poniedziałek, 30 grudnia 2013

Bourjois, Effect 3D Max Gloss, 11

   Duże, jędrne, gładkie, miękkie i przyciągające wzrok. Usta idealne. Niestety mało kto może się pochwalić takimi wargami. Sięgamy po pomadki, tinty i błyszczyki by osiągnąć taki właśnie efekt. Czy Bourjois 3D Max Gloss jest błyszczykiem, który sprawi, że to właśnie nasze usta będą wyglądały jak z reklamy?


   Błyszczyk jest gęsty, jednak całkiem przyzwoicie sunie po wargach. Trzeba uważać, aby nie nałożyć go zbyt grubą warstwą, ponieważ wygląda w danym miejscu mało estetycznie. Błyszczyk trzyma się cały czas tam, gdzie go nałożyliśmy (co widać po zdjęciach).

   Nie jest to produkt dla osób, które nie lubią czuć, że mają pomalowane usta. Choć produkt się nie lepi, daje uczucie ciężkości. Usta wyglądają na większe, a oprócz tego chwalę sobie właściwości nawilżające.  Drobinki, które są wyraźne w opakowaniu, optycznie powiększają usta, jednak nie są wyczuwalne.


    Producent obiecuje 8 godzin trwałości. Jest to trochę zbyt górnolotnie obietnica, co nie zmienia faktu, ze błyszczyk należy jednak do tych trwalszych

   O jakich ustach marzycie?

czwartek, 26 grudnia 2013

Yankee Candle, Be Jolly

   Już prawie po świętach. Ospała i ociężała leżę na kanapie i mówię, że następnym razem tyle nie zjem. Uczucie ciężkości nie jest w stanie mnie powstrzymać przed poszukiwaniem "czegoś dobrego". Zjeść już nie dam rady nic. Przejrzałam jeszcze raz lodówkę, szafki i wciąż nie znajduję tego czego szukam. Zaglądam do zamrażarki. Od razu wpadają mi w ręce mrożone owoce czarnej porzeczki. Tak, to jest to na co mam ochotę po 2 dniach obżarstwa. Jeszcze zamrożone wrzucam do garnka, dodaję tylko odrobinę cukru. I pozostawiam je samym sobie. Po domu roztacza się przyjemny  czarnej porzeczki. Nalewam wszystkim do lampek do wina i oglądając razem film delektujemy się tym małym, orzeźwiającym wspomnieniem lata.


   Zapach jest piękny, nasycony i zupełnie inny od tego, którego się spodziewałam. Z pewnością jest to miła odmiana od słodkich czy przyprawowych zapachów. Be Jolly przynosi orzeźwienie. Zapach ma ogromną moc i dobrą trwałość. Nadaje się do palenia na dużych i otwartych przestrzeniach. To jedno z najładniejszych owocowych wydań od Yankee.

   Jak spędzacie ten ostatni świąteczny dzień? A może dla was Święta skończyły się już wczoraj?

czwartek, 19 grudnia 2013

Yankee Candle, Christmas Cookie

    Wróciłam dziś wcześniej do domu. Zmęczona i przemarznięta. Pomyślałam, że to wystarczający powód by odłożyć wszystko co mam do zrobienia na jutro i zaszczyć się z książką. Wyciągnęłam koc, sięgnęłam po książkę, zrobiłam herbatę. Oddałam się lekturze. Czegoś mi jednak brakowało. Ciasteczek. Kruchych, maślanych... Spojrzałam na lodówkę, następne na piekarnik i już byłam prawie gotowa do biegu. Nie- pomyślałam. To chwila dla mnie, żadnego pieczenia. Spojrzałam na mój świeczkowy zbiór i odpaliłam świecę. Książka mnie pochłonęła bezgranicznie. Uciekła godzina, a po niej następna. Rozległo się pukanie do drzwi. Lekko oderwana od rzeczywistości poszłam je otworzyć. Nie było żadnych czułości, żadnego "Cześć! Jak się masz? Jak ci minął ten zimny dzień?" Usłyszałam zaś:

-Oooo, upiekłaś ciasteczka! Gdzie sa?
-Eee, no tak... Ekhm..- powróciłam na ziemię- Nie, nie. To tylko świeca!


    Smutek w oczach powiedział mi wszystko. Zawiodłam go. Myślał, że przywitam go jak wzorowa pani domu- ze świeżo upieczonymi ciasteczkami. Ciasteczek nie było, był tylko ich zapach. Maślanych, kruchych ciastek, z odrobiną cukru wanilinowego.

-Wiesz co? Ciasteczek nie ma, ale zrobię jutro. Dziś może zrobię budyń? Zrobiliśmy budyń. Taką namiastkę. Następnego dnia były ciastka.

    Christmas Cookie poznałam w formie wosku. Zapach był ładny, ale zbyt delikatny i trochę zbyt płaski. Mimo wszystko skusiłam się na słój. Muszę przyznać, że zapach świecy jest głębszy, bardziej realistyczny. Świeca rozpala się dobrze, nie ubywa jej zbyt szybko. Z pewnością będę do niej wracać w chłodne dni. Wszak zima dopiero przed nami.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Yves Rocher, Hydra Vegetal, Żel pod oczy usuwający opuchliznę

    Nawet nie wiem kiedy ten czas mija. Była wiosna, a teraz już mamy za oknem śnieg. Ja dziś myślami powrócę do ciepłych dni i kremu pod oczy zmniejszającego opuchliznę Yves Rocher, którym się wspomagałam w cieplejsze dni. Zbierałam się by o nim napisać i jakoś tak nie było okazji. Dobiegająca końca kolejna tubka innego kremu pod oczy tej samej firmy zmotywowała mnie do podzielenia się opinią o tym żelu pod oczy.

   Zacznę tradycyjnie od opakowania. Klasyczna tubka przez którą dobrze widać zawartość. Niebieski kolor jest dość przyjemny dla oczu i doskonale pasuje do żelowej, konsystencji kremu. Już patrząc na niego czujemy obietnicę ulgi, która przynieść może zmęczonym okolicom oczu. 


   Bardzo lubię sięgać po żelowe w konsystencji produkty do twarzy, działają one pobudzająco i dają uczucie świeżości. Tak tez było i tym razem. Aplikacja jest łatwa, krem dobrze się wchłania, chociaż czuć lekką żelową warstwę w miejscu nałożenia kremu. Sięgałam po niego przeważnie rano by móc szerzej otworzyć oczy i zamaskować niedobór snu (wspomagałam się jeszcze korektorem). Z działania pobudzającego i odejmującego zmęczenie byłam zadowolona. Po nałożeniu zimnego kremu czułam ulgę. Opuchlizna malała, a skóra stawała się świetlista. Może nie wyglądałam od razu jak gwiazda kina, ale zdecydowanie było lepiej. Jeżeli zaś chodzi o walory pielęgnacyjne- czegoś mi brakowało. Widziałam, że moja skóra pod oczami wymaga użycia czegoś bardziej konkretnego. Kolejną jego zaletą jest możliwość nakładania go na makijaż- nie raz używałam go w ten sposób by poprawić źle nałożony korektor pod oczy. 


   Podsumowując- jest to fajny produkt, ale do stosowania raczej na dzień. Na noc polecam sięgnąć po coś bardziej konkretnego. A wy jak walczycie z oznakami niewyspania?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...