środa, 30 listopada 2011

pierwszy KISSBOX listopadowy

    Czytając zagraniczne blogi można się natknąć na pudełka z niespodzianką. Za granicą ma je chociażby Douglas. U nas powoli wchodzą one na rynek, wiele firm reklamuje się, że już rusza, ale to właśnie Kissboxowi udało się jako pierwszemu dostarczyć przesyłki (jeżeli się mylę proszę o sprostowanie).

    Byłam bardzo ciekawa jaki poziom będzie reprezentował. Czy warto kupić Kissboxa? Pudełko otwierałam z aparatem w rękach, więc kolejno pokazuję jak wygląda.

   Odbierając przesyłkę z rąk kuriera pomyślałam "w końcu". No cóż, na paczkę trzeba było długo czekać, co mi się bardzo nie podobało. Nie podobało mi się to, że mimo, iż zapłaciłam zaraz po złożeniu zamówienia musiałam czekać, aż wszystkie wpłaty dotrą i wszystkie boxy zostanę sprzedane w następnej turze (bo niektóry się pomylili kupując pudełka w szale, gdy się pojawiły bo długim czasie wyczekiwania). Moim zdaniem nie powinno być tak, że ten kto pierwszy zapłacił musi czekać równie długo jak osoba, która z wpłatą się ociąga. To nie są prezenty, a zakupiony towar. No i informacja o takim sposobie wysyłki została podana późno. Także fakt, iż paczka doszła ostatniego możliwego dnia nie wpływa na pozytywną ocenę działalności teamu. Ja rozumiem, że to ich pierwszy raz, że to w większości młodzi ludzie, ale przepraszam bardzo, to nie AISEC tylko działalność gospodarcza, więc jako konsument mam prawo pomarudzić.
 
   Samo pudełko nie zachwyca, jest ładne, ale nie piękne. Jego wadą jest to,że przy bliższym przyjrzeniu widać iż w prawnym górnym roku tusz od czerwonych ust trochę rozmazał (że to tusz widać przy bliższych oględzinach), z daleka wygląda na brudne palce. No ale nie pudełko się liczy, prawda?

   Zapakowanie przedstawia się już lepiej- Wpierw mamy cienką bibułkę, a pod nią siateczkę. O, to mi się podoba. Nie można jeszcze zapomnieć, że całość jest przewiązana kokardką, która przytrzymuje załączony liścik. Z pierwszej strony dowiadujemy się, że jesteśmy w wyjątkowym gronie 300 posiadaczek Kissbox'ów. Autorzy wyrażają pragnienie, abyśmy razem stworzyli coś więcej niż tylko pudełko z kosmetykami, abyśmy stworzyli coś wyjątkowego... Także otrzymuję propozycję podzielenia się opinią, ale no cóż, jedynie na FanPagu, czyli na Facebooku, prawda? No cóż, nie mam, więc podzielę się tutaj.
 
    Z drugiej strony "listu" mamy wypisaną zawartość pudełka oraz ich cenę za określoną pojemność. I to jest przydatne. Jeszcze tu nadmienię, że cieszę się, iż nie są to pospolite marki, wcześniej znałam tylko markę Mollon Cosmetics, ale jej nie używałam


    Po dostaniu się już do miniatur poczułam ładny zapach pomarańczy- to olejek do kąpieli i masażu. Troszkę pobrudził pod spodem bibułkę. No trudno, niewiele. Ale za to przywitał mnie piękny zapach. Uwagę przyciągnęło małe pudełeczko z peelingiem- akurat na próbę- 1 użycie pewnie. trochę mało. ładnie zapakowana próbka kremu mnie zawiodła. Bo co można powiedzieć po takiej ilości? Że ładnie pachnie? Że się dobrze rozprowadza? Nic więcej. A jeszcze w liściku jest sugerowane by stosować go rano i wieczorem.. Dobrze, że chociaż do tak małej próbki jest przymocowana duża karteczka ze składem, bo jeszcze bym ją (próbkę) przegapiła.. Ostatnią rzeczą, którą rozpakowałam jest lakier firmy Mollon. Chciałam już dawno je przetestować, jednak kolor jaki otrzymałam średnio do mnie pasuje. No cóż, użyje i się przekonam. Ale szkoda, że nikt o preferencje kolorystyczne się nie pytał...

   Podsumowując sama nie wiem co myśleć. To długie czekanie, odwlekanie, dostarczenie ostatniego możliwego dnia mnie zniechęca. Zawartość? Z połowy rzeczy jestem zadowolona, a jedna mnie śmieszy, że się tam znalazła (krem do twarzy). No i brak mailowej informacji. Nie każdy korzysta z facebooka i ma ochotę śledzić ich stronę. Czy wysłanie zbiorowego maila do wszystkich w bazie to tak wiele? No ale są też tego dobre strony- o paczce można zapomnieć i mieć niespodziankę ;) O taki prezent dla samej siebie.

   A co Wy myślicie? Skusiłyście się? Jak wam się podoba taka zawartość?

Zaznaczam, że są to przemyślenia "na gorąco" paczkę dostałam niespełna godzinę temu.

wtorek, 29 listopada 2011

OPI, Malaysian Mist

    Szukacie nudziaka? Lakieru idealnego na rozmowę kwalifikacyjną albo do pracy, w której nie można poszaleć z kolorowymi lakierami? Ja w końcu znalazłam.

    Kolor- zależny od warstwy, po pierwszej warstwie uzyskujemy "zdrowo" wyglądające paznokcie. W sumie nie widać, że mamy je pomalowane. Są ładnie błyszczące. Lakier nie zawiera żadnych drobinek.


    Aplikacja- marzenie. Konsystencja idealna, nie jest ciągnący ani nie jest zbyt lejący. Nie smuży, pięknie wygląda już po jednej warstwie. Po 2 mamy bardziej wyraźny kolor, jednak wciąż delikatny i nie rzucający się w oczy. Efekt po trzeciej warstwie jest ukazany na moich zdjęciach. Ja jestem zachwycona. Na środkowym zdjęciu mam paznokieć rozdwojony do połowy. Lakier pięknie to zakrył.

   Trwałość? Równie dobra, po 4 dniach miałam lekki odrost. Lakier nie popękał. Dłużej nie nosiłam, bo tęskniłam za bardziej wyraźnym kolorem. Powiem jeszcze, że można się obejść zarówno bez lakiery podkładowego jak i top coatu.


  Pierwszy raz po latach znalazłam lakier idealny, jeżeli chodzi o naturalnie wyglądający róż. Mogę tylko polecić. Mi udało się go kupić na targach za zawrotną cenę 16 złotych, ale uważam, że jest wart swojej drogeryjnej ceny (ok. 50 zł). Duża butelka (15 ml), którą nie wiem czy można zużyć w całości w ciągu przepisowych 24 miesięcy od otwarcia.

   I jak Wam się podoba? A może macie go już w swoich zbiorach?

poniedziałek, 28 listopada 2011

Biały sos z Da Grasso (czosnkowy)

   Mój ulubiony sos. Doskonale pasuje zarówno do pizzy, zapiekanek jak i kanapek i szybkich przekąsek.

Potrzebujemy:

4 łyżki majonezu (najlepszy Kętrzyński lub Kielecki)
4 łyżki śmietany 18%
2 duże lub 4 małe ząbki czosnku
bazylia
dużo oregano
szczypta cukru pudru (może być i zwykły cukier)

   Do miseczki nakładamy śmietanę i majonez. Dodajemy przeciśnięty czosnek, cukier puder i zioła. Mieszamy i odstawiamy na dobę do przegryzienia. Można już wcześniej go jeść, ale po dobie smakuje najlepiej.

   Lubicie sos czosnkowy?



niedziela, 27 listopada 2011

Catrice, Big city life, Ultimate Nail Lacquer, Berlin i Sydney

    Bardzo lubię lakiery Catrice. Zwłaszcza za wykończenie- bez drobinek, lśniące. Te takie też są więc nie będę o nich zbyt dużo pisać. Kolory są fantastyczne. kryjące przy jednej grubej warstwie lub 2 cienkich. Nie smużą, a aplikacja jest bardzo przyjemna, same rozprowadzają się po płytce. Na moich paznokciach trzymały się 3 dni, przegrały  z godzinnym moczeniem na basenie. Urzekły mnie także ich buteleczki, proste, ale z charakterystycznymi budynkami danego miasta.
       Na zdjęciu trzy palce mam pokryte kolorem o nazwie Berlin i jeden w kolorze Sydney.
   Jeżeli lubicie takie kolory, polecam. A śpieszyć się trzeba z zakupem, bo to limitowana edycja. Skusiłyście się na jakiś produkt z tej limitowanej edycji? 

sobota, 26 listopada 2011

Essemce, Vampire's Love,róż w żelu

    Co do zakupu tego produktu nie byłam przekonana z dwóch powodów. pierwszym z nich był fakt, iż nigdy wcześniej nie miałam różu w takiej formule (ale to też zachęcało do testów) oraz z powodu obaw przed kolorem. Skoro udało mi się go dostać, postanowiłam przetestować co to za cudo. Zwłaszcza, że był on powszechnie chwalony. O jak wypadł ten test? Czy trudności w zakupieniu tego produktu potęgowały jego legendę?

    Od razu zaznaczę, że to moje pierwsze spostrzeżenia. Zazwyczaj czekam dłużej na recenzję, jednak z powodu tego, że ta edycja limitowana już jest trudna do upolowania, postanowiłam się podzielić moimi spostrzeżeniami po kilku testach.

    W dniu zakupy musiałam wytrzymać cały dzień mając go pod ręką lecz bez możliwości użycia. Późnym wieczorem, po powrocie do domu, szybko pobiegłam do łazienki i postanowiłam zapoznać się z tym specyfikiem. Ostrożnie wycisnęłam małą kropelkę tego żelu (bardzo dobra pompka dozująca niewielką ilość produktu jest zdecydowanie jego zaletą). Nałożyłam na policzki pokryte podkładem mineralnym i nic.. No cóż, na palcu wyglądał zdecydowanie bardziej krwiście dodałam jeszcze odrobinę i wciąż nic oprócz śladów nakładania czegoś na podkład. No cóż, musiałabym bardzo sobie wmawiać, że mam coś na policzku, skoro nic nie było widać.


   Następnego dnia nie poddałam się i rano nałożyłam żel na "pućki" po tym, gdy krem do twarzy się wchłoną. Produkt aplikował się łatwo, nie zostawiał smug, dał się ładnie rozprowadzić i trochę "wycieniować". Tego dnia już widziałam efekt. I właśnie w ten sposób używam tego różu- pod podkład mineralny. Efekt jest delikatny, bardzo naturalny i w kolorze moich naturalnych "rumieńców".

  Trwałość jest znakomita od samego rana do zmycia (miałam okazję testować go przez tych kilka dni przez ok. 14 godzin, w tym cały jeden dzień w podróży).

    Z produktu jestem zadowolona mimo, iż nie spodziewałam się tego. A czy wy go upolowałyście? Jesteście zadowolone?  A może używałyście innego różu w żelu?

piątek, 25 listopada 2011

Zapiekanka makaronowa

    W lodówce miałam mięso mielone oraz otwartą śmietanę. Bardzo chciałam zrobić z tego obiad. Z pomocą przyszedł mi jak zawsze Internet. Małym paradoksem jest, że przepis ten znalazłam na stronie schudnijmy.pl. Autorka przepisu umieszczając go na stronie o takiej nazwie musiała mieć duże poczucie humoru.
   
   Potrzebujemy:
500 mięsa mielonego
300-400 g śmietany 18%
6 łyżek koncentratu pomidorowego
1 łyżka musztardy
100 g sera żółtego
przyprawy (papryka ostra, przyprawa mama mia (sól morska, czosnek, cebula, czerwona papryka, bazylia, oregano, pietruszka), pieprz)
odrobina masła

    Przyprawiamy mięso i je podsmażamy. Gotujemy makaron oraz tarkujemy ser.
W miseczce przygotowujemy nasz sos: śmietanę mieszamy z musztardą i koncentratem.Doprawiamy do smaku. Masłem nacieramy naczynie żaroodporne. Połowę makaronu kładziemy na dno naczynia, dodajemy połowę mięsa, połowę sosu i połowę sera. Powtarzamy czynność. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200C i trzymamy przez 20 minut.

    Danie jest pyszne. Robiłam je pierwszy raz, ale będę do niego wracać za każdym razem, gdy zostanie mi śmietana. Jest także bardzo sycące.

środa, 23 listopada 2011

Essence, Vampire's Love,lipstain. 02 TRUE LOVE

    W sumie nie planowałam go kupić. Przecież mam tyle czerwonych błyszczyków. Ale z drugiej strony każdy z nich jest inny. A gdy przeczytałam, że są jeszcze bardziej trwałe niż flamastry z innej limitowanej edycji essence "You rock!" miałam ochotę kupić oba dostępne kolory z tej limitowanki essence. W drogerii testerów nie było, ale wcześniej widziałam swatche na innych blogach. Stwierdziłam, że może lepiej przetestuję najpierw ten czerwony, a  później ewentualnie robiąc jego zapasy skusze się także na błyszczyk w kolorze fioletu. Czy dobrze zrobiłam? Czy faktycznie ten produkt jest tak zachwycający?
 
    Aplikacja- hmm, mam wrażenie, że maluję po ustach grubym flamastrem, trzeba aplikować ostrożnie, aby nie umazać się poza kontury. Dołączony aplikator dobrze się sprawdza w swojej roli
 
    Kolor- ładna, wyraźna czerwień, wsiąka w usta, ma malutki połysk. Producent w ulotce napisał: "długotrwały błyszczyk do ust bloody mary o fascynującym czerwonokrwistym kolorze jest absolutnie odporny na rozmazywanie". I chyba zaszła jakaś pomyłka bo ja mam kolor 02 oznaczony czerwoną kropką i podpisany jako true love. I mój jest właśnie krwistoczerwony, a jeżeli dobrze widziałam, to bloody mary jest fioletowy?


    Trwałość- naczytałam się jaki on wspaniały. No cóż, jeżeli nie jemy to i owszem, trzyma się kilka godzin. Jednak po posiłku schodzi z ust w brzydki sposób- środek jest bez pomadki i zostają tylko kontury. Konieczna jest wtedy poprawka, a raczej ponowne nałożenie produktu. Producent zapewnia, że to produkt, który się nie rozmazuje i ta obietnica jest w 100 % prawdziwa.

    Zdjęcie po prawej stronie przedstawia lipstain z nałożonym na niego bezbarwnym błyszczykiem Smackers.Wszystkie zdjęcia są robione w naturalnym świetle, jednak w różnych porach dnia.

    Ogólnie jestem zadowolona, jednak nie jest to produkt niezbędny, ani godny robienia zapasów. A wam udało się go zdobyć? Jakie są wasze wrażenia?


Pierś kurczaka w mleku kokosowym

Miałam wielką ochotę na kurczaka w mleku kokosowym. Pomysłów na zrobienie miałam kilka, ale nie chciałam "przekombinować" ani zbyt dużo czasu spędzić w kuchni. Postanowiłam poszukac w Google i na stronie Tesco znalazłam odpowiadający mi przepis. Odrobinę go zmodyfikowałam i tak powstał nasz obiad.



Potrzebujemy:

500 g piersi z kurczaka
200 ml mleka kokosowego
3 łyżki sosu sojowego
2 ząbki czosnku
1 cebula
1 łyżeczka curry
szczypta ostrej papryki ( u mnie habanero), pieprz

Pierś kroimy w kostkę i zalewamy sosem sojowym, dodać pieprz i odrobinę papryki oraz łyżeczkę curry. Odstawiamy na bok. Siekamy cebulę i czosnek. Podsmażyć. Dodać kurczaka. Zalewamy mlekiem kokosowym i dusimy na małym ogniu. ok 15 minut (w tym czasie możemy ugotować ryż, makaron czy warzywa). Doprawiamy według uznania.

Ja podałam z makaronem i mieszanką "chińską" z biedronki. Sos ma bardzo wyraźny smak mleka kokosowego.

Lubicie dania, w których mleko kokosowe gra pierwsze skrzypce?


wtorek, 22 listopada 2011

Color Club, Alter Ego, Alter Ego

    Razem z zestawem Beyond the Mistletoe kupiłam zestaw Alter Ego. Może nie do końca moje kolory i wykończenie skusiły mnie. Bo jak można się oprzeć takim kameleonom w butelkach?
   Pierwszym lakierem, który zagościł na moich dłoniach był odcień Alter Ego (duży minus za brak nazw na butelkach).
    Mimo, iż  w butelce mieni się niesamowicie, widać ciekawie przechodzące kolory (ale nie jest to efekt benzyny tylko widać mnóstwo drobniutkich iskierek), na paznokciach łagodnieje, ale uroku wciąż nie można mu odmówić. Wykończenie określiłabym jako foil, a kolor z pewnością jako odcień fioletu. Co do koloru drobinek w nim zawartych pewności nie mam- ale to zdaje się złoto i kilka niebieskich.
    Aplikacja- bez 2 warstw się nie obejdzie. Pierwsza nakłada się nierównomiernie, jednak przy drugiej nie ma takich problemów (lakiery zawsze kładę na bazę).
    Trwałość- ideałem nie jest, ale może to też z racji ciemnego koloru- szybko widać nawet drobne przetarcia na paznokciach. Trzeciego dnia nadaje się do zmycia (ale muszę przyznać, że moje paznokcie są porozdwajane). Nie odpryskuje, nie odchodzi płatami. Zmywa się bezproblemowo.

    Jak wam się podoba ten kolor?

poniedziałek, 21 listopada 2011

Starbucks, Biała Mocha z żurawiną

    Skoro wypróbowałam limitowaną, świąteczną kawę w Coffeeheaven musiałam wypróbować także tę ze Starbucks. Wybór był prosty: ponownie wybiorę tę, której smak najtrudniej mi sobie wyobrazić- Biała Mocha z żurawiną.
    Na wstępie zacznę opis od opakowania. Tym razem limitowaną edycję kawy otrzymałam w odpowiednim kubku, co mnie bardzo ucieszyło. Ale jak widać na ostatnim zdjęciu moi towarzysze, mimo iż mieli kawy ze stałej oferty (zdjęcie prezentuje cappucino w najmniejszej pojemności, moją mochę średnią oraz największą przelewową w rozmiarze venti). Same kubki też są ciekawe, bo na każdym z nich były inne postaci- ludzik, dziewczynka, bałwan, lis i chyba renifery. Tak się cieplej zrobiło, gdy zasiedliśmy przy stole z tymi kubkami. No, ale kawy nie kupuję ze względy na kubek, a ze względu na inne walory.

    Moja kawa, gdy dostałam ją po wywołaniu mojego imienia wyglądała jak ta na obrazku reklamowym, jednak gdy doniosłam ją do stolika i wyciągnęłam aparat (oraz przyznaję się, upiłam pierwsze dwa łyki) wyglądała tak jak na zdjęciu poniżej.
    A teraz skupię się w końcu na najważniejszym- smaku. I tu nie będę wiele pisać. Smakuje jak mokka. Albo jak kto woli, bardzo delikatna, mleczna latte z bitą śmietaną (bo czekolady chyba tam nie ma- ja nie wyczułam). Żurawina jest ciekawym akcentem, jednak nie jest mocno wyczuwalna. Dodaje lekkiej kwaskowatości, ale bardzo leciutkiej i raczej wtedy, gdy zjemy trochę bitej śmietany wraz z nią No i sama kawa nie jest mocno słodka. Czyli dla mnie na plus, bo generalnie kawy nie słodzę.  Kawa jest ciekawa, jednakże jej cena nie należy do najlepszych, a szkoda.
    Piłyście którąś z limitowanych kaw Starbucks? Jaka jest wasza ulubiona? A może skusi was żurawinowa mocha?


Ulotka reklamowa pochodzi ze strony http://starbucks.pl/pl/

niedziela, 20 listopada 2011

Stila,lip color, 08 Kate

    W końcu udało się zrobić jej zdjęcia, które oddawałyby jej kolor. Trudziłam się nad tym 2 miesiące. W sumie mogłabym przekopiować recenzję odnośnie pomadki Stila w kolorze Tina, mimo iż to inna seria.

Aplikacja- dobra, pomadka sama równomiernie rozprowadza się na ustach, wystarczy jedno pociągnięcie, obejdzie się bez pędzelka.

Smak- niezbyt dobry, jednak po chwili się ulatnia

Kolor- naturalny, odcień brązu. Dobrze kryje. Wykończenie jest bardzo naturalne, czasami aż zbyt matowe, dlatego na większości zdjęć jest ona poryta bezbarwnym błyszczykiem (Smackers)-kolor jest wtedy podkreślony i nie tak płaski, podkreśla on jej kolor. W sumie bez niego nie udawało mi się odpowiednio sfotografować kolor

Trwałość- przeciętna, lepiej nic nie jeść i nie pić. To taka moja codzienna pomadka, na większe wyjścia wolę lipsatiny Essence lub pomadki NYX.

    Lubicie matowe wykończenia? A może wolicie błyszczące pomadki?

sobota, 19 listopada 2011

Deser piernikowy/ piernik

    Święta coraz bliżej. Jednak nie ta okazja spowodowała pojawienie się tego ciasta w naszej kuchni Przyczyną była organizacja polskiego obiadu. Nie jest to skomplikowany przepis, czy jakiś starodawny. Jest to przepis pochodzący od mojej Mamy. Robimy go od lat i prawie zawsze się udaje (chociaż czasem mam nadzieję, że wyjdzie zakalec, ale o niego trudno). Jest pyszny, polecam robić z podwójnej porcji, z poniższych składników wychodzi keksówka.


Potrzebujemy:

2 jajka
2 szklanki mąki
2 łyżeczki sody
1 szklankę cukru
1 szklankę mleka
1 przyprawę do piernika
1/2 szklanki oleju

3 łyżki gęstego dżemu- najlepiej z czarnej porzeczki
bakalie

Ubijamy jajka z cukrem. Stopniowo dodajemy składniki, pamiętając aby olej i dżem dodać na samym końcu. Dżemu nie trzeba dodawać, można nim przełożyć upieczone już ciasto. Można także wmieszać bakalie. Przelewamy do foremki i pieczemy w 160C przez 45- 60 minut.

U mnie został podany w pucharkach, przełożony dżemem z czarnej porzeczki, oblany gorzką czekoladą.

Lubicie piernik? A może wolicie pierniczki?

czwartek, 17 listopada 2011

Color Club. Beyond the Mistletoe, Holiday Splendor

    Przyszła pora na drugi lakier Color Club z kolekcji Beyond the Mistletoe. To własnie ten lakier był sprawcą kuszenia, a o którym pisałam w tym poście. Długo cieszył moje oczy w butelce, ale gdy szykował mi się weekend pełen atrakcji, wiedziałam, że to będzie idealny lakier. Za dnia dość spokojny, a wieczorem urozmaici prosty strój w pubie.
    Pomalowałam nim paznokcie w czwartkowy wieczór. Nie było to może banalne, bo sprawiał trochę problemów- nakładał się grubą warstwą, trochę się mazał. Jednak po nałożeniu 2 warstw (1 też by wystarczyła) wybaczyłam mu wszystko. Kolor wart jest zachodu (zarówno malowania jak i zmywania).
    Lakier ten absolutnie nie nadaje się do layeringu. Dlaczego? Ponieważ jest to duża ilość brokatu zatopiona w zielonej bazie. Brokat jak ukazują zdjęcia nie jest w jednym kolorze. W sumie można dostrzec w nim drobinki zielone oraz holograficzne (w małej ilości). Sądzę, że kolor najlepiej opisuje wyobrażenie sobie choinki z mnóstwem światełek. Za dnia spokojna, wydaje się jaśniejsza. Gdy robi się ciemno i pada na nią sztuczne światło- jest ciemniejsza, rozświetlana mnóstwem malutkich światełek.
    Jak z trwałością? Tak jak pisałam- w czwartek pomalowałam, w piątek było generalne sprzątanie i lepienie pierogów do późnych godzin nocnych. W sobotę dzień pełen zwiedzania, zakończony wizytą w pubie. W pubie pojawiły się leciutkie ubytki, a w niedziele rano lakier nadawał się już tylko do zmycia lub domalowania odpryśnięć na końcówkach.

Jak wam się podoba? Lubicie zieleń na paznokciach?

wtorek, 15 listopada 2011

24 MIĘDZYNARODOWY KONGRES I TARGI KOSMETYCZNE LNE & SPA 5-6.11.2011 KRAKÓW- targi

    Jak już pisałam w tym poście uczestniczyłam w kongresie oraz targach NLE. O kongresie już pisałam, a teraz przyszła pora na podsumowanie targów. Czy było warto? Czy znalazłam tam jakieś perełki? A może była to strata czasu?

    Wystawcy byli podzieleni na 3 kategorie:aparatura i sprzęt kosmetyczny, manicure pedicure, pielęgnacja twarzy i ciała. I właśnie ostatnia grupa była najliczniejsza. Wystawców było dużo, ale zainteresowanych jeszcze więcej. Największe tłumy były przy stanowiskach takich marek jak Ziaja, Bielenda, Opi, Floslek, Organique, The Secret Soap Store, ARTEX (Nail Tek, Essie, Mollon Pro). Trochę osób było także przy Kryolanie. Było także kilka firm dla mnie całkiem nowych ( np. Norel, Kanu).
    Niestety spodziewałam się dobrych ofert cenowych, ale się zawiodłam. Jedynie dostrzegłam super ofertę OPI- lakier mini po 10, duże po 16, dwa pękacze za 30 zł. Trzeba było jednak za nimi trochę postać w kolejce. Dobrze, że obsługa była miła. Tu mnie spotkało zaskoczenie, bo Panie z obsługi zwróciły uwagę na mój lakier z color club z pytaniem, czy on jest z kolekcji OPI Muppet. Jednak oglądając swatche nie wiem skąd te skojarzenie. A może wy wiecie?

    Zaskoczona byłam także brakiem próbek. Jednak testowanie kremów pod oczy na dłoniach na niewiele mi się zda, jedynie poznałam zapach i konsystencję, bo nie na wszystkich stanowiskach można było zapoznać się ze składem produktu- kilkukrotnie zostałam odesłana do strony internetowej.

    Ogólnie z pobytu byłam zadowolona, jednak ten tłum mnie przerażał. Pójdę chętnie na targi jeszcze nie raz, jednak bardzo bym chciała by odbywały się one na większej przestrzeni. Bo tu nie było możliwości, aby spokojnie zapoznać się z ofertami firm. Chętnie bym się skusiła na kilka produktów, jednakże świadomość, że mogę je kupić w aptece lub przez internet skutecznie mnie zniechęciła do stania w kolejkach (no z wyjątkiem OPI).

    A na koniec zdjęcie upominku, który był także przedmiotem mojej wygranej na ibeauty.pl.


poniedziałek, 14 listopada 2011

Bagietki z chrupką skórką

Kto lubi bułki? A bagietki? A może wolicie ciabaty? Proszę bardzo, trzy w jednym. Przepis pochodzi z bloga mojewypieki. Rok czekał aż go wykonam i stało się. Są pyszne.

Potrzebujemy:

4 szklanki mąki
2 łyżeczki masła
2 łyżeczki cukru
2 łyżeczki suszonych drożdży
1 szklanka mleka
1 szklanka wody
odrobina tłuszczu do wysmarowania miski

Mleko zagotowujemy dodajemy masło i cukier. Gdy się wszystko rozpuści przelewamy do miski i dodajemy wodę. Idziemy zrobić sobie herbatę czekając aż się lekko przestudzi. Dodajemy 1 szklankę mąki z drożdżami, solą. Mieszamy i dodajemy powoli resztę mąki. Polecam mieszać za pomocą miksera, ponieważ ciasto jest bardzo klejące. 

Miskę natłuszczamy, przekładamy do niej ciasto i zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu (oczywiście przykryte ściereczką). Z ciasta robimy rulony, kładziemy na blachę i znów czekamy, tym razem 30 minut. Polecam użyć specjalnej formy do bagietek, bo inaczej trudno, aby miały ładny kształt, bo ciasto jest dość lejące. 

Nagrzewamy piekarnik do 250C. Aby było dość wilgotno w piekarniku, na dole umieściłam naczynie żaroodporne z wodą- uzyskałam dzięki temu ładną skórkę. Pieczemy przez 10 minut w 250C, a następnie dopiekamy w temperaturze 200C. 

Są pyszne. Polecam wam je szczerze. 

sobota, 12 listopada 2011

Parfum d'Empire, Ambre Russe


Dziś miało być spotkanie z „nawalonym ruskiem”. Ruska nie ma, ale ktoś podstawił mi pod nos świeżo odkręconą flaszkę. Oj, ależ mocne- myślę po tym, gdy woń błyskawicznie dociera do mych nozdrzy. Po nalaniu trunku do szklanek (tak, tak do szklanek właśnie) zastanawiam się czy ta mocna nalewka z igieł sosnowych może być smaczna? W sumie to nie z całych zielonych igieł, ale z tych zakończeń, którymi są one przyrośnięte do gałęzi. Oj drzewo dało dużo żywicy, przy obrywaniu go.  Ktoś otwiera stary barek, wyciąga z niego gorzką czekoladą. Och tak, zdecydowanie pasuje ona do tej nalewki.  Czuję delikatną woń innego człowieka- delikatna, niedrażniąca, kilka godzin wcześniej delikatnie skropiona perfumami, które teraz pięknie skomponowały się ze skórą.
Rozważam  czy nadeszła pora na skosztowanie trunku. Waham się. Tymczasem ktoś szybko mi ją zabiera. Pozostaję ze słodkimi wspomnieniami.
Wieczór spędziłam miło. Jednak szkoda, że dość samotnie. Liczyłam na towarzystwo Rosjanina, chociażby pijanego…

Zdjęcie pochodzi z fragrantica.com

piątek, 11 listopada 2011

Coffee heaven, warm your winter, blackberry chocolate latte


    Moim ulubionym miejscem z kawą jest Starbuck’s. Kilka razy byłam w coffee heaven wcześniej, ale tylko z powodu braku dostępu do Starbuck’s. Kawę lubię najchętniej zwykła, z mlekiem (sojowym często) i odrobiną przypraw. Jednak po poście miłośniczki Cofee heaven- Em, nie mogłam nie spróbować.
    Tej zimy sieć oferuje nam 3 wersje smakowe kawy: chocolate gingerbread latte, toffeenut latte oraz blackberyy chocolate latte. Smak 2 pierwszych mogę sobie bez żadnego problemu wyobrazić, ale trzecia wersja latte bardzo mnie zaintrygowała.
    Miejscem moich prób było Coffe Heaven w Galerii Krakowskiej. Gdy tylko usiadłam z kubkiem w dłoni zaczęłam żałować, że nie wybrałam lokalu przy teatrze Bagatela.. Było zbyt głośno, z głośników dobiegała jakaś muzyka, lecz trudno było ją zidentyfikować. I tak jak w Starbucksie w tej samej galerii słychać gwar spoza lokalu, tak tu głośno jest w samym akwarium. Chciałam się zrelaksować, naładować swoją baterię przed wieczornymi zajęciami, ale mi to nie wyszło. Z każdą minutą coraz bardziej bolała mnie głowa (a dziś ciśnienie jest bardzo dobre, jak dla mnie). Dobrze, że poprosiłam o kubek na wynos. .
    No dobrze, zatopiłam się w fotelu, zrobiłam zdjęcie, wyciągnęłam laptopa i przyszła pora na chwilę zapoznania się z zawartością dużego papierowego kubka. Intrygujące, dobre.. Kawą delektowałam się dłuższą chwilę, bo ta latte taka jest. Właśnie dlatego żałuję, że nie wybrałam bardziej kameralnego lokalu, najlepiej takiego z kominkiem. Kawa jest słodka, nawet bardzo. Bita śmietana (oczywiście z puszki) była mniej słodka od samej kawy. Kawę także czuć, ale trzeba jej poszukać w tej kompozycji smaków. Jeżeli lubicie gorzką kawę nie kupujcie nigdy Blackberry chocolate latte. Jest na tyle słodka, że bliżej jej do czekolady niż do kawy. Smak z każdym łykiem wydawał mi się coraz bardziej znajomy. Nie musiałam długo szukać skąd go znam, dokładnie o takim smaku jadłam kiedyś czekoladę. Smak kawy jest więc dokładnie taki, jaki obiecuje producent, że będzie.
    Pani z obsługi do najmilszych nie należała, ale sieć ma u mnie dużego plusa za zniżki na euro26 (20%) i isic (15%), lecz wtedy nie można zbierać punktów.  Ja wybieram zniżkę J Minusem jest brzydkie podanie kawy, a także nie zaserwowanie jej w kubku promocyjnym, skoro były one na stanie..
    Siedząc w lokalu słyszałam, że toffeenut była najczęściej wybieraną kawą spośród obecnej edycji limitowanej.  A wy jaką kawę lubicie? Bardzo słodką? Z górą bitej śmietany? Wybieracie się do Coffe heaven? A może tak jak ja preferujecie kawę ze Starbuck’sa?

czwartek, 10 listopada 2011

Color club, Beyond the Mistletoe, Sugarplum Fairy

    Tak, wiem. Pisałam miliony razy, że nie lubię brokatowych lakierów. Biję się w pierś. Lubię! Najpierw w sklepie uśmiechał się do mnie zestaw. Najbardziej przykuwała mój wzrok piękna zieleń. Jednak go nie kupiłam, bo jeszcze wtedy nie lubiłam brokatów ;).  

    Wróciłam do domu i nie mogłam spać. Dwa dni później zadowolona malowałam już paznokcie.
    Na pierwszy ogień poszedł jasny fiolet. I cóż, zakochałam się. Cały wieczór wpatrywałam się w niego jak sroka (niestety na wieczorze się nie skończyło).
    Na paznokciach jest bardziej srebrny niż w buteleczce. Holograficzny błysk. Nie widziałam jeszcze żadnego lakieru brokatowego, który dawałby taki efekt. Jedna warstwa mogłaby wystarczyć, jednak do pełnego krycia potrzeba 2 warstw. Nie jest to problemem, bo lakier szybko schnie (obeszłam się pierwszy raz od dawna bez sv). Po jednej warstwie top coatu, nie było czuć drobin, które są małe. Najtrafniej można go określić jako bardzo dużo, drobno zmielonego, holograficznego brokatu w przezroczystej bazie. Brokatu jest tak dużo, że całkowicie kryje przy 2 warstwach.
Trwałość- pod koniec trzeciego dnia pojawiły się niewielkie odpryski przy końcówkach paznokci (u lewej dłoni, prawa była bez zarzutu), nie były one mocno widoczne.

Przepadłam. A jak wam się podoba?







wtorek, 8 listopada 2011

24 MIĘDZYNARODOWY KONGRES I TARGI KOSMETYCZNE LNE & SPA 5-6.11.2011 KRAKÓW

    O konferencji i targach dowiedziałam się z portalu ibeauty.pl. Szybko sprawdziłam cenę wejściówki i.. stwierdziłam, że nie - 130 zł to zbyt dużo. Postanowiłam wziąć udział w konkursie, wysłałam maila absolutnie nie spodziewając się wygranej. Gdy 4 dni przed wydarzeniem otrzymałam maila, iż należę do grona trzech szczęśliwych zwycięzców szybko zmieniłam plany na weekend. Czy było warto?
    Na wstępie czekała mnie ogromna kolejka do wejścia. I to jeszcze nie najlepiej oznaczona. Cóż, stanęłam tu gdzie wszyscy. Szczęśliwie, kolejka szybko posuwała się do przodu. Odebrałam wejściówkę, powiedziałam hasło, a upominek nie był jeszcze przygotowany. No to malutki minus, ale problemu nie było, bo państwo z obsługi grzecznie poprosili mnie, abym przyszła później. Spojrzałam na swój identyfikator i bardzo miło się zaskoczyłam- 3 literki wywołały uśmiech na moich ustach- miałam wejściówkę VIP. Nie wiem co to dawało, ale było to mile zaskakujące.
    Widząc te okropne tłumy w środku, bardzo się ucieszyłam, że dwa dni wcześniej zaplanowałam, na które zajęcia się udam i że spojrzałam na mapę, by wiedzieć w którą stronę pójść. A poruszanie się było niezwykle utrudnione przez wszędzie zgromadzone panie i trochę panów.
    Uff, udało mi się dostać do sali kongresowej, gdzie miały odbyć się zajęcia z metodyki masażu pleców. Usiadłam w ciemnej sali pełnej ludzi, a tłum napływał. Cieszyłam się, że byłam chwilę wcześniej i miałam miejsce siedzące pod samą sceną. Czekanie umilała muzyka lecąca w tle. Dwie panie sprawiające miłe wrażenie wyszły na scenę i przywitały zebranych na kongresie les nouvelles esthetiques.
    Panie zeszły ze sceny i szybko je zastąpił dr. Paweł Piątkowski. Wykład był skierowany tak samo jak cały kongres do specjalistów w danych dziedzinach, albo chociaż do osób mających podstawową wiedzę w zakresie. Jednak nie żałuję czasu tam spędzonego- na zajęciach z masażem dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy-mianowicie jak powinno był prawidłowo ułożone ciało, jak prowadzić ręce, aby nie przesadzać z preparatami nadającymi poślizg (olejki są jak najbardziej wskazane, ale w małej ilości i tylko na początku masażu, bo inaczej niweczą cały masaż), o tym, że masaż przeprowadzany rano powinien być inny niż wieczorem, że nie tylko mięśnie ale i powięź powinna być masowana (gdy po masaży boli nas kark, jest to często spowodowane właśnie brakiem masażu powięzi karku), dowiedziałam się także, po czym poznać, że masaż został źle przeprowadzony.
    Następnymi zajęciami, na które szybko pobiegłam (o ile takie stwierdzenie jest możliwe w takim tłumie) były zajęcia OPI: manicure hybrydowy. Oczywiście to także były zajęcia dla osób "z branży" jednak nie żałuję spędzonego tam czasu. Zademonstrowano nam jak wygląda wykonanie takiego manicure. Dowiedziałam się, że jest to metoda skierowana dla osób, które mają krótkie paznokcie (jednak nie mogą być one cienkie i wyginające się). Dużym plusem było, że modelka została wybrana z widowni, jednak nie miała bruzd na paznokciach, wiec nie mogliśmy zobaczyć tego właśnie działania (metoda ponoć świetnie maskuje bruzdy do do 2mm w głąb płytki). Szkoda, że organizator nie przewidział takiego zainteresowania zajęciami z forum manicure pedicure.
    Nie mogłam się oprzeć wykładowi na temat innowacyjnego projektu prozdrowotnego w Polsce- Polish Holistic Team. Same zajęcia brzmiały trochę jak sekciarskie przemówienie. Ale. No właśnie, ale. Czy nie chcielibyśmy aby lekarze podchodzili do nas indywidualnie? Aby nie patrzyli na nas jak na chorobę. Ale jako na Pelagię Iksińską,której trzeba pomóc, bo coś jej dolega? Czy nie chcemy, aby podchodzono do nas indywidualnie? Czy nie marzą nam się szpitale blisko natury, skupiające specjalistów w jednym miejscu? Podczas tego wystąpienia przedstawiono także wodę antyoksydacyjną- Potencjałkę, na której kosmetyki robi swoje kosmetyki Pat & Rub Kinga Rusin. Mnie woda nie skusiła, ale upewniłam się, że dobrze robię nakładając kremy tylko na mokrą skórę.
    Nie mogłam opuścić zajęć z Pauliną Pastuszak, która prowadziła zajęcia ze zdobienia akwarelowych na nowym kształcie paznokci- Pollygon. Ciekawa technika, bo polegająca na możliwości zdobienia paznokci od drugiej strony. Co jest dobrą alternatywą dla osób, których obowiązuje ścisły dress code. Zajęcia były bardzo sympatycznie poprowadzone. Zdobienie akwarelą na paznokciu też wygląda bardzo ładnie. Daje możliwość delikatnego zdobienia.
    Przy wyjściu z targów czekał na mnie już upominek, za który bardzo dziękuję. Został on bardzo dobrze do mnie dopasowany. Ale nie wiem czy to nie był zbieg okoliczności. Jednakże bardzo mnie on  ucieszył. Jeżeli ktoś z portalu ibeauty to czyta- dziękuję.
    O targach i wystwcach napiszę w następnych dniach. Bywacie na takich kongresach? Co sądzicie o takich wydarzeniach?

 


sobota, 5 listopada 2011

Czerwony ryż z kurczakiem

Zdaję sobie sprawę, że to danie wygląda paskudnie (najchętniej bym opublikowała przepis bez zdjęć). Ale smakuje bardzo dobrze. I można się nim solidnie najeść.

Kurczaka gotujemy w  ziołach, jeżeli ktoś używa kostki rosołowej to można dodać, ale oczywiście zdrowiej jest gotować z włoszczyzną. Gdy zmięknie dodajemy kalafiora. Gotujemy, Gdy warzywa zmiękną, wyciągamy je wraz z mięsem. Po przestygnięciu kurczaka oskubujemy go.

Rozgrzewamy sos sojowy z olwią z oliwek (najlepiej z suszonych pomidorów), jeżeli mamy zwykła doprawiamy ją. Smażymy na tym kurczaka i suszone pomidory w oliwie. Gdy kurczak się zarumieni dorzucamy kalafior, smażymy chwilkę. Dodajemy ugotowany ryż. Podsmażamy wszystko. Dodajemy zioła, więcej suszonych pomidorów, startą paprykę habanero. Zalewamy koncentratem pomidorowym (jeżeli jest kwaśny dodajemy szczyptę cukru). Doprawiamy sproszkowanymi suszonymi pomidorami i czosnkiem. Dusimy razem.

Polecam podawać z konserwową papryką albo sałatką konserwową z papryki, kalafiora, ogórka.
Lubicie takie dania?


czwartek, 3 listopada 2011

Himalaya Herbals, ajurwedyjska pasta do zębów z naturalnym fluorem

   O pastach do zębów niewiele się piszę, a przecież używamy jej kilkukrotnie w ciągu dnia. Bardzo lubię kosmetyki indyjskie, więc gdy zobaczyłam ją w sklepie musiała być moja. Mycie nią zębów nie jest tak ekscytujące jak mycie z użyciem pasty w tabletkach. Ale czy od tak zwykłej czynności jak mycie zębów oczekujemy większych wrażeń?

 
   Opakowanie jest takie jak wielu innych past, srebrna zakręcana tubka. Kolor napisów- zielony wraz z pomarańczowymi wstawkami trafia w mój gust. Łatwo pastę wycisnąć z niej do końca. Po odkręceniu tubki i wyciśnięciu pasty ukazuje nam się inny widok, niż jesteśmy przyzwyczajeni- pasta wygląda jak maseczka z glinki.

   Czy smakuje tak samo jak wygląda? Nie :) Jest to pasta trochę ziołowa, a trochę miętowa. Inna w smaku od tych, które używałam do tej pory. Smakuje ziołowo, ale nie mdło. Czuć także trochę mięty.

   Jest bardzo wydajna, wystarczy nałożyć tylko odrobinę jej, aby solidnie umyć jamę ustną. Uczucie świeżości pozostaje na długo. Lekko czuć miętę, jednak nie jest to efekt płynu Listerine :). Zęby są gładkie, śliskie, błyszczące.

   Pasta nie jest testowana na zwierzętach i ma oznaczenie, że w 100% jest wegetariańska. Polecam!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...