sobota, 29 czerwca 2013

L'oreal, Glam Shine, Miss Candy, 712 Dolce Pralina

   Usta błyszczące jak lusterko. Pełne, większe niż zazwyczaj. A wszystko dzięki słodkiej pralince? Brzmi smacznie, a jak smacznie to pewnie i ładnie. Czy tak jest?


   Opakowanie jest małe i zgrabne. Kojarzy mi się z atomizerami, do których przelewam sobie mniejsze ilości perfum, aby nie nosić ze sobą całej dużej flaszki. Złota nakrętka, błyszczyk ułożony w kolorowe paski. Wygląda ładnie dopóki paski nie wymieszają się ze sobą. Aplikacja produktu jest przyjemna. Aplikator dobrze sunie po ustach. Z resztą, przy takich kolorach nie musi być on bardzo precyzyjny, bo małe niedociągnięcia nie będą widoczne. 


   Ale jaki efekt daje? No cóż, tak jak widać w opakowaniu, błyszczyk napakowany jest drobinkami. Ale oczy widzą co biorą i kupując taki produkt należy się liczyć z tym, że  będą one widoczne. Jednak  są nie tylko widoczne, ale także dość mocno wyczuwalne. W zasadzie gdyby mocniej pocierać ustami, możemy je dobrze wypeelingować. W tym błyszczyku to właśnie one- brokatowe drobinki, są najbardziej zauważalne, także na ustach. Na szczęście, błyszczyk nie powala trwałością.

   Nie jest to błyszczyk, który mnie zachwycił. A jakie są wasze doświadczenia z błyszczykami Glam Shine? Lubicie drobinkowe produkty do ust?

czwartek, 27 czerwca 2013

Decubal, Clinic cream, odżywczy i nawilżający krem do skóry suchej i atopowej

   Z bardzo suchą skórą walczę cały rok. Balsamy, masła, musy, oleje- staram się po nie sięgać dwa razy dziennie, jednak nie zawsze mam siły, chęci czy czas. Lubię się otaczać ładnie pachnącymi kosmetykami, jednak są one dla mnie niejako dodatkiem do pielęgnacji. Gdy widzę, że moja skóra potrzebuje czegoś więcej, dostarczam to jej. Dziś będzie więc o takim "czymś więcej".

   Producent opisując ten produkt zaznacza, że tworzy on warstwę ochronną, pozwalającą zatrzymywać wilgoć na dłużej. Producent uprzedzał, ale ja się nie spodziewałam, że ta warstwa będzie aż tak odczuwalna! I nie był to efekt chwilowy, bo przez cały dzień czułam ją. Dobrze, że mimo tego, balsam nie pozostawiał tłustych plam na ubraniach.

   Kolejną kontrowersyjną sprawą może być jego zapach. Wyciskany z opakowania jest jeszcze do zniesienia. Ot, zapach mieszanych składników na krem. Jednak podczas rozsmarowywania na ciele robi się mniej przyjemny. Gdyby był w innym opakowaniu, dodałabym do niego kilka kropel olejku eterycznego. .


   Jak wcześniej wspominałam, z działania byłam bardzo zadowolona- skóra była miękka i nawilżona. Nie tylko do pierwszego mycia. Bez obaw kładłam go na skórę z uczuleniem. Krem pomagał skórze się regenerować, przy czym nie powodował większych szkód. Osoba mi bliska zauważyła, że przy dłuższym stosowaniu trochę złagodził jej objawy łuszczycowe. To chyba bardzo dobra rekomendacja?


   Produkt mógłby zagościć u mnie na dłużej, ale jeżeli tak się stanie, to z pewnością przepakuję go do innego opakowania i zmienię jego zapach.

   Jesteście w stanie przymknąć oko na zapach balsamu, jeżeli jego działanie jest bardzo dobre?

niedziela, 23 czerwca 2013

Gren Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką

   Nie wyobrażam sobie, aby w mojej łazience mogło zabraknąć oleju do włosów. Przez długie lata byłam wierna Amli, a później mi się trochę znudziła i zaczęłam eksperymentować. Jestem na etapie zapuszczania włosów (co nie przeszkadza mi w regularnym chodzeniu do fryzjera i ścinaniu włosów ;) ), więc wszystko co ma mi w tym pomóc jest mile widziane. Chciałam nowości. Padło na łatwo dostępny (i chwalony) olej z łopianem firmy Green Pharmacy.


   Opakowanie- małe, zgrabne, ma duży otwór, więc nie miałam żadnych problemów z wylewaniem oleju na dłoń. A wylewać go trochę musiałam, bo to taki lekki olej. Nakładałam go na mokrą skórę głowy i włosy. Wykonywałam masaż opuszkami palców i zostawiałam na 30 minut lub więcej. Ze zmyciem nie miałam żadnego problemu. Jednak po myciu konieczne było nałożenie lekkiej odżywki, aby włosy były bardziej miękkie i lepiej się rozczesywały. Czerwona papryka nie podrażniała mojej skóry głowy. Jednak czasami czułam, że tam gdzie wtarłam olej jest mi minimalnie cieplej (zwłaszcza spłukując lub nakładając chłodzącą maseczką na twarz).


   Czy zadziałał? W tym samym czasie wcierałam także Jantar, więc ciężko mi napisać czyja to zasługa. Z pewnością na mojej głowie pojawiło się trochę nowych włosów. Przyrost też wydawał mi się szybszy, jednak nie mam pewności. Producent obiecuje, że włosy po nim będą pełne życia, moje nie były. Po zastosowaniu tego oleju musiałam myć głowę o dzień szybciej niż zazwyczaj, a włosy były mniej uniesione.

   Podsumowując- nie jest to mój ulubiony olej. Zużyłam, może jeszcze kupię. Polecam go osobom początkującym w nakładaniu oleju na włosy, zwłaszcza że jest tani i nie trzeba zamawiać go przez internet. Mam też zastrzeżenia co do jego wydajności- przyzwyczajona do olejów Dabur myślałam, że starczy mi na dłużej. Efektu rozgrzewania się nie trzeba bać, nie jest mocny.


czwartek, 20 czerwca 2013

Yves Rocher, Jardins du Monde, Żel pod prysznic Grejpfrut z Florydy

   Z Yves Rocher spotkałam się pierwszy raz kilka lat temu podczas wakacji w Madrycie. Kupiłam wtedy kilka wód toaletowych, które świetnie się sprawdzały w wysokich temperaturach. Później przez moje ręce przewinęło się kilka produktów, które dostałam w gratisie do gazet. Nie powiem, produkty mi się podobały (zwłaszcza za zapachy), jednak ilekroć przekraczałam próg sklepu nie mogłam tam nic dla siebie znaleźć. Jakiś czas temu dałam firmie jeszcze jedną szansę i złożyłam pierwsze internetowe zamówienie. Na jednym się nie skończyło, więc YR pewnie będzie gościł tutaj częściej. Pierwszym produktem, który chcę opisać, jest żel pod prysznic. 


   Jak zrecenzować żel pod prysznic? W zasadzie większość z nich spełnia swoje zadanie, czyli myje. Ten też myje. Ważne jest też, aby nie wysuszał mojej i tak suchej skóry. No to mamy kolejną zaletę, bo żel ten nie wysusza. Jak z wydajnością? We dwie osoby, sięgając także po inne produktu, zużyliśmy dwa (niepełne) opakowania w trochę ponad miesiąc. Ale uczciwie muszę zaznaczyć, że żel nie był używany tylko do mycia ciała, ale także do mycia rąk.


   Opakowanie wygląda ładnie. Ale co z tego? Po pierwsze łatwo się łamie (pierwsze opakowanie wyszło do mnie potłuczone, ale obsługa klienta się spisała i natychmiast wysłano do mnie nowy produkt). Po drugie, opakowanie za pierwszym razem ciężko jest otworzyć, ale po kilku użyciach się wyrabia. Po trzecie, rozwiązałam ten problem przelewając produkt do opakowania po innym mydle.


   Wybierając taki produkt, przeważnie kieruję się zapachem (a raczej jego obietnicą). I tu, proszę państwa, mistrzostwo! Nawet najbrzydsza pogoda z nim mi nie jest straszna. Zapach jest bardzo realny. Mam wrażenie, że otrzymuję świeży owoc, soczysty. Czuję jak przebijam się przez skórkę i go rozrywam. Wszystko po to, aby natychmiast ukoić swoje pragnienie jego soczystym smakiem. Obietnica producenta, że żel zapewni orzeźwienie, naładuje energią i pozytywnie nastawi na cały dzień jest spełnione. Chociaż z obietnicą gęstej piany przesadził, bo piana jest mizerna.


   Jeżeli potrzebujecie zastrzyku energii, kochacie grejpfruty lub szukacie fajnego żelu pod prysznic, koniecznie sięgnijcie po ten produkt. A może już go używacie? 

wtorek, 18 czerwca 2013

Maybelline, Superstay 10h Tint Gloss, 540 Endless Ruby

   Chyba każda z nas marzy o tym, by jej usta wyglądały idealnie. Mieć usta, które będą ozdobą. Gdy nie mam czasu na makijaż stawiam na wyraźny kolor. Skutecznie odwraca uwagę od nieumalowanych czy niewyspanych oczu. Czerwień na ustach jest klasyką, jednak wybór wykończeń i odcieni jest ogromny. Z trwałością bywa różnie. Dziś rozprawię się z mazidłem, które ma trwać na ustach 10 godzin. Ale czy tak rzeczywiście jest?


   Opakowanie jest przeciętnej urody. trochę mi przeszkadza, że nie widać, ile produktu zostało i w jakim dokładnie jest kolorze. Przy tym ostatnim można sugerować się zakrętką, co może być pomocne przy wyłowieniu czerwieni z przepastnego zbioru pomadek, tintów i błyszczyków. Sam plastik sprawia wrażenie trwałego.


   Po otwarciu wyłania się aplikator. Jest w kształcie zbliżonym do serduszka. Obawiałam się, czy tak mocny kolor będzie się nim dobrze aplikował. Muszę przyznać, że jest dobrze dobrany i łatwo nim pomalować usta. Nabiera też dobrą ilość produktu. Można więc pomalować usta bez wspierania się dodatkowym pędzlem.


   A sam kolor? Jest piękny. Głęboka rubinowa czerwień. Rubiny kojarzą mi się z biżuterią i faktycznie ten błyszczyk sprawia, że usta mogą śmiało zastąpić biżuterię. Są pełne, błyszczące, nie widać bruzd. Wyglądają o wiele zdrowiej. Pięknie. Nie sposób ich nie zauważyć. Zęby wyglądają na bielsze.


   Producent obiecuje 10 godzin trwałości. Co do tego mam mieszane uczucia. Z pewnością produkt nie przetrwa obiadu, jednak już picie wytrzymuje. Po kilku godzinach jednak schodzi z ust i trzeba być uważnym, bo nie schodzi z całych ust, ale z ich środka. Istnieje więc ryzyko, że będziemy miały efekt obrysowania ust kredką. Zmywając jednak makijaż po tych 10 godzinach, widać jednak, że na ustach wciąż coś jest.


   Jego zaletą jest to, że nie wysusza ust. Nie klei się, jednak czuć, że mamy czymś pokryte wargi. Moim zdaniem mógłby być określany mianem lakieru do ust. Szalenie mi się podoba! Jest wam znany ten produkt?

czwartek, 13 czerwca 2013

Yankee Candle, summer scoop

   Jestem wybredna jeżeli chodzi o truskawki. Wolę te bardziej zielone niż ciemnoczerwone. Jednak gdy przechodziłam koło pewnej cukierni- złamałam się. Zobaczyłam białą bezę, przekładaną puszystą masą, ozdobioną wielkimi czerwonymi truskawkami. Nie mogłam się jej oprzeć. Przecież mamy teoretycznie sezon na nasze truskawki, więc będą pyszne, polskie, nie hiszpańskie. Kupiłam ciastko i szybkim krokiem podążałam w stronę domu. Ależ pachniało! Śmietanka, truskawki i trochę cukru. Słodycz bezy przełamywana świeżością truskawek. Walczyłam z samą sobą, aby nie rzucić się na nie. Dotarłam do domu, wyciągnęłam pierwszy lepszy talerz, położyłam deser i... I dałam się nabrać! Truskawki były ulepione z masy marshmallow. Byłam pod wrażeniem ich wykonania. Zjadłam. Słodycz przeminęła, a ja zaczęłam czuć truskawki. I ten zapach towarzyszył mi jeszcze przez kilka godzin.


   Technicznie: wosk ma moc.Po rozpaleniu pachnie inaczej niż na sucho. Jest słodszy, bardziej przypomina pianki truskawkowe. Zaskoczyło mnie, że ta piankowa słodycz po pewnym czasie przemija i lepiej czuć truskawki (podobne do sweet strawberry). Wosk paliłam wieczorem, a rano po przebudzeniu czułam w pokoju truskawki, już bez słodyczy. Fanom słodkości i truskawek polecam.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Decubal, shower & bath oil, olejek pod prysznic i do kąpieli

   Pisząc recenzję innego żelu pod prysznic, zorientowałam się, że nie napisałam ani słowa o tym żelu. Szybko więc nadrabiam, zwłaszcza że ten produkt jest wart uwagi. Za co go polubiłam? Co mi się w nim nie podobało?


   Zanim przejdę do wychwalania jego zalet, wspomnę o tym, co mi w nim nie pasuje. Jego słabszą stroną jest opakowanie. Kształt, wysokość  i wielkość mogą być. Szata graficzna jest przeciętna, z pewnością ozdobą łazienki nie będzie, ale szpetne też nie jest. Najbardziej mnie irytował dozownik. Często musiałam zbyt długo czekać, aby nabrać wystarczającą ilość. Z resztą otwieranie mokrymi dłońmi też nie jest najwygodniejsze (zwłaszcza, że trzeba było mocno przycisnąć guzik). Rozwiązałam ten problem, przelewając produkt do ładnego opakowania z pompką. Od tej pory używanie tego produktu stało się jedynie przyjemnością. Także miałam wrażenie, że na jedno mycie zużywałam mniej produktu.


   Nie jest to produkt, który stworzy nam całą masę piany. Raczej mam wrażenie, ze tej piany miało w ogóle nie być, bo jest jej tak mało. Ale ja nie należę do osób, którym na pianie zależy, więc nie było to dla mnie problemem. Przed kontaktem z wodą jest to lekki, mało tłusty i wodnisty olejek.
   Przy pierwszych kilku użyciach przeszkadzał mi jednak jego zapach. Nie był on odrzucający, ale jednak lubię umilać sobie prysznic także ładnie pachnącymi produktami. Dodałam więc substancję zapachową (na szczęście, producent dodaje kompozycję w osobnej, czerwonej saszetce). I wtedy oprócz konsystencji zachwycił mnie i zapach- prosty, pobudzający grejpfrutowy (ale nie tak mocny jak w żelu Yves Rocher). Wiem, że wiele osób narzekało na to, że jest tylko jedna wersja zapachowa, ale zawsze można do niego dodać kilka kropel innego olejku.


   Moja skóra reagowała na niego bardzo dobrze. Z pewnością jej nie wysuszał, a czasem nawet pomijałam balsam do ciała. Najbardziej lubiłam używać go rano. Zapach pobudzał, a ja bez wyrzutów sumienia mogłam zrezygnować z balsamu. Skóra była miękka i nie była sucha.


   Ten produkt i pianka do mycia twarzy to moje ulubione produkty tej firmy.

sobota, 8 czerwca 2013

Naleśniki nadziewane białym serem i migdałami

   Naleśniki każdy zna. Czy każdy lubi? Nie wiem. Ale wiem, że można je przyrządzić na milion sposobów.  Naleśników z twarogiem chyba nie trzeba nikomu przedstawiać? Ale ja ich przedstawiać nie będę, podrzucę tylko pomysł, aby nieco je urozmaicić orzechami. 


   Potrzebujemy:

250 g białego sera
mały jogurt natrualny
garść orzechów
cukier waniliowy
cukier biały (do smaku)

Przepis na naleśniki: Naleśniki

   Filozofii dużej nie ma- orzechy rozdrabniamy w blenderze. Biały ser, orzechy, cukier waniliowy i cukier zwykły ugniatamy razem, dodajemy 2 łyżki jogurtu, aby składniki się lepiej połączyły. Na naleśniki nakładamy masę, składamy na trójkąty. Możemy je ponownie położyć na patelnie, aby były ciepłe lub zjeść na zimno. Resztę jogurtu mieszamy z cukrem i polewamy tym naleśniki. Jogurt można wymieszać ze świeżymi owocami.

   Jakie jest wasze ulubione nadzienie do naleśników?



czwartek, 6 czerwca 2013

Green Pharmacy, balsam do wlosow suchych i zniszczonych olej arganowy, granat

   Piękne włosy są ozdobą. Oczywiście tylko wtedy, gdy są zadbane. Z tego powodu chodzę do dobrego fryzjera, zwracam uwagę na to, czym je myję, nakładam oleje, maski i odżywki. Dziś napiszę kilka słów o tej ostatniej. Czy polski produkt jest godny polecenia? Jakie są jego wady? A zalety?


   Wizualnie opakowanie całkiem mi się podoba. Przez otworek wychodzi dobra ilość produktu. Etykieta jest na szczęście wodoodporna. Jednak opakowanie ma ogromną wadę. Plastik, z którego jest wykonane opakowanie jest bardzo elastyczny i cienki. Z jednej strony to fajnie, bo można łatwo wycisnąć odżywkę, ale nie jest to potrzebne, bo odżywka wylewa się bez problemu. Jednak za każdym razem się obawiam, że mój palec przejdzie przez ten plastik. Bałabym się zabrać go w podróż czy upuścić.

   Podoba mi się jej zapach. Jednak nie umiem go określić, jest przyjemy. Z pewnością nie pachnie ziołami. Po spłukaniu zapach nie utrzymuje się na włosach.

   Przy każdym myciu miałam z nim problem. Nakładałam odżywkę, czułam lepszą gładkość, jednak wydawało mi się, że to zbyt mała porcja, więc dokładałam więcej. Gdy nałożyłam zbyt dużo, trochę za bardzo obciążała mi włosy. Dlatego później doszłam do wniosku, że wolę nałożyć mniej. A mniej wystarcza w zupełności. Omijam też skalp, bo gdy wcierałam w niego odżywkę, włosy przetłuszczały się szybciej, a także swędział mnie skalp.


   Lekki podczas rozprowadzania balsam trzeba długo wypłukiwać z włosów. Dłużej niż przy każdej innej znanej mi odżywce. Zbyt krótkie spłukiwanie kończyło się "białą ozdobą moich włosów", co nie prezentowało się zbyt dobrze.

   Mimo tych wad polubiłam ją. Po pierwsze włosy są bardzo śliskie, gładkie, nie plączą się. Są też pięknie błyszczące. Na dodatek powoduje, że moje włosy po jego użyciu chętniej się skręcają i falują. Z pewnością nie są oklapnięte. To powoduje, że chętnie po nią sięgam i omijam skalp. Do tego jest wydajna- po ok. 10 użyciach zużyłam trochę mniej niż 1/3 opakowania .

   
   Sama pewnie bym jej nie kupiła, ponieważ kiedyś miałam okazję kilka razy użyć innej odżywki tej firmy, która była dla mnie okropna. Dostałam propozycję przetestowania jej w ramach pierwszej akcji testerskiej Klubu Elfa Pharm. Skusiła mnie sugestia, że jest to odżywka do suchych włosów. I jak widać, nie była to tylko obietnica. Jeżeli szukacie czegoś co spowoduje większy błysk włosów, nawilży (czego efektem było u mnie sprawienie, iż włosy się lepiej kręciły) to polecam tę odżywkę. Jednak jeżeli macie wrażliwy skalp- lepiej jej tam nie nakładajcie.

wtorek, 4 czerwca 2013

Decubal, ujędrniający i regenerujący krem pod oczy

   Malujemy oczy. Testujemy nowe tusze, aby uzyskać piękną ich oprawę. Rozświetlamy, aby wyglądać na wypoczęte. Przyciemniamy, aby mieć bardziej tajemnicze spojrzenie. Ale czy równie dobrze dbamy o skórę pod nimi?

   Przez ostatnich kilka miesięcy starałam się regularnie sięgać po krem pod oczy Decubal. Przyznaję, o twarzy nigdy nie zapominam, ale jednak tę strefę zdarza mi się pominąć. Przed kremem Decubal, nakładałam na tę część twarzy olej zmieszany z kwasem hialuronowym. Taka mieszanka doskonale się u mnie sprawdzała. Czy Decubal godnie ją zastąpił?

   Po pierwsze, bardzo polubiłam jego opakowanie. Małe zgrabne, doskonałe do zabierania w podróże. I ma ukochaną pompkę! Jedno wyciśnięcie było doskonałą porcją.. Czasem też smarowałam powieki, mimo iż producent tego nie zaleca. Ja byłam zadowolona z aplikacji w tym miejscu- momentalnie znikały suche skórki.  Skóra była nawilżona, ale nie była to rewolucja w mojej pielęgnacji. Muszę pochwalić fakt, iż krem ten, w odróżnieniu od kwasu hialuronowego z olejem, można stosować na dzień. Krem wchłaniał się błyskawicznie, bez obaw mogłam nakładać makijaż. Korektory (Pixie, Benefit Oh La Lift, Essence) nie rolowały się.


   Podsumowując, jest to lekki krem, który nawilża, dobry do stosowania na dzień. Co do przynoszenia ulgi- znam kremy pod oczy, które lepiej "odświeżają". 

niedziela, 2 czerwca 2013

Bomb Cosmetics, Little Hotties, Ziołowy ogród, Raj, Kwitnące pąki

   Wiosna. Po długiej i zimnej zimie mam ochotę pójść gdzieś, gdzie jest zielono. A najchętniej to na plażę! Plaży w okolicy nie znajdę, wielkiego ogrodu też nie. Ale niedaleko jest pole obrośnięte trawą. Wystarczy. Nie biorę z sobą nic. Ubieram się lekko i z uśmiechem wybiegam z domu. Sąsiadka pije herbatę. Miętową ze sporą ilością cukru. Zrobię sobie jak wrócę- myślę- ale zdecydowanie bez cukru. Zbliżam się do celu, wbiegam na trawę. Delektuję się jej zapachem. Jednak nie jest to zwykły trawniczek. To taka dzika trawa, wśród niej rosną inne rośliny. Jakieś zioła.


   Wracając przechodziłam koło przekwitającego drzewa. Pachniał mocno, słodko- dusząco. Pomyślałam sobie o kwitnących kwiatach pomarańczy. Piękny widok. Szkoda, że rzeczy tak ładne szybko przemijają.


   Po powrocie do domu postanowiłam zrobić sobie sałatkę. Najlepiej tropikalną. Czułam wilczy głód i ogromną chęć na sałatkę. Nie chciałam czekać. W szafce znalazłam puszkę owoców tropikalnych w zalewie. W pierwszej połowie zajadałam się nią. Dopiero później wyczułam, że owoce były zalane dużą ilością syropu. Słodkie owoce, słodki syrop. Może gdybym wkroiła leżącego obok grejpfruta byłaby smaczniejsza. Jednak nie miałam już sił. Przesłodzona ucięłam sobie krótką drzemkę.


   Trawa była przyjemna, jednak cała kompozycja była zbyt słodka jak dla mnie. Zapach jest dość ciekawy, chyba najciekawszy z posiadanych przeze mnie kompozycji. Kwitnące pąki pachniały trochę starszą panią wypryskaną perfumami starego typu. Najmniej mi się podobał raj. Woski na sucho pachniały bardzo owocowo i soczyście, w praktyce przytłumiły mnie swoją słodyczą. Znam bardziej owocowe zapachy.

   To już wszystkie posiadane przeze mnie zapachy. A wy macie jakieś doświadczenia z tymi małymi woskami? A może mieszacie inne woski?

   Jeżeli macie chęć by spróbować, przypominam o rabacie w aromatella.pl w wysokości 7% na hasło: wszystkocomniezachwyca2905 (ważny do 3.06 włącznie). 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...