czwartek, 27 grudnia 2012

Hobbit: Niezwykła podróż

   Nie, nie czytałam książki. Tak, widziałam film. Tak, kolejny raz po obejrzeniu filmu cieszyłam się, że nie zaczęłam od książki, a właśnie od filmu. Dziś o filmie chciałabym napisać kilka słów.

www.filmweb.pl

   Film jest długi. Trwa 2 godziny 49 minut. Bardzo lubię "Władcę Pierścieni", więc byłam ciekawa tego filmu. Każdą część ekranizacji trylogii Tolkiena oglądałam bez chwili znudzenia, a nawet przy napisach końcowych zdarzało mi się czuć niedosyt. No cóż, tym razem niezupełnie tak było.
 
Hobbit facebook

   Film jest zrobiony pięknie. Zazwyczaj nie przepadam za filmami w trójwymiarze, jednak tutaj byłam bardzo zadowolona z takiej wersji. Wszystko wyglądało bardzo realnie. Piękno widoków było spotęgowane wrażeniem namacalności. Widoki były równie piękne co we Władcy, ale trójwymiar potęgował to piękno jeszcze bardziej. Przez większą część filmu myślałam, że chciałabym kiedyś być w tak pięknych miejscach (Nowa Zelandio kiedyś przybędę!). Aktorzy grali świetnie i tak też wyglądali. Jakość filmu jest świetna. ładnie widać wszelkie detale, wszystko było świetnie dobrane.

The Hobbit fb

   Hobbit został podzielony na 3 części, rzekomo powodem jest chęć wiernego oddania tekstu literackiego. Ja swoje wiem. Wiem dobrze, że chodzi tu o pieniądze. Film momentami się ciągnął. Pewne wątki, dialogi były aż za bardzo rozbudowane. Wolałabym aby pewne rzeczy były pominięte i film składał się z 2 części maksymalnie. Jednakże cieszę się, że widziałam ten film. Jeżeli macie 3 godziny wolnego czasu, możecie poświęcić je na obejrzenie tego filmu. Jednak zalecam kino, aby móc się nacieszyć tą jakością.

http://forum.cdaction.pl

   Wybieracie się na Hobbita?

środa, 26 grudnia 2012

Yankee Candle, Christmas Rose

   Christmas rose jest tłumaczone jako Świąteczna róża. Przeprowadziłam małe śledztwo i dowiedziałam się, że istnieje roślina nazywana Różą Bożego Narodzenia. Ciemiernik biały jest tak nazywany, ponieważ kwitnie właśnie w tym okresie. Od momentu tego odkrycia zaczęłam inaczej podchodzić do tego wosku. Wcześniej trochę się tego zapachu obawiałam. Bo co ma róża do świąt? Później zaczęłam sobie przypominać, iż roślina ze zdjęcia nie jest mi całkowicie nieznana. Chyba gdzieś miałam okazję już ją spotkać, co jest bardzo prawdopodobne, bo jest ona w Polsce uprawialna. Zapach pamiętam jak przez mgłę, ogrodnik ze mnie marny, wiec też nie mam pewności, czy dobrze zapach pamiętam. Moja ciekawość sięgała zenitu. Przyszła więc pora, aby się z woskiem zapoznać. Jaki był tego efekt? Czy jest to kolejny trafiony zapach?


  To był ciężki dzień. Marzysz o kąpieli w wannie wypełnionej gorącą wodą i pianą. Jednak co zrobić gdy masz tylko prysznic? Nic prostszego! Weź ciepły koc, miękką poduszkę i zapal Christmas Rose. Zamknij oczy. Poczujesz się jak w luksusowej wannie pełnej gęstej piany pachnącej różami. Pomieszczenie jest piękne, skąpane w świetle świec. Ładnie udekorowane sosnowymi gałązkami. Zapach jest przyjemny, wypełnia całe pomieszczenie. W odróżnieniu od zwykłej kąpieli- zapachem możesz rozkoszować się wiele godzin. Zapach jest intensywny, relaksujący, uspakajający.  Kolejnym atutem takiej wonnej kąpieli jest fakt, że woda nigdy nie będzie zimna, piana nie osłabnie, a zapach będzie intensywny przez wiele godzin.



    Zdradzę wam, że ten zapach na tyle mnie odpręża, że zakupiłam kilka wosków na zapas, zwłaszcza, że obecnie jest w promocji. To kolejny z wosków, który bardzo polecam. Zwłaszcza osobom lubiącym długie wylegiwanie się w wannie, w gęstej pianie pachnącej różami.

wtorek, 25 grudnia 2012

Yankee Candle, Apple & pine needle

   Święta trwają w najlepsze. Mam nadzieje, że jest to dla Was szczęśliwy czas i tego Wam właśnie życzę. Przez ostatnich kilka dni pewnie wiele z Was miało całą masę przygotowań, tak jak ja. Dziś, już wszystko jest zrobione i należy tylko celebrować ten czas. Jednak chciałabym przedstawić pewien zapach, który według producenta ma pachnieć świątecznie. Jak dla mnie on pachnie? Jak zawsze postaram się opisać ten zapach pewną krótką historyjką, wspomnieniem. Pewnie ten post byłby bardziej na miejscu kilka dni temu, jednakże wcześniej nie miałam czasu, aby o nim napisać. A bardzo mi zależy, aby ten zapach pojawił się tutaj. Ciekawych zapraszam do poniższego tekstu. :-)



   Przygotowania do świąt idą pełną parą. Coś się piecze, coś się gotuje. Ale i dom wymaga przystrojenia. Nie idę na strych. Kartony z ozdobami leżą już w salonie. Przywołują miłe wspomnienia. Delikatnie dotykam białego kartonu w złote gwiazdki i uśmiecham się do wspomnień. Pamiętam, gdy pierwszy raz stroiliśmy choinkę tymi bombkami. Była brązowa, była czerwona, złota i piękna butelkowozielona, wszystkie w półmacie. Ooo, kolejny karton. Ciekawa jestem czy są tam jeszcze te drewniane, czerwone krasnale, które zawsze wieszamy na suchych gałęziach? Oh, tak! Są! I sztuczne, plastikowe jabłuszka. Ile one już mają lat! Ooo, są też złote prezenciki na choinkę. I atłasowe kokardki! Tyle wspomnień! Choinki jeszcze nie ma. Obcuję z tymi ozdobami. Dotykam je z pewnego rodzaju namaszczeniem. Pachną wspomnieniem świąt. Przeszłością. Ubiegłorocznymi szyszkami, jakimiś wysuszonymi pojedynczymi igiełkami, które przypadkowo trafiły do kartonów. Mają w sobie też zapach tych wieloletnich kartonów.

   Zapach pachnie świętami. Jednak nie takimi z moich wyobrażeń- czyli nie znajdziemy tu ciasta, świeżego drzewka. Ale takimi, które już dawno przeminęły, wywietrzały. Nie mam nawet pewności czy ubiegłorocznymi. Jestem zrelaksowana, uśmiechnięta. Ten zapach ma w sobie kurz, ma tajemnicę. Pachnie tradycją ubierania choinki z tatą. To z pewnością jeden z moich faworytów. Z przyjemnością będę do niego wracać nie tylko w grudniu.

Technicznie: zapach jest intensywny, nadaje się do dużych pomieszczeń. Następnego dnia palenie wosku nie jest konieczne, ponieważ nadal króluje w pomieszczeniu.

niedziela, 23 grudnia 2012

Jak ozdobić dom na Święta?

   Święta. Milion gadżetów. Wiele z was pewnie się głowi w ostatniej chwili jak przyozdobić dom. Część ma pewnie wszystko już zrobione. W sklepach jest cała masa przeróżnych figurek, zabawek, podkładek i innych cudeniek mających budować klimat. Co może pomóc stworzyć atmosferę Świąt?


1. Lampki choinkowe zawieszone przy oknach.
2. Na szafce/komodzie rozkładamy girlandę z czerwonymi kokardami, białymi lampkami choinkowymi, stawiamy świeczki i szklane przedmioty, aby odbijały światło.
3. Do przeźroczystej bombki wkładamy lampki choinkowe (na zdjęciu już gotowa bombka), bombkę wkładamy do szklanego naczynia.
4. Patrz pkt. 2
5. 6. Girlanda bez światełek i ze światełkami, zawieszona na oknie lub na pustym fragmencie ściany.
7. Proste, nowoczesne "choinki", wystarczy kupić i postawić np. na podłodze.
8. Różnego rodzaju krasnale, Mikołaje czy inne świąteczne figurki postawione na parapetach, stolikach czy regałach.
9. Prosty wieniec. Świeczka w towarzystwie sztucznych lub prawdziwych iglaków. Przyczepiamy kokardki, malutkie bombki lub jakiekolwiek inne ozdoby świąteczne.
10. Świeczniki a koło nich brokatowe renifery, które pięknie odbijają światło.
11. Świeczki, Nie może ich zabraknąć. Na zdjęciu Ikea.
12. Suszone liście trawy, pomalowane srebrnym sprayem. Zaczepiamy na nie lampki choinkowe i bez żadnego schematu przyczepiamy spinacze np. z wizerunkiem Św. Mikołaja.

   Oczywiście nie zapominamy o choince i jemiole.

   Na zdjęciu jest tylko część świątecznych ozdób, każda z nich reprezentuje pewną kategorię ozdób, które tworzą ten klimat.

Dekorujecie swoje domy, mieszkania, pokoje?

środa, 19 grudnia 2012

Yankee Candle, Christmas Tree

   Kolejna Świąteczna propozycja Yankee Candle, kolejna nawiązująca do zapachu świątecznego drzewka. Czy pachnie poszukiwaniem drzewka? Ubieraniem? A może przywołuje na myśl wspomnienie wypoczynku na kanapie i widoku już ubranej choinki?


   Choinka została już przyniesiona do domu. Kilka razy została poprzestawiana, ale trafiła na idealne miejsce. Zostały zawieszone na niej także lampki, jednobarwne. Wygląda już tak pięknie! Jednak nie może na niej zabraknąć słodkości. Przysiadłam na rogu kanapy, tak aby napawać się jej widokiem. Zaczęłam mocować sznureczki do lizaków lasek w kolorowe paski. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła czy są smaczne. Mmm, lekko eukaliptusowe, bardzo słodkie.

   I tak właśnie pachnie Świąteczne Drzewko Yankee Candle- sosną i eukaliptusowymi, bardzo słodkimi cukierkami.

   Zdecydowanie nie przywodzi mi na myśl odświeżacza do toalet ani innych tego typu produktów. A często wybieram tego typu produkty.

   Wieszacie lizaki na choince?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Ciasto cynamonowe

Ciasto powstało przypadkiem. Miały być bułeczki, jednak zabrakło mi chęci do lepienia ich. Pod ręką pojawił się też słoik z dżemem. Ciasto jest pyszne. Najlepsze jeszcze na ciepło. Doskonałe do kawy, dobre jako śniadanie. Może zrobię je na Święta?
 


Potrzebujemy:

600 g mąki pszennej
100 g cukru +150 g cukru (najlepiej brązowego)
szczypta soli
21 g suchych drożdży
100 g masła +150 g masła (najlepiej zmrożonego)
400 ml mleka
2 jajka
cynamon
dżem z czarnej porzeczki


   Mąkę, cukier (100g), sól i drożdże mieszamy. Masło (100g) rozpuszczamy, mieszamy z mlekiem i jajkiem. Wlewamy do suchych składników. Mieszamy do uzyskania jednolitej, sprężystej masy. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na 30 minut.

   Wykładamy pierwszą warstwę ciasta.. Tarkujemy (lub kładziemy plastry) masło na nią, posypujemy cukrem (najlepiej brązowym) i obficie cynamonem. Wykładamy kolejną warstwę ciasta i smarujemy dżemem z czarnej porzeczki (można pominąć). Wykładamy kolejną warstwę ciasta i ponownie kładziemy masło, cukier i cynamon. Nakładamy ostatnią warstwę ciasta, bardzo cienką. Posypujemy brązowym cukrem.

   Przykrywamy i odstawiamy na 15 minut. Pieczemy w tremepraturze 230C 30-40 minut

sobota, 15 grudnia 2012

Znalazła się właścicielka prezentu!

   W Mikołajki napisałam Wam, że Mikołaj zostawił u mnie prezent. Poszukiwania trochę trwało. 4 osoby rozpoznały w nim swoją własność. Każda z biorących osób wykazała, że mnie obserwuje, a część wykonała także inne kroki, abym uwierzyła, że to właśnie jej prezent. Detektor wykazał, iż Mikołaj zostawił osobie, której pseudonim widnieje na czarnym polu. Jest nią:



   Bello, serdecznie Ci gratuluję. Proszę, prześlij mi adres do wysyłki (wszystkocomniezachwyca@gmail.com). 

Wszystkim dziękuję za udział. 



piątek, 14 grudnia 2012

Yankee Candle. Happy Christmas

   Przygotowania do szczęśliwych świąt idą pełną parą. Kobiety w kuchni, mężczyźni na zakupach lub biegają i kończą wieszanie lampek dookoła domu. Jeszcze jest dużo czasu, ale i dużo do zrobienia. Do  Wigilii został jeden dzień. Robię coś w kuchni, jednak myślami jestem w innym miejscu. Nie skupiam się na zapachach.



-No gdzie on jest! Dwie godziny, a on ciągle lata po tych sklepach! Przecież tyle jest choinek, to żaden problem wybrać jedną z nich! No a ze sklepu miał przywieźć tylko kilka drobnych rzeczy!
-Spokojnie. Zapomniałaś, że w takie dni jak dzisiejszy w sklepach są gigantyczne kolejki? Przecież wszystkim wszystko się kończy...
-No tak! Racja. Ale mógłby już wrócić. Tyle jeszcze roboty. Miał powiesić lampki w pokoju na górze, ale nie zdążył rano. I trzeba jeszcze dzisiaj odśnieżyć, a także ubrać choinkę. A, i iść na strych i znieść ozdoby...

   <rozlegają się kroki i stuknięcie drzwiami>>

-Jak dobrze, że już jesteś. A gdzie choinka? W garażu, muszę ją zdjąć z bagażnika..
-A czym Ty tak pachniesz? Czyżbym czuła żurawinę? Chyba jej nie zjadłeś?! Miała być do ciasta!
-Eeee... ykhm! No zjadłem. Ale spokojnie kupiłem jeszcze trzy paczki.

   <po czym wszyscy poczęstowaliśmy się kwaśną żurawiną>

   Zapach jest lekki. Nie ma dużej siły rażenia. Z pewnością producent się nie pomylił ze słowem happy w nazwie. Zapach jest wesoły, radosny. Choinka? Owszem jest, ale bardzo daleko. Kwaśna żurawina gra pierwsze skrzypce. Wolałabym, aby zapach był mocniejszy, jednak z pewnością trafia na listę zapachów, które lubię.

EDYCJA: Zapach ma dużą siłę. Był zapachem, który wybrałam na Sylwestra. Pachniała nim cała klatka schodowa (jeden kominek 1/3 wosku), a także całe mieszkanie (1/3 wosku, drugi kominek). Najwidoczniej wcześniej do kominka wkładałam zbyt małą ilość.

środa, 12 grudnia 2012

Balea, Bodymousse Himbeere, malinowy mus do ciała

   Kolejny kosmetyk, który trafił do mnie od Kasi. O zachwytach nad żelem pod prysznic z tej samej serii pisałam niedawno. Czy ten balsam tak samo mnie zachwycił? A może wręcz przeciwnie? Może mnie zraził konsystencją, zapachem i działaniem? Bo jednak w przypadku balsamów czy musów do ciała oczekuję czegoś więcej niż zapachu? Ciekawych odpowiedzi zapraszam do lektury niniejszego postu.


   Skoro jako pierwszą wymieniłam konsystencję, o niej napiszę także jako pierwszej. Producent nazwał produkt musem, jednak ja się z nim do gońca się nie zgodzę. Jak dla mnie to raczej jogurt. Malinowy, a jakże. W przepięknym różowym kolorze. W kolorze jogurtu malinowego z rozgniecionymi malinami, ale bez ich kawałków, czyli dokładnie tak jak lubię. Wygląda tak apetycznie, że po zdjęciu foli zabezpieczającej miałam ochotę pójść do kuchni i go zjeść. Ba, miałam ochotę wsadzić tam paluszek i spróbować czy jest tak samo dobry jak wygląda. No cóż, nie ryzykowałam, chociaż zapanowanie nad tym pragnieniem było trudne. Jakiś znak ostrzegawczy na wieczku by się przydał.

   Efektu wizualne były spotęgowane zapachem. Zapach podobny do żelu, jednak bardziej kwaskowaty. Przyjemnie malinowy, nie mdlący. Poezja. Doskonałe uzupełnienie żelu. Jak kupować, to najlepiej w duecie.


   Mimo tego, że mam suchą skórę, nie przepadam za smarowaniem się po myciu (a robię to do max. 5 po zakończeniu czynności) balsamami. Zapach i konsystencja w tym przypadku pomagały mi to robić z przyjemnością. Jednak jak było z jego działaniem? Balsam nawilżał, dobrze się rozprowadzał. Skóra dość szybko pożywiała się tym musem. Nawilżenie było widoczne, ale nie oszukujmy się, spektakularnie to on nie nawilżał. Ale od tego mam cięższą artylerię w postaci olei i mocniejszych balsamów.

   Zapach na skórze utrzymuje się dość długo. W sam raz do pokrzątania się chwilę po domu przed zaśnięciem.

   Miał tylko jedną wadę. Otóż, nie raz podczas odkręcania wypadł mi z rąk. Z uwagi na konsystencję kończyło się to dość sporą ilością sprzątania.

   Podsumowując: polecam!

   Lubicie zapach malin w kosmetykach? Znacie jakieś malinowe kosmetyki?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Figs & Rogue, Aloe & mint

   O balsamach Figs&Rogue słyszałam wiele. Nina Dobrev, Emma Watson i wiele, wiele innych pięknych kobiet w wywiadach podawało te produkty jako swoje ulubione. Moją chęć potęgował fakt, że nie są one dostępne na wyciągnięcie ręki (no ostatnio już jest lepiej, bo w Polsce są dostępne w sklepach internetowych) oraz to, że są w 100% organiczne. Gdy Lili likwidowała swój sklepik, kupiłam 3 sztuki. Dziś będzie o pierwszym z nich, największym- balsamie, który łączy w sobie aloes i miętę.


   Lubię puszeczki. Duże, małe, okrągłe, kwadratowe. Lubię rzeczy ładne. Z pewnością opakowanie wpisuje się w moje upodobania. Dwa odcienie zieleni, biel, odrobina czerwieni i czerni. Prosto, ale też  ładnie. Wypukłe litery z nazwą producenta. Jeden minus- zamknięcie. Za pierwszym razem myślałam, że pójdę po większy sprzęt, bo żadnym sposobem nie mogłam dostać się do środa, ale z pomocą przyszła mi pomocna, męska dłoń. Niestety pudełeczko już się dobrze na powrót nie zatrzaskuje. Zakrętka trzyma się dobrze, ale czułabym się bezpieczniej, gdyby może były jakieś zabezpieczenia przed otwarciem.

   Po otwarciu zastał mnie widok białej mazi z lekką skórką na wierzchu. Naturalny produkt. Nie zraziło mnie to. Zapach do najprzyjemniejszych też nie należy. Wolałabym, aby był bardziej miętowy. No ale to nie perfumy. Przywykłam do zapachów naturalnych produktów, więc mnie to nie zraziło. Aczkolwiek nie nazwałabym tego zapachu ładnym.

   Masełko ma konsystencję zależną od temperatury otoczenia. Jednakże gdy jest twarde, szybko pod dotykiem paluszka się rozpuszcza. Jest też wydajne.


   Produkt ten najczęściej jest polecany do ust, ale producent zaleca aplikację produktu także na twarz, ręce i jako balsam do ciała. Co do ostatniego, to no cóż, tylko na wybrane partie, bo najzwyczajniej szkoda by było zużyć ten balsamik raz dwa. Na twarz też doraźnie, po jest trochę zbyt tłusty. Ale! Ale to jest doskonały produkt do zabezpieczania nosa, obszaru twarzy między nim a ustami i samych ust podczas przeziębienia. Gdy w czasie przeziębienia przypomniałam sobie o tej małej puszeczce szybko się nią wysmarowałam. Ależ to byłą ulga! Czułam się ukojona, usta na powrót stały się miękkie i nawilżone. Przestałam odczuwać spękania! Także kolejne przykładanie chusteczek nie było mi straszne, bo miałam barierę ochronną, która dość długo się utrzymywała. Takich efektów nie zauważałam stosując produkt w zwykłe dni. Z pewnością do Blisstexu i Carmexu mu daleko. Jednak w czasie choroby największą ulgę przynosiło mi stosowanie właśnie tego masełka. Dopiero teraz je doceniłam.

   Zazwyczaj produkt ten używałam jako krem do skórek. I tu z jego działania byłam zadowolona. gdybym ja jeszcze robiła to regularnie to miałabym piękne skórki!

   Dopiero teraz doceniłam jego działanie. Może nie jest to ideał do codziennego używania, ale jako niezbędnik w damskiej kosmetyczce powinien znaleźć swoje miejsce.

sobota, 8 grudnia 2012

Yankee Candle, Soft Blanket

   Gdy pogoda nas nie rozpieszcza lubię skryć się z książką (a raczej czytnikiem), ogromnym kubkiem kawy, herbaty lub gorącej czekolady, przykryć się mięciutkim kocykiem i poczytać. Gdy pomyślałam, że mógłby temu towarzyszyć zapach tego właśnie kocyka, pomyślałam, że będzie idealnie. Długo czekałam na odpowiedni dzień, aby Soft Blanket był idealnym towarzyszem. Czy tak było?



   Chciałabym napisać, że wszystko zgrało się idealnie. Że czułam się ciepło i bezpiecznie. Że mimo paskudnej pogody odczuwałam ciepło. Że mój polarowy kocyk tak pachnie. No cóż, nie tym razem. Historyjki też nie będzie. Zapach jest z pewnością ciepły i na swój sposób słodki. Czy czysty? Z pewnością nie w sensie świeżo wysprzątanego domu. Zabrakło mi też puszystości. Jednak nie jest to kulinarna słodycz, bardziej kulinarne są drobne znaki cytrusów, bardzo możliwe, że limonek. Zapach przyjemny, jednak bez szaleństw. Ja bym tego wosku nie poleciła, jako jednego z pierwszych wosków YC. Zapach jest ładny, jednak ja drugi raz go nie kupię. Nie jest to moja kategoria zapachowa. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Ho, ho, ho! Mikołaj przyszedł i zostawił coś dla Was!

   Byłyście grzeczne? A może byłyście tak (nie)grzeczne jak ja, że przemiły Pan przyniósł wam prezenty? A może nie był to Mikołaj lecz Gwiazdor? Schował pod poduszką czy wsadził do buta? U mnie był! I był na tyle miły, że obdarował nie tylko mnie, ale i Was! Zostawił coś w złotym kartoniku! Co to jest? Co to jest? Dla kogo Mikołaj przyniósł tę paczuszkę?



   Jeżeli masz ochotę rozpieścić swoje włosy na Wigilię lub Sylwestra szamponem Alicna Royal (tu moja recenzja) napisz mi dlaczego Mikołaj zostawił tę paczkę właśnie dla Ciebie (niestety zapomniał jej podpisać!). Bardzo chętnie będę pośredniczyć w jej przekazaniu. Forma przekazu dowolona. Mikołaj weźmie pod uwagę 20 najciekawszych odpowiedzi, a pośród nich zrobi losowanie. Podczas tego losowania będą brane pod uwagę dodatkowe punkty, które zostaną zamienione na losy.. Punkty się sumują za:

1. Czy podzieliłaś się wiadomością o rozdaniu (wraz ze zdjęciem)- na blogu w notce (+4 punkty), pasku bocznym (+1 punkt)  lub facebooku (+1 punkt)
2. Masz mnie w blogrollu (+2 punkty)
3. Lubisz mnie na facebooku (+1 punkt)

   Powyższe warunki są opcjonalne. Warunkiem koniecznym jest bycie publicznym obserwatorem bloga oraz udzielenie odpowiedzi na pytanie dlaczego ta paczka należeć powinna do Ciebie.

4. Osoby, które najczęściej do tej pory tu komentowały otrzymują 2 dodatkowe punkty są to: 9thPrincess(13) Alieneczka(12) Bella(88) Ev(12) Hexx ana(17) Karola(18) Karotka(21) Marti(68) Nena(25) Ola(19) Pink Caster Sugar(14) Una(12) Wdowa Po Stalinie(14)  dzolls(24) elle(13) karminowe.usta(22) katarzyna.marika(15) simply_a_woman(31) zoila(76)

   Wszystkich chętnych zapraszam do udziału w tym rozdzaniu do piątku 14.12.2012 roku. Zwycięzca zostanie ogłoszony najpóźniej 17.12.2012 roku, a przesyłka zostanie niezwłocznie nadana, aby zdążyła dojść przed świętami.

Proszę o zgłoszenia w jednym komentarzu tylko pod tą notką w schemacie:

Obserwuję jako:
Notka na blogu: TAK/ NIE link
Pasek boczny: TAK/NIE link
Blogroll: TAK/NIE link
Facebook: nazwa
Dlaczego do Ciebie powinien trafić ten prezent? 


Jeżeli jest to inna forma odpowiedzi niż pisemna, proszę o nadesłanie jej na maila wszystkocomniezachwyca@gmail.com, a w ostatnim punkcie o zaznaczenie, iż została ona przesłana e-mailowo.

Zgłoszenia w innym formacie nie będą brane pod uwagę.

Wiadomość dla osób ciekawych pochodzenia nagrody: szampon jest całkowicie nowy i świeży. Jest on moją wygraną w konkursie na stornie internetowej www.tomaszimny.com. Z racji posiadania zbyt dużego zbioru a także magicznego czasu jakim jest grudzień chciałabym, aby ktoś z was mógł wypróbować ten szampon. Mam nadzieję, że zwycięzca będzie z niego tak samo zadowolony jak ja. 


Edit. Z racji, ze jeszcze nikt się nie zgłosił. Postanowiłam wprowadzić zmianę w regulaminie, aby zwiększyć szansę osób, które nie chcą spełniać dodatkowych wymagań.

wtorek, 4 grudnia 2012

Pomysł na śniadanie lub deser: kasza manna z masłem orzechowym i dżemem z czarnej porzeczki

   Dziś chciałabym podzielić się z wami z pomysłem na śniadanie lub smaczny deser. Kasza jest niedoceniana, najczęściej kojarzona z mlekiem dla dzieci. Jednak kto powiedział, że nie można jej jeść także w późniejszych latach? Wiele nie potrzeba, a posiłek będzie syty. Można zjeść na ciepło lub na zimno, ja wolę na zimno.



   Potrzebujemy (na 2 porcje):
2 szklanki mleka
3 łyżki kaszy mannej
1 łyżkę masła orzechowego
1 łyżkę cukru trzcinowego (można dodać więcej lub mniej, w zależności od upodobań i słodkości dżemu)
1 łyżkę dżemu z czarnej porzeczki

   Z 2 szklanek mleka odlewamy pół szklanki. W tej połowie mieszamy kaszę, a resztę doprowadzamy do wrzenia. Gdy zawrze dodajemy roztwór kaszy i cukier. Gotujemy przez 7 minut na małym ogniu.
Dodajemy masło orzechowe i mieszamy. Rozlewamy do miseczek oraz dodajemy dżem. I gotowe! Gdy odstawimy na kilka godzin do lodówki stężeje.

   Lubicie kaszę?

niedziela, 2 grudnia 2012

Ulubieńcy listopada

   Chętnie podczytuję na innych blogach takie podsumowania, więc pomyślałam, że fajnie będzie gdy i ja takie zrobię. Zamierzam robić takie podsumowanie co miesiąc. Ale nie przeciągajmy zbyt długo :) Jeżeli jesteście ciekawe, co najczęściej gościło w zeszłym miesiącu na mym licu, zapraszam do dalszej lektury. ;) Jednakże zacznę od drugiej połowy miesiąca, w której najczęściej sięgałam po:


   chusteczki... Niestety. Aby załagodzić skutki zużywania ich szybszego niż zużywanie wody musiałam wytoczyć cięższy sprzęt. Nigdy nie myślałam, że naturalny olejek herbaciany może zdziałać takie cuda! Gdy jednego dnia obudziłam się z bolącymi pęcherzami nie myśląc długo sięgnęłam właśnie po niego. No cóż, nie powiem, że nie bolało. Bolało i to jak cholera! Ale jestem w stanie cierpieć dla tego efektu. Następnego dnia, był już strupek. Goiło się bardzo szybko. Jest genialny i nie dopuszczę, aby zabrakło go w mojej kosmetyczce.


   Niestety, ale olejek wysusza, więc musiałam sobie jakoś z tym radzić. Krem do rąk z Biedronki bardzo dobrze się sprawdzał do nawilżania ust i obszaru pomiędzy nimi i nosem. Także sięgałam często po masełko Figs & Rogue. Choroba pomogła mi przekonać się do tego produktu. Więcej o nim napiszę na dniach.


   W pierwszej części miesiąca sięgałam codziennie po kosmetyki kolorowe. Jednakże z racji na wiele spotkań, musiałam mieć makijaż delikatny. Mimo mojej wcześniejszej niechęci do Inglota przekonałam się do nich na tyle, że inne cienie poszły w odstawkę, a mój zbiór się szybko powiększył. Jestem także bardzo zadowolona z wosku do brwi tej samej firmy. Na policzkach jak zawsze królowało The Balm. Z uwagi na wymóg delikatnego makijażu wybierałam róże Frat Boy lub Down Boy, konturowałam twarz bronzerem Bahama Mama. Gdy mogłam bardziej poszaleć próbowałam nauczyć się obsługi Benetintu Benefitu. Marry-Lou dawała zbyt duże rozświetlenie, więc do łask powrócił puder Translucent Glow Physicians Formula, który oswoiłam za pomocą pędzla Essence z edycji limitowanej Wild Craft. Co do pędzli- bardzo polubiłam też zakrzywiony pędzel do eyelinera firmy Manhattan, który dostałam od Dzollsa . Kreski malowałam też kajalem Essence w kolorze Taupe me. Inna kredka, znana jako "podnośnik" Catrice służyła mi częściej do malowania linii wodnej. Rzęsy tuszowałam kuleczką L'oreal. Na twarzy najczęściej gościł podkład mineralny polskiej firmy Pixie. W weekendy sięgałam też po  Balm Shalter The Balm.

Znacie te kosmetyki? Może po niektóre z nich też sięgacie? Lubicie czytać o ulubieńcach miesiąca?


sobota, 1 grudnia 2012

I mnie diabeł skusił...

   Broniłam się przed tym kilka lat. Często słyszałam, że nie żyję, bo mnie tam nie ma. Nigdy nie było mi to potrzebne. Od pewnego czasu czułam narastającą chęć wkroczenia w to miejsce. Stało się. Od dziś zamieszkałam także na facebooku. Gdybyście mieli ochotę być ze mną także tam, zapraszam:


   Sądzę, że będą pojawiały się tam zapowiedzi przyszłych postów, a także to, co moim zdaniem, jest zbyt drobne by napisać o tym całą notkę właśnie tu. Chciałabym, aby konto na fb było uzupełnieniem bloga, a także możliwością większego kontaktu z wami.

Z racji powiększenia tego wirtualnego poletka, na blogu przybyły nowe gadżety:


Jak podchodzicie do fb?




piątek, 30 listopada 2012

Yankee Candle, Christmas Cupcake.

   Idę ulicą. Jest zimno. Na nowo odkrywam drogę, którą dobrze znam. Czuję chłód, myślę o kubku gorącej kawy. Rozglądam się po sklepowych witrynach. Mijam jeden sklep, drugi, trzeci i kilka kolejnych. Aż w końcu widzę coś nowego. Przeszklona witryna, a za nią piękne babeczki. Nie, nie muffiny, bo mają więcej ozdób na nich. Ależ urocze! I jest taka, która wygląda jak bałwanek. Piękny. Prosty, ale piękny. Tak sobie myślę, że może mają tu też kawę i do tej kawy zamówię sobie taką babeczkę. Ma milion kalorii, ale przecież raz się żyje! Sprawdzę czy dobre. Wchodzę, lekko się ślizgam po kafelkach, ale w końcu zbliżam się do mojego celu. Wyciągam rękę iii... i to nie babeczka! To pięknie zapakowany błyszczyk. Szkoda. Ale natura kosmetykomaniaczki się we mnie odzywa i gra z rozsądkiem, że przecież taki gadżecik mogłabym przygarnąć skoro wpadł już w moje łapki. No dobrze, pomacam testerek i pomyślę. Rozchylam bałwanka a tam słodki ulepek. Może i odrobinę babeczkowy, ale do ideału mu daleko. Jest słodko, bardzo słodko i trochę mdło. No cóż, nie pójdę z nim do domu. Bałwanek stoi w witrynie, a ja idę dalej. Kawa będzie taka jak zazwyczaj, bez babeczki. Ale to i lepiej!



   Długo myślałam jak opisać ten zapach. Moje święta i wypieki pachną całkiem inaczej. Nie czuję tu domowego ciepła, a właśnie taką sztuczną słodycz, która wabi z wystawy, a przy bliższym poznaniu okazuje się nie warta tych kilku złotych. Sam zapach jest intensywny, jednak na mnie wrażenia nie robi.

czwartek, 29 listopada 2012

Virtual, Fashionmania, 182 Royal Blue

   Jakiś czas temu będąc w Biedronce zauważyłam lakiery. Przeszłam obojętnie. Takich razów było kilka. Za którymś razem ujrzałam piękny kolor. Takiego w swojej kolekcji nie miałam. Spojrzałam na cenę i stwierdziłam, że wezmę. Zwłaszcza, że jak do tej pory nie miałam lakieru firmy Virtual. Czy był to dobry zakup?


   Lakier kilka dni poleżał, aż w końcu stwierdziłam, że pora się z nim zmierzyć. Wyciągnęłam go z blistra (bardzo podoba mi się taki amerykański sposób pakowania kosmetyków, wtedy mam pewność, że nikt nie zrobił sobie z niego testera) i przystąpiłam do malowania paznokci bez pozytywnego nastawienia. I jakież było moje zaskoczenie! Pędzelek wręcz sam malował i nawet ładnie udało mi się położyć lakier. Jedna warstwa była absolutnie wystarczająca. Szybko wyschła, dołożyłam drugą warstwę tylko z przyzwyczajenia. Wow! Efekt niesamowity.


   Lakier nosiłam z czystą przyjemnością, na moich mocno rozdwojonych paznokciach bez uszczerbków (a przy ciemnym lakierze przecież takie są bardzo widoczne) przez 5 dni bez żadnego lakieru nawierzchniowego! Nie spodziewałam się tego po nim.  No i jeszcze fakt, że kolor jest identyczny jak w buteleczce i sam z siebie pięknie lśni... Ja niczego więcej nie wymagam.

   A poniżej mały tuning- dołożyłam lakier Color Club Jingle Jangle z kolekcji Beyond the Mistletoe, który pokazywałam już tutaj.


Używałyście lakierów Vritual?

wtorek, 27 listopada 2012

Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 104

   Recenzja tej pomadki miała pojawić się już daawno temu. Jednak jakoś się nie składało. A pomadka jest tego zdecydowanie warta, więc biegnę ze swatchami jej na ustach dopóki trwa promocja w Rossmanie. Porównanie kolorów na dłoni opublikowałam kilka dni wcześniej, tych którzy jeszcze nie widzieli i tych, którzy chcą sobie przypomnieć zapraszam tu <klik>.


   Rozpisywać się nie będę, bo mam o niej taką samą opinię jak o pomadce z tej samej, czerwonej serii Kate, o numerze 105 <klik>. Bardzo lubię pomadki z tej serii, jak już wiele razy wcześniej wspominałam. Na poniższych zdjęciach mam usta wymęczone chorobą a i tak pomadka się na nich dobrze prezentuje.  Mimo wszystko, aplikacja jest bardzo przyjemna i nie czuję nawet w czasie choroby dyskomfortu. Ale z pewnością nie nawilża, aczkolwiek nikt tego nie obiecywał.


   Kolor jest bardzo naturalny. W zasadzie jest to jedna z pomadek, którą na szybko wrzucam do torebki i wiem, że mogę jej użyć przy każdym ubiorze i makijażu. Usta wyglądają naturalnie, co jeszcze jest podkreślone przez jej matowe wykończenie. Gdy mam ochotę, dodaję im błysku przez nałożenie na nią bezbarwnego błyszczyka KOBO w słoiczku.


   Jej minusem jest zapach. Jest bardzo intensywny. W zasadzie to mi się podoba, jednak wiem, że dla wielu osób może być to bariera ciężka do przeskoczenia.

Skusiłyście się na pomadki od Kate? Które lubicie najbardziej?

sobota, 24 listopada 2012

Film: Księżna (The Duchess)

Właśnie rzuciłam okiem na program telewizyjny i zobaczyłam, że dziś TVP1 15 minut po północy serwuje nam świetny film pt. Księżna. Proponuję pójść zaparzyć kawę i zarwać noc lub obejrzeć go w dogodnym czasie korzystając z zalet darmowych filmów w sieci (np. na vod TVNu).



   Ale komu on się spodoba? Fanom dramatu kostiumowego a także aktorskiego talentu Keiry Knightley. Zachęcić może też fakt, że jest to historia oparta na prawdziwej historii kobiety z rodu Spencerów (tego samego co księżna Diana).

   Akcja zaczyna się w 1774 roku w Anglii. Georgiana Spencer jest młoda i beztroska. Ma pierwszą miłość, jednakże także doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to od jej zamążpójścia zależy jej przyszłość. Gdy otrzymuje propozycję od księcia Devonshire uradowana ją przyjmuje. Niestety, życie szybko weryfikuje jej wizję małżeństwa. Zaciska zęby i stara się sprostać oczekiwaniom męża. Cóż, nagle sytuacja się zmienia na tyle, że jej miejsce zajmuje jej najlepsza przyjaciółka, a księżnej pozostaje tylko się temu przyglądać. Jej rola jest jedna- urodzić dziedzica. Jednakże Georgiana długo nie dawała się złamać, brylowała na salonach, była ulubienicą tłumu, (ba!) udzielała się politycznie.

   Historia pokazuje dramat kobiet, to ile są w stanie zrobić dla dzieci. I że czasem trzeba wybrać mniejsze zło. Ale czy Georgiana dokonała dobrego wyboru? To pozostawiam waszej ocenie, ale chętnie przeczytam jakie jest wasze zdanie na ten temat.

   Film ogląda się z dużą przyjemnością. Pokazuje on wiele emocji. Gra aktorska także jest bardzo dobra. Hrabia nie jest przerysowany, młody kochanek zachowuje się jak właśnie młody kochanek. Do karykatury tu daleko. Moim zdaniem, to faktycznie dobry film. Całości dopełniają piękne kostiumy (za co film dostał m.in. Oskara).

   Jeżeli jeszcze nie śpicie, lubicie dramaty historyczne, kostiumowe romanse idźcie po kawę :)


Ważna informacja dla śpiochów- dzisiaj powtórka! TVP 1, godzina 21:15. Za informację bardzo dziękuję Pink Caster Sugar! 

piątek, 23 listopada 2012

Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, porównanie 101, 102, 104, 105

   Z racji tego, że w moim zbiorze brakuje tylko jednej z pomadek z czerwonej serii Kate Moss dla Rimmel zaprezentuję Wam porównanie kolorów 101, 102, 104, 105. Mam nadzieję, że okaże się ono pomocne :) Zwłaszcza, że pomadki są świetnej jakości.



Moim zdaniem:

101- jasny róż, dość klasyczny
102- mocniejszy róż, ciemniejszy

O kolorze 105 był już osobny post. Na dniach postaram się wstawić zdjęcia pozostałych kolorów. Powyższą listę będę uaktualniać i gdy będzie podświetlona na inny kolor, naciśnięcie na dany opis będzie przenosiło do jej recenzji.  A tymczasem swatche na łapce:

czwartek, 22 listopada 2012

Rossman obniżka 40% na kolorówkę- moje łupy

   Chyba nie ma osoby, która by nie wiedziała, że od dzisiaj w Rossmanie jest obniżka 40% od cen regularnych na całą kolorówkę. Na wielu blogach można zobaczyć cudowności, które dziewczyny nabyły na tej promocji. Idę za ciosem i pokazuję swoje :)



-Maybelline, Color Tatto, 45 Infinite White
-Maybelline, Color Tatto, 40 Permanent Taupe
-Rimmel,  Match perfection, cream gel foundation, 100 Ivory
-Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 101
-Rimmel, Lasting finish by Kate lipstick, 102

   O cieniach w kremie myślałam od dawna, jednak czekałam na dobrą cenę, a z pomadek w kolorach 104 i 105 <klik> jestem tak zadowolona, że od początku wiedziałam, że zbiorę więcej tych pomadek. 

   A Ty co upolowałaś?

środa, 21 listopada 2012

Zapiekanka z zupą cebulową

   Natykałam się na ten przepis co jakiś czas. Gdy natknęłam się w jednym z marketów na cebulowe zupki w proszku chwyciłam dwa opakowania z myślą o tym daniu. No cóż, jednak do realizacji nie podeszłam od razu. Gdy nadszedł ten dzień, wyciągnęłam jedną torebkę i zaczęłam w głowie odtwarzać przepisy. Mięso można pominąć, jednakże mój Mięsożerca nie lubi, gdy w obiedzie go brakuje, postanowiłam je dodać. Spokojnie więc można je pominąć. Danie jest sycące, na tyle dobre, że następnego dnia powtórzyliśmy przepis z drobnymi zmianami i danie też wyszło dobre. Poniżej przedstawię obie wersje obiadu.



Potrzebujemy:

Mały kubeczek śmietany 32%
opakowanie zupki cebulowej
250g łazanek
500 g piersi kurczaka, filetów, pokrojonych
pieprz, ostra papryka
4 plastry sera żółtego
kawałeczek masła
garść prażonego słonecznika

Pierwszego dnia wysmarowałam naczynie żaroodporne masłem, na dno wysypałam nieugotowany makaron, na to położyłam mięso, przesypałam pieprzem i ostrą papryką, polałam śmietaną wymieszaną z zupą. Podlałam wodą.

Drugiego dnia mięso doprawiliśmy mocniej- łyżką ketchupu barbecue, ostrą papryką, pieprzem, podsmażyliśmy. Makaron podgotowałam (połowa zalecanego czasu). Ponownie formę wysmarowałam masłem, wsypałam makaron, położyłam mięso i zalaliśmy śmietaną wymieszaną z zupką. Nie dodałam wody. Ale dodałam garść prażonego słonecznika

Za każdym razem trzymałam w piekarniku w 200C przez 40 minut. Po tym czasie całość przemieszałam. A następnie położyłam ser i zapiekłam. Obie wersje były bardzo dobre, jednak mi bardziej pasuje wersja pierwsza, bo mniej po niej zmywania i przygotowanie jej zajmuje mniej czasu.

Sanie jest syte i smaczne. Polecam!

wtorek, 20 listopada 2012

Frugo żelki

   Pamiętam Frugo z dzieciństwa. Charakterystyczny guziczek na srebrnym kapslu i smak czarnego Frugo. Przez wiele lat ich nie było. Na rynek powróciły wraz z linią innych produktów. Gdy w sklepie zobaczyłam żelki, musiałam wrzucić do koszyka wszystkie dostępne w nim smaki. A wieczorem odbył się ich test.  ;)



Na temat smaków nie muszę się rozwodzić. Najlepszym opisem będzie stwierdzenie, że smakują tak samo dobrze jak napoje. Nie są mocno słodkie, a nawet są trochę kwaśne. Bardzo dobre. Bardzo mi się też podobają "komiksy" umieszczone na opakowaniach.


Lubicie żelki? Jakie są wasze ulubione?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Yankee Candle, Spiced Orange, sampler

Usiadła koło mnie z małym nożykiem. Koło niej stała misa wypchana pięknymi pomarańczami. Takimi z grubą skórką.

-Ooo, obierasz pomarańcze!
-Yhym- powiedziała, po czym jej wzrok znowu powędrował w stronę misy z owocami. WYbrała jedną dużą sztukę, z nienaganną skórką.
-Ależ ładne Ci się trafiły! Jak już obierasz sobie to może i mnie byś mogła poczęstować?
-Ale ja nie obieram ich.
-Jak to nie?! To co będziesz robić. No, daj mi kawałek, przecież wiesz jak nie lubię obierać ich ze skórek. A Ty i tak pobrudzisz ręce...
-W zasadzie to chciałam zrobić świąteczne ozdoby. Ale dobrze, obiorę jedną dla nas i zjemy razem.- Sprawnie obrała owoc, podzieliła na cząstki i wysunęła mokre dłonie w moją stronę. Szybko wsadziłam kuszący owoc do ust i wtedy to poczułam. Była pyszna. Soczysta, jędrna ale i przyjemnie kwaśna. Dokładnie taka jaką lubię. Gdzieś w oddali stała też miseczka przypraw, którą ona specjalnie przygotowała do ozdoby pomarańczy. Delikatnie czułam jej zapach, jednak pomarańcza go zdominowała. Czy stała gdzieś w pobliżu szklanka coca-coli? Może i owszem, ale nie miało to dla mnie znaczenia.


   A co do samego samplera- nie kupiłabym go, bo wcześniej czytałam, że są one o wiele słabsze od wosków. No i nie wiem co tu napisać, bo wosk z tej serii został już wyprzedany (jest to zapach miesiąca), a bardzo chciałam poznać ten zapach. Siła rażenia była duża. Nawet krótkie palenie wystarczyło, aby sampler swoim zapachem wypełnił cały duży pokój. Ja nie mam żadnych zastrzeżeń.

sobota, 17 listopada 2012

Dom cudzych marzeń

   O Philippie Gregory na blogu nie raz już pisałam. Z pewnością należy ona do moich ulubionych autorek. Gdy udało mi się dotrzeć do książki pt. "Dom cudzych marzeń" z wielką chęcią czekałam na każdą chwilę, którą mogłam poświęcić na czytanie. Czy ta książka także jest warta polecenia? Już po pierwszych stronach wiedziałam, że tak! Dlaczego? O tym poniżej.


   Tym razem nie jest to książka, której akcja dzieje się setki lat temu. Nie ma tu intryg dworskich, a za to jest życie codzienne młodej mężatki. Ruth i jej mąż kochali siebie oraz swoją pracę. Rodzice Patricka byli dobrymi teściami. Pokochali swoją synową. Zdobyli jej miłość i zaufanie. Ruth czuła się szczęśliwa, kochana a także miała poczucie tego, iż dla teściów nie jest tylko synową, ale także ukochaną córką. A może była to tylko gra pozorów?

   Teściowie chcieli pomóc młodemu małżeństwu i na nową drogę życia kupili im mieszkanie. Piękne, w dobrej okolicy.Takie, na które długo młodego małżeństwa by nie było stać. Niedzielne obiady u teściów. Dyskretna teściowa, która się nie wtrąca. Mile spędzany wspólnie czas. Podczas jednej z cotygodniowych wizyt Patrick poinformował, iż dostał awans. Zbiegło się to z możliwością zakupu pięknego, lecz trochę starego domu nieopodal wspomnianych już teściów. Gratka. Dom o posiadaniu którego marzyła cała rodzina Ruth. Ale nie ona. Jej było dobrze w obecnym mieszkaniu. Miała blisko do pracy i czuła się w tym miejscu dobrze. Niestety, nie powiodło się jej tak dobrze jak mężowi i straciła ukochaną pracę. Cóż za doskonała okazja by przenieść się na wieś!

   Z racji tego, iż to teściowie kupili dom, sprzedali go i pomogli parze kupić wspomniany wcześniej dom. Dom marzeń. Ruth zaszła w ciążę. Nie była na to gotowa. Jednakże pokochała to dziecko. Wszyscy się nią czule opiekowali. Na tyle, że to Teściowa wybierała i kupowała wykładzinę, tapety i firany. Ruth starała się do porodu przygotować, chodziła na zajęcia, dużo czytała. Mąż coraz więcej pracował. Ale pod opieką teściowej ciężarna kobieta nie czuła się samotna.

   Nastąpił dzień porodu i wszystko poszło nie tak. Dziecko narodziło się poprzez cesarskie cięcie, a później nie chciało przyjmować pokarmu matki. Była to niezwykle ciężka sytuacja dla świeżo upieczonej matki. Mimo, iż kochała syna, nie czuła tego, że to jej dziecko. Teściowie byli blisko Pomagali. Za dużo. Nikt nie zauważał, że niemowlę nie przesypia nocy, a matka całą noc spędza z nim i jest wykończona. Mąż twierdził, iż dziecko budzi się w nocy tylko raz. Oczywiście, wspominał  o tym mamusi. Dziadkowie stwierdzili, ze matka nie potrafi się zajmować własnym dzieckiem. I po części tak było. Ruth była bardzo nieszczęśliwa. Popadła w depresję, którą młody lekarz źle zdiagnozował. Przepisał silne antydepresanty. Ruth popadła w uzależnienie.

   Teściowie dla "dobra dziecka" zafundowali synowej wczasy. Wczasy w ośrodku dla osób uzależnionych i psychicznie chorych, Tam Ruth, dzięki kompetentnemu lekarzowi i innym pacjentom zrozumiała, iż dla teściów zawsze będzie tylko żoną ich syna, nigdy córką. Jednak wciąż była im wdzięczna za to, co dla nich zrobili.

   Jednakże Ruth się zmieniła, dojrzała, stała kobietą. Zakończenie mnie bardzo zaskoczyło- "Jak to?! Już? Eeee, mam pół książki? Co dalej?"- takie myśli mi krążyły po głowie. Liczyłam na dalszy rozwój akcji. 371 stron upłynęło mi zbyt szybko, a samego zakończenia się nie spodziewałam.

   Książka jest o walce z teściami- o męża, dziecko, o miłość. O dojrzewaniu porzuconej dziewczynki, której utrata w przeszłości bliskich osób, rzutowała na jej relacje w dorosłym życiu. O poznawaniu samego siebie. O bezgranicznej miłości do wnuka, zachłannej miłości. O depresji po porodowej. O trudach macierzyństwa i małżeństwa. O domu cudzych marzeń.




czwartek, 15 listopada 2012

Biedronka, Aril, Bamboo Aqua Breze

   Sieć Biedronka na przestrzeni ostatnich lat się bardzo zmieniła. Od procesu związanego ze złym traktowaniem pracowników do marki znanej i lubianej. Jednakże w pewnych kręgach wciąż jest uważana za sklep dla plebsu ;). No cóż, lubię tam czasem zajrzeć... Bardzo często można tam nabyć produkty markowe w doskonałych cenach (jak chupa-chupsy po 45 groszy). A czasem i produkty robione przez znanych producentów pod marką własną tego marketu. Przy mojej ostatniej wizycie było tam dostępnych wiele rzeczy służących do dbania o dom. A że lubię, gdy w moim domu pachnie skusiłam się na odświeżacz do pomieszczeń o zapachu bambusa. Czy był to dobry zakup?


   Zapach jest bardzo ładny. Ciężko mi stwierdzić czy to bambus. Zapach świeży. Zdecydowanie przyjemny. Sądzę, że jest na tyle neutralny, że można go użyć przed przyjściem gości. Jest to zapach z kategorii zapachów czystych.


    Jednak ma wielką wadę- trwałość, a raczej jej brak. Przykładowo, rozpylam go w kibelku, który jest malutki. Nie oszczędzam produktu, bo butelka zawiera 500 ml produktu, który rozpyla się delikatną mgiełką. Po 25 minutach nie ma już po nim śladu. Pryskałam nim też ręczniki i tam także długo nie zagościł. Na kanapie też się nie przyjął. Z przyjemnością zużyję tę butelkę, bo zaraz po rozpyleniu pachnie ładnie i maskuje przykre zapachy. Jednakże to, że zapach nie trwa dłużej dyskwalifikuje go przed ponownym zakupem. 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Balea, Lovely Raspberry, malinowy żel pod prysznic

   Balea. Podoba mi się ta nazwa. Kosmetyki tej firmy też. Zwłaszcza, że są tanie i dobre. Niestety, nie jest tak uroczo i w Polsce nie są dostępne stacjonarnie. Dawno już w DM nie byłam, ale mam jeszcze kilka swoich zapasów. Jednakże Kasia przywiozła z wakacji małe, malinowe coś i tym czymś postanowiła się podzielić. Szczęśliwie żel i balsam trafiły w ręce moje i pewnego podbieracza. Dziś chciałabym podzielić się z wami moimi wrażeniami odnośnie żelu, bo dobiłam dna.


   Zacznę od wydajności. Żel był stosowany przez dwie osoby dwa razy dziennie (chociaż sięgaliśmy też po inne specyfiki czasem) przez ponad 2 miesiące (nawet 2 i pół). W związku z tym, mogę śmiało stwierdzić, że żel jest wydajny.


   Co dla mnie ważne- nie przesusza też skóry. Ale tym razem muszę napisać, że te zalety tym razem nie mają znaczenia. Ten zapach jest obłędny! Kojarzy mi się z malinową mambą, jednakże jest trochę mniej słodki. Jest to zapach "radosny", którego użycie wywołuje uśmiech. Uwielbiam zaczynać z nim dzień, bo mnie budzi i orzeźwia. Ten sam dzień także z nim lubię kończyć, bo mnie relaksuje. Jest idealny. Ciekawy ma też kolor- jest to intensywny odcień różu, jednak ze sporą ilością fioletowych tonów (w sztucznym świetle, jakie mamy w łazience).


   Czy polecam? Szalenie! Żałuję, że nie mam następnej butelki w zapasie. 

wtorek, 6 listopada 2012

For Every Body, Gingerbread

   Świece For Every Body są obecnie dostępne w sieci TK MAXX. Lubię tam zaglądać. Lubię też zapachy świąteczne. Obwąchując różne słoje trafiłam na dwa zapachy, które bardzo mi się spodobały- maślane ciasteczka i gingerbread. Z racji tego, iż zależało mi na tym, aby świeca kojarzyła się ze świętami, wybrałam wersję pierniczkową. Wielkim ćwiczeniem silnej woli było trzymanie jej w domu bez możliwości odpalenia jej. Ale gdy świeca trafiła już we właściwe ręce, mogłam ją palić do woli. Czy było to przyjemne?


   Pierwsza próba odbyła się w towarzystwie dwóch dam i jednego dżentelmena. Zapaliłam świecę po wielogodzinnej i męczącej podróży. Tlił się także kominek. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, a ja co chwila zastanawiałam się czy mój nos coś czuje. Po pewnym czasie poczułam delikatną woń ciastek cynamonowych. Jednakże był to zapach jak przez folię, ledwo wyczuwalny. No cóż, kominek i zapach prawdziwego drewna przyćmił świeczkę, jednak i pomieszczenie było bardzo duże (salon z otwartą kuchnią, jadalnią i korytarzem). Po pewnym czasie i moi towarzysze zaczęli wyczuwać zapach. Ale jak dla mnie było to zbyt mało. Obwiniętą świecę w folię zabrałam już do zamkniętej przestrzeni, jednak wciąż dużej. Świeca się tliła, a ja wyszłam do innego pomieszczenia. Po powrocie do pokoju poczułam ją. W zasadzie już przed uchyleniem drzwi czułam delikatny zapach.

   Otworzyłam drzwi i poczułam święta. Ciepłą, magiczną atmosferę. Miałam wrażenie, że już mamy grudzień, za oknem leży metr śniegu a ja mam na wszystko czas. Miałam poczucie wolności, czystego umysłu. Zdecydowanie poczułam się zrelaksowana. Świeca jest bardzo mocna, nasycenie powietrza w pokoju mającym ok. 25m2 to dla niej żaden wyczyn. Zapach czuć dokładnie i intensywnie. Ale wracając do opisu samego zapachu, muszę przyznać, że nie jest to zapach piernika kętrzyńskiego. Jak dla mnie są to bardziej niemieckie pierniki, pieczone na długo przed świętami, które muszą leżakować w metalowej puszce, aby mogły osiągnąć najlepszą konsystencję i smak. Z pewnością świeca ma wiele wspólnego ze skandynawskimi piernikami (amatorzy pepperkakor znajdą tu podobny, ale nie taki sam zapach).  Świeca jest bardziej puchata, mniej ostra, ale do naszych katarzynek jej daleko.

   Co do spalania się świecy muszę przyznać, że wygląda to dobrze. Wosk rozpuszcza się prawidłowo, jednak pozostaje go trochę w rogach, dlatego obwijanie świecy folią jest bardzo przydatne. Sama świeca jest pokaźnych rozmiarów.

Polecam!

środa, 31 października 2012

Yankee Candle, Witches' brew (napar czarownicy)

   Dziś Halloween. Od kilkunastu dni na blogach można znaleźć propozycje odnośnie makijażu, słodkości czy sposobu pomalowania paznokci na ten dzień. U mnie Halloween też dziś będzie. Ale pod postacią zapachu.



   Czarny słoik z białym nadrukiem przyciąga wzrok. Widziałam też, że ta "buźka" przyciągnie uwagę mojego mężczyzny. Zapach po uchyleniu wieczka też go zaintrygował. I szczerze pisząc, była to jedyna świeca, która przyciągnęła jego uwagę i spowodowała, iż chciał mi ją pokazać. Świeca wróciła z nami do domu.

   W domu przyszedł czas na pierwsze palenie, drugie i wiele następnych. Mogę śmiało napisać, że to nasz ulubiony zapach nie tylko na Halloween. Ale właściwie jak ona pachnie?

   Wyobraźcie sobie, że zwiedzacie malutki zameczek. Zanim wyjdziecie z opuszczonego korytarza na dziedziniec czujecie charakterystyczny zapach starych murów, trochę wilgotnych i mających pewną historię. Może przeciskała się nim kiedyś czarownica? Nie Baba Jaga, nie zielarka. Ale kobieta, która musi się ukrywać. Mieszkać w opuszczonych ruinach bo jest wyklęta ze społeczności, chociaż wielu i tak korzysta z jej umiejętności. Naparu nie czuję. Ale zapach ten rysuje mi właśnie wspomnianą powyżej czarownicę. Stojącą w kącie, zgarbioną. Dopiero myślącą nad naparem. W koło jest dużo kurzu, jednak nie wierci on w nosie. Jest też wiele pajęczyn. I cisza. Pachnie niedozwoloną magią. A wszystko to dzieje się w ruinach malutkiego, opuszczonego zameczku.

   Jeżeli szukacie nietuzinkowego zapachu, lubicie zapach paczuli lub chcecie urozmaicić także zapachem wieczór Halloweenowy. Nam świeca będzie towarzyszyła jeszcze długo.

wtorek, 30 października 2012

Skyfall

   James. James Bond. Agent 007. 50 lat przygód Jamesa. Martini, wstrząśnięte, nie mieszane. Kobiety, gadżety. Agent specjalny. Od kilku dni mamy przyjemność (a może i nie?) ujrzenia go w kolejnej akcji. Odgrzewany kotlet czy dobry film?


   Film zaczyna się jak wiele innych filmów akcji. Trochę przepychanek, prędkość, piękna kobieta. Później mamy długi wstęp, ba, jak dla mnie teledysk Adele. Tak sobie pomyślałam, że to musiał być intratny kontrakt, skoro puszczono całą, zdaje się, piosenkę i jeszcze podpisano, iż wykonuje ją Adele. Nie narzekam, było na co popatrzeć, posłuchać też było miło.

   Nie musieliśmy też długo czekać na Heinekena, o którym było głośno od dawna. Tak proszę państwa, James lubi także wypić browarka. A gdy pije Martini nie wypowiada już jego nazwy. Bo jak już mowa o reklamach, to lokowanych produktów jest cała masa. O Sony wie każdy przedszkolak, ale także ukryty Starbucks na spodzie kubka Q [edit. to jednak nasze oczy nas oszukały i uwielbienie dla ich kawy], Land Rover i wiele innych. Reklama dźwignią handlu. Jednak nie był to obiad u Zimińskich (gdzie główną rolę przy obiedzie grała Coca-Cola), ani dom Boskich, w których wszystko jest z Ikei, a zakupy robione tylko w Almie. Ogółem, reklamy są i to w dużej ilości, ale nie przeszkadzają. Raczej mogą być dodatkową rozrywką rodzinną. Można urządzić konkurs, kto więcej ich wypatrzy.



   Gdy jesteśmy przy produktach, warto poruszyć temat gadżetów. Kim byłby Bond bez nich? Czy udałoby mu się wykonać misję bez małych cudeniek? Film ten pokazuje, że ciężko już jest nadążyć za myślą techniczną i wymyślić gadżet, który by na widzach zrobił wrażenie. Scenarzyści postawili na przeszłość. Czy dobrze na tym wyszli? Oceńcie sami wybierając się do kina.


   Do kina nie miałam ochoty pójść. Było zimno, mokro, padał śnieg. Ale już po pierwszych 10 minutach filmu wiedziałam, że było warto. Z przyjemnością spędziłam prawie 2 i pół godziny. Fabuła miała ręce i nogi. A ujęcia, zwłaszcza miast, były doskonałe. Były także momenty, gdy salę kinową zalewała salwa śmiechu. Mój werdykt: jeden z lepszych Bondów. nie żaden odgrzewany kotlet. Czekam na następne.

   A wy widziałyście już najnowszego Bonda? Podobał Wam się? A może dopiero się wybieracie?

niedziela, 28 października 2012

Essence, Wild Craft, 02 Out of the forest

   Kolekcja Wild Craft Essence celnie trafiła nie tylko w te kolory, które lubię ale także w te, w których wyglądam dobrze. Nie odmówiłam więc sobie tego pięknego lakieru. Kolor bardzo uniwersalny, pasujący do wielu moich jesiennych ubrań. Czy był to dobry zakup nie tylko pod względem koloru?


   Kolor- khaki, błotniste. Wykończenie błyszczące. W zasadzie kryje jedna warstwa, jednak nie zawsze jedna warstwa daje się równo nałożyć. Jednak jeżeli chodzi o aplikację to jest to lakier trochę zbyt gęsty (ale nie tak jak jego fioletowy brat) co utrudnia dokładną aplikację. Kolor bardzo jesienny, spokojny ale ładny. Ma w sobie pewien urok.


   Co do trwałości- pierwszego dnia, w miejscach gdzie miałam mocno rozdwojone paznokcie- odpadł wraz z fragmentami paznokcia. Czy było to winną lakieru ciężko mi powiedzieć, pewnie raczej stanu paznokci. Dałam mu drugą szansę i domalowałam jeszcze jedną warstwę. W takim stanie trzymał się kolejne 2 dni. I już natychmiastowo nadawał się do zmycia. Kolor jest piękny i będę go używać, jednak drugi raz bym go nie kupiła ze względu na trwałość.


   Byłybyście w stanie przymknąć oko na trwałość i kupić go dla tego koloru?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...