środa, 31 sierpnia 2011

Skandaliczne ciasteczka


Ciasteczka, których zjedzenie 2 sztuk wystarczy. Są pyszne, ale i mocno słodkie (ale nie mdłe). Chrupka skórka, a wnętrze miękkie. Doskonałe. Doskonale, oburzająco słodkie. Wykonane z przepisu Marty Stuart.

            Potrzebujemy:
225 g czekolady gorzkiej
330 g czekolady- zależnie od tego co mam pod ręką dodaję mlecznej, gorzkiej lub białej
4 łyżki masła
2 duże jajka
3/4 szklanki brązowego cukru (może być także biały, ale należy wtedy dać go mniej)
2/3 szklanki mąki
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Pół łyżeczki soli

W rondelku rozpuszczamy czekoladę i masło.
Miksujemy jajka z brązowym cukrem. Następnie dodajemy wciąż miksując czekoladę z rondelka. Następnie dodajemy mąkę z wmieszanym proszkiem do pieczenia i solą.  Pozostałą czekoladę proponuję porzucać intensywnie lub potłuc ją młotkiem do mięsa. Uzyskamy połamaną na różne kawałki czekoladę. Należy je wmieszać do naszej masy.
Kładziemy w sporych odstępach, na natłuszczoną blachę, porcje wielkości połowy łyżki stołowej. Pieczemy w 175 C 12-15 minut, ostrożnie by ich nie przypalić. Studzimy na kratce.
Polecam podawać z gorzką kawą lub kubkiem mleka. Smacznego! 

wtorek, 30 sierpnia 2011

Gehwol, maść na spękane stopy

  Jest to masć do stóp do silnie zrogowaciałej, spękanej, suchej i szorstkiej skóry. Nad recenzją kremu do stóp nie ma co się rozwodzić. Działa? Działa i to jak!

  Nie znam nic lepszego, a ze stopami walczę od lat. Wraz z tarką sholl'a ze stóp "robola" potrafi zrobić piękne, mięciutkie stópki. Jak to maść- jest dość tłusta, treściwa, jednak nie trzeba czekać całej nocy, aby się wchłonęła. Zapach jest dość specyficzny- mentolowy, może odrobinę ziołowy.

  Stosuję go, gdy moje stopy są w opłakanym stanie. Wtedy smaruję stopy, nakładam folię i skarpetki i idę spać. A gdy natrę nogi lub widzę, że zaczyna się z nimi źle dziać smaruję nim jak kremem. Po chwili czuję ulgę, więc obietnica o łagodzeniu zaczerwień nie jest bujdą. Jest o wiele lepszy w działaniu od kremu tej samej firmy. Maść, w odróżnieniu od kremu Lipidro, poradziła sobie z silnie zrogowaciałym naskórkiem (tarka sholl'a w tym bardzo pomogła;) ), mocno stopy nawilżył i stały się miękkie. Nie wiem jak radzi sobie ze spękanymi stopami, ale pozostałe obietnice zostały spełnione.

  Można go nabyć w aptekach. Najtaniej wychodzi kupować małe tubki. Maść polecana jest diabetykom.

Drzewo życia

             Czekając wczoraj w kinie na wejście do sali projekcyjnej wpadła mi w ręce ulotka z opisem filmu. Chcąc przeczytać, czego mam się po nim spodziewać, bardzo się zdziwiłam. Bardzo lakoniczna, z której wynika tylko, że film jest arcydziełem. Bardzo mnie to zdziwiło, bo przyzwyczajona jestem do dłuższych opisów zachęcających do wyboru tego filmu. Opis wydał mi się dobrym chwytem marketingowym- był inny niż wszystkie, był zadziwiający.
            Nie chcę pisać, o czym był ten film, bo sądzę, że każdy z widzów mógłby podać temat filmu w inny sposób i nikt by nie kłamał. Miałam wrażenie, że reżyser chciał pokazać dużo pięknych obrazów.. i udało mu się to. Jednak ja bym podzieliła go na dwa inne filmy- jeden o losach rodziny, a drugi pokazujący dinozaury, wszechświat, wodospady. Muzyka została bardzo dobrze dobrana do scen.
            Ten film należy obejrzeć w domowym zaciszu, z dobrym alkoholem pod ręką (nie, nie piwem, czymś szlachetniejszym), w wygodnym fotelu i mieć dużo czasu na przemyślenia. A jeżeli w kinie, to tylko w takim małym, kameralnym, studyjnym.
            Film był trudny, bardzo. Po zakończeniu filmu, pośród 30 osób zgromadzonych w kinie można było usłyszeć pomruk: „w końcu”. A ja po wyjściu z kina wiedziałam dlaczego opis na ulotce nie głosił o czym jest ten film.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Bułki śniadaniowe na jogurcie


Przepis dość znany, bo łatwy do wykonania. Bułeczki polecam na śniadanie. Można zjeść z szynką, jeżeli lubi się połączenie dość słodkiego pieczywa z wędliną. Bułeczka ma drożdżowy posmak, więc bardzo dobrze komponuje się z dżemem (i masłem orzechowym). Chociaż u mnie w domu większość została zjedzona bez żadnych dodatków.

            Potrzebujemy:
500 g mąki pszennej
200 g jogurtu
120 ml mleka
60 g masła
7 g drożdży instant 1 jajko
1 jajko + 1 do posmarowania
1,5 łyżeczki soli
1 łyżka cukru + można więcej, by posypać bułeczki, jeżeli wolimy słodszą wersję

            Wszystkie składniki zagnieść i odstawić do wyrośnięcia (najlepiej, aby były one w temperaturze pokojowej). Przykryć i poczekać aż wyrośnie.
            Uformować bułeczki i kłaść na obsypanej mąką blaszce.  Ponownie pozostawić do wyrośnięcia (przykryte szmatką oczywiście). Posmarować jajkiem i można w tym momencie obsypać je cukrem.
            Piec ok.20 minut w piekarniku o temperaturze 200ºC. Studzić na kratce. 

niedziela, 28 sierpnia 2011

Phillippa Gregory, Ziemskie radości

             Jednak nie ma pisarza doskonałego. A już myślałam, że będę z czystym sumieniem nazywać tak Philippę. Niestety, po lekturze „ziemskich radości” nawet tak nie pomyślę. Spokojnie tę książkę mogę zaliczyć do najgorszych książek przeczytanych ostatnio. Już od początku książki nie mogłam doczekać się jej zakończenia, choć przeważnie z każdą stroną mam nadzieję, że zakończenie jest coraz dalej.
            Głównym bohaterem jest John Tradescant, ogrodnik kochający podróże. Doskonały w swoim fachu, ale także oddany swojemu panu (kimkolwiek by on nie był). Także Gregory napomina o rządach Elżbiety I Tudor(ale tylko we wspomnieniach bohaterów), Jakuba I Stuarta oraz jego syna Karola. Odniosłam wrażenie, iż ten okres z dziejów Anglii nie należał do ulubionych tematów autorki. Bardziej skoncentrowała się ona na homoseksualizmie.. W sumie książką była głównie o homoseksualizmie i o tym, że każdy mężczyzna połasi się na piękno, nawet jeżeli byłby nim piękny mężczyzna. Trochę wspomniała o napięciu religijnym i kilku wydarzeniach historycznych. Ale gdyby usunąć wątki homoseksualne wyszedłby poradnik ogrodniczy.
            Przykro mi, ale tym razem nie polecam. 

sobota, 27 sierpnia 2011

Kajmakówka

   Wersja alkoholu raczej dla kobiet, chociaż i mężczyźni lubiący słodkością nią nie wzgardzą.

   Potrzebujemy:

2 puszki kajmaku (może być smakowy- zwłaszcza orzechowy)
0,5 l wódki
mleko

   Kajmak zmiksować z wódeczką. I na tym koniec. Jednak, gdy okaże się dla nas ten trunek zbyt mocny, polecam zmiksować do z mlekiem (moim domownikom muszę robić słabszą, więc zawszę robię to od razu).

   Opcjonalnie: można dodać filiżankę bardzo mocnego espresso, rozpuszczonej czekolady.

   Można pić z kieliszka, polewać lody i inne desery, pić z lodem lub mlekiem (i lodem).

   Najlepiej spożywać po minimum 2 dniach, aby się dobrze przegryzło.

Polecam!

piątek, 26 sierpnia 2011

Catrice, ULTIMATE Nail LACQUER, 170 I Scream Peach

   Idealny kolor na lato, ale także fantastycznie pasuje do ciepłych swetrów. Kolor soczysty, ale nie rażący.

   Dwie warstwy do dobrego krycia. Sam w sobie pięknie się błyszczy, więc nabłyszczacz jest już zbędny.

   Trwałość bardzo dobra.
Podobnie jak łatwość nakładania.

Polecam!


czwartek, 25 sierpnia 2011

Chloe


Jestem pod dużym wrażeniem tego filmu, zwłaszcza że został obejrzany, bo nie było nic innego. Lubię takie zaskoczenia. Film nie był przewidywalny. Z każdą jego minutą napięcie rosło. Przez dłuższą część filmu zastanawialiśmy się, czy główny bohater ma ten romans czy nie. Czy Chloe jest aż tak biegła w sztuce kłamstwa?
Niby poukładane małżeństwo- utalentowany syn, dobra praca, w której oboje są doceniani, piękny dom. Czy tak idylliczne życie może zostać zburzone w jednej minucie? Czy jedno spóźnienie może mieć aż takie skutki? Czy tak łatwo utracić zaufanie bliskiej osoby?
            Jest to historia o małżeństwie, zdradzie, niepewności, rodzinie, biseksualizmie, a głównie o zaufaniu.
            Polecam!
 Ktoś z was oglądał ten film? A może możecie polecić jakiś inny?

środa, 24 sierpnia 2011

Masło orzechowe

Co zrobić, gdy lodówka pusta, a mamy ochotę na coś pysznego? A może po weekendzie zostało nam trochę orzechów? Mam doskonały przepis na coś bardzo smakowitego, a do jego wykonania wystarczą nawet dwie lewe ręce i kilka garści orzechów.

Głównym składnikiem są orzeszki ziemne solone, jednak można także wersję light ;) i dodać do niesolonych orzeszków mniej soli.

Orzeszki podpiekamy na suchej patelni lub w piekarniku (170 stopnii). Mieszamy, aby się ładnie podprażyły.

Miksujemy do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Jakiej? Takiej, którą mamy ochotę rozprowadzić na grzance.

Wiem, że nie wszyscy są amatorami "surowego" smaku masła orzechowego.

Moja mama zrobiła także "swoją wersję"- pod koniec miksowania dodała miód. Jednak konsystencja nie była idealna, więc dodała również trochę mleka.

Masło orzechowe najlepiej smakuje wyjadane łyżką ze słoika lub na toście. Także można podawać je z dżemem, czekoladą lub karmelem. A czy Ty lubisz masło orzechowe? Z czym najbardziej lubisz je jeść?


Przepis pochodzi z bloga Moje wypieki. Jednakże dodatek miodu to inwencja twórcza mojej Mamy.


wtorek, 23 sierpnia 2011

Nyx, Round Lip Gloss, 12 Wild Orchid


   Z błyszczykami NYX można trafić lepiej lub gorzej, ale ogólnie je lubię.
Zapach- dość specyficzny, nie jest mocny.. ale taki trochę cytrusowo-chemiczny, wolałabym aby tego zapachu nie było, ale nie przeszkadza mi
   Konsystencja- nie jest gęsty, nie lepi się, rozprowadza się bez smug jednak łatwo o przesadę lub wyjechanie poza obręb ust.
Kolor- dobrze kryjący. Polecam dwa sposoby aplikacji. Pierwszy polega na nałożeniu niewielkiej ilość na środek warg i rozsmarowanie pędzelkiem:




Drugi: nakładamy jak każdy inny błyszczyk, jednak potrzeba tu dużo uwagi, bo kolor jest intensywny. Lusterko wymagane!







poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Lush, Grass, żel pod prysznic


           Czy żele Lush są warte swojej ceny? A może to tylko ich niedostępność w Polsce buduje atmosferę chęci posiadania i ich wychwalania? Pierwszym produktem Lush’a będzie żel pod prysznic Grass.

            Producent na wstępie czaruje nas opowieścią o przywróceniu do naszego życia światła słonecznego. Rozpala zmysł zapachu opowieścią o zapachu świeżo koszonej trawy doprawionej zapachem bergamotki i neroli. Coś dla ciała i dla umysłu. Prysznic ma być zen. Ale czy tak jest?
            Proszę Państwa, niemożliwe stało się możliwe, wszystkie obietnice spełnione.
Zacznę od zapachu, bo za to ten żel najbardziej lubię. Skoszona trawa (czy wiosenna nie wiem, nie odróżniam;), ale jeszcze mokra. Jednak nie jest to elegancki trawniczek, gdzie rośnie tylko i wyłącznie piękna zielona trawka. Mamy tu także jakieś polne kwiaty ziółka. Bergamotkę wyczuwam, ale delikatnie. Samodzielnie neroli ani olejku sandałowego nie czuję, ale podejrzewam że zasługą połączenia tych dwóch olejków, jest odprężenie i prysznic „zen”. Stojąc pod prysznicem czuję się jakby faktycznie cała łazienka tonęła w słonecznym świetle, nawet gdy za oknem rzeczywistość ma się zupełnie inaczej. Mój umysł jest bardzo na tak. A co z ciałem?

Nie wymagam od żelu pod prysznic, aby mnie nawilżał, peelingował i jeszcze masował. Ma mnie nie wysuszać, a jeżeli po nim nie będę zmuszona do użycia balsamu to ja się na to piszę. I ten żel spełnia moje wymagania. Mogę pominąć balsam i nie łuszczyć się. Skóra w dotyku jest miękka i przyjemna.
Jego niebywałą zaletą jest także możliwość umycia nim włosów. Już jeden produkt do kosmetyczki na wyjazdy mamy mniej. Dobrze myje, nie robi siana na głowie. Jednak do codziennego mycia mam swoich faworytów. Jednak taka „funkcja” też się bardzo może przydać.
Opakowanie mi odpowiada. Proste, widać ile produktu zostało. Bardzo w lush'u podobają mi się nalepki z wizerunkiem pracownika, który dany produkt robił. Świetnie jest kolejny raz z rzędu trafić na tą samą osobę.

Żel nie jest wodnisty. Z butelki wydostaje się mała ilość, która zupełnie wystarcza na umycie całego ciała. Sam produkt jest bardzo wydajny. Zaledwie mała kropelka wystarcza na umycie całego ciała.
Co dziwne- kiedyś nie lubiłam zapachu koszonej trawy (pewnie było to wywołane alergią), ale w tej kompozycji ją uwielbiam. Także żel nie uczula mnie.
Polecam!

sobota, 20 sierpnia 2011

p2 cracker czarny


            Z początku do mody na pękające lakiery podchodziłam dość sceptycznie. Jednak postanowiłam przetestować ten trend na własnych paznokciach i przepadłam. Będąc w Berlinie bardzo chciałam kupić jakikolwiek produkt firmy p2, a że nic innego nie wpadło mi w oko, padło na osławiony pękacz. Wybrałam kolor czarny.

            Do pierwszych testów podeszłam dość sceptycznie, jednak w koło słyszałam zachwyty i pytania jak wyczarowałam takie wzorki na paznokciach. Efekt, jaki daje ten lakier na paznokciach, nie jest jego jedyną zaletą. Ma dwie, jak dla mnie jeszcze ważniejsze. Pierwszą jest czas wysychania- maluję, czekam dosłownie chwilę i już mogę robić wszystko (najczęściej pójść spać) bez ryzyka pozostawienia śladów po tych czynnościach pod postacią odgnieceń na paznokciach. Więc w moim przypadku, ten właśnie pękacz służy również za wysuszacz do paznokci.

            Drugą zaletą jest odświeżenie lakieru na paznokciach. Chyba każdej z kobiet przydarzyło się, że lakier odprysł w momencie, gdy nie ma czasu na ponowne pomalowanie paznokci? Gdy mój lakier na paznokciach już nie wygląda elegancko, a nie mam czasu by doprowadzić go do porządku, kładę na niego warstwę lakieru pękającego. W ten sposób nie widać niedoskonałości, a ja mam jeszcze kilka dni spokoju od malowania paznokci.

            Pęknięcia można stopniować w zależności od ilości nałożenia lakieru. Lakier rozprowadza się dobrze, mimo iż szybko wysycha. W buteleczce jednak nie gęstnieje, swój mam od pół roku i nie widzę zmian w jego konsystencji.

            Zdjęcie przedstawia czarny cracker p2 nałożony na 5 dniowy lakier essence z limitowanej edycji I love Berlin, w kolorze 02 I’ m Berliner. Przepraszam za zdjęcia, były one robione 2 minuty przed wyjściem z domu, podobnie jak nałożenie warstwy pękającej.

Polecam!

Pikantne szaszłyki

Weekend jest idealną porą na grilla. Można zaprosić znajomych i wspólnie zjeść coś dobrego. Grillować można wszystko: rybę, warzywa, kaszankę, kiszkę ziemniaczaną, warzywa. Także można zrobić szaszłyki.
My do naszych dodaliśmy:
·         Boczek
·         Pierś z kurczaka
·         Paprykę świeżą
·         Cebulę
·         Ostrą paprykę (jalapeno i peperonii)

Instrukcja wykonania jest prosta- wszystkie składniki kroimy i nadziewamy na wykałaczki. Następnie wymieszaliśmy w miseczce oliwę z oliwek, oregano, bazylię, paprykę słodką i ostrą, piri-piri. Silikonowym pędzelkiem rozprowadziłam oliwę z przyprawami na naszych szaszłykach. Odstały one dwie godzinki, po czym zostały położone na grilla.
            Polecam podawać z cytrynówką bądź w lżejszej formie- z cytrynówką z colą.

piątek, 19 sierpnia 2011

Essence Ballerina Backstage błyszczyk 02 on your gracile tiptoe

I przyszła pora na opisanie ostatniego już z limitowanej edycji Ballerina Backstage błyszczyka.

Kolor- modny pomarańcz, jednak na ustach trzeba nałożyć grubszą warstwę, aby był kolor dobrze widoczny. Sądzę, że nikt sobie krzywdy nim nie zrobi. Na opakowaniu widnieje obietnica producenta o zniewalającym błysku i zostaje ona spełniona.


Konsystencja i aplikator- dobrze się nakłada, nawet grubsza warstwa dobrze wygląda. Aplikator spisuje się bardzo dobrze, równomiernie można nałożyć nim produkt.
Drobinki- są niewielkie, jednak nie czuć ich na ustach

Polecam!

czwartek, 18 sierpnia 2011

Essence, Ballerina Backstage, błyszczyk 03 do a floating pirouette


Jest to trzeci błyszczyk z tej kolekcji. Mimo tego, iż w numeracji ostatni, w moim rankingu zajmuje pierwsze miejsce.


Kolor- chyba zdjęcia pokażą to lepiej niż ja opisze słownie, polecam go porówna
ć do flamastra do ust z limitowanej edycji essence You rock! w kolorze 02 your pink is on fire. Sądzę, że pasują do siebie idealnie, a flamaster z You rock! wymaga aplikacji „czegoś” na niego, bo samodzielnie jest matowy i „suchy”. Czy mocno przyciemnia usta? Zmienia ich kolor, jednak nie jest to błyszczyk mocno kryjący. Także nie daje efektu sinych ust. Kolor jest bardziej „owocowy”.


Konsystencja- gęsty, żelowaty, dobrze się rozprowadza (nie pozostawia smug, równomiernie)
Pędzelek- dobry, włoski nie odstają na boki, można nim nałożyć odpowiednią ilość produktu
Drobinki- ten produkt je zawiera, jednak są one bardzo małe, na ustach ich nie czuć. To one są odpowiedzialne za piękny błysk w słońcu, co ukazują zdjęcia

Essence Ballerina Backstage błyszczyk 01 wear your litte tutu

Za pierwszym razem odradzono mi zakup tego właśnie błyszczyka. Jednak byłam bardzo zadowolona z koloru 03 do a floating pirouete oraz 02 on your gracille tiptoe.

Tak jak pozostałe z tej serii dość się lepi, ale nie skleja ust. Pędzelek też jest fajny, jednak sądzę, że w przypadku tego koloru lepiej by się sprawował gąbkowy aplikator.
Moim głównym zarzutem jest, że nie rozprowadza się równomiernie, wchodzi w załamania warg oraz gdy już się ściera to tworzy nieestetyczną białą krechę wewnątrz ust.
Trwałość jak na błyszczyk ma dobrą. Nie wysusza ust.
Znajdują się w nim także drobinki, jednak bardzo malutkie, których nie czuć na wargach.
Drugi raz na ten sam kolor się nie zdecyduję. Pewnie go zużyję kładąc cieniutka warstwę na pomadkę w celu nadania im błysku, bo błysk ma ładny. Edit: właśnie nałożyłam pędzelkiem z Balleriny kropelkę, którą roztarłam innym pędzelkiem i efekt jest ładny- koloru nie widać, ale jest ładny błysk. I tak właśnie będę go aplikować

Philippa Gregory “Błazen Królowej” (The Queen's Fool)

Jest to kolejna książką z cyklu powieści o dynastii Tudorów. Historia zostaje opowiedziana poprzez losy tytułoweju bohaterki, która przez swój nadprzyrodzony dar zostaje Błaznem na dworze Edwarda, a później jego siostry Marii.
O czym jest ta książka?
- o prześladowaniach religijnych
- o samotności
- o sprawowaniu władzy (Edward Tudor, Maria)
- o związkach między przyrodnim rodzeństwem
- o dworskich intrygach
- o miłości- i tu napiszę więcej, ponieważ sądzę, iż książka ta opiera się głównie na opowieści o uczuciach głównych bohaterów. Dowody? Proszę bardzo:
Maria Tudor- kobieta, która widząc portret swego przyszłego męża zakochuje się nim bez pamięci. Kwitnie, gdy ukochany jest blisko. Lecz poznajemy Królową Anglii także jako kobietę, porzuconą, zranioną.
Elżbieta Tudor- zostaje nam przedstawiona jako kobieta używająca miłości i pożądania jako narzędzia do spełniania swych pragnień.
Hanna Green- tytułowa postać; z pewnością „kocha” młodego lorda Dudleya, który wywrócił jej życie do góry nogami- jest to miłość raczej poddańcza, która raczej jest oddaniem. Jest również kochającą córką. Z początku jej małżeństwo zostało zaplanowane z rozsądku. Jednak Błaźnica wpierw rozkochała w sobie narzeczonego, by go pokochać całym sercem. Jednak dopiero możliwość wiecznej utraty miłości uświadomiła jej czym jest miłość i z kogo kocha prawdziwie. Hanna zaskakuje także czułością i miłością jaką darzy nieswoje dziecko.
Amy Dudley- żona oszalała (w dosłownym sensie) z zazdrości
Daniel- mąż Hanny Grey, wpierw młodzieniaszek przerażony swym popędem, z czasem wyrozumiały, gotowy na ustępstwa mąż. Jednak miłość nie przeszkadzała mu w posiadani dziecka „na boku”.
Podobnie jak pozostałe książki Philippy Gregory i tę się czyta bardzo dobrze. Jednak nie jest to jej najlepsza książka. Warto ją przeczytać w celu uzupełnienia wiedzę o sytuacji w Europie podczas rządów Marii Tudor, a także by mieć ciągłość w dziejach dynastii Tudorów. Tak jak w pozostałych książkach z serii bohaterowie nie są tylko czarni lub biali, nawet ich złe czynny mają swoje uzasadnienie.
Książkę polecam do pociągu, czy do torebki. Ale uwaga: można przegapić następny przystanek.

wtorek, 16 sierpnia 2011

TIGI, Love Peace Planet, Walking On Sunshine odżywka

            Moje odkrycie roku w dziedzinie odżywek do włosów. Kupiłam ją w TK Maxx przypadkowo, bo była niska cena jak na kosmetyki TIGI.


            Opakowanie: uwagę przyciąga kolor- zielony. Jest to seria przyjazna ekologicznie TIGI, więc umieszczono na opakowaniu prośbę, aby opakowanie przepłukać i oddać do recyklingu.

       Skład również przypadł mi do gustu, zwłaszcza iż na pierwszym miejscu w składzie ma sok z liści aloesu, z którym moje włosy bardzo się lubią. Nakładam ją na umyte, osuszone ręcznikiem włosy. W zależności od posiadanego czasu, trzymam ją na włosach od kilku minut do 30-40 minut, jednak nie trzymam jej pod czepkiem czy ręcznikiem.

            Producent obiecuje, że po użyciu odżywki włosy pozostaną nawilżone, gładkie i błyszczące. Czy są to tylko puste słowa?

·         Na nawilżenie nie mogę narzekać. Efekt utrzymuje się dłużej niż do następnego mycia.

·         Gładkość- owszem, aż miło dotykać. Ale na szorstkość włosów nie mogę się skarżyć, wyjątkiem może być umycie włosów szamponem Seanik z Lush’a. Po użyciu tego szamponu najczęściej sięgam po tę właśnie odżywkę. 

·         Błysk- takiego to NIGDY wcześniej nie miałam. Włosy tak niesamowicie lśnią. Czasem, gdy niesforne kosmetyki przyliżę prostownicą z jonizacją moje włosy wyglądają jak z reklamy!

Zapach określa producent już na opakowaniu. Wiemy, że będzie to mieszanka imbiru, mandarynki oraz limony. I tak właśnie pachnie. Przyjemnie. Energetyzująco.

Odżywkę polecam.                         

niedziela, 14 sierpnia 2011

Cytrynówka

Cytrynówkę robię od lat. Przepis znaleziony w sieci modyfikowałam kilkukrotnie i tak powstał mój przepis. Nie potrzeba dużego nakładu pracy, aby móc delektować się orzeźwiającą wódką smakową lub dobrym drinkiem.

Potrzebujemy:

6-8 cytryn
1-2 pomarańcze
1 litr wódki
Szklanka cukru (albo i więcej, jak wolimy bardziej słodką)
Torebka cukru waniliowego lub łyżka ekstraktu z wanilii
Duży słoik lub kilka mniejszych
Można także dodać: ziarna kawy, miętę

Cytryny i pomarańcze sparzyć wrzątkiem. Następnie zetrzeć z nich skórkę. Wycisnąć sok. Cukier oraz cukier waniliowy rozpuścić w niewielkiej ilości wody. W dużym słoiku wymieszać wódkę, sok z cytryn i pomarańczy, skórkę z cytrusów oraz rozpuszczony w wodzie cukier. Spróbować. Jeżeli jest zbyt kwaśne rozpuścić więcej cukru i dosłodzić. Jeżeli uprzednio nie dodaliśmy cukru waniliowego polecam dodać teraz łyżkę ekstraktu z wanilii.
            Często, gdy robię większe ilości urozmaicam przepis. Dzielę na mniejsze części do jednego słoika dodaję ziarna kawy, do drugiego miętę.
Po 3 dniach przelewam przez sitko cytrynówkę do butelek. Polecam pić schłodzoną lub podawać z formie drinka (najlepiej smakuje z coca-colą).

piątek, 12 sierpnia 2011

Cleanic, kwadratowe płatki kosmetyczne

             Zawsze używałam najpopularniejszych płatków kosmetycznych. Używałam różnych firm, jedne lubiłam bardziej, inne mniej ale ulubionych nie miałam. Aż do teraz! Płatki kosmetyczne o atypowym kształcie bardzo przypadły mi do gustu.

            Opakowanie łatwo otworzyć, co jest dla mnie istotne, bo czasem zdarza mi się rozrywać opakowanie, gdy mam mokre ręce. Same waciki są ogromne, w porównaniu do klasycznych wacików.

            Na opakowaniu widzimy 3 deklaracje producenta: delikatność, skuteczność i dokładność, zwartą strukturę. Czy zostały one spełnione?

            Delikatność- owszem jest delikatny,  ale nie zwróciłam na to uwagi porównując go z innymi wacikami.
            Zwarta struktura- obietnica spełniona. Mogę zmywać paznokcie, myć buzię, ale żadne włókienka nie pozostają.
            Skuteczność i dokładność- te płatki zaplusowały brakiem pozostawiania włókien, jednak właśnie dzięki swojej skuteczności ze mną pozostaną. Jednym wacikiem bez problemu zmywam lakier z paznokci u stóp i ośmiu palców u rąk. Wynik doskonały. Podobnie z demakijażem- dwa waciki do zmycia mocnego makijażu oczu (przeważnie z żelowym eyelinerem essence) i całej twarzy mi wystarczają. Zapewne dzieje się tak z powodu faktury wacików.
            Ja jestem zachwycona. Do zakupu ich zachęciła mnie ta recenzja Viollet na obcasach. Czy ktoś z was również używał tych wacików? Jakie są wasze wrażenia?

Essence Ballerina Backstage lakier 04 do a floating pirouette

             Jest to lakier pochodzący z limitowanej edycji Essence Ballerina Backstage . Tak jak cała kolekcja, opakowanie jest ozdobione nadrukiem koronki. Lakier 04 do a floating pirouette jest jednym z 5 dostępnych kolorów.

W świetle dziennym jest to odcień fioletu, określiłabym go jako wpadający w sok jagodowy. Zaś w świetle przybiera kolor malinowego dżemu (przypomina mi kolor lakieru z innej limitowanej edycji Essence Creamylicious- Raspberry Smoothie). [edit: jednak nie]

            Zazwyczaj malując paznokcie nakładam 2 warstwy. [edit: faktycznie przy 3 warstwach wygląda zdecydowanie lepiej] W przypadku tego lakieru są one akceptowalne, jednak jak widać na zdjęciach kolor nie jest równomierny i przydałaby się jednak trzecia warstwa. Zdjęcia przedstawiają lakier nałożony na odżywkę nail tek, ale bez top coatu.

             Doskonale pasuje do niego błyszczyk z tej samej edycji- 03 do a floating pirouette nałożony samodzielnie lub na flamaster do ust (lipstain) również essence z edycji You rock! W kolorze 02 your pinki s on fire.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Phillippa Gregory

Philippa Gregory jak nikt inny potrafi cofnąć czas. Wykorzystując swoją wiedzę historyczną, opisuje prawdopodobny bieg wydarzeń.

 Każda z postaci zostaje nam przedstawiona w zupełnie inny sposób niż na lekcjach historii. Katarzyna Aragońska, Anna Boleyn nie są tylko wymieniane jako kolejne żony Henryka VIII Tudora, ale mają własne osobowości. Maria Tudor nie jest tylko krwawą królową, ale również zranioną kobietą. Henryk Tudor nie jest złym do szpiku kości człowiekiem, ale rozpieszczonym w dzieciństwie mężczyzną, który rozpaczliwie pragnie męskiego dziedzica.
Najbardziej znaną powieścią są „Kochanice króla” („The Other Boleyn Girl”), na podstawie której powstał także film pod tym samym tytułem.

            Książek nie polecam czytać według daty ich wydania, lecz według czasu akcji. Byłaby to kolejność (pominęłam książki, które nie zostały wydane w języku polskim):

1.      Czerwona Królowa (The Red Queen)
2.      Biała Królowa  (The White Queen)
3.      Wieczna Księżniczka (The Constant Princess)
4.      Błazen Królowej (The Queen's Fool)
5.      Kochanek Dziewicy (The Virgin's Lover)

Ale powieści pani Gregory to nie tylko dworskie życie, to także życie na angielskiej wsi:

1.      Majątek Wideacre (Wideacre)
2.      Dziecko Szczęścia (The Favoured Child)
3.      Meridon (Meridon)

Sukcesywnie będę dodawać moje recenzje powyższych książek.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...