środa, 18 września 2013

Yves Rocher, Retropical, woda toaletowa i żel pod prysznic

   Nie lubię zimnych poranków. W zasadzie wieczorów też nie. Opuszczenie ciepłego łóżka i pójście pod prysznic staje się wyzwaniem. Każdego poranka liczę, że jak w reklamie, użyję żelu i przeniosę się w jakieś magiczne miejsce.Obietnica tropikalnego raju wydaje się wtedy jeszcze bardziej kusząca. Czy seria Retropical daje mi namiastkę takiej podróży?


   Zerkam na etykietę żelu pod prysznic- kolorowe ptaki, zieleń, egzotyczne rośliny. Kusząco. Odkręcam wodę, biorę cieplejszy niż zazwyczaj prysznic. Czekam aż stanie się cud jak w reklamie, aż moja łazienka zacznie się zamieniać w tropikalny raj. Czekam i nic. Może robi się  trochę słodko, trochę perfumeryjnie, ale nie zachwycająco. Kończę mycie, wycieram się staranie i dalej marzę. Ubieram puchaty szlafrok i ratuję się sięgając po wodę toaletową z tej samej serii. Liczę, że może ona spełni moje marzenie. Tak się nadal nie dzieje. Nie jestem w raju. Nie otaczają mnie tropikalne rośliny, a ja nie leżę na złocistym piasku. Czuję odrobina dobrze wysuszonej, kandyzowanej skórki pomarańczowej, lekkaą słodycz, delikatne kwiaty i kokos. Wbrew pozorom nie jest słodko, a trochę alkoholowo.Mimo iż spodziewałam się po nazwie i opakowaniu czegoś innego- polubiłam ten zapach. Sama nie wiem dlaczego. Może z powodu jego uniwersalności? Moim zdaniem, pasuje zarówno do letniej sukienki, grubego swetra jak i eleganckiej garsonki. Jest to jeden z zapachów, które nie zabierają całej uwagi, ale nie stwierdziłabym, że jest nijaki. Trwałość, niestety, nie jest zachwycająca- zaledwie kilka godzin (2-3). Później konieczna jest ponowna aplikacja.


   Podoba mi się flakon. Nie ma zbędnych zdobień, jednak wyróżnia się kształtem i kolorem. Ostatnio chciałam dokupić do niego kolejny żel. Niestety, w sklepie stacjonarnym była tylko woda toaletowa. Aczkolwiek oba produkty są jeszcze dostępne w sklepie internetowym <kilk>

sobota, 14 września 2013

Nicole by OPI, Kardashian Kolor, Sealed With a Kris

   Niejednokrotnie pisałam, że lubię czerwone lakiery. Jednak częściej wybieram jej jaśniejsze odcienie, ponieważ te ciemne nie wybaczają niedociągnięć w nakładaniu ich. Ciemna czerwień miała jednak w sobie to coś. Ciemne czerwone wino, dojrzała czereśnia- same dobre skojarzenia. W opakowaniu pięknie, ale jak na paznokciach?


   Lubię małe opakowania lakierów. Nie zajmują miejsca i kiedyś się kończą. A gdy już się skończą można znaleźć zastępstwo lub zakupić większe opakowanie. Jednak skoro lakier ma mniejszą pojemność, ma też miniaturowe opakowanie. Czy jest ono wygodne? Krótkim trzonkiem operuje się dobrze. Niestety, ale o pędzelku tego powiedzieć nie mogę. I wcale nie chodzi o jego wielkość. Zakończony jest prosto, co utrudnia ładne pomalowanie paznokci przy skórkach. Na dodatek czasem odstają od niego pojedyncze woski, co też nie służy perfekcyjnemu pomalowaniu paznokci.

   Konsystencja mi odpowiada. Jest dość płynna, ale nie wodnista, nie rozlewa się po płytce, palcach i skórkach. Przy pierwszej warstwie widzimy jasną czerwień. Jednak lakier do ładnego pokrycia potrzebuje więcej. Przy bardzo krótkiej płytce dwie warstwy mogą wystarczyć. Jeżeli paznokieć wystaje za opuszek konieczne będą trzy warstwy.


   Trwałość mnie bardzo zadowala. Noszę go bez uszczerbków 3 dni, później moje rozdwojone paznokcie niestety lubią się złuszczyć na końcach, jednak gdyby nie to, lakier mogłabym nosić dłużej. Podoba mi się, że nie wyciera się na końcówkach, nie pęka. Niestety top jest potrzebny, bo lakier lubi zostawiać czerwone ślady na papierze.

   Lubicie takie maluchy? Znacie lakiery z tej serii?

niedziela, 8 września 2013

Yankee Candle, November Rain

   Późna noc. Ja i kieliszek wina siedzimy razem. Jest przyjemnie jednak czegoś brakuje. Towarzystwa. Podchodzę do szafki i wybieram. Mała tarta, niebieska, ciemna. Obiecuje deszcz. Jesienny deszcz. Jesień lubię, o deszczu tego napisać nie mogę. Ale decyduję się na jego towarzystwo. Przez chwilę jestem ja i kieliszek. Zapominam, że zapraszałam kogoś jeszcze. Nagle on staje w drzwiach. Pewny siebie przepełnia swą obecnością więcej niż pokój. Ależ on męski! Zaprasza mnie do zabawy. Niby otwarcie, ale wyczuwam w nim odrobinę chłodu. A może to powiew zmian? Jest pewny siebie. Dobrze wie kim jest. Zna swoją pozycję i wie co może osiągnąć. Chłodny ale sprawia, że robi mi się cieplej. Myślę o nim. Myślę jak ta znajomość się rozwinie, czy warto ryzykować. Coś jest w nim takiego, że mnie do siebie przyciąga. Rozlega się pukanie. Nie chcę by ktoś nam przeszkadzał. Jednak ono się nasila. Muszę otworzyć.
-Kochanie, czy ktoś tu był? Zapraszasz jakiś mężczyzn do domu kiedy mnie nie ma?
Nie odpowiadam, ale szybko idę wygasić kominek. Dwóch mężczyzn w domu to zbyt dużo. Do towarzysza wieczoru jeszcze nie jeden raz powrócę, ale tylko wtedy gdy będę sama.


   To jeden z ładniejszych męskich zapachów Yankee. Jest on specyficzny, chłodny jak listopad, ale ma w sobie ciepłe tło. Granatowy jak morze nocą, a w zapachu można wyczuć trochę słonych nut. Ma w sobie coś co przyciąga.

czwartek, 5 września 2013

L'oreal, VOLUME MILLION LASHES EXCESS NOIR

    Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Wiele z nas chce, aby było ono pięknie oprawione. Najlepiej odziane grubą firanką rzęs. Oczywiście soczyście czarną, gęstą i długą. Aby to osiągnąć szukamy tuszu do rzęs, za pomocą którego makijaż oczu stanie się przyjemnością. Ale to nie jest takie proste!A może macie swój ideał? Ja dziś się rozprawię z tuszem L'oreal. Czy jest on ideałem? O tym się przekonacie zagłębiając się w dalszą część postu.


   Volume Million Lashes do tej pory znałam w klasycznej wersji. I muszę przyznać, że pierwowzór miał ładniejsze opakowanie. Bo w wersji Noir excess wygląda, jakby był to zlepek dwóch opakowań. Nie podoba mi się to połączenie czerwonego pojemniczka i złotej zatyczki. Sam kształt lubię, dobrze leży w dłoni, dobrze się zakręca i odkręca. Ale jednak patrzeć na niego nie lubię. Uważam, że samo złote lub czerwone (o tak, czerwone!) opakowanie wyglądałoby o wiele lepiej. No ale cóż, nie ocenia się książki po okładce.


   Odkręcam go i widzę zgrabną szczoteczkę. Bo choć w cale nie jest mała, ma piękne kształty, prawie 90-60-90. Wcięcie w talii, lekkie choć widoczne. Nie jest też oblepiona tuszem. Uważam, że porcja jest idealna. Tylko ten zapach. Wolałabym, aby produkt, który kładę na rzęsy nie miał aż tak wyraźnego zapachu, zapachu gumy. 

Zdjęcie przedstawia stan tuszu po 14 godzinach od pomalowania. 

    Objętość i czerń bez umiaru brzmią kusząco. Zwłaszcza, że mam ciemne włosy, stawiam na prawdziwie czarne tusze do rzęs. Czy się nie zawiodłam? Czy jest objętość? Jest! Może nie mam wrażenia, posiadania miliona rzęs (gdzie ja bym je zmieściła), ale zdecydowanie mam wrażenie, że po pomalowaniu tym tuszem mam ich więcej. Czerń jest prawdziwie czarna, głęboka. Mimo wszystko rzęsy wyglądają jakby natura lepiej mnie obdarzyła. Rzęsy są też naturalnie błyszczące, nie wyglądają więc sztucznie. Tusz ma jednak swoje humorki. Czasem wygląda idealnie od razu, a czasem muszę się posiłkować inną szczoteczką by je lepiej rozdzielić. Jednak rzęsy wyglądają pięknie aż do zmycia, tusz nie osypuje się i nie odbija. Czasami tylko rzęsy są na tyle wydłużone, że haczą mi o szkła okularów. 

    Maskara bardzo przypadła mi do gustu, zwłaszcza, że mam wrażenie także poprawy ogólnego stanu moich rzęs. Zaznaczam jednak, że inne tusze tej firmy zazwyczaj mi pasują. 

niedziela, 1 września 2013

Honeybell, Honeysuckle and Jasmine Organic Hand and Body Loton

   Gładka skóra. Nawilżona. Miękka. Taka, że aż chce się ją ciągle głaskać. Aby taką mieć, trzeba o nią dbać. Łatwo powiedzieć! Zwłaszcza gdy marzy się o długotrwałym efekcie i możliwości zapomnienia o balsamie po każdym myciu. Niejednokrotnie pisałam, że mam na to swoje sposoby. Jednym z nich jest odpowiedni balsam do ciała.


   Po pierwsze, uwielbiam jego opakowanie! Zgrabne opakowanie, z dobrym zabezpieczeniem jest doskonałe, aby zabierać je ze sobą w podróże- te małe i duże. Dobre zabezpieczenie pompki (tak, jest moja ukochana pompka!) daje mi poczucie bezpieczeństwa, że nic się nie rozleje w kosmetyczce. Do tego jest estetyczne. Obawiałam się, że papierowa etykieta po pierwszym dotknięciu wilgotną dłonią stanie się brzydka- nie w tym przypadku.

 
   Po drugie, jest wydajny. Jedna pompka starcza mi na wysmarowanie więcej niż jednej nogi. Po trzecie, najważniejsze, jego działanie. Czuję, że rozprowadzam treściwy balsam, czuję na skórze lekką warstwę, jednak nie jest ona tłusta i nie brudzi ubrań. Skóra staje się miękka, nawilżona. A co najważniejsze, efekt utrzymuje się długo. Jeszcze następnego dnia czuję, że balsam nie jest konieczny (lub sięgam po lekki, zapachowy).


   Minusem jest zapach. Nie jest brzydki, ale specyficzny. Naturalny, ale mocny. Dość długo utrzymuje się na skórze. Kojarzy mi się z zapachem szarego mydła. Jaśmin, wiciokrzew? Bardzo daleko w tle, zwłaszcza jaśmin.

   To zdecydowanie mój ulubieniec, jeżeli chodzi o tę dziedzinę pielęgnacji. A jakie są wasze sposoby na dobrze nawilżone ciało?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...