piątek, 31 maja 2013

(HexxBOX – Poznaj i testuj z 1001pasji!) Inglot, Freedom system, cień do powiek pearl, 402

   Z Inglotem nie było mi po drodze. Kilka miesięcy temu jednak przełamałam opór i kupiłam kilka cieni. Część z nich nie zachwyciła mnie, a kilka stało się moimi ulubieńcami. Hexx w ramach Hexxboxa także obdarowała mnie cieniami tej firmy. Dziś się rozprawię z cieniem perłowym. Czy ten należy do tych, które kocham? A może leży odłogiem w czeluściach?


   Uwielbiam system freedom i samodzielne komponowanie palet. Do tego palety Inglota bardzo odpowiadają mi wizualnie i funkcjonalnie. Ubolewam jednak nad tym, że cienie okrągłe będą stopniowo wycofywane.
   Jest to z pewnością jeden z moich ulubieńców. Wydaje mi się, że cienie z linii pearl są jakościowo lepsze. Cień bardzo dobrze się nabiera na pędzel (obojętnie po który sięgnę). Rozciera się także bezproblemowo. Bardzo lubię go łączyć z cieniem tej samej firmy o numerze 154. Pięknie wygląda też nałożony na powiekę solo lub z grubszą kreską. W zależności od tego, jak pada światło jest on ciemniejszym brązem lub jasnym. Lubię ten efekt. Cień na bazie wytrzymuje cały dzień.


   Musze przyznać, że jest to jeden z ulubieńców. Polecam!

środa, 29 maja 2013

Bomb Cosmetics, Little Hotties, Morning Coffee & Delicate White Tea

   Dzień zaczynam od kawy. Po omacku podążam do kuchni. W zasadzie, budzę się dopiero po wypiciu porządnej dawki kofeiny. No cóż, dziś gorąca filiżanka nie stała przy łóżku. Nie musiałam odsłaniać okien by wiedzieć, że pogoda jest podła. Ale żeby wszystko było przeciwko mnie? Sięgam po puszkę, a tam pusto. No nic. Może w młynku znajdę odpowiednią porcję na chociaż mała kawkę. Też nic. Tęsknym wzrokiem spoglądam na kafeterkę i wiem, że nie pozostało mi nic innego jak kawa z saszetki. Niech już będzie. Raz na jakiś czas można. Wygrzebuję z głębi  szafki zachomikowane na szarą godziną saszetki kawy 3 w 1. Nie lubię ich, ale jeżeli nie mam wyboru, to i taki napój można wypić. Gotuję wodę, zalewam i... widzę szaroburą breję. To była jakaś tania kawa. Widać to i czuć. Zapach jest lekko kwaśny, mocny i jakiś taki słodkomdlący. No nic, wypiję. Kawa paruje, a ja nabieram w usta spory łyk. Krzywię się, a kawa ląduje tam gdzie jej miejsce- w odpływie.


   Na sucho wosk pachnie jak cukierki Kopiko. Niestety po odpaleniu wychodzi z niego woń kawy kiepskiej jakości. Mocy nie można mu odmówić. Jedna pastylka wypełniła szybko cały duży pokój. Zapach był bardzo intensywny. Do kawy przybliża go fakt, że wosk bardzo intensywnie paruje (efekt taki jak sam jak nad filiżanką gorącej kawy, a może nawet jeszcze większy?). Niestety, zapach tak bardzo nie przypadł mi do gustu (i nie tylko mi), że musiałam go zagasić. Więcej palić go nie zamierzam. Zwłaszcza, że zapach nie chciał się ulotnić z domu nawet mimo wietrzenia. Intensywność jest jego wielką zaletą, ale niestety, pachnie kawą bardzo kiepskiej jakości.

Delikatna biała herbata


   Ale nie poddałam się. Wyszłam z domu w poszukiwaniu herbaty. Nie miałam ochoty już na kawę. Znalazłam miły lokal. Wyglądał uroczo, usiadłam w ogórku i czekałam. Kelnerka przyniosła mi białą herbatę serwowaną w filiżance w róże. Napar miał ładny kolor, wabił zapachem. Upiłam pierwszy łyk. Następny, aby się upewnić. Miała być biała herbata. I może faktycznie jest. Jednak jest bardzo mocno aromatyzowana. Aromat zagłusza jej smak. Jest słodka, ale nie słodzona cukrem. Czuję też kwiaty, które stoją na stoliku. Wypiłam, była przyzwoita.


   Z pewnością herbata pachnie lepiej niż kawa. Zapach jest dość mocny, jedna pastylka dała radę wypełnić pokój zapachem. Jednak po zapachu białej herbaty spodziewałam się czegoś innego- mniej słodkiego i roślinnego (mam wrażenie jakby w tle czaiły się zielone rośliny). Niestety, przy drugim odpaleniu zapachu już w kosteczce nie było.


Zbliża się Dzień Dziecka. A że każdy z nas jest dzieckiem, sklep aromatella.pl przygotował rabat! Zniżkę w wysokości 7%  uzyskacie wpisując kod: wszystkocomniezachwyca2905.  Kod ważny do 3.06.2013 r. włącznie.

wtorek, 28 maja 2013

Yankee Candle, Brown paper packages

   Jestem znowu małą dziewczynką z kucykiem związanym na środku głowy. Podchodzę do stołu by zobaczyć co na nim leży. Stół jest wysoki, muszę stanąć na palcach by dosięgnąć brązowego zawiniątka. Co to za papier? Całkiem inny niż mam do rysowania. Jest w kolorze ulubionego misia. Ładny. Do tego przewiązany sznureczkiem. Moja ciekawość jest podsycona. Oglądam, przewracam, przystawiam do ucha i próbuję odgadnąć co tam jest. Chciałabym chociaż na chwilę zajrzeć, poznać tajemnicę. Nie ma jednak jak odchylić papieru. Na szczęście przychodzi mama. Uśmiecha się do mnie i głaszcze po głowie. Pozwala mi otworzyć paczkę! Niestety sznurek nie chce się rozwiązać, bez pomocy mamy się nie obejdzie. Gdy już uporałyśmy się z tym ładnym papierem, widzę kolejne pudełko. Tym razem granatowe, z białymi literkami. Nic one dla mnie nie znaczą. Ale pudełko jest ładne. Chyba metalowe. Nie otwiera się łatwo. Mama zabiera je ode mnie, otwiera, wkłada tam palec i smaruje mnie po nosie białym, gęstym kremem. Dociera do mnie jego dość mocny zapach.  Nie dusi, nie pachnie jak kwiatki, nie znam tego zapachu. Podoba mi się. Jest taki inny!


   Zanim się świeca rozpali trzeba chwilę poczekać. Dlatego piszę o tej niecierpliwości z otwieraniem paczki. Zapach pojawia się po kilku próbach, najpierw dość niewinnie by później z całą mocą napełnić duży pokój. I co tu dużo mówić, jest to zapach dzieciństwa, kremu Nivea w charakterystycznej granatowej puszce. Używany by uchronić przed mrozem, ukoić spieczoną słońcem skórę. 

   Za pierwszym razem świeca rozpalała się do ścianek ok. 6 godzin (z illuma lid). Pali się dobrze, nie tuneluje. Mam wrażenie, że wosk z niej bardzo wolno się spala (po ok. 12 godzinach palenia ubytek jest ledwie zauważalny). Przyczepić bym się się mogła do nazwy i obrazka, bo to nie jest papier, a właśnie krem Nivea. Gdy pierwszy raz wąchałam zapach ze słoja, podobał mi się, ale nie  na tyle by zabrać go do domu. Gdy miałam już go w domu byłam ciekawa jaki będzie po rozpaleniu. Czy będzie pasował na wiosnę i lato, czy raczej na jesień i zimę. Jak dla mnie jest to zapach całoroczny. Cieszę się, że mam duży słój. 

niedziela, 26 maja 2013

Na co się skusiłam podczas promocji w Rossmanie?

   Tym razem o akcji promocyjnej Rossmana wiedzą chyba wszyscy. Wiedziałam i ja. A skoro wiedziałam to też skorzystałam. Wiele z was zrobiło już zakupy, jednak pewnie część nadal zastanawia się co nabyć. Moje zakupy z pierwszej akcji pokazywałam w tym poście <klik>. A co tym razem wpadło mi do koszyka?


   Mój czarny eyeliner skończył swój żywot (żelowy Essence), bardzo chciałam odmiany. Marzyłam o doskonałym, czarnym pisaku, który sam rysowałby piękne kreski. Zaczęłam tracić wiarę, że taki znajdę. Z pomocą przyszła mi bliska osoba. Okazało się, że od kilku miesięcy posiada taki flamaster, a on ciągle maluje idealnie. Sprawa byłaby prosta, gdyby z opakowania nie starły się napisy. Stojąc przed szafami w Rossmanie stwierdziłam, iż najprawdopodobniej jest to Super Liner L'oreal (2). Gdyby jednak okazał się bublem, zakupiłam chwalony przez Blogerki (dziękuję!) żelowy eyeliner Maybelline (1). 

   Jeżeli chodzi o zmywacz do paznokci to mam już swojego ulubieńca. Jednak korzystając z promocji i tego, że mój ulubieniec się kończy, kupiłam zmywacz firmy Bourjois (3). O gąbce Konjac czytałam wiele, a gdy zobaczyłam, że jest oznaczona plakietką "cena na do widzenia" postanowiłam skusić się i na nią. Ciekawa jestem czy i mnie zachwyci.

   Blistex (5) to mój faworyt w pielęgnacji ust od lat (wersja med w słoiczku). Bardzo się cieszę, że produkty są dostępne także w Polsce. A jeżeli mowa o ustach, skusiłam się na L'oreal Caresse (6). Od dwóch dni używam go namiętnie i jestem nim zachwycona. 

   Znacie te kosmetyki? Lubicie? Na co się skusiłyście?

piątek, 24 maja 2013

Argentum200, Srebro Koloidalne

   Srebro koloidalne. Zaciekawiło mnie. Lubię srebrną biżuterię. Ale srebro w płynie? Opis producenta był bardzo kuszący <klik>. Tonik zwalczający bakterie, wirusy, grzyby brzmi bojowo. Ale oprócz tego producent zapewnia, że produkt także sprząta, to znaczy odświeża i oczyszcza. I jak mogłam nie chcieć spróbować tego na sobie? Gdy przyszła do mnie wielka flaszka (500 ml) od http://auraherbals.pl/  za pośrednictwem portalu Uroda i Zdrowie byłam trochę zawiedziona, że nie wygląda jak złota wódka? Nie znacie jej? To polska wódka, którą obcokrajowcy chyba znają lepiej od nas- wódka nie byle jaka, bo z pływającymi w niej złotymi płatkami. Liczyłam, że efekt będzie podobny, tymczasem otrzymałam wielką, brązową butlę wypełnioną złotą cieczą. Srebro złote? Najwidoczniej tak.


   Srebro koloidalne występuje tu w towarzystwie wody demineralizowanej. I właśnie taką ma konsystencję. Rozprowadza się je na twarzy więc wyśmienicie, ale na samej powierzchni mam wrażenie, że zostaje trochę dłużej niż zwykła woda. Ogólnie butleka ma wielki wylot, co przy takim produkcie nie jest najwygodniejsze- istnieje obawa rozlania. Producent zapewnia nam kieliszek. Nie ma jak to zacząć dzień od napełnienia i opróżnienia kieliszka ;). Mimo, że nie trzęsą mi się ręce, nie było to dla mnie najwygodniejszą czynnością. Ale znalazłam i na to rozwiązanie- napełniłam srebrem mniejszą buteleczkę z atomizerem. Teraz użytkowanie było już samą przyjemnością.


   Srebro używałam nie tylko na twarz zamiast hydrolatu, ale także na wszelkie skaleczenia (a te umiem sobie przypadkiem zrobić doskonale) czy obtarcia. Spryskanie małych ranek czy obtarć nie sprawiało bólu. Miałam wrażenie, że szybciej się goją. Ale wracając do twarzy- obietnica producenta o uczuciu odświeżenia jest spełniona, zwłaszcza gdy preparat stoi w chłodnym miejscu. Małe podrażnienia też ustępowały trochę szybciej niż zawsze. Skóra twarzy wyglądała dobrze (co jest dla mnie wyznacznikiem, bo gdy sięgam po coś, co mi nie pasuje szybko widzę pogorszenie jej stanu). Lubię też przemywać nim oczy, przynosi ulgę.


   Wielką flaszką podzieliłam się także z dwiema bliskimi mi osobami. Pierwsza z nich przeszła poważną operację. Niestety operacja odbywała się w innym mieście i po powrocie do domu osoba ta zauważyła, że jedna z ran nie goi się najlepiej. Podsunęłam srebro. Wiem, że aplikacja tego produktu przysparzała trochę problemów, bo jest wodnista, więc szybko ścieka. Czy zadziałało? Ciężko nam określić, bo nie wiemy jak bez stosowania tego produktu rana by się goiła. Aczkolwiek coś w niej musiało być "skoro pacjent" mimo problemów z aplikacją ochoczo ją stosował.


   Druga osoba boryka się z problemem łuszczycy. Powiedziała mi, iż faktycznie trochę srebro pomaga. Nie jest to spektakularny efekt, ale widać poprawę. Kto boryka się z tym problemem, pewnie dobrze rozumie, że chociaż drobna poprawa jest pocieszająca.

   Podsumowując, jest to ciekawy produkt. Dobrze się sprawdza w roli toniku do twarzy, jednak ja nie zauważyłam spektakularnych efektów. Biorąc pod uwagę cenę, wielkość i wydajność mogę polecić.

środa, 22 maja 2013

Paradisi ekologiczny, sojowy wosk zapachowy, Lawenda z Ambrą

   Znów pojawił się mężczyzna. Tym razem pewny siebie i dojrzały. Dojrzały, ale nie na tyle, aby stadko dzieci wołało za nim "tato". Był pełen uroku. Szarmancki, przystojny. Nie musiał nic mówić. Podeszłam do niego. Wtuliłam się, a on mnie nie odtrącił. Jak on pachniał! Oddychałam głęboko, napełniając płuca jego zapachem. Z żalem rozluźniłam uścisk. Ale to nie był koniec. Zabrał mnie w podróż. Była ciepła noc. Jechaliśmy szybko. Spoglądałam na niego. Miał w oczach błysk. Wiem, że był świadom wszystkich swoich zalet, a wady skutecznie ukrywał. Mogłabym tak podróżować całą noc. Niestety, nie wiem nawet kiedy to się stało, ale znowu stałam sama.



   Lubię męskie zapachy. Ale nie wszystkie. Pisałam już o nieśmiałym nastolatku lubującym się w tanich perfumach <klik>, zapachu ojca małej dziewczynki <klik>. Jednak dopiero teraz znalazłam męski zapach, który mnie uwiódł. Niestety, ulatnia się po kilku godzinach, pozostaje jedynie baza. A baza jest dość słodka, cięższa, mniej męska. Muszę  przyznać, że moim zdaniem, to jest jeden z lepszych zapachów Paradisi.

Nuty głowy bergamotka, cytryna, limetka i lawenda wzmocnione bazylją i geranium. Nuta serca to ciepłe przyprawy, róża i paproć wsparte wspaniałą bazą z paczuli, mchu, tonki, wanilii i ambry.

poniedziałek, 20 maja 2013

Bielenda, Bawełna, Subtelne mleczko do ciała

   Jakoś nigdy z Bielendą nie było mi po drodze.. Podobnie mam z gazetami, w zasadzie to babskie czasopisma kupuję tylko wtedy, gdy skusi mnie jakiś ciekawy dodatek. Tak też było tym razem. Dawno, dawno temu jedna z gazet dorzucała właśnie to mleczko. Kupiłam, ale balsam leżakował w szafce. Wrócił do łask, gdy kupiłam antyperspirant o zapachu bawełny. Balsam się skończył, więc mogę o nim napisać kilka słów.


   Opakowanie jest zwykłe. Długie, zgrabne, z różowymi akcentami. pasuje to zawartości. Nie razi brzydotą, ale też nie zdobi łazienki. Ale to nie jest najważniejsze. Jest ono praktyczne. Można postawić je na zakrętce, co jest pomocne przy zużyciu produktu do końca.

   Bardzo lubię jego zapach. Delikatny, pudrowy, może lekko kwiatowy. Kojarzy mi się z upalnym dniem i białym t-shirtem. Zapach na ciele utrzymuje się długo,  kilka godzin. Trzyma się przy ciele, więc nie dominuje nad perfumami, ale może je ładnie podkreślać.


   Konsystencja jest wodnista, jednak nie przecieka przez palce. Rozprowadza się dobrze i szybko, jednak szybko się nie wchłania. Należy chwilę odczekać (balsamy aplikuję do 5 minut po myciu) by móc się ubrać. Nie brudzi, ani nie tłuści ubrań. Nawilża jednak przeciętnie, dla osób z tak suchą skórą jak moja jest to zbyt mało. Dlatego po balsam sięgałam rano, wieczorem stosując coś o wiele bardziej nawilżającego. Z rewelacyjną siłą nawilżania, silnym napięciem to trochę producent przesadził. Z piekącą i podrażnioną skórą sobie nie poradził.


   Podsumowując, lubię jego zapach, jednak oczekuję lepszego nawilżenia. Gdy szukacie czegoś lekkiego, o przeciętnej wydajności, ale z ładnym, delikatnym, czystym zapachem, możecie się na niego skusić. Gdy jednak oczekujecie czegoś więcej, wybierzcie inny kosmetyk. Nie dajcie się zwieść obietnicom producenta, który obiecuje wiele.

   Miałyście coś z tej serii Bielendy? Sięgacie po kosmetyki tej firmy?

sobota, 18 maja 2013

Montagne Jeunnesse. czekoladwo-pomrańczowa maseczka


   Czy jest ktoś kto nie lubi czekolady? A czekolady z dodatkiem pomarańczy? No dobrze, pewnie jest. Ale nie trzeba jej jeść, by cieszyć się jej zapachem. Dziś podzielę się wrażeniami odnośnie maseczki, która jest określana przez producenta jako gorąca czekolada. Ale nie byle jaka czekolada, bo z dodatkiem pomarańczy.


   Opakowanie nie jest wygodne. Ciężko wycisnąć gęstą pastę przez małą dziurkę, dlatego lepiej samodzielnie przeciąć nożyczkami, niż rozrywać w miejscu wyznaczonym przez producenta. Konsystencja jest bardzo gęsta, trzeba jej dokładać, przez co brudzimy opakowanie, z którego ją wyjmujemy. Po nałożeniu na twarz ciężko jest też odmyć ręce. Nie obejdzie się bez wyszorowania paznokci szczoteczką. Ze zlewu i wanny zmywa się przyzwoicie samą wodą.

   Trochę się bałam obiecanego efektu rozgrzewania. Na szczęście, tylko podczas aplikacji czuć lekkie, przyjemne ciepło. 

   Mając ją na twarzy spędza się przyjemnie czas. Maska długo nie zastyga, więc nie trzeba się martwić czy mamy pod ręką spray z hydrolatem. Po drugie zapach- jest cudowny. Z pewnością przypadnie do gustu wszystkim, którzy lubią płyn do kąpieli Luksji o zapachu czekolady i pomarańczy. Zapach jest wyraźny, relaksujący, ale nie przytłaczający. Z pewnością poprawia nastrój równie dobrze jak zjedzenie paczki Delicji. 

   Zmywa się całkiem dobrze, ale polecam robić to nad wanną. Inaczej wszystko co nas otacza może zostać ozdobione przez czekoladowe plamki. Po zmyciu twarz jest oczyszczona i wręcz domaga się aplikacji czegoś solidnego- oleju, bogatego kremu, serum.  Innych efektów nie widzę. 

   Maseczkę nakładałam bardzo grubą warstwą na twarz i szyję. Starczyła mi na dwa razy, ale sądzę, że gdybym mocniej wyściskała i kładła odrobinę cieńszą warstwę starczyłaby i na trzy. 

   Podsumowując, jest to przyjemna maseczka, zwłaszcza ze względu na zapach. Mam jeszcze inne czekoladowe maseczki tej firmy, liczę na trochę lepszy efekt, bo ta jak dla mnie jest to tylko elementem relaksującym. Po stosowaniu glinki zmieszanej z olejem widzę lepsze efekty.

Znacie maseczki Montagne? Które polecacie? A może wystrzegacie się ich?

czwartek, 16 maja 2013

Bomb Cosmetics, Little Hotties

   Jak wiecie kocham otaczać się pięknymi zapachami. Czytając wasze komentarze, wiem że sporo z was także. W dzisiejszych czasach konsumenci lubią mieć wybór. A skoro chcemy mieć wybór, firmy starają się sprostać naszym oczekiwaniom. W dziedzinie wosków także. Dziś będzie kilka słów o kolejnej woskowej nowości w moich zbiorach. Malutkich jak cukiereczki woskach Little Hotties. Uprzedzając pytania- woski można kupić w sklepie Aromatella.pl, a wkrótce także stacjonarnie w sklepach oferujących produkty Bomb Cosmetics.

Po naciśnięciu grafika powiększy się.

   Jak widzicie wybór zapachów jest całkiem spory. Wybierając można się kierować kolorami, kształtami czy też zapachami. Chociaż najrozsądniej jest wybierać  nosem. Cała zabawa z nimi polega na mieszaniu. Można do kominka wrzucić woski w jednym zapachu lub zaserwować sobie ciekawy mix. Producent, aby ułatwić nam wybór, przygotował listę, którą możemy  się kierować przy mieszaniu (menu dostępne tu). Jednak w samym mieszaniu ogranicza nas tylko fantazja. Producent zaleca aby jednocześnie topić od 3 do 6 mini wosków.

Porównanie wielkości:, od lewej Aromabotanical, Paradisi, Yankee Candle, Little Hotties

   W moich zasobach znalazły się: słodkie naranji, grejpfrut, tropikalne piaski, marakuja, mięta, bergamotka, kwiecisty trawnik, kwiat pomarańczy, plumeria, magnolia, poranna kawa, biała herbata- kolejność przypadkowa.

   Dzięki nim mogę uzyskać zapachy takie jak: raj, ziołowy ogród, kwitnące pąki. Za kilka dni opiszę więc jak pachnie raj. Ciekawi? A może bardziej ciekawi was zapach ziołowego ogrodu? Kawy? Herbaty? Kwitnących pąków?

wtorek, 14 maja 2013

27. Międzynarodowy Kongres i Targi Kosmetyczne LNE & spa

   Kilka dni temu pisałam, że wybieram się na Targi i Kongres NLE. Jak napisałam tak zrobiłam. Targi były doskonałą okazją do spotkania się z innymi blogerkami (pozdrawiam!). Plan miałam ambitny- pobiec do OPI i grzecznie pójść na konferencje. A jak było w praktyce?


    W OPI już po samym otwarciu było dużo ludzi. Za dużo jak na takie małe stanowisko. Kusiły zestawy w promocyjnych cenach, duże lakiery i miniaturki. W kolejce by zapłacić za zdobycze też trzeba było odczekać swoje- w sumie nie było to takie złe, można było 8 razy przemyśleć swoje zakupy.


   Po wyjściu z OPI zobaczyłam stanowisko Orly. Wiele o nich czytałam, jednak sama nic wcześniej nie miałam. Muszę pochwalić obsługę- panie były bardzo sympatyczne. Panie nie czekały i same odnajdywały na próbniku wskazany lakier, pamiętały przy ilu warstwach pokryje i chętnie doradzały kolory. Widać, że lubią swoją pracę. 

Jak widać, można było upolować lakiery w dobrej cenie.
Co wybrać?
   Stanowisko miała także firma sprzedająca lakiery firmy Zoya. Spędziłyśmy tam wiele czasu, panie były cierpliwe jednak szkoda, iż na tragach nie miały całego asortymentu. 


   W części kosmetycznej było wielu wystawców, tych znanych i mniej mi znanych. Kusiły rzęsy i brwi w butelce, jednak aby dostać się do ich stanowiska trzeba było czekać bardzo długo. No cóż, nie miałyśmy tyle cierpliwości. 

Urzekły mnie koszyczki Bandi.
   Organique jest sklepem, który nie wywoływał we mnie szybszego bicia serca. Na targach mogłam pomacać w tłumie testery, spojrzeć na składy. Można było też zrobić zakupy w lepszej niż normalnie cenie (szkoda, że nie pomyślano, że jak daje się na coś super cenę to to szybko się wyprzeda). 

Na zdjęciu zabrakło ałunu.

   Wystawców było sporo.To tylko ułamek tego co było, jednak w pewnych miejscach było tak tłoczno, że nie miałam jak zrobić zdjęć. Sądzę, że na targach każdy by znalazł coś dla siebie. Ja jestem zadowolona, bo jakże mogłabym nie być, skoro spędziłam cały dzień w towarzystwie tak sympatycznych osób? A i do domu przyniosłam kilka świetnych produktów. 

niedziela, 12 maja 2013

Ryba w kwaśnym sosie

   Lubię ryby. Jednak gotuję nie tylko dla siebie. Z tego powodu staram się wymyślać różne przepisy, które sprawią, iż nie tylko ja będę je uwielbiać. Z tego powodu powstał ten przepis. Dzięki papryce konserwowej (i jej zalewie) jest lekko kwaśny, dzięki przyprawom wyrazisty i nie jest mdły. A ryba dodaje chrupkości. Podałam z ryżem.


   Potrzebujemy:

500 g ryby (u mnie mrożona
1 jajko
3 łyżki mąki
3 łyżki wody + pół szklanki wody
3 ząbki czosnku
mały słoik papryki konserwowej (pokrojonej w paski lub kostkę)
duża cebula
pół szklanki ketchupu
przyprawy- 3 łyżeczki pieprzu białego, 1 łyżeczka kurkumy, 2 łyżeczki pieprzu czarnego, 2 łyżeczki ostrej papryki, 1 łyżeczka trawy cytrynowej)
olej

   Rozrabiam w misce jajko z mąką, 3 łyżeczkami pieprzu białego (można zredukować) i 3 łyżkami wody. Ciasto powinno być gęste, ale też lejące. W razie potrzeby proszę dodać więcej wody. Rybę maczam w cieście i kładę na gorącą patelnię. Smażę na małym ogniu, nie przewracającej do momentu, aż będzie lekko odchodzić od patelni i będzie miała na brzegach złocisty kolor. Wtedy przewracam i smażę drugą stronę. Gdy już całą rybę usmażę wylewam z patelni olej, przecieram ręcznikiem papierowym, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Wrzucam teraz na nią pokrojoną dość grubo cebulę i   drobno posiekany czosnek. Gdy cebula się zarumieni wrzucam resztę przypraw. Mieszam. Wlewam całą zawartość słoika z papryką konserwową. Dodaję ketchup. W razie potrzeby dolewam wody. Mieszam. Sprawdzam smak i doprawiam do smaku.

   Lubicie ryby?

piątek, 10 maja 2013

Ferity, Disco Glow, Fluorescencyjny lakier do paznokci, SP-291 Pink Glow

   Lakierów mam dużo, zbyt dużo. Od dłuższego czasu kupuję je rozważniej. Jednak nie mogłam przejść obojętnie koło lakieru, który jest malutki, ma mocny kolor i świeci w ciemności! Do tego skusiła mnie cena- 5 złotych bez jednego grosza. I opakowanie, które wygląda jak kredka. Myślałam nad neonową żółcią, ale stwierdziłam, że róż będzie mi bardziej pasował. Czy rzeczywiście pasuje mi ten lakier?

Lakier jest jeszcze bardziej neonowy niż na zdjęciu. Jednak jest to efekt, którego nie mogłam uchwycić, bo wychodził albo zbyt pomarańczowo, albo zdjęcie było całe rozmazane. 
   Opakowanie, jak już wspominałam, wygląda jak malutka kredka. Może nie jest ono idealne, ale jest inne- przyciąga wzrok. Jest malutkie, bo zawiera 4,2 ml lakieru. Jednak uważam, że jest to wystarczająca ilość na tak szalony lakier. Przez przezroczystą buteleczką dobrze widać ile lakieru ubyło. Szkło łagodzi odcień lakieru. Jednak zdradzę wam, że nie jest ona do końca taka sama jak lakier. Lakier jest dużo mocniejszy! Mocniejszy nawet niż na moich zdjęciach. W ciemności staje się latarnią dającą pomarańczowe światło.

Na żywo nie widać tych czarnych kropek, jednak robienie zdjęć w ciemności to wyzwanie. 
   Pędzelek jest krótki, rozszerzający się ku zakończeniu, prosto ścięty. Operuje się nim dobrze, jednak sama zatyczka mogłaby być smuklejsza i odrobinę dłuższa. Lakier aplikuje się bardzo dobrze, jest dokładnie tam, gdzie go nałożyłam. Nie spływa. Takim intensywnym kolorem ciężko malować paznokcie, bo razi w oczy. Ale efekt jest tego wart. Nie lubię gdy końcówki paznokci odróżniają się od reszty paznokcia, więc musiałam nałożyć 3-4 warstwy. Nie było to jednak problemem, bo mimo wysokiej temperatury lakier nie ciągnie się i schnie błyskawicznie. Wykończenie ma proszkowe, półmatowe. Mi się podoba pociągnięty lakierem nawierzchniowym.


   Trwałość jest też świetna- po 4 dniach nieoszczędzania go nadal wygląda bardzo dobrze, odrobinę są starte końcówki (ale równomiernie).

   Ja się nim zachwyciłam. A myślałam, że taki mały, niepozorny lakier mało zdziała. A to będzie chyba miłość tej wiosny i lata. Mój ulubieniec.

środa, 8 maja 2013

Paradisi, ekologiczny, sojowy wosk zapachowy, Frezja

   Znowu frezja. Znowu frezja od Paradisi. Co o niej myślę? Czym różni się od zapachu JOY? Tak właśnie o niej myślę. Znowu frezja. Celowo sięgnęłam po ten zapach. Chciałam porównać ile frezji jest we frezji i gdzie jest ona ładniejsza. Jaki jest werdykt?



   Zacznę od początku. Przytykając do nosa oba woski, różnicę czuć. Ta frezja wydaje się weselsza. Czuć lekko cytrusy. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Rozpaliłam wosk i czekałam na rozwinięcie akcji. Zajęłam się swoimi sprawami i zapomniałam. Po jakimś czasie przypomniałam sobie o zapachu. Poszukałam go nosem, wstałam i podeszłam bliżej. Cytrusów nie ma! Zrobiłam jeszcze kilka kroków, wsadziłam nos w kominek i tam też ich nie znalazłam. Szkoda. Czułam frezję. Szukałam długo. Szukałam ambry, drzewa sandałowego i cedrowego.  I dalej nic. W powietrzu wisiała frezja. Ale jakaś taka męcząca. Mniej żywa i radosna niż w zapachu Joy. Liczyłam, na więcej wrażeń. Wrażenia nie nadeszły, tracił na intensywności. A ja znudzona czekałam aż coś się stanie. Z tej całej nudy stwierdziłam, że pora odpalić coś innego, bo ta nuda mnie zmęczyła. 

   Zdecydowanie bardziej polecam frezję w zapachu Joy, tam jest ona lepie oddana. A szkoda, bo to właśnie po tym zapachu spodziewałam się więcej. 

poniedziałek, 6 maja 2013

Grashka, Eyeliner w pisaku

   Eyeliner w pisaku był moim jednym z pierwszych eyelinerów w życiu. Było to dawno temu. Użyłam go kilka razy i była to porażka. Krzywe kreski nigdy mi się nie podobały. Po latach nabrałam wprawy w malowaniu kresek zarówno kredkami jak i eyelinerami żelowymi. Nie ukrywam, że lubię urozmaicenia. Po latach przeprosiłam się więc i z takim kosmetykiem do kresek. Do mych rąk za pośrednictwem sklepu Igruszka trafił eyeliner w pisaku Grashka. Czy tym razem polubiłam eyeliner w pisaku?


   Pierwsza aplikacja była cudowna. Cienkie kreseczki, które zagęściły rzęsy udało mi się namalować zaledwie dwoma pociągnięciami. Byłam zachwycona. Przy pierwszej aplikacji nosił się w świetnym stanie 11 godzin. Ale zaledwie po kilku dniach zaczęło dziać się z nim coś dziwnego- kreskę musiałam poprawiać kilka razy by uzyskać jednolitą czerń. Nie wiem co było tego powodem. Od razu zaznaczę, że po każdym malowaniu przecierałam eyeliner, aby nie miał resztek cieni czy bazy. Eyeliner miał wystarczyć na do. 150 aplikacji, no cóż, 5 czy 10 też się mieści w tej obietnicy, prawda?


   Kolejną wadą jest to, że się rozmazywał. Nie musiałam dotykać oka, aby z ładnie zakończonej kreski robił się jakiś bohomaz.

   Z tej pierwszej miłości przyszedł wielki zawód. Nie powiem, sam pisak jest dobrze wyprofilowany, końcówka jest ładnie ścięta, mogłam nią dowolnie zakończyć kreskę. Ale to nie wystarczy do tego, abym się z nim polubiła. Opakowanie jest bardzo wygodne, więc gdyby producent zmienił formułę na trwalszą, a sam pisak służył dłużej, to dałabym mu jeszcze jedną szansę.

   Lubicie eyelinery w pisaku?

sobota, 4 maja 2013

Paradisi, ekologiczny, sojowy wosk zapachowy, Joy

   Wracam do domu z zakupów. Jestem szczęśliwa, bo przypadkiem udało mi się kupić idealne buty. Nawet niemiła kasjerka nie zepsuła mi nastroju. Tłumy ludzi walczących o produkty ze sklepowych półek (jakby jutro miał się skończyć świat)- też nie. Jest już wieczór. Żałuję, że tak mało słońca dziś widziałam. Ale jutro też jest dzień. Wchodzę do domu, kładę torby na podłodze i wchodzę do pokoju. Na stoliku stoi piękny bukiet. Uśmiecham się jeszcze szerzej. Chcę poczuć jego zapach. Przytykam nos do kwiatów, zaciągam się. W ustach czuję ich smak. Przestawiam wazon, tak abym mogła lepiej go widzieć podnosząc wzrok znad monitora. Przeglądam strony internetowe, jednak co chwila odwraca on moją uwagę. Z każdą chwilą czuję go coraz bardziej. Ciepła frezja gra tu pierwsze skrzypce. Ale zapach nie jest duszący. Nie oplata mnie, nie karze otwierać okien. Jest miło, a ja się cieszę, że są to kwiaty, które radują mnie nie tylko wyglądem, ale też zapachem.



   Technicznie: wosk rozpływa się bardzo szybko, jednak na zapach trzeba odrobinę dłużej poczekać. Z początku czuć go tylko wkładając nos do kominka. Dopiero po kilkunastu minutach zaczyna ukazywać swoje oblicze, z każdą minutą palenia zyskując na intensywności (ale do dusiciela mu daleko). Mimo wielu nut w nim występujących, to frezja dominuje. Co nie jest niczym zaskakującym, ponieważ te kwiaty charakteryzują się właśnie mocnym zapachem. Może jabłek bym się mogła doszukiwać wiedząc, że tam są, ale bergamotki w ogóle nie czuję. Konwalię, odrobinę jaśminu i owszem. Miała być róża, ale ktoś wyciągnął ją z mojego bukietu. Ambra lekko go ociepla, podobnie jak piżmo. Jednak nie mam wątpliwości, że to frezja dominuje. Podoba mi się. Jest elegancki, przyjemny i relaksujący. Ale też nie jest nadzwyczajny. Aby wypełnić duży pokój zapachem potrzebowałam połowy serduszka. Wosk wystarczył mi na ok. 12 godzin palenia (palenie odbywało się z przerwami). Producent deklaruje, że wosk się nie kruszy- i to prawda. Przy łamaniu wydaje dźwięk jak dobra czekolada. Podczas samego palenia zdarzało się, że wosk dymił. Nie długo, ale jednak. Czyżby temperatura w moim kominku i silikonowej foremce była dla niego chwilami zbyt wysoka? Cieszy mnie, że jest to produkt ekologiczny i polski. Link do strony producenta <klik>.

   Są wam znane woski Paradisi? A może znacie inne woski sojowe?

czwartek, 2 maja 2013

Tiramisu bez jaj

   Dla jednych tiramisu jest tylko na jajkach, inni nie odważyliby się zjeść deseru przyrządzanego z nimi. Oczywiście, zazwyczaj pojawia się ktoś, kto pisze, że jak Tiramisu to tylko jedzone we Włoszech. No cóż, jeszcze Włoch nie odwiedziłam, więc nie mam porównania. Jadłam za to różne wersje tego pysznego deseru. Wiem, że są osoby, które masą przekładają biszkopt, jednak jeżeli o mnie chodzi preferuję ciasteczka. Przepis nie jest mój, ale jest przeze mnie robiony milion razy. To jeden z niewielu przepisów umieszczonych na opakowaniu jednego ze składników, który wypróbowałam i który zaskarbił sobie sympatię moją oraz wszystkich, którzy mieli okazję go wypróbować. Przepis pochodzi z serka mascarpone firmy Piątnica. Jednak minimalnie go zmieniłam. Wychodzi zawsze, przyrządzenie go nie zajmuje całego dnia, a smakuje wybornie. Jeżeli jeszcze nie próbowaliście, to gorąco do tego zachęcam.

Deseru wychodzi o wiele więcej, to tylko przykładowy kawałek.

   Potrzebujemy:


opakowanie serka mascarpone (250g)
130 g śmietanki 30% (gęstej)
1,5 opakowania podłużnych biszkotów (takich kosteczek)
40 g cukru pudru
1 filiżanka (całkiem spora) mocnej kawy- ja najbardziej lubię z kafeterki
Amaretto (wlewam dość sporo ok. 2 kieliszków; moim zdaniem amaretto jest obowiązkowe i zastąpienie go wódką czy rumem nie da takiego efektu)
gorzkie kakao do posypania deseru

   Do serka mascarpone dodaję cukier puder i dokładnie mieszam (zazwyczaj mikserem). W drugiej misce ubijam mikserem śmietanę do momentu, aż będzie na tyle ubita, że po odwróceniu miski nic z niej nie wypadnie. Następnie do śmietany dodaję serek i delikatnie mieszam. Do osobnej miseczki (takiej aby móc swobodnie moczyć w niej biszkopty) wlewam kawę i amaretto. Zanurzam, ale nie moczę w tym biszkoptów. Układam je na ozdobnym talerzyku (w naczyniu głębokim jest problem z ładnym ukrojeniem i podaniem deseru). Biszkopty układam w tym samym kierunku, jeden obok drugiego, nie przejmuję się odstępami między nimi, ale pilnuję, aby główki się stykały. Następnie nakładam cienką warstwę kremu (ale nie przesadnie cienką), na to układam kolejne biszkopty, tym razem w przeciwnym kierunku. Znowu nakładam masę. Ostatnią warstwą musi być masa. Smaruję nią też boki deseru. Następnie posypuję delikatnie gorzkim kakao (najlepiej przez bardzo drobne sitko. Odstawiam do lodówki, aby się dobrze schłodziło.

   Dobrze się komponuje z gorzką kawą, czarnymi porzeczkami lub truskawkami.

   Lubicie tiramisu? Przyrządzacie w pucharkach czy tak jak ja, w formie ciasta? Z jajkami czy bez?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...