gęstości czy też grubości, a nie nastroszenie jakbym nie lubiła się z moją szczotką (a  obie bardzo lubię).


   Dodam jeszcze, że pieni się bajecznie i bardzo dobrze sobie radzi ze zmywaniem olei. Jako plus mogę kolejny raz podać opakowanie. Konsystencja produktu jest idealna, dobrze wydobywa cię z butelki. Dzięki temu, że butelka trochę prześwituje, widzimy ile produktu nam jeszcze zostało, jest to dla mnie ważne, bo lubię wiedzieć kiedy mniej więcej dany produkt może mi się skończyć. Dodam jeszcze, że sama butelka przyciąga oko i bardziej zdobi niż szpeci łazienkę. Różowe elementy na opakowaniu dodają mu bardziej modnego designu. Niby mała rzecz, a cieszy. Całość została dopełniona błyszczącą etykietą, czyli tym co sroki lubią najbardziej. 

   Znacie tę serię? A inne szampony L'oreal? Chwalicie? A może unikacie jak diabeł święconej wody? 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Organique, wosk do kominka, Bananowe landrynki

   Gdy wstawiłam ich zdjęcia na facebooku, nikt nie podejrzewał, że na targach kosmetycznych mogłam kupić woski do kominka. No cóż, przyznaję się, że jestem uzależniona od zapachów, posiadam sporą kolekcję świec, wosków a i na brak perfum narzekać nie mogę. Wiem, że wiele z was ma podobne uzależnienie, a druga część uwielbia produkty firmy Organique. Tak więc już dziś przychodzę do was z recenzją pierwszego z wosków tej firmy.


   Przyznam szczerze, że za pierwszym razem nie skupiłam się na nazwie. Banan to banan. Otworzyłam kartonik, wypakowałam wosk z folii  i wrzuciłam do kominka. Rozpuszczony wosk nie był intensywny. Lekko wyszedł poza drzwi łazienki, co jest całkiem dobrym wynikiem, al enie oszałamiającym. Wosk pachniał cały czas tak samo. Cukierkami, którymi lata temu raczyła mnie jedna z cioć. Zapach więc został idealnie nazwany. Jeden wosk paliłam 3 razy, po kilka godzin (razem ok. 7-8), sam zapach nie utrzymywał się zbyt długo po zgaszeniu kominka. Palony wieczorem, rano nie był już wyczuwalny. 

   Sam wosk jest malutki, nie ma sensu go dzielić- zarówno ze względu ze względu na jego wielkość jak i intensywność. Jedna tarta dostarczyła mi wiele radości, zwłaszcza dzięki przywołaniu miłych wspomnień. 

   Planujecie się skusić? A może już znacie woski Organique?

niedziela, 6 kwietnia 2014

29. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & SPA

   Ostatnio na blogu jest cicho. Jest cicho i spokojnie. Jednak w moim życiu tak nie jest. Ciągle biegnę, ciągle staram się nadążyć, a gdy już jestem w domu, zasypiam. Weekendy pragnę spędzać z bliskimi, zdała od świateł komputera. Chce złapać promyki słońca, chce gdzieś pójść albo najzwyczajniej ogarnąć dom. Gdy Karminowe Usta zapytała sie czy nie wybieram się na targi i kongres LNE nie byłam pewna czy akurat ten weekend będę miała wolny. Pamiętając jednak udane poprzednie kongresy, potwierdziłem swoją chęć przybycia. Niestety, w tym roku nie dysponowałem aż taka ilością czasu jak w poprzednich latach, więc postanowiłam skupić się tylko na buszowaniu po części targowej.

                     

   Dotarcie do NCK zawsze zajmuje mi dużo czasu. Dla mnie to drugi koniec Krakowa. W tym roku było jeszcze gorzej, szybciej można było dotrzeć tramwajem niż samochodem. Nie, drogi czytelnik, korek nie był spowodowany masą zainteresowanych targami i kongresem, a remontem drogi. I chyba ten remont, a może mniej ciekaw sobotnie wykłady, spowodowały, że n targach nie było aż takich tłumów jak podczas poprzednich targów. Dla mnie to i lepiej, łatwiej mi było dostać się do wystawców.

                     

   Pierwsze kroki skierowałam ku części poświęconej pedi i manicure. Pierwsze było stanowisko Orly, jako ze w ostatnim czasie bardzo polubiłam ich lakiery, przygarnęłam dwa lakiery. Pęekną czerwień i nudziaka, czyli kolory które ostatnio najczęściej goszczą na moich paznokciach. Neonowa żółć nie dawała mi jednak spokoju, więc wróciłam po nią później. Dokupiłam też na próbę zmywacz. Jestem ciekawa czy pobije mojego wieloletniego ulubieńca od Essence.

                       

   Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła żadnego lakieru OPI. No cóż, w tym roku byłam bardziej odporna i przygarnęłam tylko odżywkę i odtłuszczacz w wersji mini. W zasadzie to kupiłam dwa, ale jeden po powrocie do domu mi się rozbił.


   Rozglądałam się za Zoyą, ale w tym roku nie gościła ona na targach. Zeszłym wiec do części kosmetycznej. Przeraziła mnie kolejka do stanowiska Bielendy, więc poszłam do Organique. W tym roku poczułam się trochę zawiedziona specjalnymi targowymi ofertami,  ale gdy miałam już odchodzić od stanowiska wypatrzyłam je. Małe, pachnące woski. Tak, chyba tylko ja potrafię wrócić z targów kosmetycznych z nowymi wojskami. Jak się dowiedziałam, właśnie w sobotę miały one swoją premierę. Kupiłam po jednym z każdego dostępnego zapachu. Ciekawi recenzji?


   Po skórze mojej twarzy ostatnio widać, że pracuję więcej niż powinnam. Przypomniałam sobie wiec o maskach Clareny. Któraś z was używała może algowych masek tej firmy?


   Z targów wyszłam dość szybko. Z moich zdobyczy jestem bardzo zadowolona. Was zostawiam z postem, a sama idę zrobić sobie domowe spać z użyciem nowych nabytków. A jak wy kończycie swój weekend?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...