środa, 31 października 2012

Yankee Candle, Witches' brew (napar czarownicy)

   Dziś Halloween. Od kilkunastu dni na blogach można znaleźć propozycje odnośnie makijażu, słodkości czy sposobu pomalowania paznokci na ten dzień. U mnie Halloween też dziś będzie. Ale pod postacią zapachu.



   Czarny słoik z białym nadrukiem przyciąga wzrok. Widziałam też, że ta "buźka" przyciągnie uwagę mojego mężczyzny. Zapach po uchyleniu wieczka też go zaintrygował. I szczerze pisząc, była to jedyna świeca, która przyciągnęła jego uwagę i spowodowała, iż chciał mi ją pokazać. Świeca wróciła z nami do domu.

   W domu przyszedł czas na pierwsze palenie, drugie i wiele następnych. Mogę śmiało napisać, że to nasz ulubiony zapach nie tylko na Halloween. Ale właściwie jak ona pachnie?

   Wyobraźcie sobie, że zwiedzacie malutki zameczek. Zanim wyjdziecie z opuszczonego korytarza na dziedziniec czujecie charakterystyczny zapach starych murów, trochę wilgotnych i mających pewną historię. Może przeciskała się nim kiedyś czarownica? Nie Baba Jaga, nie zielarka. Ale kobieta, która musi się ukrywać. Mieszkać w opuszczonych ruinach bo jest wyklęta ze społeczności, chociaż wielu i tak korzysta z jej umiejętności. Naparu nie czuję. Ale zapach ten rysuje mi właśnie wspomnianą powyżej czarownicę. Stojącą w kącie, zgarbioną. Dopiero myślącą nad naparem. W koło jest dużo kurzu, jednak nie wierci on w nosie. Jest też wiele pajęczyn. I cisza. Pachnie niedozwoloną magią. A wszystko to dzieje się w ruinach malutkiego, opuszczonego zameczku.

   Jeżeli szukacie nietuzinkowego zapachu, lubicie zapach paczuli lub chcecie urozmaicić także zapachem wieczór Halloweenowy. Nam świeca będzie towarzyszyła jeszcze długo.

wtorek, 30 października 2012

Skyfall

   James. James Bond. Agent 007. 50 lat przygód Jamesa. Martini, wstrząśnięte, nie mieszane. Kobiety, gadżety. Agent specjalny. Od kilku dni mamy przyjemność (a może i nie?) ujrzenia go w kolejnej akcji. Odgrzewany kotlet czy dobry film?


   Film zaczyna się jak wiele innych filmów akcji. Trochę przepychanek, prędkość, piękna kobieta. Później mamy długi wstęp, ba, jak dla mnie teledysk Adele. Tak sobie pomyślałam, że to musiał być intratny kontrakt, skoro puszczono całą, zdaje się, piosenkę i jeszcze podpisano, iż wykonuje ją Adele. Nie narzekam, było na co popatrzeć, posłuchać też było miło.

   Nie musieliśmy też długo czekać na Heinekena, o którym było głośno od dawna. Tak proszę państwa, James lubi także wypić browarka. A gdy pije Martini nie wypowiada już jego nazwy. Bo jak już mowa o reklamach, to lokowanych produktów jest cała masa. O Sony wie każdy przedszkolak, ale także ukryty Starbucks na spodzie kubka Q [edit. to jednak nasze oczy nas oszukały i uwielbienie dla ich kawy], Land Rover i wiele innych. Reklama dźwignią handlu. Jednak nie był to obiad u Zimińskich (gdzie główną rolę przy obiedzie grała Coca-Cola), ani dom Boskich, w których wszystko jest z Ikei, a zakupy robione tylko w Almie. Ogółem, reklamy są i to w dużej ilości, ale nie przeszkadzają. Raczej mogą być dodatkową rozrywką rodzinną. Można urządzić konkurs, kto więcej ich wypatrzy.



   Gdy jesteśmy przy produktach, warto poruszyć temat gadżetów. Kim byłby Bond bez nich? Czy udałoby mu się wykonać misję bez małych cudeniek? Film ten pokazuje, że ciężko już jest nadążyć za myślą techniczną i wymyślić gadżet, który by na widzach zrobił wrażenie. Scenarzyści postawili na przeszłość. Czy dobrze na tym wyszli? Oceńcie sami wybierając się do kina.


   Do kina nie miałam ochoty pójść. Było zimno, mokro, padał śnieg. Ale już po pierwszych 10 minutach filmu wiedziałam, że było warto. Z przyjemnością spędziłam prawie 2 i pół godziny. Fabuła miała ręce i nogi. A ujęcia, zwłaszcza miast, były doskonałe. Były także momenty, gdy salę kinową zalewała salwa śmiechu. Mój werdykt: jeden z lepszych Bondów. nie żaden odgrzewany kotlet. Czekam na następne.

   A wy widziałyście już najnowszego Bonda? Podobał Wam się? A może dopiero się wybieracie?

niedziela, 28 października 2012

Essence, Wild Craft, 02 Out of the forest

   Kolekcja Wild Craft Essence celnie trafiła nie tylko w te kolory, które lubię ale także w te, w których wyglądam dobrze. Nie odmówiłam więc sobie tego pięknego lakieru. Kolor bardzo uniwersalny, pasujący do wielu moich jesiennych ubrań. Czy był to dobry zakup nie tylko pod względem koloru?


   Kolor- khaki, błotniste. Wykończenie błyszczące. W zasadzie kryje jedna warstwa, jednak nie zawsze jedna warstwa daje się równo nałożyć. Jednak jeżeli chodzi o aplikację to jest to lakier trochę zbyt gęsty (ale nie tak jak jego fioletowy brat) co utrudnia dokładną aplikację. Kolor bardzo jesienny, spokojny ale ładny. Ma w sobie pewien urok.


   Co do trwałości- pierwszego dnia, w miejscach gdzie miałam mocno rozdwojone paznokcie- odpadł wraz z fragmentami paznokcia. Czy było to winną lakieru ciężko mi powiedzieć, pewnie raczej stanu paznokci. Dałam mu drugą szansę i domalowałam jeszcze jedną warstwę. W takim stanie trzymał się kolejne 2 dni. I już natychmiastowo nadawał się do zmycia. Kolor jest piękny i będę go używać, jednak drugi raz bym go nie kupiła ze względu na trwałość.


   Byłybyście w stanie przymknąć oko na trwałość i kupić go dla tego koloru?

piątek, 26 października 2012

Sernik z dynii

   Dynia w tym roku zawładnęła moim umysłem. Ciągle myślę co z niej przyrządzić. Gdy zobaczyłam w sklepie piękną dynię i twaróg w dobrej cenie postanowiłam zrobić sernik. Po powrocie do domu poszukałam w Google czy jest jakiś dobry przepis na niego. Kilka przepisów  znalazłam, jednak żaden mi nie odpowiadał. Wszyscy przecież wiemy, że potrzeba matką wynalazku. Powstał sernik. Z ciemnobrązowym spodem, pomarańczowym ciastem. Jest bardzo wilgotny, delikatny w smaku. Puszysty. I ten kolor! Najlepszy na drugi dzień.



Potrzebujemy:

650 ml puree z dyni*
500 g twarogu quark
1 budyń waniliowy
10 łyżek brązowego cukru
4 łyżki mąki
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Na spód:

50 g masła
5 suszonych daktyli
4 łyżki cukru
3 łyżeczki kakao
1 szklanka mąki
1 jajko
garść migdałów


Rozpuszczamy masło, dodajemy do niego 4 czubate łyżki cukru, 3 łyżeczki kakao, 1 jajko, posiekane migdały oraz daktyle, a także 1 szklanką mąki. Masą wykładamy formę. Wstawiamy do piekarnika w 170C. Podpiekamy ok. 5 minut.

W między czasie do twarogu dodajemy puree z dyni, cukier brązowy (polecam próbować masę i dodać tyle, aby wam pasowało), 1 budyń, 1 jajko, 4 łyżki mąki (chociaż ta ilość zależy też od konsystencji puree, gdy będzie bardziej wodniste polecam dodać więcej, gdy będzie bardziej suche, zredukować ilość). Wszystko bardzo szybko mieszamy. Nie dłużej niż do momentu połączenia składników. Wylewamy na podpieczony spód.

Pieczemy przez 40 minut w 170C na grzaniu górnym i dolnym, bez termoobiegu. Jeżeli nie chcemy przypieczonej góry, polecam przykryć formy folią aluminiową. Następne 20 minut pieczemy w 120C. Studzimy w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach. Najlepiej, gdy ciasto spędzi noc w lodówce przed konsumpcją, ale u nas jedna blaszka i tak nie doczekała tego momentu.


*Jak zrobić puree z dyni?

Dynię kroję w dość grube plastry. Wkłądam do piekarniak nagrzanego do 180C. Piekę do momentu aż dynia nie zmięknie. Następnie oddzielam skórę i nasiona. Miąższ rozdrabniam blenderem. Puree gotowe.  :)
Jadłyście sernik z dynią?

wtorek, 23 października 2012

Yankee Candle, Sugared Apple

Wchodzę do kuchni. Widzę ją lekko pochyloną nad garnkiem.
-Co robisz?- pytam się z uśmiechem.
-A wiesz... chciałam przyrządzić Ci coś dobrego. Dostałam nowy przepis od znajomej.
-A nie będzie tak samo jak ze złocistymi kotlecikami?
-Oj, daj spokój! Pewnie to ja zrobiłam coś źle.
-No tak. Mogłam zapytać się wcześniej skąd masz ten przepis zanim prawie nie zabiłam gości. No ale wiesz, w sumie to sama mogłam się domyślić, że przepis na złociste kotleciki od niewidomej masażystki niekoniecznie musi być dobry. Bo jak ona je robi, to skąd wie kiedy są złociste?
-No coś w tym jest...
-A pokażesz mi co masz w tym garnuszku?- podchodzę, patrzę, myślę -Ale dlaczego topisz w nim kilogram cukru?
-To brązowy, smaczny i zdrowy!
-No fajnie, ale żeby na raz aż tyle?
-Ooo, patrz! Już! Karmel. To co dalej?- tu pojawia się dyskretne spojrzenie w kajecik -No tak! Jabłka!
-A gdzie są? To przyniosę. W lodówce?
-Nie, nie! Trzeba je obrać. Zapomniałam!
-Ty mieszaj dalej, a ja się nimi zajmę. (sięgam po jabłka)
Ale czekaj- są tylko dwa! Dwa jabłka na tyle cukru?
-Daj, dobrze będzie. Będą słodkie! Będzie pysznie, zobaczysz!
-A może dorzucimy szczyptę cynamonu?
-Przecież wiesz, że go nie lubię!

Nic innego mi nie zostało jak obrać te jabłka i wrzucić do kilograma cukru. Co wyszło?



A właśnie wyszło. Wyszedł zapach wosku Yankee Candle Sugared Apple. Mnóstwo cukru. Brązowego, który rozpuszcza się w rondelku. Jabłko też jest. Jedno duże lub dwa małe. Świeżo obierane. Wycinane aż do pestek. Pachnie świeżo. Jednak cukier w tym zestawieniu dominuje. Jabłko czasem się wyłania przełamując ten zapach. Czy jest tu wanilia? Może odrobina cukru waniliowego. Ale dosłownie szczypta. Żałuję, że nie ma tu cynamonu. Jednak kolejną zaletą wosków jest to, że można je mieszać. I tak właśnie zrobię, doprawię ten cukier z odrobiną jabłka cynamonem! Wyjdzie pysznie!

Co ciekawe, zapach mnie nie mdli. A ja słodkie zapachy wolę właśnie w kuchni a poza nią wolę inne  aromaty. Ten zapach jest jednak przyjemny. Co ważne, nie mdli mnie. Żałuję, ze tego jabłka jest tak mało. Co nie zmienia faktu, że kompozycja jest jadalna i przyjemna.

Technicznie- wosk przy krojeniu rozpada się na pyłek, więc radzę go kroić w strunie. Zapach dobrze się unosi po dużym pomieszczeniu, nie wiem czy na małe pomieszczenia nie będzie zbyt słodki.

P.S. Zbieżność sytuacji jest przypadkowa. A raczej jest zlepkiem mojej fantazji pod wpływem zapachu i kilku wspomnień.



piątek, 19 października 2012

Okulary Firmoo Casamia

   Jestem okularnicą od lat. Noszę je w zależności od pogody i nastroju zamiennie z soczewkami.  Niestety, ale ceny oprawek i szkieł są u nas szalone. Jakiś czas temu moje poprzednie okulary niewytrzymały kolejnego już upadku i pękły. Było mi ich szkoda, ale z drugiej strony cieszyłam się, że będę mogła kupić nowe. A wiadomo jak dużo okulary mogą zmienić w wyglądzie. Upatrzyłam model oprawek stacjonarnie jednak ich cena była przerażająca. Pamiętając, że przy poprzednich okularach było tak samo znalazłam taki sam model w sieci i zakupiłam same oprawki. Gdy otrzymałam oprawki udałam się do okulisty i optyka i już na miejscu wmontowano mi odpowiednie szkła. Dlatego gdy otrzymałam możliwość zamówienia okularów w Firmoo <klik> nie bałam się. Moje poprzednie doświadczenia były z takimi zakupami dobre. Wiedziałam jaki kształt mi pasuje i tak szukałam. Wybór padł na te <klik> oprawki, które jak widzę nie są teraz dostępne. Niby klasyczne, ale wybrałam wersję z zielonymi elementami. Czy jestem z nich zadowolona?

   Okulary są czarne, ale mają zielone elementy na wewnętrznej stornie. Co mnie zaskoczyło po odebraniu przesyłki? Po pierwsze to, że zostały dane do nich zapasowe śrubki (Mamo, coś dla Ciebie!) i zestawi narzędzi. Miło. Etui też nie zawsze jest oczywiste. Proste, czarne. Lepsze niż te, które otrzymałam w jednej z sieciówek. Nie wstydzę się mieć go w torebce.


   Następnie dałam okulary do sprawdzenia mojemu mężczyźnie. Popatrzył na detale i stwierdził, że okulary są solidnie wykonane, równe. A także jako zaletę dodał fakt, że ozdobnik, który jest także łączeniem nie jest plastikowy. Zawiasy mimo noszenia ich prawie codziennie od ponad miesiąca cały czas się dobrze trzymają. Obawiałam się, że brak regulacji zauszników może powodować zsuwanie się okularów. Jednak do dziś nie mam takich problemów. Okulary całkiem nieźle się trzymają, jestem w stanie nawet w nich kawałek podbiec. Do uprawiania innych sportów zakładam soczewki.


   Co do samych szkieł to też byłam zaskoczona. Spodziewałam się, że jeżeli tanie to nie będzie dobre. A tu komfort widzenia mam bardzo dobry. Wyraźny. Przeczytałam gdzieś, że Firmoo nie robi okularów z wadą poniżej -2D. No cóż, ja mam niewiele ponad i mam te okulary.


   Nadmienię jeszcze, że okulary zdążyły przeżyć już kilka upadków i nic im się nie stało. To dobrze, bo rzeczywiście je lubię i na czas testów odstawiłam moje poprzednie okulary. Teraz będę nosić je naprzemiennie a i jeszcze jeden model chodzi mi po głowie.


   Mój mężczyzna, gdy zobaczył moje okulary, stwierdził że i on sobie zamówi dodatkową parę. Z pewnością skorzystamy z zamówienia pierwszej pary płacąc tylko za przesyłkę. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ. Sądzę, że opłaca się złożyć to zamówienie, bo koszt to $18.75 co daje ok. 60 zł. Jak widać nie jest to duży koszt, a wybór zarówno okularów korekcyjnych jak i przeciwsłonecznych jest spory. Ja swoją rodzinę, znajomych i was zachęcam, bo jednak za tyle ciężko kupić same ładne oprawki, a o szkłach już nawet pisać nie będę.

   Wspomnę także o tym, że Antonio, który ze mną się kontaktował był bardzo profesjonalny. Gdy zrobiłam błąd w formularzu napisał mi, że chyba coś zrobiłam nie tak. W związku z tym przesłałam mu zdjęcie mojej recepty i wszystko zostało mi objaśnione. Chwali się też fakt, iż otrzymałam wiadomość o wysyłce i numer trackingu, więc mogłam wiedzieć, że oprawki nie zostały wysłane z USA, a z Chin i kiedy u mnie będą.


   Ja jestem zadowolona. I zapewne na parze okularów dla mojego mężczyzny się nie skończy, bo podoba mi się wiele oprawek (np. urocze oprawki z kokardkami).

   Kupowałyście kiedyś okulary przez Internet? Co myślicie o płaceniu tylko za wysyłkę jako o akcji promocyjnej marki? Nie ukrywam, że gdyby nie ta promocja (ja ze względu na działalność blogową zostałam z tego kosztu zwolniona w zamian za napisanie o moich odczuciach) bałabym się na nie skusić. Mając pewne doświadczenie w handlu wiem, że sprzedawca musi być pewny towaru, który sprzedaje, jeżeli jest w stanie zaryzykować   daniem produktu do recenzji, zwłaszcza gdy ryzykuje całkowicie negatywną opinią. Szukałam wręcz na siłę minusów tej akcji, ale nie znalazłam.

czwartek, 18 października 2012

Yankee Candle, Midnight Jasmine

   Za oknem było buro. Niby dopiero początek dnia, a wyglądał jakbym gdzieś go zatraciła. Zrobiłam kawę, doprowadziłam się do ładu i już miałam zasiadać do pracy, gdy czegoś mi zabrakło. Zawróciłam i zrobiłam kilka kroków w stronę szafki. "Hmm, co by tu dziś zapalić?"- wiedziałam, że dziś jest właśnie ten dzień. Wosk Midnight Jasmine sam wskoczył mi w ręce, zaprowadził do kuchni i kazał się pokroić. Nie mogłam mu przecież odmówić... Odpaliłam i zostawiłam na stoliku, samodzielnie rozsiadając się przy biurku. Usiłowałam zebrać myśli i nic. I dalej nic. I nic. Aż tu nagle poczułam, że nadciąga. Siada na ramieniu, łaskocze po nosie. Zaprasza do zabawy. Jak mogłam się nie zgodzić? Poddałam mu się. Czy żałuję tego czynu?


   Tak jak napisałam wcześniej, moja przygoda z zapachem zaczęła się od dość intensywnego zawołania zapachem już przez folijkę. Następnie musiałam dać mu czas, aby sam się rozprzestrzenił. Miałam wrażenie, że wyszedł niczym dżin z lampy. Zagadywał mnie. Wpierw zapytał się grzecznie czy mam ochotę spędzić z nim ten dzień. Gdy tylko zgodziłam się, zawładną mną. Po około 15 minutach zawahałam się, czy nie pozwalam mu na zbyt wiele i chciałam zdmuchnąć świeczkę. Jednak jego obecność była miła. Czułam się lekko odurzona, jednak lepiej zbierałam myśli. Co jakiś czas intensywniej przypomniał o swej obecności. Mocno, ale przyjemnie. Było mi z nim na tyle dobrze, że mimo jego intensywności towarzyszył mi 8 godzin. A i po wygaszeniu miałam ochotę na jeszcze. I gdy go nie ma, czegoś mi brakuje...

   A teraz więcej o samym zapachu. Zdecydowanie nie jest to czysty jaśmin. Podszyty jest czymś jeszcze. Tak, to może być zapach neroli, znany mi z hydrolatów. Próbuję go porównać do Aliena Sunessence EDT Legere, bo takiego jeszcze kilka kropel posiadam. Z pewnością są to podobne zapachy, Alien jednak jest bardziej wirujący i bardziej cytrusowy, wosk bardziej kwiatowy. Jednak są to zapachy w jakiś sposób podobne nie tylko ze względu na jaśmin.

   Polecam amatorkom jaśminu, Aliena Sunessence EDT i osobom, które lubią gdy zapachy je trochę odurzają ;)

wtorek, 16 października 2012

Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, Velvet Lip Colour, C01 Red Butler

   Przenieśmy się w czasie. Lata 40. Hollywood. Wiele znanych twarzy, część już trochę zapomnianych. Na parkiecie widać 3 wyróżniające się damy: Marlene Dietrich, Ingrid Bergman, Katharine Hepburn. Zadbane, eleganckie, starannie umalowane. I właśnie one stały się inspiracją do powstania najnowszej edycji limitowanej Catrice- Hollywood's Fabulous 40ties. Do towarzystwa Catrice zaprosiło Retta Butlera. A dokładniej kolejny już raz zabawiło się słowem i stworzyło pomadkę o nazwie Red Butler, o której dziś chciałabym napisać odrobinę więcej. Ciekawi?


   Opakowanie- dość solidne, ozdobione nadrukiem kwiatów i jeszcze dyskretniejszym, ledwie widocznym nadrukiem z nazwą firmy. Bardzo mi się podoba. Podobne opakowania pomadek wystąpiły w edycji Urban Baroque i w wersji srebrnej w Revoltaire. Z doświadczenia więc wiem, że opakowania te są wytrzymałe i mimo częstego używania wyglądają dobrze, nie łamią się, a i zatyczka dobrze się trzyma (charakterystyczny "klik" po zamknięciu)

 

   Zapach i konsystencja- i tu zostałam najbardziej zaskoczona. Za każdym razem gdy czuję zapach tych pomadek przenoszę się do dzieciństwa i kuferka mamy z pomadkami (już wiem skąd u mnie pomadko- i błyszyczko-maniactwo!). Zapach jest sztuczny, starodawny, odrobinę plastelinowaty. I zostaniemy przy plastelinie na dłużej, bo konsystencja tej pomadki też taka trochę jest. Ta konsystencja jest bardzo ciekawa, ale za to także świetnie rozprowadza się po wargach. 

   Kolor- no i tu w sieci krąży wiele określeń. Jedni piszą, że jest czerwona, inni że różowa. Jak dla mnie jest to czerwień, ale podbita maliną. Oczywiście wszystko zależy też od oświetlenia, w ciemnych pomieszczeniach lub w bure dni jest mocną, ciemną czerwienią z pewnością. W świetle słonecznym uwydatniają się malinowe tony, ale nadal jest to czerwień. Co do wykończenia- tutaj mamy o wiele większy mat niż w przypadku pomadki Rimmel z serii czerwonej Kate o numerze 105. Jest to zdecydowanie mat, ale zdrowy. Napomnę jeszcze, że pomadka z pewnością nie wysusza moich wybrednych ust. Poniżej zamieszam porównanie z błyszczykiem w słoiczku Kobo w kolorze Magical, pomadkami Essence z edycji 50's fever, Circus Cirucus- My Galmmy Acrobat, Vampire's Love- 02 True Love, Eclipse- 01 Lunch At Cullen's oraz tintem The Balm,


   Trwałość- ostatni już aspekt, który spowodował, że ta pomadka z miejsca się stała jedną z moich ulubionych. Potrafi na ustach przeżyć 5 godzin, w tym wypicie kawy i kurs językowy, podczas którego ciągle się mówi. Trzyma się rewelacyjnie! Nie zbiera się w załamaniach, schodzi dość równo jak na tak ciemny kolor. Wiadomo, że stracie z obiadem przegra. Wychodząc wieczorem i idąc na spotkanie ze znajomymi, wiem że o usta nie muszę się martwić, bo wyglądają świetnie. 

 

A jako bonus pokażę ją podrasowaną bezbarwnym błyszczykiem w słoiczku Kobo

   


W którym wykończeniu podoba się Wam bardziej? Według Was jest bardziej różowa czy czerwona?

sobota, 13 października 2012

Łosoś z puree z dyni

   Danie bardzo smaczne i zdrowe. Przyrządzenie zajmuję chwilę i nie potrzeba dużego wkładu pracy. A jaki efekt! No ale przejdźmy do rzeczy. Danie dnia: łosoś podany z puree z dyni z liściem sałaty i pomidorem. Brzmi smakowicie?


   Potrzebujemy do przyrządzenia łososia;

300 g płata z łososia (surowego)
2 plasterki cytyrny
pieprz
ulubione przyprawy
odrobina masła


   Na puree z dyni:

1 kg dynii
1 łyżka jogurtu greckiego
pieprz, ostra papryka


   Z dyni wykrawamy błonkę z pestkami. Dynię kroimy na mniejsze kawałki (mogą być plastry o szerokości ok. 2 cm) i wkładamy do piekarnika (180 C)

   W tym czasie przyrządzamy łososia. Dzielimy go na dwie porcję. Naszą porcję nacinamy na środku i składamy tak, aby skórka była ukryta w środku, a mięso było na zewnątrz. Układamy na folii do pieczenia, przyprawiamy i kładziemy po plastrze cytryny. Zawijamy szczenie. Wkładamy do piekarnika razem z dynią.

   Gdy dynia już się podpiecze i będzie miękka (ok. 30 minut) wyciągamy ją, zostawiając rybę w piekarniku. Rozdzielamy miąższ oddzielamy od skórki. Miksujemy. Dodajemy jogurt i doprawiamy do smaku.

   Wyciągamy rybę.Danie gotowe! Polecam podawać ze świeżymi warzywami!

   Macie ochotę na taki obiad?

piątek, 12 października 2012

Essence, Wild Craft, Brillant Eyeshadow, 03 Mystic Lilac

   Podobnie jak w przypadku jasnego cienia z tej edycji limitowanej, nie będę dziś pisać o jego trwałości czy jakości. Dziś chciałabym pokazać ten cień w zestawieniu z innymi fioletowymi cieniami, które znajdują się w mojej kolekcji. aft.



   Wrażenia z pierwszej aplikacji naręcznej oraz naocznej: cień jest dość bury, ale można budować kolor dodając warstwy. Biorąc pod uwagę jak odmienia się cień Catrice 280 Heidi Plum sądzę, że  na bazie będzie bardzo fajny. Ma dużą domieszkę brązu. Dobrze się rozciera z  cieniem nude z tej limitki. Na bazie Lumene wytrzymały oba cienie 12 godzin w niezmienionym stanie.


   Jednak na powyższych zdjęciach cienie były aplikowane płaskim pędzlem Essence. A teraz zobaczcie jak ten cień wygląda nałożony pacynką. Przy okazji porównałam go do cienia Regal z paletki Au Naturel Sleek'a.

Który najbardziej Wam się podoba?


czwartek, 11 października 2012

Essence, Wild Craft, Brillant eyeshadow, 01 Rosewood Hood

   Kolekcja Wild Craft od Essence wzbudzała wiele emocji już na etapie zapowiedzi. Zazwyczaj cienie  z tej firmy są kiepskiej jakości, jednak swatche naszych zachodnich sąsiadek sugerowały, że teraz to się zmieniło. Co do jakości tego cienia nie mam jeszcze zdania, jednak mogę podzielić się z Wami pierwszymi wrażeniami odnośnie koloru. Postanowiłam porównać go do cienia Inglot DS612 i  rozświetlacza (mojego ulubionego) Mary-Lou Manizer The Balm.


   Wszystkie trzy produkty  doskonale rozświetlają spojrzenie. The Balm stosuję głównie na policzki i pod łuk brwiowy, czasem także jako cień na całą powiekę. Daje on najlepsze rozświetlenie. Nie ma drobinek. Określiłabym jako kolor szampana.

Inglot DS612- ma minimalnie pomarańczowy błysk. Raz na jakiś czas trafi się mikrodrobinka. Daje dość mocne rozświetlenie.

Essence- nudziak, ale z delikatnie baldoróżowymi podtonami. Najmniej błyszczący ze wszystkich trzech. Daje na skórze efekt zdrowego blasku. Nie widzę drobinek.

Powyższe zdjęcie ukazuje cienie nałożone palcem. 


   Niestety, więcej o tym cieniu jeszcze nie mogę napisać. Która z tych trzech propozycji podoba Wam się najbardziej?

niedziela, 7 października 2012

Moja kolekcja Yankee Candle

   Wszyscy się chwalą zakupami ze zniżkami z gazetą InStyle, więc wykorzystam okazję i pochwalę się i ja. Przyznaję, że gazety kupuję tylko dla ich dodatków (chyba, że chodzi o gazetę Menadżer) lub innych benefitów. Tym razem skusiło mnie -30% na Yankee Candle. Więc skoro mowa o zniżkach i o Yankee Candle połączę te dwie rzeczy i zaprezentuję Wam swoją kolekcję. Spokojnie, nie wszystko jest z wczorajszych zakupów ;)



W skład mojej kolekcji YC wchodzą:

kominek:

- zielony podgrzewacz Green Petal

świeczki:

- Witches' Brew (Napar czarownicy), Halloween, średni słój
- Sheer Gardenia, To someone special, mały tumbler

tealight:

- orchard pear (gruszka w sadzie)

samplery:

- spiced orange (korzenna pomarańcza)

woski:

   Po naciśnięciu na nazwę zrecenzowanych wosków (inny kolor tekstu) zostaniecie przeniesieni do ich recenzji. Listę będę uaktualniać wraz z nowymi recenzjami. 
Polskie tłumaczenia są zaczerpnięte ze sklepu zapachdomu.pl, gdzie czasami ciężko wyszukać produkt po oryginalnej nazwie. 

   Recenzja którego zapachu najbardziej was ciekawi?

sobota, 6 października 2012

Rimmel London, Lasting finish by Kate lipstick, 105

Post był edytowany. Na dole postu zostały dodane nowe zdjęcia. 

   Nowe pomadki z serii Kate Moss dla Rimmel zaczynają się pojawiać w Polsce. Wielkim rozczarowaniem był fakt, iż dotarły do nas inne kolory. Numery występujące w Polsce to 101,  102, 103, 104, 105. Ja weszłam w posiadanie dwóch ostatnich. Dzisiejszy post nie będzie recenzją, a opisaniem jedynie pierwszych wrażeń.


Po pierwsze zapach- taki sam jak w poprzedniej kolekcji Kate. Intensywny. Kwiatowy. Zapach, który zaskakuje przy pierwszym kontakcie z pomadką. Może być drażniący. 


Po drugie aplikacja- bajeczna. Pomadka sunie po ustach i już jednokrotne przeciągnięcie nią po wargach daje widoczny i ładny efekt. 


   Efekt na ustach- no i tutaj zaskoczenie. Pomadki były reklamowane jako "Kate matte lipstick collection for a velvety matte finish". Liczyłam, że będzie to pomadka tak matowa jak błyszczyki z Basic czy pomadki z limitowanej edycji Catrice Revoltaire. A tu zaskoczenie. Rimmel zamiast na matowe pomadki postawił  bardziej na aksamite wykończenie. Z pewnością nie otrzymamy tu efektu matowych czy przypudrowanych ust. Jednak to aksamitne wykończenie matu mnie pozytywnie zaskoczyło. Usta wyglądają zdrowo i naturalnie.

   Kolor 105 jest na blogach opisywany jako brązowy. I faktycznie przedstawiając go na tle różowych pomadek jego brązowe nuty zostają podkreślone. W rzeczywistości jest on różem z domieszką brązu. Jest on trochę ciemniejszy i bardziej brązowy niż moje wargi. Jest to kolor wyraźny, ale jednak naturalny i pozostający w harmonii z resztą mojego wyglądu. Wydaje mi się, że ten kolor będzie bardzo uniwersalny. 

   Jeszcze do tego dodam, że pomadka nie wysusza ust i nie podkreśla suchych skórek. Pierwsze próby trwałości także wychodzą na plus. Można pić spokojnie. 


   Moje pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Nawet mimo tego, iż nie jest to mat a aksamit.  A jak wam się podoba? Nie jesteście rozczarowane brakiem absolutnego matu?




UPDATE:

Powyższe zdjęcia były robione w świetle słonecznym, jednak nie na samym słońcu. Pomadka ma mikrodrobinki, które ją wtedy rozświetlają. Poniżej umieszczam zdjęcia jak pomadka wygląda w pomieszczeniu w pochmurny dzień.  Zmienia swoje oblicze. Wspomnę także o tym, że jestem bardzo zaskoczona trwałością. Pomadkę wręcz ciężko z ust usunąć!




LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...