wtorek, 30 lipca 2013

(HexxBOX – Poznaj i testuj z 1001pasji!) Inglot, Freedom system, cień do powiek matte, 363

   Jak opisać cień do powiek? Konsystencja, trwałość, kolor? A może inaczej? Jak opisać cień, który jest zwykły. Tak zwykły, że aż niezwykły. Długo zabierałam się do tej recenzji. Czekałam na ostatnią chwilę, aż mnie czymś zaskoczy. Czy cień, który wybrała dla mnie Hexxana w ramach hexxboxa czymś mnie zaskoczył?


   Matowy cień. Prasowany. Okrągły. Lubię matowe cienie, jednak sama nigdy nie zwróciłam na niego uwagi. Ale brak szalonego koloru czy wykończenia jest jego zaletą. Zawsze pasuje. Można nim zarówno wykonturować oczy, jak i podkreślić brwi (delikatnie, bez przerysowanego efektu).


   Może być delikatny, ale kolor można też budować dokładając więcej warstw. Wszystkie cienie nakładam na bazę, trwa na niej cały dzień, na brwiach ok. 10 godzin. Dobrze się rozciera.


   Nie jest to cień, którego kolor jest zachwycający w swojej prostocie i uniwersalności. Mały akcent, który potrafi sprawić, że oczy wyglądają lepiej, a powód tego nie jest bliżej określony.


    Często sięgacie po cienie w takim neutralnym, niezaskakującym kolorze? A może częściej na waszych oczach królują szalone, intensywne kolory? Lubicie maty Inglota?

poniedziałek, 22 lipca 2013

Yankee Candle, Sweet Strawberry

   Truskawki kojarzą się ze słońcem. Pojawiają się na krótko (zawsze na zbyt krótko). Wyśmienicie smakują ze śmietaną, jogurtem, makaronem. Jednak najlepiej smakują zerwane własnoręcznie. Łapiemy się wielu sposobów by je zatrzymać. Mrozimy, robimy soki czy dżemy. Yankee Candle także postanowiło zatrzymać je na dłużej i zamknęło je nie tylko w słojach. Czy zapach truskawek może nam towarzyszyć przez cały rok?


   Mały słoiczek skrywający wosk w kolorze dojrzałej truskawki wygląda uroczo. Po zdjęciu przykrywki wyraźnie czuć masę truskawkową. Z pewnością nie są to świeże, przed chwilą zerwane truskawki. Raczej są to mocno, a może nawet zbyt mocno dojrzałe owoce, mocno posłodzone. Może odrobinę sztuczne, ale przyjemne. Nie ma dużej różnicy między odpalonym   świecą, a zapachem wydobywającym się po uchyleniu nakrętki słoiczka. Ciekawostką jest to, że do połowy słoiczka nie czułam ich zapachu. Za to później był on dość intensywny. Wypaliłam z przyjemnością.

   Lubię małe słoiki Yankee. Nie trzeba przejmować się wymianą podgrzewaczy, z małym kloszem wyglądają uroczo. Dostarczają wielu godzin radości.

wtorek, 16 lipca 2013

The Balm, Bahama Mama

   Długo szukałam bronzera idealnego. Niby produktów jest wiele, ale zawsze coś było nie tak. Gdy pasował mi kolor, jakoś nie była zadowalająca. Gdy jakość była dobra, kolor nie był do końca odpowiedni. Albo zawierał drobinki. Gdy znalazłam fajny produkt, jego aplikacja nie była błyskawiczna. Zrezygnowana wstąpiłam do salonu MAC i kupiłam chwalony róż w kolorze Harmony, o którym pisałam w tym poście <klik>. Byłam z niego bardzo zadowolona. Po 3 miesiącach kupiłam jednak Bahama Mamę i tak narodziła się nowa miłość. I o tej miłości chciałabym napisać dziś kilka słów.


   To była miłość od pierwszego wejrzenia- kartonowe pudełeczko, obleczone papierową obwolutą z wesołym nadrukiem trafia w moje poczucie estetyki. Żółty kolor, plaża i mulatka przywodzą na myśl wakacje spędzone w uroczym miejscu nad brzegiem morza lub oceanu. Wprawia mnie to w dobry nastrój. Jego minusem jest to, że wnętrze lubi się brudzić, ale zawsze można to zetrzeć chusteczką. Jednak po ponad 18 miesiącach używania wiem, że nie da się go do końca doczyścić. Opakowanie jest solidne, przetrwało ze mną wiele podróży i ciągle wygląda dobrze (nie licząc przybrudzeń wewnątrz), a puder nie został uszkodzony. Zawiera też lusterko, które nie jest praktyczne.


   Puder jest matowy. Matowy nie tylko w sensie braku drobinek, ale i wykończenia. Nadaje się więc świetnie do sprawiania iluzji, że twarz w niektórych miejscach jest szczuplejsza. Jest to przy okazji ładny odcień brązu- nie ma nic wspólnego z czerwienią, szarością czy pomarańczowymi tonami. Kolor jest na tyle uniwersalny, że pasuje mi przez cały rok. Świetnie współgra z podkładem mineralnym, podkładami w musie, kremami BB czy kremami tonującymi. Nigdy mnie nie zawiódł. Jest świetnie napigmentowany, a sam efekt można stopniować.

Bardzo obwicie nałożony za pomocą palca.
   Jego trwałość też jest doskonała- u mnie do zmycia. A do tego ta wydajność- kupiłam go półtora roku temu, sięgam praktycznie codziennie (czasem sięgam po Harmony lub jakieś nowe w mojej kosmetyczce produkty), a i tak nie widzę jeszcze dna. Ma doskonałą konsystencję i cudownie się nabiera na pędzel i rozprowadza po twarzy. Do tego, nie podkreśla suchych partii skóry czy gorszego jej stanu (nie mam na myśli wyprysków, bo ich na policzkach nie miewam, ale np. kaszkę).


   Śmiało mogę stwierdzić, że to jeden z moich ulubieńców kosmetycznych. Ideał. Jeżeli jeszcze go nie macie, naprawcie ten błąd. A jaki jest wasz ulubiony produkt tego typu?

piątek, 12 lipca 2013

Yves Rocher, Minceur Detox, Gommage Activateur Detox (Peeling detoksujący)

   Co decyduje o tym, że decydujecie się na zakup? Promocja? Dobre recenzje? A może polecenie produktu przez bliską osobę? Produkt, który dziś opiszę, kupiłam z polecenia w momencie, gdy była na niego promocja. Czy jednak zasłużył na dobrą recenzję?


   Kupując peeling wiedziałam, że fajnie pachnie i że skóra po nim jest "taka fajna". No cóż, czego wymagać od laika. Rzuciłam szybko okiem na opakowanie, które od razu mi się spodobało. Przezroczysta tubka, wabiła mnie swoją intensywną zawartością. Przeskanowałam też informacje umieszczone na opakowaniu, co zadecydowało o zabraniu produktu do domu. A w domu nie mogłam doczekać się testów. 


   Peeling łatwo wycisnąć. Może nie do ostatniej kropli, bo po rozcięciu opakowania otrzymałam jeszcze porcję na dwa użycia. Gęsty żel zawiera dużo krzemionki bambusowej, odpowiedzialnej za ścieranie. Nie spływa, nie brudzi wanny, nie rozpuszcza się, więc można masować się tak długo, ile potrzebujemy. Efektem takiego masażu jest oczyszczenie i wygładzenie skóry. 


   Masażom towarzyszył cytrynowy zapach (z odrobiną limonki). Może odrobinę sztuczny, ale przyjemny. Dodawał energii i zwiększał poczucie czystości. Uwielbiałam sięgać po niego po ćwiczeniach lub męczącym dniu. 

   Peeling dobrze spełniał swoje zadanie. Był wydajny i przyjemy w użyciu. Myślę, że jeszcze nie raz kupię, zwłaszcza że po wykończeniu tubki brakuje mi go w mojej pielęgnacji.


   Kupujecie gotowe peelingi czy wolicie zrobić własne? 

wtorek, 9 lipca 2013

Amoniaczki

   Amoniaczki wielu osobom kojarzą się z dzieciństwem. Przez wielu zapomniane. Przypomniałam sobie o nich widząc w sklepie amoniak.Amoniak kupiłam, ale brakowało mi odwagi by go użyć. Minęło kilka tygodni, potrzebowałam upiec coś polskiego, czego nasi znajomi nie będą znać. Zdecydowałam się. Pełna zapału stanęłam do przygotowywania ciasta i wydawało mi się, że piekę ciasteczka w salonie fryzjerskim. Wszystko przez ten zapach! Amoniak połączony z mlekiem pachnie jak farba do włosów. No cóż, ktoś wchodząc do domu szybciej posądziłby nas o zmianę koloru na głowie niż na szykowanie smakołyków. Na szczęście, po pieczeniu ciastka nie wydzielają już tego przykrego zapachu. Za to są puszyste i chrupkie jednocześnie. Lekko słodkie, odrobinę waniliowe. Pyszne. A do tego, mogą długo leżeć, u mnie wytrwały tydzień.


   Potrzebujemy (na ponad 100 ciasteczek):

1 kg mąki + mąka do podsypywania
250 ml mleka
200 g mąki
150 g cukru
4 jajka
4 łyżeczki amoniaku
szczypta soli
odrobina ekstraktu waniliowego (lub cukru waniliowego)
opcjonalne: daktyle, kandyzowana skórka pomarańczy

   Mleko podgrzewamy. W tym czasie masło, cukier, mąkę, jajka, sól i ekstrakt miksujemy. Do mleka dodajemy amoniak (w większym naczyniu, aby buzujące mleko z amoniakiem nie uciekło). Dolewamy do ciasta i wyrabiamy ciasto ręcznie. Będzie miało przyjemną konsystencję. Wkładamy na godzinę do lodówki. Następnie ciasto cienko wałkujemy i wycinamy ciasteczka (robiłam zwierzątka i okrągłe- okrągłe lepiej wyglądają po upieczeniu). Pieczemy 6 minut w piekarniku rozgrzanym do 200C (ciasteczka powinny osiągnąć złocisty kolor). Przy wycinaniu i pieczeniu polecam się ratować pięknie pachnącą świecą lub woskiem, bo zapach ulatniającego się w 60C amoniaku jest zabójczy. Otwarte okno również jest mile widziane. 

   Znacie amoniaczki? 


czwartek, 4 lipca 2013

Eclair Nail, Chameleon 05A

   To była miłość od pierwszego spojrzenia. Gdy go kupowałam było tylko kilka opinii w sieci, wszystkie bardzo dobre. Nie dość, że w cenie jednego lakieru otrzymam dwa różne kolory, do tego sam jeszcze będzie tworzył gradient, za stworzenie którego nigdy nie miałam odwagi się zabrać. Jak mogłam się nie skusić na lakierowy ideał?


   Gdy lakier do mnie dotarł byłam zachwycona. Smukłą buteleczkę ozdabia kokardka-mały detal, ale lakier prezentuje się ładniej. Cieszyłam się więc jak dziecko. Pierwszy raz pomalowałam paznokcie i nic mi w nim nie przeszkadzało. Byłam zachwycona idealnie żółtym lakierem, który nie smuży. Na stopach nosiłam go przez miesiąc i każdego poranka podziwiałam jak fajnie się zmienia kolor- wychodząc z ciepłego łóżka były żółte, by po kilku minutach biegania boso po zimnej podłodze stać się różowe.

   Następne malowania paznokciu u rąk nie były już tak wspaniałe. I nie chodzi tu o zmianę w samym lakierze, bo on był taki od początku, ale przy pierwszym malowaniu nie miało to dla mnie znaczenia. Po pierwsze, lakier ma proste zakończenie pędzelka, przez co ciężko operować nim przy skórkach. W zasadzie, aby wyglądało świetnie to trzeba pomalować paznokcie i obowiązkowo poprawić pędzelkiem zamoczonym w zmywaczu.

   Po drugie, gdy lakier jest żółty, uwydatniają się wszelkie niedoskonałości paznokci (pomimo użytego lakieru podkładowego). Po trzecie jego trwałość. Na stopach faktycznie jest bardziej wytrzymały. Ale na dłoniach już nie. Tak, mam rozdwojone końcówki paznokci, ale inne lakiery sobie radzą lepiej. Po niecałych 24 godzinach w miejscach, w których mam rozdwojone paznokcie- lakier odpada. No dobrze, czasami się udaje, że nie odpadnie. Ale co z tego, skoro na lakierze pojawiają się mało estetyczne pęknięcia lakieru?

   Podsumowując, lakier jest fajną zabawką zmieniającą kolor. Kolory są piękne, zmiana kolorów też jest fajna (choć nie zawsze ta zmiana wygląda dobrze), ale jednak ma sporo wad. Jak dla mnie jest to lakier na jedno wyjście ze znajomymi lub do malowania paznokci u stóp. Drugi raz bym go raczej nie kupiła.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Paradisi ekologiczny, sojowy wosk zapachowy, Mleczko Kokosowe z Miodem

    Wracam do domu. Moje ciało pada na kanapę, a torebka ląduje gdzieś w okolicach stóp. Nie mam siły jej podnieść. Jestem potwornie zmęczona. Nie stało się nic przykrego, ale to był bardzo pracowity dzień. Tak jakby wszyscy się zmówili, że akurat dzisiaj będą ode mnie czegoś szczególnego oczekiwać. Niech się ten dzień skończy! No dobra, chociaż końcówkę sobie uprzyjemnię. Jestem już dużą dziewczynką, więc zmierzam ku lodówce. Wyciągam mleko (dziś tłuste) i liker. Lodu mam mało, dodaję trzy kostki. Siadam na fotelu i delektuję się smakiem. Przymykam oczy. Dobry ten likier, podobny do Sheridan's. Może trochę mniej kawowy, ale za to z nutką kokosu. Dość szybko osuszam szklaneczkę. Zapomniałam już jaki był to okropny dzień. Idę po jeszcze jednego.


   Jeden z moich faworytów wśród wosków Paradisi. Zapach otula nas swoją miękkością, ale nie jest przesłodzony. Jak dla mnie ma w sobie coś z lekkiego drinka na mleku. Więc zgodzę się z producentem, że pachnie on wanilią, bobem tonka, kokosem. Na szczęście tytułowego miodu tu nie ma! Polecam producentowi wykreślenie tego z nazwy. Ananas, banan i słodka pomarańcza są wymienione na stronie producenta, jednak ja ich nie wyczuwam. Gdyby były wyczuwalne pewnie kojarzyłyby mi się z innym drinkiem (który bardzo lubię, swoją drogą). 

   Jaki jest wasz ulubiony trunek? 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...