niedziela, 31 marca 2013

Yankee Candle, Cherries on Snow

   Myślałam, że o tym wosku w tym roku nie napiszę. W zasadzie nie wiem dlaczego tego nie zrobiłam wcześniej. Ale skoro w marcu mamy śnieg, to tak sobie pomyślałam, że to idealny czas na przedstawienie wam zapachu wiśni na śniegu.

   Wiśnie na śniegu- nazwa kojarzy mi się z deserem. I może faktycznie był taki zamysł producenta, skoro w nutach zapachowych wymienia migdały. W zasadzie migdały, a może nawet i marcepan mogłyby imitować śnieg. Kwaśne, soczyste wiśnie i marcepan to musi być coś pysznego. Czy właśnie tak "smakuje" ten zapach?


   Odpaliłam wosk. Nie musiałam długo czekać. Nagle na moich nogach pojawiły się adidasy. Białe (ale przecież ja nie mam białych!). Moje nogi zaczęły szybko się poruszać. Znalazłam się w przejściu podziemnym. Jest ciemno. Ledwie widzę płyty chodnikowe (takie duże, starego typu). Chcę jak najszybciej przejść. Nagle czuję, że moja lewa noga nie chce odczepić się od płyty. Nie wiem co się dzieje. Spoglądam z obawą w dół i widzę, że mój but został przyklejony do podłoża  różową masą. Im bardziej próbuję się jej pozbyć tym bardziej czuję jej intensywny, wiśniowy zapach. Ten zapach wiśniowej gumy mnie obezwładnia. Resztkami sił się uwalniam i biegnę by zaczerpnąć świeżego powietrza.

   Długo tak właśnie odbierałam ten zapach. Zdecydowanie nie był on mój. Uwielbiam intensywne zapachy, jednak paląc go u siebie (w i tak dużej przestrzeni) nie lubiłam go, musiałam szybko gasić, bo inaczej wywoływał mdłości. Postanowiłam jednak zabrać kawałek do domu rodzinnego. Odpaliłam go w otwartym na kuchnię, jadalnie i schody salonie. Przy czym sama uciekałam na górę. Po jakimś czasie wyłoniłam się z pokoju i już na górze czułam zapach wiśni i czegoś słodkiego. Muszę przyznać, że na tak dużej powierzchni był on nadal bardzo wyraźny, ale układał się ładniej. Zaczął mi się nawet podobać i już nie wywoływał chęci ucieczki. Z pewnością nie zakupię ponownie, ale rozumiem, że może się komuś podobać. Zwłaszcza osobom potrzebującym bardzo wyraźnego zapachu, który wypełni swoim zapachem ogromną powierzchnię.

   Znacie ten zapach? U was także są idealne warunki na lepienie bałwana?

sobota, 30 marca 2013

Jak udekorować ciasto wielkanocne?

   Lubię piec. Zdobić też, jednakże zazwyczaj żal mi na to czasu. Tak, wiem. Je się też oczami. Ale wiele ciast broni się samo bez zbędnych ozdób. Czasem mam ochotę jednak zrobić na cieście coś więcej. Doskonałą okazją do tego tupu zabaw są urodziny (ciekawi jesteście świnek?), czy właśnie święta. Odgrzebałam na dysku zdjęcia z ubiegłego roku (przepraszam za marną jakość!) i tak sobie pomyślałam, że pokażę wam jak wyglądały moje zdobienia w ubiegłym roku. W tym roku moje wypieki raczej nie będą miały świątecznych zdobień.

   Oba ciasta oblane są czekoladą (ewentualnie można do rozpuszczającej się czekolady dodać łyżkę masła- będzie ładniej wyglądała). Poniższe składniki trzeba aplikować szybko, przed zastygnięciem czekolady.

      A jak wy dekorujecie swoje ciasta?

środa, 27 marca 2013

(HexxBOX – Poznaj i testuj z 1001pasji!) Kiko, Blooming Origami, 05 Ultimate violets

   Kiko. Nagle zaczęło się pojawiać na naszych blogach. Kusić. A chęć posiadania podsycał fakt, że produkt do zdobycia nie był łatwy. Nie raz przeglądałam sieć w celach znalezienia kilku produktów i rozważałam zakup. Jednak nigdy nie mogłam się zdecydować. Później zapomniałam. Jednak dzięki Hexxanie trafiłą do mnie paleta 5 cieni o nazwie Blooming 05 Ultimate violets.


   Gdy cienie do mnie dotarły byłam nimi zauroczona. I nawet biel opakowania mi się podobała (chociaż ja z tym co gdy mają wybór czarne albo białe, wybiorą czarne). Może to dlatego, że kasetka przyszła zapakowana nie tylko w kartonik, ale także w  woreczek. Przyznam szczerze, że woreczek praktyczny nie jest, szybko znalazłam mu inną funkcję.


   Po otwarciu ukazuje nam się ładna mozaika 5 cieni. Wyglądają pięknie. Delikatnie palcem sprawdzam kolory- oo, wyglądają ciekawie. Czar jednak pryska gdy próbuję nałożyć je na powiekę. Nauczona doświadczeniem sprawdzam różne pędzle. No nic, efekt wciąż tak samo marny.
.

   Wyciągam pierwszą bazę (UD) i dalej nic ładnego. Następnego dnia kładę je na Lumene i jest lepiej, ale dalej im czegoś brakuje. Nakładam na różne cienie w kremie i na Maybelline w kolorze taupe prezentują się całkiem przyzwoicie, ale dalej im czegoś brakuje. I nagle dotarła do mnie paczka z bazą Grashki. Pełna niechęci (no bo jak UD i Lumene niewiele z nich wykrzesały to co taka baza może?) sięgnęłam po bazę i paletkę. Patrzę w lustro i nie wierzę. Zerkam na paletkę, tak to ta sama, nikt mi jej nie podmienił. Te cienie mogą być jednak dobrze widoczne. Nie wierzę i maluję się tak przez kilka dni z rzędu. I za każdym razem jestem zadowolona. I tak sobie myślę, że dobrze, że dałam jej jeszcze jedną szansę.

Górny rząd to cienie nałożone pędzelkiem bez bazy, dolny z bazą Grashka
   Jednak nie wszystkie cienie z tej palety podbiły moje serce. Najbardziej lubię brązy. Dobrze się nakładają, mieszają. Mam zastrzeżenia jedynie odnośnie jasnego fioletu. Nawet na Grashce wygląda przeciętnie. Jest płaski, nie zawsze aplikuje się równomiernie. Po niego sięgać raczej nie będę.


   Paletkę polubiłam, jednak gdybym nie znalazła kompatybilnej z nią bazy, pewnie dziś wylewałabym swoje żale, że to paletka dla małych dziewczynek, a nie dorosłych kobiet. Tymczasem lubię tę paletę, mimo iż idealna nie jest. Liczyłam że fiolety wydobędą z moich zielonych oczu ich piękno, tymczasem to brązy (i opakowanie) zdobyły moje serce.


   Staracie się coś wykrzesać nawet z przeciętnych kosmetyków? Dałybyście szanse takiej paletce się wykazać? A może szybko byście się jej pozbyły?

sobota, 23 marca 2013

Kanu, Olejek kąpielowy rozgrzewający, Pomarańcza i cynamon

   Mam nadzieję, że niebawem śnieg stopnieje. Jednak zanim to się stanie chcę napisac kilka słów o pewnym olejku do kąpieli. Dwie zimy z nim romansowałam, ale ten romans się zakończył. Czy ma jeszcze szansę powrócić?


   Butelka. Mała zgrabna, ze zbyt dużymi naklejkami, które zakrywały pięknie prezentującą się zawartość. Olej, cynamon i delikatny, ażurowy liść. Mogłoby to wyglądąć pięknie, gdyby było zapakowane w szklany, prosty pojemnik bez zbędnych informacji i rysunków. No dobra, olejek i tak leżał w głębi szafy, ale lubię obcować z czymś ładnym. A zawartość ma duży potencjał.


   Ale jak już pisałam, to nie butelka ma umilać mi czas tylko zapach. Zapach jest. Cynamon dominuje nad zapachem pomarańczy. Jednak aby był wyraźny trzeba wlać sporo płynu, a butelczyna ma tylko 250 ml. Zapach działa odprężająco i pobudzająco. Sięgałam po niego gdy zmęczona i przemarźnięta wracałam do domu, a nie chciałam jeszcze kłaść się spać. Działał.


   Olejek ma rozgrzewać. W zasadzie to podczas leżenia w wannie tego efektu nie czuć. Pojawia się dopiero po wyjściu z wanny. Rozgrzewa, a czasem nawet sczypie i wywołuje swędzenie. Zdecydowanie nie jest to produkt dla wrażliwców. Nawet staranne i dokładne umycie ciała po wylegiwaniu się w wodzie z tym specyfikiem nie pomagało.


   Po wyjściu z wanny i wytarciu się na skórze pozostaje tłusta warstwa, co jest normalne dla olejków. Balsam nie jest konieczny nawet przy mojej suchej skórze.

   W zasadzie sama nie wiem co mi w nim nie pasowało? To, że musiałam wlać sporo produktu, aby uzyskać satysfakcjonujący mnie zapach? A może to, że w sumie taki olejek mogę w każdej chwili zrobić sobie sama niższym kosztem? A może to przez opakowanie

   Znacie ten lub inne produkty Kanu. Jeżeli tak, to co o nich sądzicie?

wtorek, 19 marca 2013

Yankee Candle, Treehouse Memories

   Gdy byłam dzieckiem zawsze marzyłam o domku na drzewie. Do dziś mi zostało takie marzenie. Lubię też zapachy jesienne. Gdy tylko nadarzyła się okazja powiększenia mojej kolekcji wosków Yankee Candle o wosk Treehouse Memories nie wahałam się ani sekundy, kupiłam dwa. Czy ten zapach zrekompensował mi chociażby w części marzenia o własnym domku?


    Na starej kanapie siedzi ojciec z córką. Rozmawiają o domu. Pierwszym należącym tylko do niej. Nie murowanym i nie różowym, za to małym i drewnianym. Niezwykłym, bo na drzewie. Dziewczynka podekscytowana  z radością wtula się w ojca. Jego flanelowa koszula pachnie piżmem i drewnem. Jesienią. Ciepło, męsko i dorosło.

   Po wielu latach dziewczynka wraca do tych wspomnień i wciąż doskonale pamięta ten zapach. Stwierdza, że to jedno z najwyraźniejszych wspomnień z dzieciństwa jakie posiada.

   To kolejny zapach Yankee Candle, który pachnie mężczyzną. Jest on zdecydowanie dojrzalszy  niż w Midsummer's Night <klik>. Jednak w dalszym ciągu nie jest to zapach, który pragnę gromadzić w ogromnych ilościach.

   Jest mocny, o dużej sile rażenia. Ćwiartka pachnie bardzo długo i czuć go wyraźnie nawet kilka godzin po zakończeniu palenia.

   Marzyłyście kiedyś o domku na drzewie?

niedziela, 17 marca 2013

Essence, Vintage District, 04 get arty

   Jakiś czas temu zawitałam do Torunia. Przechadzając się dobrze sobie znaną starówką (ileż sklepów się polikwidowało!) zobaczyłam drogerię Hebe. Słyszałam o niej wiele, więc wysłałam moich znajomych na szybkie ;) piwo sama zaszłam do drogerii zobaczyć jaki mają asortyment. Bez zakupów się nie udało wyjść. Jedną z zakupionych rzeczy był lakier z edycji limitowanej Essence Vintage District. Czy ten szary lakier zasługuje na uwagę?


   W sklepie ten szary lakier lśnił różowym mikro brokatem (odcień różu jest taki jak w Moon Beamie Benefitu. Takiego lakieru w swojej kolekcji nie miałam, więc zadowolona go chwyciłam. Przy położeniu jednej warstwy te drobiny są widoczne i jedna warstwa w zasadzie dobrze kryje. Jednak na samym lakierze można zauważyć pewne nierówności. Dlatego moim zdaniem najlepiej nałożyć dwie, chyba że kogoś to nie drażni, bo sama płytka nie prześwituje. Przy dwóch warstwach drobiny pokazują się jedynie przy mocnym świetle i to w dodatku sztucznym. Nie jest ich dużo. Z dalszej perspektywy jest najzwyczajniej szary lakier. Nie jest zły, ale też nie powala.


   No i trwałość. To chyba najsłabsza cecha tego produktu. Już po jednym dniu mam starte końcówki. Dla mnie to zbyt mało.

 
   Na szczęście zmywa się przyzwoicie. I to na tym etapie widać ilość drobin. Gdyby kogoś ciekawiło- lakier całkowicie nie współpracuje z bazą peel off tej samej firmy.

   Jak dla mnie efekt nie jest wart zachodu. Więcej po niego nie sięgnę. A jak wam się podoba?



piątek, 15 marca 2013

Decubal, Face Vital Cream, Wypełniający i rewitalizujący krem do twarzy

   Zima nie jest dobra dla mojej skóry na twarzy. Porzucam podkład mineralny na rzecz podkładów drogeryjnych, których nie lubię. Zmieniam, bo minerały nie są wystarczającą ochroną mojej skóry, która reaguję na zmianę temperatur szczypaniem. Ważna jest także inna pielęgnacja skóry niż w cieplejsze miesiące. Dziś nie będzie o podkładzie a o kremie wypełniającym i rewitalizującym Decubal z serii intensive, przeznaczonym do cery bardzo suchej i problematycznej.


   Po pierwsze opakowanie. Porządny plastik, który dobrze znosi zarówno podróże jak i upadki. Czerwień ładnie wygląda i nawet bez okularów czy soczewek nie mam problemów ze znalezieniem go, co jest dla mnie istotne. Opakowanie dodatkowo jest zgrabne i dobrze leży w dłoni. Całości dopełnia fakt, iż zawiera sprawnie działającą pompkę. Sporą wadą opakowania jest brak możliwości sprawdzenia ile kremu nam pozostało.


   Krem po twarzy rozprowadza się bardzo dobrze. Mimo, że krem jest treściwy (zawiera m.in. masło shea) błyskawicznie się wchłania nie pozostawiając błyszczącej warstwy. Jednakże czuć, że skóra została dobrze zabezpieczona przed czynnikami atmosferycznymi.


   Krem ten używałam głównie rano, więc nakładałam na niego makijaż. Podkład trzymał się na nim bardzo dobrze, może nawet lepiej niż na innych kremach, ale ciężej było go rozprowadzić. Za to mogłam powrócić do podkładu mineralnego, bo krem wystarczająco zabezpieczał policzki przed wiatrem i niskimi temperaturami.


   Pakując się na tygodniowy wyjazd zależało mi, aby ograniczyć wagę bagażu. Zrezygnowałam więc z kremu na noc i ten krem używałam dwa razy dziennie. Mimo niskiej temperatury, zmiany wody, moja twarz wyglądała bardzo dobrze, była świetlista, odżywiona i zabezpieczona. Wyglądała zdrowo.

   Z racji tego, że jest to krem do cery dojrzałej, oddałam mamie końcówkę kremu. Mamie bardzo spodobała się pompka w opakowaniu oraz zapach. Pierwszą myślą było, że nie ma żadnego, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziła, że się jej podobał. Buzia była dobrze nawilżona, a makijaż nie stanowił problemu. Jednakże dla mamy dużą wadą był czas wchłaniania się kremu (mama nie ma suchej skóry).


   Może nie jest to krem, który odmienia buzię diametralnie. Jednak suchej skórze najbardziej potrzeba nawilżenia. Bo sucha, łuszcząca się skóra nie prezentuję się dobrze. Z pewnością będę do niego wracać. Krem sprawdził się , jest w przyzwoitej cenie i dobrze chroni mnie przed przechodzeniem z wysokich temperatur w niskie i odwrotnie.

wtorek, 12 marca 2013

Maybelline, Color Tattoo, 40 Permanent Taupe

   Tatuaż. Coś co zostaje na zawsze. No dobrze, nie zawsze na zawsze, ale jest to coś przeważnie na długie lata. Permanentny makijaż doceniam. Sama nie mam, ale gdybym nie czerpała przyjemności z malowania się i musiała zawsze ładnie wyglądać, nie zastanawiałabym się długo. Na dzień dzisiejszy mam tylko cień w kremie Maybelline w kolorze 40 Permanent Taupe i o nim będzie dziś kilka słów.


   Opakowanie sprawia, że cień wydaje się większy. Trochę większy od essencowych cieni w kremie,  z czarną dużą zakrętką. Podoba mi się, że przez dno dobrze widać kolor produktu (i srebrne napisy z oznaczeniem firmy i serii), a na wieczku mamy etykietę z pełną nazwą, po podniesieniu której  znajdujemy skład produktu. Identyfikacja cienia wśród innych produktów tego typu jest łatwa. Otwór jest duży więc łatwo nabrać produkt zarówno palcem jak i pędzelkiem (świetnie się spisują pędzle do korektora).

   Wydajność też jest dobra. Używam go od końca listopada bardzo często, dłubiąc w jednym miejscu, a jeszcze nie dokopałam się do dna. Cień jest dość twardy, jednakże wystarczy dotknąć go palcem, aby nabrać produkt.


   Można budować kolor od prawie niewidocznego, lekkiej poświaty do ciemnego koloru. Ja najczęściej stosuję taką warstwę, przy której widać kolor, ale nie jest on bardzo ciemny. NIe ma żadnych problemów by nakładać go warstwami, cień się bardzo dobrze rozprowadza. Nie ma on też żadnych drobinek. Nakładam go samodzielnie, nakładając w załamanie powieki inny cień lub służmy mi za bazę pod inne cienie. Cień trzyma się bardzo dobrze, jako baza podbija kolory cieni i przedłuża ich trwałość. Owszem, kilka razy zdarzyło mi się, że lekko zebrał mi się w załamaniu, jednakże przeważnie wygląda na oku świetnie (nawet przez 13 godzin). Nie jest to cień, który wżera się w skórę- jego demakijaż jest banalnie łatwy, ale sam cień w ciągu dnia nie blednie ani nie rozmazuje.

   W opakowaniu jest bardziej brązowy, jednak na skórze wpada bardziej w szarość. Jednak kolor najlepiej zilustrują obrazki:


   Na zdjęciu występują:

1. Maybelline, Color Tattoo, 40 Permanent Taupe
3. Kiko, 05 Blooming eyeshadow palette, Ultimate violets
4. Inglot, matte, 363
5. Inglot, double sparkle 460
6. Catrice, Absolute Eye Colour, 350 Starlight Expresso
7. Catrice, Absolute Eye Colour,250 Swimming With Dolphins

   Ja jestem z niego bardzo zadowolona. Na tyle, że kupiłam jeszcze jeden i dałam w prezencie bliskiej mi osobie. To chyba najlepsza rekomendacja? A jak jest z wami? Lubicie takie kolory? Posiadacie w swoich zbiorach cienie z tej serii? A może absolutnie nie sięgacie po cienie w kremie?

niedziela, 10 marca 2013

Ulubieńcy lutego

   Luty już dawno za nami, ale ulubieńców nie było. W lutym makijaż i kosmetyki zajmowały najmniejszą część mojego umysłu. W sumie codziennie sięgałam po bardzo podobny zestaw. Co wchodziło w skład tego zestawu?


   W lutym mrozy trochę zelżały, stosowałam też kremy  Decbual. Dzięki temu połączeniu mogłam powrócić do mojego ukochanego podkładu mineralnego  1.Pixie w kolorze Ayperi 3.

   Twarz konturowałam ukochanym 2.Bahama Mama The Balm i czasem litowałam się nad 3.Harmony Mac'a. Sięgałam też po róż The Balm w kolorze 4.Cabana Boy. Róże The Balm kocham, jednak nie myślałam, że taki kolor będzie mi pasował. O dziwo, na policzkach wygląda naturalnie i przepięknie. Dodawałam sobie blasku High Beam'em Benefitu. Często sięgałam też po 5. Sugarbomb tej samej firmy.


   Makijaż oczu został zdominowany przez cienie 6.Kiko, o których niebawem napiszę więcej. Gdy zobaczyłam ich zdjęcia w sieci zakochałam się. Bardzo się cieszyłam, gdy Hexx powierzyła mi je do zrecenzowania. Jednak pierwsze testy wypadły dramatycznie! Na tyle, że gdybym wtedy je zrecenzowała to byłoby to jedynie narzekanie na nie. Znalazłam jednak na nie sposób!

   W dalszym ciągu darzę sympatią cień 7.Maybelline Color Tattooo w kolorze 40 Permanent Taupe, który też aż się prosi by poświęcić mu cały post. Kupiłam także bazę Lumene, jednakże intensywne testy bazy firmy 8.Grashka wyparły ją z rankingu.

   W pielęgnacji ust masełka Nivea zostały wyparte przez produkt firmy Decubal, który nie wyszedł z łazienki, aby pozować do zdjęć. Jednak sesja i tak go nie ominie! Poza domem sięgałam po 9.Moisture Plus Carmexu. Ewentualnie w biegu malowałam usta błyszczykiem 10.Guerlain Kiss Kiss Gloss w kolorze 820 Cherry Fiz- miłość do niego dalej kwitnie! Na zdjęcie nie załapał się błyszczyk Benefit Ultra Plush Coralista, jednakże stale był on noszony w torebce i używany w biegu. Podczas sesji też leżał w torebce. Gdy nie miałam czasu lub chęci na malowanie oczu sięgałam po 11.Apocalipsy Rimmela  (102 nova i 501 stellar).

Najczęściej pachniałam 12.MyQueen Alexandra McQueena lub 13. Laught with me Lee Lee Benefitu.

piątek, 8 marca 2013

Inglot, freedom system, colour play, pomadka do ust, pierwsze swatche

   Moja fascynacja Inglotem trwa. Podobnie jak mocnymi kolorami na ustach. Gdy ujrzałam zdjęcia promocyjne (poniżej), moja ciekawość sięgnęła zenitu. Zieleń? Żółć? A może turkus?

http://www.facebook.com/inglotpolska/

   Myślałam, że będą to raczej błyszczyki z niewielką ilością pigmentu. Jakie było moje zaskoczenie gdy ujrzałam to:

(Przepraszam za słabą jakość zdjęcia, ale było robione w galerii telefonem komórkowym. Jednakże zdjęcie bardzo dobrze oddaje kolory produktu. Na zdjęciu brakuje koloru białego o numerze 100.)

   Jeden wkład waży 1,8 g i kosztuje 12 zł.

   Jestem zachwycona nimi i zdradzę wam, że kilka z nich do mnie trafiło (bo kto powiedział, że Dzień Kobiet to tylko kwiaty?). Zgadniecie które kolory mam? Co sądzicie o takich kolorach pomadek?

wtorek, 5 marca 2013

Revitacell, stem cells face set, kremowy peeling do twarzy z dodatkiem ekstraktu z owoców mango

   Jeszcze kilka lat temu miałam okropnie suchą skórę, wtedy własnie zaczęłam sięgać po peelingi i robię to regularnie. Jest to dla mnie podstawą pielęgnacji, podobnie jak demakijaż i dobre nawilżanie. Dzięki temu problemy suchych skórek pojawiają się u mnie jedynie na chwilę. Obserwuję moją skórę i robię peeling w zależności od jej potrzeb. Czasami raz w tygodniu, a czasami co drugi dzień. Po peeling Revitacell sięgaam przeważnie co 3 dni. Jakie są tego efekty? Jeżeli was to ciekawi, zapraszam do dalszej części postu.


   Peeling z mango wchodzi w skład zestawu regenerującego do twarzy. Produkty przychodzą zapakowane doskonale. Wyglądają luksusowo. Bardzo ucieszył mnie też sposób zabezpieczenia kartonu. Naklejki, które trzeba było przeciąć, aby dostać się dalej są doskonałym zabezpieczeniem i gwarancją tego, iż nikt przed nami nie dobierał się do kosmetyków. Sam karton jest spory, więc zaskoczeniem była dla mnie wielkość tubek.


   Chociaż małe nie są, bo zawierają 50 ml produktu, czyli standardową ilość. Peeling zapakowany jest w białą tubkę, ze srebrnym kółeczkiem, nazwą producenta, 1 i nazwą produktu. Z tyłu zaś jej opisany sposób użycia i opis samego produktu. Bardzo przydatna rzecz. Podsumowując, opakowanie jest bardzo estetyczne i minimalistyczne. Trafia w mój gust.


   Produkt rozprowadza się bardzo dobrze, jednak przy samym masażu trzeba uważać, bo jest to mocny zdzierak. Od razu na myśl mi przywodzi duża ilość korundu zmieszaną z kremem i odrobiną peelingu z czarnej porzeczki. To tak, aby zobrazować konsystencję. Całość dobrze się rozprowadza. Ja po zrobieniu masażu trzymam przez ok. 2 minuty na twarzy, wtedy efekt na mojej buzi jest o wiele lepszy. Gdy starałam się potrzymać dłużej, baza się wchłaniała a na twarzy zostawały drobinki. Jednak gdy nie zostawiałam na skórze, a od razu spłukiwałam, efekt u mnie był trochę gorszy.


    Peeling spełnia swoje zadanie. Buzia jest bardzo gładka, bez suchych skórek. Jest bardziej promienna. Jednak to czym odróżnia ten właśnie peeling od innych jest to, że buzia po nim jest bardziej nawilżona, gładsza. Aczkolwiek w przypadku mojej suchej cery i tak domaga się ona czegoś mocniej nawilżającego. Jest także miękka i taka dość śliska w dotyku.


   Jestem z niego zadowolona, swoją rolę spełnia dobrze. Początkowo wydawał mi się bardzo niewydajny, jednak zostałam mile zaskoczona. Cieszy mnie także fakt, że jest to nasz polski produkt.

niedziela, 3 marca 2013

Wczesnowiosenne spotkanie krakowskich beauty-blogerek

   Gdy zobaczyłam ogłoszenie u Vexgirl odnośnie kolejnego spotkania krakowskich blogerek, długo nie musiałam się zastanawiać. Ciekawiło mnie, jak takie spotkania wyglądają, o czym się rozmawia i kim są blogerki prywatnie. A że z Dymkiem od dawna chciałyśmy się spotkać, uznałyśmy, że będzie to najlepsza okazja. Dni mijały, a marzec nadciągał. Jak zawsze w takich chwilach, zabrakło mi czasu. Wybiegłam z domu w jesiennym płaczu (bo takie piękne słońce było!), spóźniłam się na autobus, zabrałam aparat, ale zapomniałam karty do niego. Z tego powodu poniższe zdjęcia nie będą najlepszej jakości, bo byłam zmuszona robić je komórką.


   Jak na złość, żaden inny autobus nie miał ochoty przyjechać, więc zaliczyłam podróż busem, bieg na kolejny autobus i niecierpliwe czekanie na Dymka (się później chwaliła, że ma od mojej (nie)skromnej osoby tyle połączeń!). Miałyśmy do wyboru podjechać dwa przystanki lub się przespacerować. Wybrałyśmy spacer. W sumie to obie nie wiedziałyśmy czy dobrze idziemy, ale instynkt  doprowadził nas do celu. Ujrzałyśmy Meli Melo. Byłyśmy u celu. Trochę bałyśmy się wejść tam bez Snickersów, jednak w Lewiatan był pod ręką, więc zaopatrzyłyśmy się w kilka sztuk. Nie, nie wykupiłyśmy wszystkich.


   Weszłyśmy do jaskini lwa.. Lwa jednak nie było. Liczyłyśmy na wejście w stylu gwiazd (przecież spóźniłyśmy się jak to ponoć gwiazdy mają w zwyczaju), jednak prawie nikt nie zwrócił na nas uwagi. Nie wiem jak Dymek, ale ja czułam się trochę zagubiona i jeszcze bardziej doceniałam to, że umówiłyśmy się wcześniej. Przecież we dwie zawsze raźniej. Jednak po chwili udało się ujrzeć znajome nicki, co było ułatwione dzięki noszonym przez nas identyfikatorom. Jednak równie pomocne były  wina Carlo Rossi. Duża część z nas okupowała stół z nimi. Wina nam nie skąpiono, więc przeprowadzałyśmy poważne testy, chociaż przedstawiciel nie chciał napełnić stojącej w łazience wanny nimi. A może to i lepiej, bo przecież dogłębne odżywianie ciała lepiej na nie wpływa :D


   Przedstawiciela Carlo Rossi przepytałyśmy z win, które firma ma w swojej ofercie. Dwa z nich nadają  się do obiadu (aczkolwiek bardziej do makaronu z pysznym sosem, niż do schabowego), na myśli mam dwa pierwsze wina od lewej. Pozostałe zaś pasują do romantycznego wieczoru we dwoje i gorzkiej czekolady. Moim zdaniem najlepiej smakują wypite podczas  takiego spotkania jak nasze. . A z pewnością smakowało nie tylko mi, bo wszystkie bardzo chętnie nadstawiałyśmy kieliszki do ponownego napełnienia. Jeżeli ktoś nie miał ochoty na wino, mógł dobrać do babeczki kawę, herbatę lub sok. Dla każdego coś dobrego.


   Ale żeby nie było, że ja tylko o winie piszę to pochwalę także babeczki. Po pierwsze ujęły nas napisem, ale po skosztowaniu ich wiedziałyśmy, że kryją w sobie o wiele więcej. Miały pyszny, korzenny smak, który podkreślała dobra śmietana. Równie dobre były mikro kanapeczki z łososiem, kawiorem i cytryną (będę musiała zrobić takie w domu!). Był także gulasz, jednak ja go nie próbowałam (jak wielu innych rzeczy!), bo buzie miałyśmy zajęte rozmowami.


   Na blogu pokazuję się tylko we fragmentach. Nigdy w całości. Nie lubię też pozować, więc starałam się ukrywać przed błyskiem fleszy. Pewnie z tego powodu Blanka urządziła polowanie na czarownicę na mnie. A że nie tylko Blanka błyskała fleszem, można było poczuć się jak prawdziwa gwiazda. Dobrze więc, że zabrałam ze sobą moje wielkie ego ;)


   Miejsca siedzące były ograniczone, ale że z nas nie są paniusie to i podłoga była idealnym miejscem do rozmów i podziwiania butów. Chociaż i tak większą część czasy spędziłyśmy krążąc po całym lokalu i rozmawiając. Zdradzę wam, że na takich spotkaniach rozmawia się nie tylko o kosmetykach! Z pewnością śmiechu i żartów nie brakowało.


   Pewnie mogłabym tak pisać i pisać, ale ponoć kobieta jest tym ciekawsza im więcej ma tajemnic. Najlepszym podsumowaniem będzie chęć bywania na następnych takich spotkaniach!



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...