wtorek, 26 lutego 2013

Decubal, Body Cream, Odżywczy i silnie nawilżający krem do ciała

   Balsamowanie ciała nie jest dla mnie zabiegiem przyjemnym, ale za to pożytecznym. Najchętniej sięgam po pięknie pachnące balsamy przed snem. Jednakże moja skóra wymaga więcej. Jako "suchar"   mam w w użyciu z tego powodu kilka balsamów. Mam takie, które lubię nakładać, bo ładnie pachną (np. Balea) i lekko nawilżają (a raczej utrzymują nawilżenie) i mam balsamy do zadań specjalnych. O tym ostatnim napiszę dziś kilka słów.


   Opakowanie jest estetyczne. Czerwone, które łatwo odnaleźć, proste. Bardzo mi się podoba jego zatyczka. Może więc stać w pionie. Odnośnie zamknięcia- u mnie sprawuje się bardzo dobrze, chociaż czytałam, że u jednej z blogerek zawiasy się wyłamały. Z opakowania także dobrze się wyciska produkt, co nie jest takie oczywiste, przy jego gęstej konsystencji.


   Tak jak pisałam wyżej jest do gęsty krem, słusznie producent użył tutaj tego słowa zamiast balsam. Jets on bardzo treściwy, gęsty. Nie wiem czy w jego przypadku słoiczek nie byłby lepszym rozwiązaniem. Należy go też odpowiednio rozprowadzać. Zamiast nakładać grubsze warstwy do rozsmarowania na całym ciele, radzę nakładać mniejsze ilości i od razu wmasowywać. Inaczej balsam nam się wchłonie i trzeba będzie i tak dołożyć go więcej z opakowania. Balsam owszem się wchłania, ale pozostawia wrażenie czegoś na skórze. Czuć to także ubierając obcisłe jeansy. Występuje wtedy pewien opór.

   A działanie jest bardzo dobre. Skóra jest nawilżona i to na dłużej niż do następnego mycia. Bez żadnych obaw można nakładać go po goleniu. Nie podrażnia, a wręcz regeneruje i łagodzi.


 Jednakże kwestia braku zapachu jest sporna. Owszem, nie pachnie kwiatkami, perfumami czy słodyczami, ale jakiś zapach ma. Dość wyraźny nawet. Jest to zapach naturalnych kosmetyków robionych w domu. Jeżeli komuś on wadzi, polecam dodawać ulubiony olejek eteryczny, który także będzie ulepszał balsam (np. dodawał właściwości zwalczających cellulit czy ujędrniających).

Składniki (INCI): Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Isopropyl Myristate, lanolin, Petrolatum, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Glyceryl Stearate, Tocopheryl Acetate, Cetearyl
Alcohol, Tocopherol, Ceteareth-20, Sodium Cetearyl Sulfate,
Dimethicone, Citric Acid, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate.
Zawartość substancji lipidowych: 40

   Obietnice solidnego nawilżenia zostały spełnione. Dla osób z problemem suchej skóry to dobry zakup. Jednakże ja bym przepakowała go w słoiczek i sprzedawała dodatkowo olejki  i osoby, które nie mają na nie uczulenia na nie, mogłyby sameulepszać balsam, tak jak ja to robię na swój użytek używając półproduktów innej firmy

sobota, 16 lutego 2013

Banalnie łatwy przepis na niebanalny szpinak w sosie grzybowym

   Szpinak dalej króluje w mojej kuchni. Przepis na naleśniki powodzeniem podawany <W TYM POŚCIE> także cieszy się sympatią zaglądających tu osób. Ale muszę się przyznać, że częściej robimy makaron ze szpinakiem np. taki jak <W TYM PRZEPISIE>. Jednakże przyszedł czas na odmianę, więc wczoraj w mojej kuchni powstało danie zrobione z zapasów.Było pyszne, więc przepisem dzielę się z wami i wiem, że będzie często gościć na moim stole, zwłaszcza że robi się tyle czasu, ile potrzeba na ugotowanie makaronu.


   Potrzebujemy:

opakowanie szpinaku
makaron świderki (u mnie pół opakowania)
serek topiony (u mnie Emmentaler)
szklankę prażonego słonecznika
opakowanie kremowej zupy pieczarkowej (Knorr)
pół łyżki oleju orzechowego
przyprawy do smaku (pieprz biały, pieprz czarny)

   Wstawiamy makaron. Szpinak podsmażamy na patelni na łyżce oleju orzechowego, zupę pieczarkową w tym czasie rozrabiamy w 400 ml gorącej wody. Dodajemy serek topiony. Jeżeli sos po rozpuszczeniu serka jest zbyt gęsty możemy dodać gorącej wody. Doprawiamy do smaku. Gdy sos zgęstnieje, a makaron się ugotuje, wrzucamy makaron do sosu i mieszamy. Nakładamy na talerze i obficie posypujemy szpinakiem.

    Smacznego!

środa, 13 lutego 2013

Rimmel, Apocalips, 102 Nova

   Długo byłam odporna na wdzięki Rimmela, jednak wszystko się zmieniło wraz z wejściem czerwonej serii pomadek Kate. Gdy zobaczyłam, że Rimmel wypuszcza coś, co bardzo lubię- kryjące błyszczyki, wiedziałam że natychmiast pobiegnę do sklepu. Wcześniej zrobiłam rozeznanie i miałam upatrzone kolory. Miałam kupić jeden- kupiłam dwa. Dziś będzie o zakupie nieplanowanym, czyli o odcieniu 102 Nova. Czy obietnice polakierowanych ust, głębokiego koloru i fenomenalnego połysku zostały spełnione?


   Po pierwsze opakowanie. Jest praktyczne, z jednej strony widać realny kolor produktu, a drugi koniec jest dekoracyjny. Kolory opakowania są ładnie wycieniowane. Największą zaletą jest zabezpieczenie przed pierwszym otwarciem. Po pierwsze, aby odkręcić musimy przerwać naklejkę. Po drugie przed pierwszym wyciągnięciem mamy przezroczystą szyjkę. Od razu widzimy czy plomba została naruszona przypadkowo, czy może produkt był wielokrotnie otwierany.


   Aplikator jest bardzo istotny w tego typu produktach. Byłam zaskoczona  jego innowacyjnością. Niby klasyczna gąbeczka, ale z tunelikiem w środku, w którym gromadzi się wystarczająca porcja na malowanie ust. Dzięki temu można też nim manewrować i najpierw obrysować czubkiem z małą ilością produktu kontur ust, a następnie rozprowadzić pomadkę na całych wargach.


   Produkt bardzo dobrze się rozprowadza, co jest istotne przy takim kryciu. Bo krycie jest znakomite, już jedna cienka warstwa wystarcza, aby całkowicie pokryć usta kolorem. W moim przypadku, bardzo ładnym odcieniem różu. Wyrazistym, który nie lubi już zbyt dużej konkurencji. Przyciąga całą uwagę. Obietnica głębokiego koloru została spełniona, błysku też, ale bardziej błysku pomadki. Efektu polakierowanych ust czy "fenomenalnego połysku błyszczyka" nie ma.

 
   Trwałość. I tu ciekawostka. Z początku błyszczyk brudzi wszystko- kubek, szklankę, zęby, policzek ukochanego, wszystko czego ustami dotkniemy. Ale na ustach wygląda wciąż dobrze. Polecam jednak poświęcić odrobinę blasku i odcisnąć usta na chusteczce. Pomaga. Gdy zetrzemy więcej niż trochę nadal widać zmieniony kolor ust (ale w dalszym ciągu nie jest to lip tint).


   Produkt mimo mokrości nie nawilża ust, ale tego nikt nit obiecywał. Czasem mam wrażenie, że może odrobinę wysusza, jednak ja i tak zawsze kładę solidny nawilżacz kilkanaście minut przed pomalowaniem ust.


   Zapach jest z pewnością już dobrze znany posiadaczkom innych pomadek Rimmela. Jedni mogą go kochać, inni nienawidzić. Ja się chyba już przyzwyczaiłam, jednak gdybym miała wybór, wolałabym zapach o mniejszej sile rażenia.


   Lubicie mocne kolory na ustach? Skusiłyście się na Apocalips?

niedziela, 10 lutego 2013

Orientana, Aloe moisturizing sleeping facial mask

   Miałam ogromne problemy z suchą skórą. Skóra pękała, łuszczyła się, bolała. Musiałam temu zapobiec. Lekiem okazały się oleje i kremy ukręcane z półproduktów. Lubię to robić, ale nie ukrywam, że czasem wolałabym pójść do sklepu i kupić gotowca. Próbowałam nie raz. Za każdym razem stan skóry pogarszał się dramatycznie, a ja z podkulonym ogonem powracałam do sprawdzonych naturalnych produktów. Jakiś czas temu na blogach zaczęły się pojawiać wpisy dotyczące kosmetyków Orientany. Zaciekawiły mnie. Bardzo. Dlatego, gdy na portalu urodaizdrowie.pl zobaczyłam ogłoszenie o możliwości przetestowania maski aloesowej błyskawicznie  przeczytałam jej opis oraz przejrzałam stronę internetową firmy. Maska jest określana przez producenta jako produkt do skóry tłustej. Jednak po analizie jej składu, wiedziałam że jest duże prawdopodobieństwo, iż ten produkt będzie pasował do mojej suchej skóry. Czy się nie myliłam?


   Produkt trafił do mnie szczelnie zafoliowany, więc miałam pewność, iż jest on świeży. Jest to duży plus dla firmy. Opakowanie jest proste, plastikowe, ale solidne (tak, jestem niezdarą i często coś mi wypada z rąk). Dobrze się zakręca i odkręca. Po odkręceniu wielkiego słoja widzimy coś ładnego- zielony żel.


   Aplikacja jest przyjemnością. Żel bardzo dobrze rozprowadza się po twarzy. Z racji tego,że temperatura w moim mieszkaniu nie jest zbyt wysoka, żel jest chłodny. Formuła oraz ten chłód świetnie razem współgrają. Czuję wieczorem orzeźwienie i poczucie czystości. Nie mogę się doczekać upałów, aby chłodzić w ten sposób skórę. Producent sugeruje, aby po aplikacji odczekać 20 minut przed pójściem spać. I faktycznie, produkt potrzebuje tego czasu by się wchłonąć i przestać lepić.Po tym czasie buzia nie błyszczy się, ale jest satynowa w wyglądzie. Czuć, przez ten czas jak skóra staje się bardziej zwarta i napięta (ale nie ściągnięta).

   Gdy budzę się rano, zmywam buzię hydrolatem lub tonikiem. Widać, że skóra jest wypoczęta, a także dalej jest przyjemnie napięta.


   Przy dłuższym stosowaniu zauważyłam rozjaśnienie skóry oraz poprawę jej gęstości. Mimo, że krem nie jest do skóry suchej, dostarczał mi dobre nawilżenie, ale na dzień używałam bardziej treściwego kremu.

   Całość dopełnia ogromna wydajność maski. Gdyby stosować ją jako maseczkę, a nie krem chyba nigdy by się nie skończyła ;). Po kilku tygodniach stosowania ubytek był niewielki, a smarowałam nią obficie twarz, szyję i dekolt. Ubytek zobaczyłam dopiero po zrobieniu odlewki koleżance.

   Długo szukałam jej wad, jednak ciężko mi je znaleźć. Niektórym może przeszkadzać filtr na twarzy, jednak dla mnie nie jest to żaden problem, a i on jest na twarzy tylko przez kilkanaście minut. Są także osoby, które niekoniecznie lubią słoiczki, ja je lubię (chociaż wolę opakowania z pompką, ale to już szukanie wad na siłę). Zapach jest bardzo delikatny, nie sądzę by przeszkadzał komukolwiek. Do wad zaliczam fakt, że skład podany na opakowaniu produktu, różni się on od tego podanego na stronie. Skład INCI podany na stronie sklepu Orientany <klik>, gdzie można kupić maskę:

   Skład INCI: Aqua, Seaweed Trehalose (naturalny disacharyd z alg), Plant Glycerin (z oleju kokosowego), Aloe Barbadensis Leaf Juice, Hydrogenated Castor Oil (utwardzony olej rycynowy), Avena Sativa Bran (owies),Hydrogenated Jojoba wax (utwardzony wosk z jojoba), Xanthan Gum (naturalna substancj żelujaca), Allantoin (z żywokostu lekarskiego), EDTA, Sodium Hydroxide

Skład podany na opakowaniu:


   Jak dla mnie jest to rewelacyjny produkt do którego chętnie będę wracać. A to jest chyba najlepszą rekomendacją. Nastawiałam się, że krem nie poradzi sobie z moją skórą, a zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Po jego odstawieniu skóra nadal ma się dobrze, więc działa długofalowo. Używałyście produktów Orientany?  Byłyście zadowolone?

piątek, 8 lutego 2013

Nivea, lip butter, vanilla & macadamia

   Jakiś czas temu o masłach Nivea było w sieci bardzo głośno. Nawet przeciwnicy balsamów w puszeczkach kuszeni kupowali te masła. Po ponad miesiącu stosowania przyszła kolej na mnie. Czy tak samo jak połowa blogosfery pokochałam masło o zapachu wanilii i orzechów makadamia?

  
   Mam wielką słabość do kosmetyków w puszeczkach. Dlatego też opakowanie bardzo przypadło mi do gustu. Obie części dobrze się trzymają, co jest dużym plusem. Mam pewne wątpliwości, co do szczelności pudełka, w razie roztopienia masła. Dlaczego? Przeszkadzała mi wywiercona dziura do dna, więc postawiłam na kilka minut masło na kaloryferze, aby ponownie utworzyło jednolitą taflę. Bo zdjęciu go całe pudełeczko było tłuste, podobnie jak kaloryfer. Z tego powodu bałabym się nosić puszeczkę podczas upałów w torebce. Ale z drugiej strony, z racji na opakowanie, jest to masełko, którego używam w domu. Po prostu tu mam pewność czystych palców. Bo jeżeli mowa o palcach, to moim zdaniem jest to najwygodniejsza forma aplikacji. W zależności od temperatury, masło jest twarde lub bardzo twarde. Pod wpływem ciepła palca cudownie mięknie i dobrze rozprowadza po wargach. 

   Masło rozprowadza się jak marzenie, a zaraz trzyma w miejscu nałożenia. Aplikację uprzyjemnia cudowny zapach. Prawdę mówiąc, gdybym w sklepie zobaczyła, że jest wanilia z makadamią, a nie sama makadamia, nie wiem czy bym się na nie skusiła, bo wanilię, ale w deserach, do kosmetyków waniliowych mam pewien uraz. Jednak tym razem zapach mnie urzekł. Ciepły, przyjemny, delikatnie waniliowy. Smaczny. 


   Masło w puszeczce jest białe. Nałożone w dużej ilości może bielić także usta, jednak nakładany w ilości wystarczającej do nawilżenia, pozostawia jedynie błyszczącą warstwę, która nie klei ust.Na ustach pozostaje śliski filtr, który długo utrzymuje się na ustach i odznacza się na szklankach.

   Pierwszy raz nałożyłam masełko na mocno spierzchnięte usta- przyniosło mi natychmiastową ulgę i szybką regenerację. Dobrze nawilża, jednak nie regeneruje usta tak jak Carmex w słoiczku czy Blisstex. Jest to z pewnością dobry produkt, ale nie kosmetyk do zadań specjalnych. Gdy chcę użyć go jako bazy pod pomadkę, smaruję nim usta, czekam chwilę, wycieram usta i dopiero później maluję usta. Zbyt wczesne zrobienie tego może spowodować rozmazanie się pomadki. 

   Lubicie waniliowe masła do ust?

wtorek, 5 lutego 2013

Yankee Candle, Paradise spice

   Lubię wycieczki. Małe i duże. Dziś będzie o wyprawie do fabryki, niestety nie do fabryki czekolady, a do fabryki suszonych bananów. A wszystko za sprawą jednej małej tarty.


   Stojąc u bram czułam je. Powietrze było aż gęste. Banany, przyprawy. Ohh, schrupałabym! Podłożyłam ogień, brama się otworzyła. Ooo tak! Słodko, ale nie za słodko. Gotowy produkt, dobrze przyprawiony. Z niecierpliwością czekałam na kogoś kto mnie oprowadzi. Pojawiła się kobieta, starsza, trochę grubsza. Sympatyczna. Zdziwiłam się, gdy szybko przeprowadziła mnie przez halę. Nie widziałam surowych bananów, chociaż liczyłam na wszystkie etapy obróbki. Pokazała mi jedynie proces suszenie ich. I to był zapach! Smakowity na tyle, że miałam ochotę wyciągnąć rękę i czerpać je garściami. Niestety, obeszłam się smakiem.

   Nie wiedziałam kiedy  kobieta wręczyła mi na pożegnanie papierową torbę wypchaną po brzegi bananami. Trochę zawiedziona oddalałam się od fabryki, liczyłam na więcej. Liczyłam na uczestniczenie w rozgniataniu przypraw, na doprawianie.  Wracałam jedząc suszone banany jeden po drugim, bez opamiętania. Zanim się obejrzałam byłam już daleko, a torba była pusta. Wciąż czułam zapach bananów i delikatnych perfum tej kobiety. Zapach tracił na sile, stawał się bardziej perfumeryjny. Ładny, ale szkoda, że nie doprawiony cynamonem i goździkami...

   Jest to zdecydowanie zapach suszonych bananów, bez przypraw. Najładniej pachnie z folii i chwilę po rozpaleniu. Później staje się bardziej kremowy, z jadalnego przemienia się w perfumeryjny.  Z pewnością jest przyjemny. Jego siła rażenia, nie jest ani duża ani mała. 1/4 wystarczy na duży pokój. Lubię go, ale z pewnością nie jest to mój faworyt.

   Lubicie suszone banany?

sobota, 2 lutego 2013

Jak pielęgnuję suchą skórę głowy?

   Przez wiele lat walczyłam z okropnie suchą skórą na całym ciele. Skóra łuszczyła się, swędziała, pękała.Ale dzięki odpowiedniej pielęgnacji udało mi się doprowadzić ją do bardzo dobrego stanu. Olejowanie, hydrolaty, samorobione kremy były mi w tym bardzo pomocne. Niestety, pielęgnacja skóry głowy jest bardziej uciążliwa. Z tego powodu, gdy czasem odpuszczę pojawia się u mnie swędzenie i łuszczenie, co nie wygląda estetycznie, zwłaszcza iż jestem posiadaczką ciemnych włosów. Aby tego unikać wypracowałam odpowiednią pielęgnację, która zapobiega (o ile jest regularnie stosowana) a także leczy objawy. Ciekawych zapraszam do dalszej lektury postu.


   Generalnie nie mam problemu ze skórą głowy. Sytuacja się zmienia, gdy sięgam po suszarkę lub mam długą przerwę w nakładaniu oleju. Zawsze nakładam olej na mokre włosy i skórę. Nie wcieram dużej ilości. Wylewam odrobinę na dłoń i masuję. Włosów mam sporo, więc gdy wetrę już to co miałam dokładam więcej. Masaż wykonuję opuszkami palców. Gdy czuję, że cały skalp mam naoliwiony wmasowuję delikatnie olej we włosy. Po wykonaniu takiego masażu nakładam czepek i tak spędzam od 30 minut do kilku godzin. Nigdy nie śpię z olejem na głowie. Zmywam olej i nakładam lekką odżywkę.  Bardzo lubię efekty jakie przynosi mi olejowanie, ale nie zawsze mam czas, siły czy najzwyczajniej w świecie chęci w paradowaniu z mokrą głową przez kilka godzin. Olej nakładam na głowę od około 5 czy 6 lat i nie wyobrażam sobie przestać. Po takiej kuracji skóra na mojej głowie przestaje się łuszczyć i swędzieć. W dużej części jest to zasługa samego olejowania, ale także i składu Vatiki oliwkowej, bo zawiera ona oliwę z oliwek, która jest polecana przy łuszczącej się i pękającej skórze, a także cytrynę, która pomaga przy walce z łupieżem.


   Gdy jednak sypie mi się z głowy bardziej niż zazwyczaj robię peeling skóry głowy. I tu mam trochę wyrzutów sumienia, bo twarz czy ciało peelinguję ok. 2 razy w tygodniu, a skórę głowy zaniedbuję i dopiero łuszczenie przypomina mi o wypeelinogwaniu jej. Robię to fusami kawy (zaparzanej w kafeterce) lub cukrem. Taki zabieg pozwala pozbyć się obumarłego naskórka, poprawia krążenie. W związku z tym następnego dnia nie mam już problemu z białymi drobinami widocznymi na ciemnych włosach. 


   Gdy nie mam czasu na olej lub czuję, że skóra swędzi, ale jeszcze się nie łuszczy zmieniam też środek do mycia głowy. Sięgam wtedy po szampon w kostce Lush Trichomania. Ma on w składzie kokos i to chyba jego zasługa, że moja skóra czuje się ukojona. Często wtedy rezygnuję z odżywki, a w same końcówki wmasowuję krem do stylizacji z kaktusem Dabur.

   Moja skóra uwielbia także aloes. Lubię kremy na nim oparte, także staram się pamiętać o piciu wody z nim. Jednak to nie wszystko. Ulgę (a także wspomaganie skrętu włosów) przynosi mi spryskiwanie włosów aloesu wymieszanego z hydrolatem lub wodą.  Taką mgiełkę stosuję nie tylko na skórę głowy czy włosy, ale na całe ciało i twarz.


   Na powyższej grafice napisano, iż zima nie sprzyja pielęgnacji włosów. Ciężko się z tym nie zgodzić. Tak jak w ciepłe miesiące moje włosy schną same, tak podczas zimnych miesięcy sięgam po suszarkę, która mi nie służy. Jednak ze względu na zdrowie sięgam po nią dość często. Z tego powodu mam także częściej problemy z przesuszoną skórą głowy. Wiem, że niektórzy w takich sytuacjach sięgają  po szampony przeciwłupieżowe. A jak jest z wami? Problem swędzącej skóry głowy nie jest wam obcy? Jak dbacie o tę część ciała? W przypadku łupieżu stawiacie na działanie szamponów dedykowanych do tego typu problemów czy szukacie innej drogi? 

piątek, 1 lutego 2013

Ulubieńcy stycznia

   Nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że najczęściej sięgam po nowe kosmetyki. Stare, choć uwielbiane czekają aż moje oko za jakiś czas ponownie na nie spojrzy. Z racji tego, że przybyło mi trochę kosmetyków popularnej firmy Benefit zdominowała ona mój makijaż w styczniu. Do tego fascynacja  naszą rodziną marką trwa nadal. Ale co konkretnie najczęściej gościło na mojej twarzy?


1. Cienie Inglot, zwłaszcza numery: 153 i 154 z kolekcji Noble oraz w ostatnich dniach miesiąca 402 i 363. Ostatni najczęściej pojawiał się na brwiach. Dwa ostatnie trafiły do mnie w ramach Hexxboxa.
2. Wosk Inglot- solo lub z cieniem 363 tej samej firmy. Czasem podkreślałam brwi cieniem Bark z paletki Sleek Au Naturel.
3. Sleek Paraguaya cienie Peach gold, Persian orange i Bittersweet zaczęły gościć na mych oczach. Po zakupie palety, nie byłam nią zachwycona, teraz przeżyłam zachwyt tymi kolorami. A moze to dlatego, że zima wywołała we mnie potrzebę rozświetlania powiek i paznokci.


4. Bazy: Urban Decay, Maybelline Color Tatoo, Essence A new league w kolorze 01 my caddy in the wind. Cienie Maybelline były używane także jako eyelinery.
5. Najważniejszym jednak elementem moich makijaży był eyeliner Inglot 27 Silver. Podbił moje serce całkowicie i to chyba największy ulubieniec tego miesiąca. Prawie codziennie go używałam i wiem, że  gdy go zużyję, z pewnością kupię następny!
6. Tusze: Maybelline Stiletto, Wibo Growing lashes, NYX Long Lash Mascara i L'oreal Telescopic explosions. Używane razem w różnych kombinacjach.


   7. Z powodu zakupu pędzla Barbary Hofmann do łask powrócił 8. Róż Mac Harmony.  Pędzel Essence Wild Craft spowodował, iż nie posłałam dalej w świat miniatury różu 9. Sugarbomb firmy Benefit. A początki były trudne, bo nie widziałam żadnego efektu. Doprawdy nie wiem jaka magia tkwi w tym pędzlu, że tak doskonale radzi sobie z produktami, które gdyby nie on poleciałyby dalej. Zanim jednak Sugarbomb zjawił się w mych zbiorach katowałam zestaw 10. Tropi Coral tej samej firmy. Po kilku mizernych próbach nałożenia 11. Chachatintu palcami sięgnęłam po skośnie ścięty pędzel Sunshade Minerals i to było to! W końcu tint mnie zdobił. Bardzo często nakładałam na niego jeszcze 12. Coralistę. Ewentualnie Coralista samodzielnie prezentowała się na mym licu.
Kolejnym zestawem zdobiącym moją twarz był 13. Moon Beam i  14. róż The Balm w kolorze Down Boy.


   Usta pielęgnowały 15. masełka Nivei- malinowe oraz wanilia i makadamia. W torebce nosiłam 16. Coralistę Benefitu. Bardzo często sięgałam także po błyszczyk 17. Guerlain KissKiss w kolorze 820 Cherry Fizz.


18. Zaś brokaty zdominowały moje paznokcie. Baza Essence peel off pozwalała mi na bezproblemowe usuwanie ich.


   Jeżeli chodzi o perfumy to i tu 19. Benefit rządził. Najczęściej sięgałam po Sashę i Lee Lee, ewentualnie po 20. My Queen Alexandra McQueena.


   Jak widać, było tego sporo, jednak miesiąc miał 31 dni, a ja testowałam głównie nowości. Znacie te produkty? Też tak macie, że gdy w wasze ręce trafi coś nowego, najczęściej sięgacie właśnie po to?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...